poniedziałek, 5 marca 2018

Władek poprawił klimat


– Tej, przesuń się – poprosiła dobra Lwinka.
– Co za twarde siedzisko – narzekała dostateczna Kunia. – Czy tu czasem nie wystaje sprężyna?
– Zamówiłeś kebab czy pizzę? – dopytywałam.
– Dziewczynki, napijecie się dwuprocentowego mleka bezalkoholowego czy może bardziej miałybyście ochotę na lekko sfermentowany kompot ze śliwek? – proponował przedwojenny gospodarz.

Znajdowałyśmy się w pieczarze powstańca, który zaprosił nas na transmisję ceremonii rozdania Oskarów. Byłyśmy gotowe oglądać relację na żywo przez całą noc, więc każda z nas zabrała ze sobą grube wełniane skarpety, śpiwory oraz lokówki.

– To może włączysz wreszcie telewizor?
– Mamy jeszcze sporo czasu. Myśłałem, że najpierw rozgrzejemy się jakimś dobrym filmem. Mam kilka płyt z arcydziełami kina.
– Nie zgadzam się na żadnego pornola – zastrzegła się bogobojna Trudzia lat 77. – To się po prostu nie godzi.
– Przygotowałem Nie lubię poniedziałku.
– Co to za komedia? – zdziwiła się Kunia. – Czym ty chcesz nas rozgrzać?
– W zanadrzu mam też Hubala oraz pierwszy odcinek Czterech pancernych i psa.
– Włącz nareszcie telewizor! – podniosłam głos.
– Dobra, dobra – uspokajal Władek. – Nie macie gustu, paniusie.
– Skąd ten śnieg? – Lwinka, wpatrując się w rozjaśniony ekran telewizora, rozdziawiła szeroko buzię ze zdziwienia.
– A gdzie rozdają nagrody? – dociekał podwójny AK-owiec.
– W Hollywood.
– Zobacz, jak ta pogoda potrafi błyskawicznie się zmienić – odparł niezwruszony powstaniec. – U nas się ociepla, a u nich śnieży. Ot, życie.
– W Kalifornii? – nie dowierzała Trudzia.
– Musisz wyjść na balkon – zwróciłam się do Władka. – Ubierz się ciepło, bo będziesz do rana stać tam z dipolem w ręku.
– Z czym?
– Z anteną.
– Ale po co?
– Będziesz poprawiać klimat.

To nie był zły pomysł. Władek od lat już emanował dziwną siłę, która potrafiła opromienić także osoby stojące w jego pobliżu. Ściągał na siebie dobre fale, dzięki czemu nasz ogląd świata potrafił sięgnąć gwiazd.

niedziela, 4 marca 2018

Missa nr 2/2018, czyli stąpanie po cienkim lodzie


Podchodziłyśmy z dostatecznie niewierzącą Kunią, ale lubiącą śpiewać Bogurodzicę, Te Deum oraz kilka barokowych kolęd, do kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, gdy zaczepił nas wikary. Odciągnął na bok, by w pewnym oddaleniu od sznura ludzi zdążającego na niedzielną mszę przekazać nam instrukcje.

– Ksiądz proboszcz dostał sygnał, że zamierzacie grandzić – zaczął bez ogródek. – Nie będzie z wami się cackać. Może nawet rzucić anatemę.
– Twoja w tym głowa, kochasiu, żeby do tego nie doszło – ostrzegła Kunia.
– Jak to?
– Dobrze uprasowana sutanna, czysta koloratka, niedawno zrobiony manicure – oceniałam, okrążając wolnym krokiem wikarego.
– Tylko ta koronkowa różowa bielizna nie pasuje – wypaliła Kunia.
– Co?! Skąd wiecie?
– Leć do proboszcza, smyku – poleciłam. – Powiedz, że trzymasz naszą stronę.
– Wolę nadstawić drugi policzek.
– Te kulki przeznaczone są dla kobiet – orzekła dostatecznie dobra Kunia, zimnym spojrzeniem wdzierając się bezpardonowo w oczy kapłana.
– Dobra, zobaczę, co da się zrobić.
– Po prostu to zrób – zażądałam. – Proboszcz może podskakiwać tylko na nasz sygnał.
– O Boże – wikary wezwał nadaremno imię Naczelnego Zwierzchnika.

Weszłyśmy do świątyni, zajmując miejsca w ławie przy ambonie. Organista naduszał bogobojnie klawisze swego instrumentu, ktoś wtykał nos w książeczkę do nabożeństwa, reszta ruszała palcami stóp, zwiększając temperaturę w swoich butach. Kadziło blokowało wejście smogu do środka, kropielnica lodowato witała nowo wchodzących, wota bez nadziei czekały na nowych znajomych. Większość oczekiwała na coś spodziewanego, mniejszość była przygotowana na niespodzianki. W końcu rozpoczęła się msza. Prowadził ją ksiądz proboszcz. Wstałyśmy, siadłyśmy, klęknęłyśmy, wymruczałyśmy kilka modlitewnych formułek i w końcu nadszedł czas wspinania się księdza proboszcza na ambonę. W końcu osiągnął swój szczyt, z góry spojrzał surowo na swoją trzódkę, by w końcu zacząć kazanie.

– Jezus Chrystus, chodząc po wodzie, dał nam przykład, że możemy osiągnąć wszystko. Musimy tylko uwierzyć – rozpoczął przemowę proboszcz.
– To propaganda stąpania po cienkim lodzie – duchownemu przerwała wywód Kunia.
– Chcesz, grzenico, powiedzieć, że Jezus się ślizgał?
– Śliskie są interpretacje, a przede wszystkim didaskalia – poparłam przyjaciółkę. – Ja tu jestem dla miłości. Moczenie nóg jest dobre dla osób lubiących osiągać cielesne korzyści poprzez pedicure czy inny manicure.

Wikary się zarumienił, proboszcz zapowietrzył, a biskup, nie wiedząc o tym incydencie ani myślał o anatemie. Prawo kanoniczne nadal funkcjonowało, Jezus konsekwentnie nie dawał znaku życia, ale problem miłości zawisł w powietrzu, o czym sumiennie postanowiłam wspomnieć na swoim blogu.

sobota, 3 marca 2018

Po żydowsku

Po żydowsku dziś jest dzień wolny, zatem zapraszam na jutro na Mszę nr 2.

piątek, 2 marca 2018

Sztanga uczuć


– Jakie ja mam muły! – chwaliła się Kunia. – Gdybyście widziały, jakie mam stalowe muskuły!
Nadal było mroźno, więc mimo interesującego początku, nie mogłyśmy prosić dostatecznie dobrej Kuni o okazanie tkanki mięśniowej. Oczekiwanie na przyjazd furgonu z piekarni, dowożącego świeże pieczywo z nocnego wypieku, jest dość monotonne, dlatego wykorzystujemy każdą okazję do uatrakcyjnienia tego czasu. Dziś jednak było to niemożliwe. Zbyt zimno.

– Wyciskasz? – spytałam.
– Tylko łzy.
– Jak to?
– Bo życiową sztangę obciążam emocjami. Dlatego jestem taka wyrobiona. Znaczy muły mam wyrobione.
– Kurka wodna! – zaklęła Lwinka.

Spojrzałam uważnie na przyjaciółkę. Owszem, mimo pozorów była wewnątrz osobą wrażliwą, często poddawała się nastrojom, była też uczulona na nabiał, mięso z kangura oraz żarłoczne roztocze. Dopadały ją zmartwienia, westchnienia, a ostatnio coraz częściej zmarszczki. Trzeba było podpowiedzieć jej inną formę dźwigania kłopotów.

– Mam silny brzuch – oznajmiłam. – A to dlatego, że jedyne uczucia, na które sobie pozwalałam, to śmiech.
– Nie wierzę – Kunia była niewierząca, więc jej odpowiedź nie zdziwiła żadnej z nas.
– Ja mam łaskotki – stwierdziła z głupia frant Balbina. – Gilgotki, giglanie, smyranie po stopach, dmuchanie w pachy… Ech, życie jest śmieszne.
– Mnie bawi najbardziej komizm sytuacyjny – stwierdziłam. – Wówczas włącza mi się kaloryfer na brzuchu.
– Pinkolisz – uznała Kunia – też dźwigasz sztangę uczuć, tylko teraz chojraczysz. Wrócisz do domu, to co? Do chrupkiego chleba z nocnego wypieku będziesz się kielczyć?
– Co cię trapi, Kunia?
– Ach, złapałam fuchę. Szukali studentów i emerytki, no to się zgłosiłam.
– Masz robotę?

Wnet poznałyśmy przyczynę złego humoru Kuni. Otóż podjęła się ona podkładać śmiech pod sitcomy. To musiało ją przygnębić. Na szczęście miałam ze sobą kilka skórek od banana. Ile było śmiechu, gdy dostawczak wyhamował dopiero na latarni, po prostu nie sposób opisać.  

czwartek, 1 marca 2018

Buzi buzi


Włosów siwych mam w bród, ale przynajmniej nie rosną mi one w uszach i w nosie. Kiedy zauważam na ulicy 20-letniego hipstera, który postanowił wejść w starość, udając drwala, to wiem, że nie chce mu się zadbać o codzienne czyszczenie nochala i małżowinek z krnąbrnych włosów i po partyzancku to ukrywa. Jednocześnie moja siwizna jest oznaką dojrzałości, odpowiedzialności i życiowej mądrości. Toteż nie ukrywam tego cudownego daru, gdyż przeznaczam go dla koneserów, ewentualnie dla osób, które cenią we mnie to, co prawdziwie jest wartościowe. A najlepiej dla tych, co kochają jedno i drugie.

Nie powiem, robię sobie makijaż i inne duperele, ale nie poddaję się przejściowym modom, a nawet z nimi walczę. Przypomniałam sobie o tym – stojąc w ogonku przed sklepem na dole, gdzie codziennie wczesnym rankiem oczekujemy z dziewczynami na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku – gdy z daleka zobaczyłam idącego w naszą stronę Wespazjana lat 27. Młokos był brodaczem, hipsterem oraz już znudzonym życiem młokosem, którego pasją było obserwowanie przyrostu osobistego zarostu. Stąd można było go spotkać przed witrynami różnych sklepów, w których obserwował własne odbicie. W domu matka pozasłaniała mu lustra, więc już o świcie opuszczał domowe pielesze, by móc dowartościować się własnym wyglądem.

– Macie pincetę? – spytałam.
– Ja mam pęsetę – odparła dostatecznie dobra Kunia.
– A masz może małe szczypczyki o sprężystych ramionach? – doprecyzowałam.
– Proszę – Kunia pogrzebała w torebce i podała mi narzędzie kosmetycznych tortur.
– No to huzia na Józia! – zarządziłam.

Wespazjan sam z siebie wpadł w zasadzkę. Wepchnął się w nasz ogonek, rozsuwając niby delikatnie Lwinkę i stojącą przed nią Balbinę, po czym zaczął przeglądać się w sklepowej szybie. Natychmiast dałam znak do ataku. Dziewczyny chwyciły go za ręce, Kunia podcięła mu nogi, a pozostałe kolejkowiczki przydusiły go do trotuaru ciężarem swych obfitości okraszonych bezcennym srebrem włosów.

– Masz włosy w nosie! – oskarżyłam niechluja.
– Co? – wyjęczał przerażony Wespazjan.
– W takim stanie nigdy nikomu nie dasz buzi buzi.
– Ale mnie nikt nie chce całować – żalił się, jakby leżał na kozetce u psychoanalityka.
– Nawet nie masz szans dosłyszeć takiej propozycji.
– Auu! Ałł! Auł!

Hipsterskie okrzyki były reakcją na stanowcze ruchy szczypczykami. Mimo że nie pastwiłam się i czynności kosmetyczne wykonywałam szybko, to brzydal wił się okrutnie, wykrzywiając twarz. Tak, to lico nie miało szans na najmniejsze buzi buzi.

środa, 28 lutego 2018

O tym, jak powstańcowi zmiękła rura


Obudziłam się w środku nocy. Przewracałam się z boku na bok, kopałam kołdrę, ale to nie miało większego sensu. Wstałam, narzuciłam na siebie podomkę, wzięłam ze sobą koc i poszłam do salonu. Siedziałam spokojnie w fotelu, czytając „Powolność” Milana Kundery, kiedy do drzwi ktoś zaczął łomotać. O tej porze to nie mógł być żaden domokrążca czy inna hostessa Jehowy, więc poszłam do łazienki, a potem do kuchni, by sprawdzić, czy czasem nie zalewam sąsiadów. Wszędzie było sucho. Tymczasem walenie do drzwi nie ustępowało, więc w końcu udałam się do przedsionka. Otworzyłam podwoje i moim oczom ukazał się ni to powstaniec, ni to sopel lodu. AK-owiec szczękał zębami, nie mogąc wypowiedzieć ani słowa. Szerokim gestem zaprosiłam go do środka.

– Jakie licho nosi cię po nocy? – spytałam, ale w stanie, w jakim znajdował się Władek, mogłam sobie pozwolić jedynie na monolog.
– Zaparzę rumianek, wleję też wrzątek do termoforu.
– Dzynk.
– Że co?
Zbyt szybkie odtajanie może być szkodliwe dla zdrowia, więc otworzyłam na chwilę balkon, by spowolnić proces ocieplania przedwojennego ciała i wtedy zobaczyłam przystawioną do okna sypialni drabinę.
– Co to za kino? – spytałam z surową miną. – No, gadaj do rzeczy!
– Mogę do książki? – spytał, ciesząc się z dopiero co uruchomionej osobistej żuchwy.
– Nie denerwuj mnie – zawarczałam złowróżbnie.
– To był niby darmowy seans, ale dla mnie bezcenny – wyjaśnił powstaniec. – Adela, pomóż, został mi jeszcze jeden sopel.
Już po chwili niosłam do salonu rumianek oraz gumowy worek z wrzątkiem. Kubek z ziółkiem podałam mu do ręki, natomiast termofor wepchęłam AK-owcowi w spodnie.
– Jeżeli chcesz na mnie popatrzeć, to tylko teraz – obwieściłam.
Wróciłam na fotel i ponownie wzięłam się za lekturę „Powolności” Milana Kundery, a powstańcowi miękła rura. Niestety, w pewnej chwili Władek wyrwał mnie ze stanu skupienia.
– Przebywanie z tobą to czysta przyjemność – rozczulił się AK-owiec, mierząc mnie maślanym wzrokiem.

Wystarczyło przeczytać niewielki fragment książki, by zimnego drania zrobić ciepłą kluchę. Z drugiej strony, jego nieudawane zainteresowanie i chęć przebywania obok (jedynie na moich warunkach) było wzruszające. Nie mogłam jednak poddać się czarowi chwili.
– Teraz zmykaj na balkon, głuptasku – rozkazałam. – Musisz przypilnować, by nikt inny mnie nie podglądał.

Nie wyjawię, co zrobił Władek, za to zostawiam dylemat. Co u samca jest silniejsze: przeganianie konkurentów czy zgoda na zdeptanie przez samicę w imię bycia z nią?

wtorek, 27 lutego 2018

Mężczyźni z drabinami


To było niebywałe i naraziło nas na bezwzględny atak anginy. Stałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku. Od czasu do czasu mrugałyśmy do siebie przyjaźnie, kiedy naszym oczom ukazał się Walery lat 61, który niósł 6 metrową drabinę. Przystawił ją do jednego z okien na wysokości pierwszego piętra, wdrapał się po szczeblach i zaczął podglądać to, co działo się w środku za oknem. To właśnie skłoniło nas do rozdziawienia gardeł i narażenia migdałków na okrucieństwo zimowej aury.

– Kto tam mieszka? – spytała Lwinka.
– Elżunia lat 55 – wyjaśniła Dziunia lat 59. – To moja koleżanka. Pracuje na nocną zmianę w Amazonie. O tej porze kładzie się do łóżka. Nieraz chwaliła się, że lubi spać nago.
– Ty łobuzie! – wrzasnęłam. – Ale już, złaź na dół!

Walery tylko wzruszył ramionami i przytknął nos do oszronionej szyby. Nasza kolejka załamała się, tracąc swój liniowy kształt. Podbiegłyśmy rączo do drabiny i zaczęłyśmy nią potrząsać. Walery spadł jak przejrzała gruszka z drzewa owocowego.

– Auu! Co wam odbiło? – jęczał Walery, masując obolały tyłek. – Przecież ja nic złego nie zrobiłem.
– Zachciało ci się podglądać, łysy frajerze? – wydyszała oburzona Wacława 72.
– Musimy dać mu w skórę! – zachęcała Kazia lat 69.
– Wyłupmy mu oczy – zaproponowała dostatecznie dobra Kunia.
– Żadnej litości! – wtórowała Lwinka.
– Nic nie rozumiecie – bronił się Walery. – Ja nie podglądałem, ja podziwiałem.
– To ma cię tłumaczyć?! – zapiała Kazia.
– Mnie nie chodzi o kształty. Choć one są bardzo ważne, ponętne i apetyczne, to ja obserwuję gesty, mimikę, wdechy i wydechy Elżuni. Zresztą inni też to robią.
– Kto jeszcze podgląda Elżunię? – dociekałam.
– Oj, na Elżunię spoglądam tylko ja. Idzie mi o to, że co drugi wildzianin ma drabinę. Władek też się wspina, ale on ma szczęście, bo ty Adela, nie chodzisz na nocną zmianę.
– Co proszę?
– Najgorzej ma prezydent 2020, bo nie dość, że ma daleko do wypatrzonego okna, to jeszcze musi wspinać się aż na 5 piętro pewnego wieżowca.
– Dziady powiarowały – orzekła Lwinka.

Może oni zidiocieli, ale to w naszych przełykach zagnieździła się angina. Pokasłując, odprawiłyśmy Walerego, a potem – w oczekiwaniu na przyjazd dostawczaka – z osobna zastanawiałyśmy się, jak zinterpretować ten dziwny rodzaj hołdu dla naszej wyjątkowości.