wtorek, 22 grudnia 2015

Życzenia świąteczne

Mogłyśmy to zrobić wspólnie, ale nie doszłyśmy do konsensusu. Zatem ślemy Wam świąteczne pozdrowienia razem, ale składamy je już z osobna.

Gertruda lat 60 (wcześniej 77): Życzę Wam reasumpcji łask Bożych oraz miłości pierwszego sortu, bo tylko takie uczucie jest zgodne z naszymi oczekiwaniami. A wtedy owiniemy Was w pieluszki podobnie jak Maryja zrobiła to z Dzieciątkiem.

Kunia lat 60 (wcześniej 90): Ruszcie cztery litery! Klikać to se możecie po powrocie ze spaceru. Zapierdalać mi tu na manifestację! Demokracji trzeba bronić, a nie kolędy zawodzić!

Malwina lat 60 (wcześniej 92): Powiem krótko: nie bądźcie z gestapo! Reszta jakoś się ułoży.

Pela lat 60 (wcześniej 82): Chciałabym aby te święta były jak prace w parlamencie, pełne zadumy i błogosławieństw wszelakich. Bo Pan Jezusek przyszedł do nas w dobrej wierze i nie można mu mówić, że jest Żydkiem.

Dziunia lat 60 (wcześniej 59): Bydlęta klękają, anieli śpiewają i nic to, że Jezus byłby za in vitro. W każdym razie zgłębiajmy cud jego narodzin. Buźka!

Ja lat 60 (wcześniej 73+): Dziś wszyscy podążają do żłóbka. To najlepsza pora, by mówić o rozpisaniu następnych wyborów. Życzę Wam byście oddały głos na Emerycję Przepolską, a Rzeczpospolita zmartwychwstanie. Amen.

Bądźcie zdrowe! Bądźcie zdrowi!

środa, 16 grudnia 2015

LIST OTWARTY DO PREZESA KACZYŃSKIEGO

Czcigodny Panie Jarosławie,

nie jest prawdą, że świadomie rezygnując z funkcji Prezydenta, a potem Premiera najjaśniejszej Rzeczypospolitej został Pan NIKIM. Nie! Jest Pan przecież w Europie jednym z największych – jeśli nie największym* – ekspertem od zarządzania konfliktem. I każda patriotka zdaje sobie sprawę, że szykuje Pan na najbliższe godziny i dni jeszcze niejedną niespodziankę.

Lista nikczeminków z sortu pyszałków, którzy nie ujrzeli w Panu wybitnego specjalisty, nie jest krótka. Tuski, Sikorskie, Dorny, Lisy i rzesze innych. Z tymże jeden z gagatków może Panu się wymknąć. Otóż Lech Wałęsa jest poważnie chory i w każdej chwili może odejść. Czasu nie jest dużo – nic na to nie poradzi ani Szanowny Pan Kamiński, ani Szanowny Pan Ziobro.

Człowiek prymitywny pochowałby Wałęsowe truchło w jego rodzinnym Popowie. Pan jednak – jak już wspomniałam – nie jest NIKIM. Posiada czcigodny Prezes wybitny umysł pełen analitycznych subtelności oraz syntetycznych fajerwerków. Jestem wobec powyższego pewna, że doceni Pan pomysł mój i sąsiadek z poznańskiej Wildy.

Sugerujemy, żeby pochować Lecha koło Lecha, czyli na Wawelu. Czy oczami wyobraźni widzi już Czcigodny Prezes dwie kolejki żałobników obrzucających się polskim, a nie importowanym mięsem? Czy nie jest to piękny widok? Czy nie jest to pomysł godzien Pana eksperckiej głowy?

Przeczuwamy, że dawno już Pan o tym pomyślał. Może nawet już rozmawia o tym ze świątobliwym Episkopatem? My jedynie jako pierwsze to wyartykułowałyśmy. Wiemy, że Pan Prezes i to uczyni. Nie jest przecież Pan NIKIM, by pochować Wałęsę, gdzieś pod byle jaką wierzbą płaczącą!

Z wyrazami uwielbienia,
członkinie Emerycji Przepolskiej.





* Putin pochodzi z Rosji, a to przecież już Azja, no nie?

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Braterstwo narodowe

Tegoroczny grudzień przyniósł Polakom wiele dobrego. Zwykle leniwie gnuśniejący przed telewizorami obywatele tym razem wywlekli blade powłoki na świeże powietrze okraszone subtelnymi nutkami smogu. Wrzeszcząc donośnie hasła na ulicach dużych miast, dokonali solidnej wentylacji układów oddechowych. Rodacy pozbyli się śmierdzących siarkowodorem zaległości z dolnych partii płuc i poczuli heroizm, oddychając pełną patriotyczną piersią. Człowiek jednak z natury jest wygodny i szybko wraca do magazynowania smrodu w płucach. Można było przewidzieć, że już niedługo prawdziwi Polacy oraz pozostali prawdziwi Polacy przeniosą się do hipermarketów, by warczeć na siebie pod dachem, wydzierając sobie z rąk prezenty pod choinkę. A że okazyjne ceny mogą w efekcie przynieść zbyt duże koszty, dlatego przed owczym pędem do sklepów wczeniej należało pomysleć o zakopaniu topora wojennego. My – dziewczęta z Emerycji Przepolskiej – długo nad tym debatowałyśmy w mieszkaniu jednej z zasłużonych członkiń Peli lat 60, ale z konkretnymi postulatami wyprzedzili nas aktywiści z poznańskiego MPK.

– Tamci są zadziorni, a ci czupurni – zdiagnozowała Kunia lat 60.
– Dziś wieczorem pomodlę się o pokój na polskiej ziemi – obiecała Gertruda lat 60.
– Zwaśnione strony można pogodzić tylko w jeden sposób – orzeklam po zastanowieniu.
– W jaki?
– Wprowadzić do gry trzecią stronę. Obcy element zawsze jednoczy.
I ledwo wypowiedzialam te słowa z nowymi wieściami przybiegla do nas Malwina lat 60.
– Jest rozwiązanie! – krzyknęła od progu.
– To prawda – zgodziła się Kunia lat. – Gdy mieszkania na mojej klatce zaatakowały poprzez kanały wentylacyjne szczury, wówczas najbardziej pokłóceni sąsiedzi zaczęli sobie pomagać.
– Rozwiązanie? – ocknęła się z półsnu Brygida lat 60. – Czyżby Samanta lat 24 szczęśliwie powiła dziecię? Jakiej płci? - po czym nie czekając na odpowiedź znów zaczęła kimać.
– Rozwiązaniem jest braterstwo! I na to wpadli w MPK!
– Na co?
– Znaleźli spoiwo dla konserwatystów oraz narodowców z liberałami i lewakami. Stanowić go mają Syryjczycy pracujący w charakterze kontrolerów biletów.
– Syryjczycy mają być kanarami?
– Lewacy jeżdżący na gapę zaczną ich podejrzliwie traktować i z większym zrozumieniem podejdą do kiboli, chcących spuścić wpierdol imigrantom. Takie to mózgi pracują Zarządzie Transportu Miejskiego!
– Zatem zgoda polega na wspólnym stanięciu na głowie – uznałam.
– A czyż można inaczej traktować naszą ojczyznę? – westchnęła Kunia.

Potem przymknęłyśmy oczy, chcąc sobie wyobrazić widok z perspektywy stania na głowie. Następnie po krótkiej chwili po kolei dołączałyśmy do chrapiącej Brygidy.

piątek, 11 grudnia 2015

KIWi, czyli Klub Inteligencji Wildeckiej

Każda dzielnica może pochwalić się swoją elitą. Na poznańskiej Wildzie forpoczta miejscowych geniuszy spotyka się cyklicznie, by przy dyskretnie popijanym alkoholu toczyć dyskusje na tematy ważne, a czasem bardzo ważne. Również i ja wraz z Kunią wybrałam się, by współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji najbardziej istotnych. Akurat gdy weszłam do siedziby stowarzyszenia, jeden z członków organizacji udawał flamandzką pchłę, a reszta nad nim się pastwiła. „Za bardzo podskakujesz pod kulturę, gnojku”, „ach, nie myślałam, że tyle krwi pan mi upuści”, „sia-ba-da-ba-ba, sia-ba-da-ba-ba” – biadolili, wrzeszczeli, nucili. Nie wiedziałam, jak w tym się znaleźć, więc tylko rzekłam zwyczajne „dzień dobry”.

– Słyszałam, że dziś ma odwiedzić państwa ktoś bardzo ważny z Warszawy – bąknęłam nieśmiało, do jednego z bardziej przytomnych aktywistów – dlatego odważyłyśmy się tu przyjść.
– Jasny gwint, ale burdel – zdiagnozowała Kunia.
– To prawda, ktoś tu się zjawi – odrzekł lokalny geniusz, który odłączył się od rozbawionej czeredy towarzyszy. – Ponoć ktoś bardzo ważny, ale to się dopiero okaże – szepnął konfidencjonalnie.
– Czy zatem nie jest u was zbyt głośno?
– Myślę, że to cisza przed burzą – ocenił filozoficznie.

Pomieszczenie było spore, złożone m.in. ze sceny, na której aktualnie pląsali członkowie KIWi. Usiadłam skromnie w pierwszym rzędzie, zagłębiając się w program na miesiąc grudzień. Niestety, nie było tam awizowanego na dziś spotkania z kimś bardzo ważnym ze stolicy.
– Ponoć ma zjawić się sam pan Kaczyński – oznajmił jeden ze staych bywalców.
– Dobrze, że szuka kontaktu z inteligencją – ucieszyła się Kunia – ale dlaczego tutaj?
– Dlaczego nazywacie się KIWi, a nie zwyczajnie KIW? – zainteresowałam się.
– Musimy udawać nieloty, inaczej nikt z obecnej władzy by nas nie odwiedził – usłyszałyśmy wyjaśnienie.

W tym momencie poczułam, że rzeczywiście znalazłyśmy się wśród lokalnych geniuszy. Emerycji Przepolskiej, którą reprezentowałyśmy, zależało na zdobyciu choćby cichego poparcia takich środowisk. I wtedy doszedł do nas inny lokalny aktywista, cicho oznajmując, że za chwilę wprowadzą gościa z Warszawy.
– To może chociaż zapowiedzcie go – poprosiłam.

I mój głos stał się jakby obwieszczeniem tego, co się stało. Otóż wszedł jakiś młokos w niezłym garniturze, może to był nawet doradca ministra Macierewicza, i ustawił przed nami Alika.
– Co to za kot? – prychnęła Kunia.
– Kot pana Kaczyńskiego – usłyszałyśmy odpowiedź.
Tak rozpoczęło się właściwe spotkanie członków KIWi. Dyskusji nie było. Była za to kontemplacja.

środa, 9 grudnia 2015

Paciorki dla Komanczów

Wybrałam się wczoraj wieczorem na spacer po mieście. Rozumiecie, wysoka jak na grudzień temperatura, zmrok, który ukrywał niedostatki urody, wyborowe towarzystwo ucieleśnione powłoką Kuni lat 60 oraz cieniem Gertrudy lat podobnie, no i moja ciekawość ludzi z centrum, którzy nieciekawi byli secesji wildeckiej, ale za to mieli sznyt i odłożone drobne na szota z pigwówki lub wiśniówki. Drobiłyśmy kroczkami, omijając kwiat młodzieży polskiej w rynsztoku aż w końcu dotarłyśmy na poznański Stary Rynek. Stało tu dużo drewnianych budek, bo zaczął się kiermasz świąteczny. Na straganach przeważały błyskotki, chłam i tandeta. Czuć było tę atmosferę polskości, która sprawia, że nie jesteśmy gęsi, bo mamy swój jęzor.
– Dużo ludzi – zauważyła Kunia. – Musimy iść gęsiego.
– A może lepiej pójdźmy pomodlić się do fary? – zaproponowała po raz kolejny Trudzia.
– Kurdemol! – zaklęłam. – Co to jest?

Między poznańską Wagą a Odwachem ujrzałyśmy przed sobą plastikowe groty skalne oraz rząd choinek, które błyskały niebieskim światłem.
– Dyskoteka – uznała Kunia, podchodząc tanecznym krokiem do dziwa na Starówce.
Szłyśmy jedna za drugą, więc Trudzia musiała dostosować się do pląsów Kuni. Nie miałam wyjścia, więc zrobiłam to samo. I wtedy na swoich czterech literach poczułam sążnistego klapsa. Znaczy poczułam ból i nadal odczuwałam obce pięć palców na swoich pośladkach.
– Panie! – wrzasnęłam. – Weź pan te grabie, bo bez litości strzelę na odlew!
– Co się dzieje?
Kunia szybko zorientowała się, że znalazłam się w opresji. Trudzia zaś zaszła faceta od tyłu i była gotowa do stanowczej interwencji.
– Coś pan za jeden? – Kunia rozpoczęła przesłuchanie.
– Z Komańczy tu przyjechałem – wyjaśniał typek z Bieszczad. – U nas tylko owce, a mnie pani dupa zauroczyła – wyjaśniał pokrętnie.
– Paciorek zmówisz, grzeszniku – groźnie odezwała się Trudzia.
– Wejdziesz pan w ten las i tam nas zgubisz z oczu – zażądałam.

Odprowadziłyśmy górala do poznańskiego lasu choinek. Niebieskie światełka odbiły się w jego szalonych oczach, a potem nikczemnik znikł w gąszczu świecidełek. My zaś ruszyłyśmy w stronę domów, mijając kwiat młodzieży polskiej w poznańskich rynsztokach.

niedziela, 6 grudnia 2015

Na kolana, determiniści!

Niedziela rozpoczęła się kłótnią w kościele. Mianowicie proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie postanowił wygłosić na dzisiejszej porannej mszy świętej kazanie o wolnej woli. Ględził i ględził z własnej samowoli, aż w końcu przerwała mu jedna z najważniejszych działaczek Emerycji Przepolskiej, czyli Kunia od niedawna lat 60.

– A ja dostaję cyklicznie listy od Zarządu Transportu Miejskiego!
Przerwała wywód kapłana wpół zdania, co go zdezorientowało i wprowadziło w osłupienie. Zrobił tylko głupią minę, natomiast Kunia pojęła to jako zachętę do rozwinięcia myśli.
– Wysyłają mi horoskopy.

W świątyni zapanowała cisza, bo wszyscy wierni wiedzieli, że proboszcz alergicznie traktuje wszelkiej maści wróżbiarstwo. Tylko Kunia niezrażona relacjonowała dalej.
– Piszą mi, że mimo iż kanary będą w najbliższym tygodniu sprawdzać bilety na linii 71 czy 4, to i tak mnie złapią na jeździe bez biletu. A ja mimo ostrzeżenia i tak podróżuję. Niby wszystko wiem i mam wolną wolę, ale kieruje mną determinizm, który nie pozwala mi się uchylić przed mackami kontrolerów.
– Córko, masz wolną wolę, tylko jakąś skoślawioną – zdiagnozował kapłan. – A może ty lałaś wosk w Andrzejki?
– Ona nie jest satanistką – Gertruda lat 60 wykazała się odwagą cywilną, biorąc w obronę naszą aktywistkę.
– Nami wszystkimi kieruje determinizm.
– To nieprawda! – oburzył się proboszcz.
– Przecież pan Jarosław Kaczyński z wolnej woli nie zmuszałby prezydenta do działań niezgodnych z konstytucją. On ma taką karmę.
– Jaką karmę?! – szef naszej katolickiej parafii zaczął się pienić.
– Jeśli tuli kota, to przecież nie z własnej woli wykazuje, że toleruje jedynie organizmy niższe w rozwoju – upierała się Kunia.
– Na kolana! – wrzasnął duchowny.
– A Unia wymusi na nim, by przyjął rzesze obcych wyznaniowo kolesi. Myśli ksiądz, że to będzie wolna wola? To determinizm, że on jest jaki jest.
– Na kolana, determiniści!
– Pan Kaczyński też?

Cisza była jak makiem zasiał. Na szczęście organista miał refleks i zaczął naciskać na klawisze. I choć z organów wypłynęły początkowo pierwsze nutki nuty kankana, to szybko się poprawił i zgrabnie zaintonował „Barkę”.

piątek, 4 grudnia 2015

Mistrzyni Polski

Zaczęło się od tego, że Wacia lat 60 przyniosła ze sobą do kolejki przed sklepem spożywczym składane krzesełko wędkarskie. Ostentacyjnie rozłożyła siedzisko, a potem wygodnie sobie cupnęła, wyglądając z ciekawością na drogę, czy aby za moment nie wyłoni się zza zakrętu furgon z piekarni. My też oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, ale obecnie naszą uwagę przyciągał widok Wacławy dumnie siedzącej na ogonkowym tronie.

– Wyglądasz jak królowa – orzekła z podziwem Lwinka lat 60.
– Jest tylko jedna królowa Polski – skontrowała Trudzia lat 60. – To Matka Boska Częstochowska.
– Siedzisz dostojnie na dupie jak prezes Polski w Sejmie – skomplementowała Wacię Kunia lat 60.
– Zaraz... – namyślałam się – To może być nasza szansa. Wacia mogłaby być antytezą Jarosława. Tylko jak ją nazwać? Antyprezeską Polski? To chyba nie byłoby właściwe...
– Od prezesa nie jest lepsza ani pani premier, ani pan prezydent – zdiagnozowała Kunia. – Może powinna być Mistrzynią Polski?
– Jeden drugiego gniecie, wychodzi trzecie – orzekła sentencjonalnie Malwina.
– Jak Tusk wyjechał do Brukseli, to prezesa nikt już nie gniecie – zgodziła się Balbina lat 60. – Masz rację, tylko Mistrzyni Polski może być dla niego odpowiednią przeciwwagą.
– Waciu – zwróciłam się do siedzącej sąsiadki – byłabyś gotowa dla dobra SPRAWY pognieść prezesa Polski?
– Ostatnio, czyli jakieś 2 lata temu deptałam kapustę – wspomniała Wacia. – Przyłożyłam się i ładnie puściły soki. Przypomniałam sobie wówczas, kiedy moja szparka po raz ostatni została odwiedzona.
– Przecież nie do seksu cię namawiamy!
– Ale ja z każdym porodem traciłam jeden ząb – obruszyła się Wacia.
– Prezesowi Polski stan osobistych zębów też ciąży. Pomodlę się za wasz zgryz – obiecała Trudzia.
– Za zgryz Ojczyzny! – rozszerzyła intencję Kunia.

I zaczęłyśmy się modlić. Skutków jeszcze nie znamy, ale jesteśmy dobrej myśli.

czwartek, 3 grudnia 2015

Musimy wygasić przeszłość

To, co chodziło mi po głowie od kilku dni, miało wymiar uniwersalny. Było jak wysłanie katolickich misjonarzy w podróż do czasów przedembrionalnych. Jak otwarcie pizzy na wynos po 4 latach i odkrycie, że wewnątrz opakowania znajdowały się cytaty z dzieł Nerona. Jak szczytowanie po 13 latach permanentnej masturbacji.
– Czy jesteście przygotowane na na przedefiniowanie własnego ja?

Pytanie zadałam dziewczynom, które przywitały mnie przed chwilą, stojąc w ogonku przed sklepem spożywczym. Czekałyśmy w tym miejscu na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził na poznańską Wildę świeże pieczywo z nocnego wypieku. W XIX wieku już nikomu nie chciało się wyczekiwać o świcie na dostawy, ale my byłyśmy ulepione z innej gliny. Mianowicie zasidliłyśmy szczególny zakątek w Polsce. Otóż w pewnym momencie dostały tu przydział mieszkaniowy osoby urodzone in vitro. Tak, to prawda, wszystkie byłyśmy z probówki.

– Ale o co chodzi? – spytała Malwina lat 60, choć jeszcze 10 dni temu była 92 roku życia.
– Znowu jakiś kataklizm? – zatrwożyła się zwykle odważna Kunia lat 60.
– Prawica nie chce mieć wśród elektoratu obywateli z in vitro – obwieściłam najnowszą wieść. – Podobno minister Ziobro szykuje w swoim resorcie akcję pod hasłem: TA PANI JUŻ NIGDY WIĘCEJ NIE BĘDZIE Z IN VITRO!
– Cholera! – zaklęła bogobojna Gertruda lat 60, co było zjawiskiem niespotykanym.
– Musimy znaleźć kogoś, kto nas zaadoptuje – uznała pomysłowo Wacia lat 60. – Komu w PiS-ie najbardziej zależy na dzietności?
– Profesor Pawłowicz?
– Ona jest zbyt zdziecinniała, by móc zosatć matką – powątpiewała Dziunia lat 60.
– Stachu się nada – stwierdziła Kunia.
– Jaki Stachu?
– Karczewski. Marszałek senatu ostatnio zaapelował o większą dzietność – przypomniała sobie Balbina to 60. – Przyznam, że dałabym się tatusiowi utulać do snu. Nie wygląda na pedofila.
– A Ziobro? – spytałam.
– Co Ziobro?
– Czy nie chciałby wziąć odpowiedzialności za swoje hasło i przygarnąć chociażby jedną z nas?
– To zero – prychnęła wzgardliwie Kunia.
– No to co?
– Z zerem w mianowniku nic nie wyjdzie.

Dziewczyny zgodziły się z Kunią, więc nie dyskutowałam już na ten temat. Ale ojca musiałyśmy znaleźć. Mamusię najlepiej też, więc prezes Jarosław raczej nie wchodził w grę...

niedziela, 29 listopada 2015

Bogu się nie przelewa

W dni Pańskie zwykle staramy się pojednać z Bogiem. Dzisiaj oddelegowałyśmy reprezentację Emerycji Przepolskiej, by wzięła udział w niedzielnej mszy świętej w kościele pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie. W skład silnej forpoczty weszłam ja, Kunia, Malwina oraz Gertruda. Wszystkie miałyśmy po 60 lat, choć dopiero od tygodnia przyzwyczajałyśmy się do nowych metryk. Natomiast proboszcz tkwił beznadziejnie przy swoim wieku, więc nie emanował radością. Ponadto po wydarzeniu sprzed tygodnia, gdy odmówiłyśmy w głównej nawie modlitwę za profesora Glińskiego, patrzył na nas z rezerwą i podejrzliwością. Bolało to zwłaszcza Trudzię.

– Jezu, ja chyba wpadłam w złe towarzystwo – cierpiała.
– Ubożuchny ten nasz kościół – zauważyła Lwinka, która nie przejmowała się cierpieniami młodej Gertrudy.
– Bogu się nie przelewa – uznałam.
– Czy my mamy ambicje? – spytała Kunia.
– Ale o co chodzi?
– Czy naszym celem jest przejęcie władzy w tym kraju? Na przykład w wieku 63 lat?
– Nie lubię długich perspektyw, bo kojarzą mi się z planami pięcioletnimi – marudziła Lwinka. – Ja mogłabym zostać marszałkinią senatu już za pół roku.
– Ach, jak ja chciałabym nawiązać stosunki z prymasem – zapaliła się Trudzia.

Siedziałyśmy w kościelnej ławce, czekjąc na rozpoczęcie mszy. Rozmowę zaś prowadziłyśmy szeptem, by uświęcić miejsce oraz – co w tej chwili było dla nas ważniejsze – nie dopuścić do ujawnienia naszej taktyki na najbliższe dni.

– Andy Warhol miał telefon, przez który rozmawiał z Bogiem – przypomniałam sobie.
– Ciekawe, w jakiej był sieci – rzekła z przekąsem Kunia. – I ile kosztowało go połączenie.
– Prymas Polski to prawdziwy Polak – zachwycała się Gertruda.
– Jest zatem szansa, że dogada się z Emerycją Przepolską – Lwinka wyraziła się z nadzieją.
– Hitler walczył na jednym froncie za dużo – zastanawiałam się ze złożonymi rękami do modlitwy nad strategią Emerycji Przepolskiej. – My musimy zapewnić sobie spokój od strony krzyża.
– Kościół nasz ubożuchny – powtórzyła Lwinka.
– Bogu się nie przelewa – również powtórzyłam myśl, kręcąc zarazem głową z dezaprobatą.
– Ale kościołowi można coś przelać – obruszyła się Trudzia.

W tym momencie rozgrzmiały organy i ksiądz proboszcz przystąpił do celebracji mszy. Ja jednak nie mogłam się skupić. „Ja PIN...”, chciałam zakląć pod nosem, ale w porę ugryzłam się w język i żadne moje pinkolenie nie wyfrunęło w stronę ołtarza.

wtorek, 24 listopada 2015

Łaski bez!

Dziewczyny lat 60 mają prawo do odwagi cywilnej, dlatego tym bardziej zasługują na ubezpieczenie od nagłych wypadków. Sąsiadki solidarnie zaangażowały się w inicjatywę Emerycji Przepolskiej, więc musiałam zadbać o ich bezpieczeństwo. W końcu przed nami manifestacje, uliczne burdy i strajki głodowe. Gwizdy, ciosy i podkładanie nóg. W rękach łomy, bejsbole i straszne dla rodaków szczoteczki do zębów.

– Adela, masz już nowe akty chrztu? – zapytała Malwina lat 60, która jeszcze tydzień temu miała 92 wiosny.
Kiedy koleżanki zgodziły się na postulat o zrównaniu naszego wieku do lat 60, to automatycznie zmieniła się średnia wiekowa naszej kolejki, w której codziennie oczekiwałyśmy na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Metryki nie są takie ważne – odrzekłam. – Ponadto nie chcę wchodzić w układy z kościelnym archiwum. To zbyt kosztowne.
– Postaram się załatwić bezpłatne błogosławieństwo od proboszcza – obiecała Gertruda lat również 60, bo i ona zgodziła się na naszą ogonkową urodzinową uchwałę. – Mam nadzieję, że po znajomości zrobi dla nas wyjątek.
– Bóg mu zapłać akonto – Pela lat 60 wzniosła oczy ku niebu.
– Najważniejsze, by nie trafić do ciupy – stwierdziłam. – Nie możemy dopuścić, by właścicielowi sklepu spadły obroty. Gdyby zamknął interes, to gdzie byśmy się spotykały po zwolnieniu z pierdla?
– To mogą nas spałować? – przestraszyła się Balbina lat 60.
– A może załatwmy siedzibę? – zaproponowała Wacia lat 60. – Może być u mnie, bo melina jest po sąsiedzku i w razie stresu można się zdopingować.
– Mam coś lepszego – uśmiechnęłam się tajemniczo. – Uderzyłam w Dudę!
– Chyba w dudy? – poprawiła mnie Kunia.
– W Dudę. To najłaskawszy prezydent wszechczasów. Załatwiłam plik takich dokumentów na okaziciela.
Następnie sięgnęłam do sejfu, wyciągając ze stanika przykładowe ułaskawienia. Szczególnie Kunia zrobiła szerokie oczy.
– Dziewczyny, szukacie może ochroniarza? Słyszałem, że coś kombinujecie.
Akurat mimo nas przechodził Władek lat 99, znany w dzielnicy podwójny AK-owiec, były żołnierz AK oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym.
– Łaski bez! – odrzekłam.

Członkinie naszej inicjatywy tylko roześmiały się ochoczo, radując się zaliczkową bezkarnością, jakie zapewniały nam świstki od prezydenta. W końcu datę na dokumencie mogłyśmy wpisać same.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Emerycja przepolska

Poniedziałek przywitał nas mrozem bezlitośnie szczypiącym w policzki i uszy. Sroga aura niby oczyściła niebo z chmur, ale niekoniecznie zwiastowała przejaśnienie w naszych sercach. Dlatego też spoglądałyśmy na siebie z niepewnością, przytupując nogami dla dodania sobie animuszu. Miny miałyśmy jednak nietęgie. Dziewczyny wydawały się być zagubione. Niby stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, czyli powtarzałyśmy rutynową czynność, ale mimo tego towarzyszący nam nastrój nie stanowił dobrego omenu jak na początek tygodnia.
– Musimy sprostać wyzwaniom dnia dzisiejszego – oznajmiłam.

– Też nie lubię poniedziałków – ziewnęła Malwina lat 60.
– Od wczoraj wszystkie jesteśmy z tego samego rocznika – przypomniałam – ale jeszcze ciut nam brakuje do monolitu.
– Jeżeli idzie o zmianę miesiąca urodzenia, to zgodzę się tylko na grudzień, bo właśnie wtedy przyszłam na świat – stwierdziła Gertruda lat 60. – Zamówiłam już mszę świętą w swojej intencji i nie będę przesuwała terminu, bo ksiądz proboszcz ma swoje kartoteki. Będzie mnie potem dociskać w konfesjonale, a podczas spowiedzi świętej tym bardziej nie będę mijała się z prawdą.
– Prawda – przytaknęłam. – Nie będziemy mijać się z prawdą. Objawimy się jako świeża inicjatywa społeczna – wyjaśniłam. – Dotychczasowe ruchy już się zdążyły zestarzeć, więc nic nowego nie urodzą.
– Jak się nazwiemy? – Kunia lat 60 przeszła do konkretów. – Może Sześćdziesiąt Minet na Godzinę?
– To już było – wyrwało się Peli lat 60. – Znaczy nic nie pamiętam – poprawiła się.
– Choć jesteśmy z poznańskiej Wildy, to jednak ciągle legitymujemy się polskimi dowodami osobistymi – zauważyła Wacia lat 60.
– Przepolkami – wtrąciła Kunia. – Wilda zobowiązuje!
– Mnie wnuczek schował dowód – poskarżyła się Trudzia.
– Idzie o słuszność naszych argumentów. Jak już zarejestrujemy nasze stowarzyszenie, to pojawią się oponenci. Musimy ich kłuć po oczach nagą prawdą – powiedziałam, miotając ogień z oczu.
– My emerytki? – powątpiewała Balbina lat 60.
– Po śniadaniu zamówiłam fotografa. Będziemy mieć dziś sesję. W trakcie zastanowimy się nad nazwą naszej organizacji.

I tak się stało. Chwilę jeszcze poczekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, potem kupiłyśmy pieczywo, rozeszłyśmy się do domów, by później znów się spotkać. Wszystkimi zdjęciami z sesji na pewno się nie pochwalimy, ale plakatem już dziś warto!

niedziela, 22 listopada 2015

Spieszę na ratunek

Skończyłam niniejszym swój osobisty alfabet polityczny, bo dossier bohaterów będzie pęczniało, a ja wolę działanie od spisywania grzeszków nicponi. Postanowiłam przystąpić do akcji i na początek postawiłam przed sobą odważne zadanie walki z pornografią tkwiącą w głowach świętoszkowatych imbecyli.
Największe sukcesy odnosi się w grupie, więc skrzyknęłam dziewczyny z sąsiedztwa, byśmy spotkały się przed kosciołem. Potem w zależności od rezultatów naszych ustaleń miałyśmy wejść do kościoła i albo się pomodlić, albo zrobić jakiś happening.

– Och, z jakiej to gliny ulepiony jest ten profesorek Gliński? – prychnęła na powitanie Kunia lat 90. – Czy jako socjolog ma w głowie uśrednione IQ rodaków? Oczywiście tych ciołków, którzy jeszcze stąd nie wyjechali.
– No i takich starych bab jak my – odezwała się Malwina lat 92. – W naszym wieku ciężko migrować zasiedziały tyłek.
– Chciałabym rozpocząć od postulatu organizacyjnego – oznajmiłam, kiwnąwszy dziewczynom głową na powitanie. – Chcę uratować świat. Zamierzam zrobić to z wami. Siła zaś tkwi w monolicie. Uważam, że dla osób spoza poznańskiej Wildy wszystkie powinnyśmy mieć ten sam wiek. Proponuję okrągłą 70-tkę.
– Nie! – Balbina lat 59 stanęła okoniem. – Mogę pójść na kompromis, czyli 60-tkę.
– Nie mam nic przeciw tej propozycji – uznała Pela lat 82.
– Niech tak się stanie, Pelagio lat 60 – stwierdziłam uroczyście. – Profesor Gliński urodził się w roku 1954, więc pewnie też nie miałby nic przeciw temu uogólnieniu, chociaż w sumie jestem pełna obaw, czego można spodziewać się po tym gzubie.
– Czuję się lekko bez tych trzech dych na karku – ucieszyła się Kunia lat 60.
– Przejdźmy do meritum – postanowiłam wprowadzić dyscyplinę w naszej dyskusji przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego – Co zrobić z chłopem, który widzi pornografię zanim ona w ogóle jeszcze się nie obnażyła?
– Idzie o ten spektakl we Wrocławiu? – spytała Gertruda lat 60, która jeszcze nie wiedziała o swojej nowej metryce, bo dopiero do nas doszła. – A tak w ogóle, to niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
– Jako, że mój wiek stał się mniej nobliwy – rozpoczęła wywód Lwinka lat 60 – to mogę bez ogródek stwierdzić, że osobiście ucięłabym mu chuja.
– Niech będzie – odrzekła Kunia, jednak nie zauważyłyśmy, czy odpowiedziała Malwinie, czy Trudzi.
– Nie ma lepszego sposobu niż modlitwa – uznała Getruda lat 60, która była blisko z proboszczem lat 60 oraz wikarym w tym samym wieku.
– Też tak myślę – zaskoczyłam towarzyszki swoją zgodą na oręż katolicki. – Pójdziemy teraz przed ołtarz w formie falangi. Jak upadnie któraś z pierwszego szeregu natychmiast zastępuje ją dziewczyna z drugiego.

W naszych oczach zagościł błysk, miny pokryły się Marsem, a prężne uda gotowe były do obnażenia. Szturmem zdobyłyśmy główną nawę. Organista tak się zdziwił, że przestał grać na klawiszach. Mogłyśmy w ciszy zadeklamować naszą modlitwę:
– Dobry Jezu, a nasz Panie, niech Glińskiemu wreszcie stanie.
Proboszcz był osłupiały. Trudzi lat 60 zależało na dobrych z nim stosunkach, więc cicho dopowiedziała.
– Znaczy niech stanie do bardziej sensownych działań.

Zrobiłyśmy w tył zwrot, a stukot obcasów odbijał się od licznych wotów zawieszonych w kościele w intencjach wszelakich.

poniedziałek, 19 października 2015

Ś jak Śledzińska-Katarasińska ALFABET CIOCI ADELI - Śledzik

Było ciemno, zacinał deszcz, a zimne podmuchy silnego wiatru wdzierały się pod poły spódnic. Jesień rozpanoszyła się na poznańskiej Wildzie, ale my nadal byłyśmy gorące. Stałyśmy o świcie na dworze, a niespokojne umysły ciągle rozgrzewały wspomnienia o jędrności naszych ciał.

– Sporo kiedyś chlałam – wspomniała Kunia lat 90. – Łatwiej było mi wtedy wskoczyć do wyra z nieznajomym.
– Ja wszystkich znam, choć niektórzy udają, że mnie nie znają – ubolewała Malwina lat 92.
– Skoczyłabym do zakrystii po wino mszalne – konstruktywnie pomyślała Gertruda lat 77 – ale ono rozgrzewa mnie tylko w towarzystwie księdza proboszcza. Ponadto nie lubię pić wina z gwinta.
– Zawsze mam coś pod ręką – Dziunia lat 60 zaczęła grzebać w przepastnej torebce. – Na działce wyrosły mi dorodne pigwy, to zrobiłam nalewkę.
– Katarasińska też nie gardzi pigwówką – zauważyłam – ale jeszcze bardziej przepada za śledzikiem, a on pasuje do czystej.
– Widziałam, jak posłankę kiedyś zamroczyło – przypomniała sobie Wacia lat 81.
– Słaniała się?
– Prawie. Koledzy partyjni nie dali jej upatrzonego miejsca na liście wyborczej. Poczuła. że straciła grunt pod nogami.
– Czyli ona nie upija się szczęściem... – westchnęłam.
– Jak my wszystkie... – pożaliła się Dziunia lat 60, stawiając prywatne troski do wspólnego mianownika wszystkich dziewczyn.
– Jest na to jedna rada – uznała Trudzia – trzeba się modlić. Dała nam przykład pani Szydło, która wczoraj wymodliła w najbliższym domu Pana wszystkie łaski.
– Trzymajmy się faktów – wtrąciła się Kunia. – Ona się modliła. Czy wymodliła nam kiełbasę wyborczą, to się dopiero okaże.
– Ja w ogóle bym nie deprecjonowała roli ryby w życiu kobiety – poparłam przyjaciółkę. – Z tymże nie tej od Chrystusa, gdyż osobiście wolę sandacza od modlitwy. Ale ostatnio ślinka leci mi na śledzia.
– A lubisz paprykarz?
– Szczeciński? Ba! – odpowiedziałam.

A gdy w końcu nadjechał furgon z piekarni, to do świeżego chleba z nocnego wypieku dokupiłam śledzia. Sprzedawczyni zawinęła mi rybę w gazetę. Widziałam, że na ostatniej stronie było zdjęcie pani Katarasińskiej.

niedziela, 18 października 2015

S jak Szydło ALFABET CIOCI ADELI - Sacrum

To była ostatnia przedwyborcza niedziela, ale mimo to nie oczekiwałyśmy, że spotka nas taka niespodzianka. Ba, wyróżnienie! Dar od Losu i Boga! Nie spodziewałyśmy się, że Opatrzność uśmiechnie się szeroko, pokazując społeczeństwu zdrowe zęby, znaczy podprowadzi pod kościół pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego samą panią premier in spe.

Od razu postanowiłyśmy ustąpić jej miejsca w ławie znajdującej się naprzeciw ołtarza, którą miałyśmy zarezerwowaną u proboszcza. Najpierw jednak, stojąc przed wejściem do świątyni, wdałyśmy się w rozmowę z panią Szydło. Od reszty tłumu oddzielił nas mur ochroniarzy, przez co mogłyśmy wejść na bardziej poufały ton.

– Oglądałam telewizję Trwam – pochwaliła się Gertruda lat 77. – Zaproszeni byli senatorowie z PIS, panowie Pupa i Kogut. Ten drugi podziękował telewidzom za płomienne modlitwy w intencji wygranej kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę.
– To ten polityk, co rzucał chujami na sędziego podczas meczu piłkarskiego? – palnęła Kunia lat 90.
– Bóg zapłać wszystkim za modlitwy – odrzekła poważnie pani Beata. – Na skrzydłach ich żarliwości mnożyły się głosy w urnach wyborczych. Mam nadzieję, że za tydzień będzie podobnie.
– Nie chciałaby się pani już dziś odwdzięczyć? – zasugerowałam.
– Co proszę?
– Czy mogłaby pani swoim modlitewnym sprawstwem wnieść na ołtarz wildeckiego kościółka nasze osobiste kiełbasy wyborcze? – uściśliła Kunia. – Ja bym potrzebowała asystenta. Może jakiś chłopiec od was mógłby wyrobić się przy mnie politycznie?
– Ja bym chciała nową pralkę – wyznała Malwina lat 92. – Z emerytury mnie nie stać, ale po pani modlitwie może bank udzieli mi pożyczki bez żyranta.
– Ale ja nie rozumiem...
– Przecież w budżecie nie ma kasy – stwierdziła przytomnie Wacia lat 81. – Wymogi chwili musiały sprowadzić panią na kolana.
– Dokładnie – wsparłam Wacławę. – A jak już pani klęczy, szanowna Beato, to czemu nie ulżyć bliźnim? I nie mam tu na myśli mężczyzn, którzy sprowadzają nas na kolana w innych celach.
– W jakich celach? – zdziwiła się Trudzia.
– Bycie premierą – odezwała się dotąd milcząca Pela lat 82 – to więzienie.
– Chyba pani przesadza – przestraszyła się Szydło.
– Czyli po wyborach nie wsadzicie Kopacz? – dociekała Kunia. – Ale Donalda Tuska chyba tak?
– A co pani sobie życzy? – premiera in spe zwróciła się bezpośrednio do mnie.
– Mi wystarczy jedna Zdrowaśka.
– Ale w jakiej intencji?
– Chcę po wyborach wyprowadzić się jak najdalej od stolicy. Może nad granicą niemiecką będzie bezpieczniej?

Szydło skinęła głową, weszła do świątyni, a potem padła na kolana. Ochroniarze stanęli za nią murem.

sobota, 17 października 2015

S jak Sobecka ALFABET CIOCI ADELI - Seks, bo w niej on jest.

– Kiedy wreszcie ten dostawczak dojedzie? – sierdziła się Malwina lat 92. – Dziś jest sobota, więc chcę potem skoczyć na Rynek Wildecki, kupić na targu trochę warzyw. Może nawet dynię nabędę.

Stałyśmy przed sklepem na dole, oczekując jak zwykle na przyjazd furgonu z piekarni. Dziś nastawiałyśmy się nie tylko na świeże pieczywo z nocnego wypieku, ale też na słodkie.

– Mam ochotę na pączka – zadeklarowała Wacia lat 81.
– A ja na drożdżówkę z serem – oblizała się ze smakiem Lwinka.
– Schrupałabym jakieś ciacho – rozmarzyła się Kunia lat 90. – Najlepiej gdyby było świeże, czyli przed czterdziestką.
– Wyrażę się słowami kochanej posłanki Sobeckiej: „Ja też cały czas ze sobą walczę i staram się ograniczać słodycze. Minimalizuję spożycie cukru, nie słodzę kawy i herbaty. Nie piję także słodzonych napojów i soków, ale przyznaję, że od czasu do czasu lubię zjeść jakieś dobre ciasto.” – wtrąciła Gertruda lat 77.
– Przez kogo kochanej? – czujnie zareagowała Kunia.
– Ona może być wzięta – uznała Pela lat 82. – Tfu, znaczy może mieć wzięcie. Ma wszystko ku temu: szyk, wdzięk i złaknione łono. Wygłodzone usta, apetyczne wargi większe i mniejsze i niedoceniane sutki.
– Niestety, Playboy już jej nie zaproponuje sesji zdjęciowej – poinformowałam koleżanki. – Podobno nie będą już zamieszczali roznegliżowanych zdjęć.
– Pani Sobecka już pozuje – obruszyła się Trudzia. – Jej zdjęcia znajdują się na rozkładówkach Przewodnika Katolickiego, a raz nawet trafiła na okładkę Niedzieli.
– Rzeczywiście, ma coś w sobie – zgodziłam się. – Narodowo-katolicki seksapil doceniany jest przez kapłanów, z tymże ja nie jestem duchowna...
– Ja też – zasmuciła się Kunia – przez to nie mam powodzenia na poznańskiej Wildzie. Lecą na mnie tylko pięćdziesięciolatkowie albo nawet starsze chłopy.

Zrobiło się trochę smutno. Czułyśmy, że coś nam umknęło w życiu. Swoich ojców dawno pogrzebałyśmy, a nowych nie chciało nam się szukać. Przez to nasze libido nieco więdło. Nie to co u posłanki Sobeckiej.

piątek, 16 października 2015

S jak Sikorski ALFABET CIOCI ADELI - Smacznego!

Wstałam dziś o pięć minut później niż zwykle, więc spóźniłam się do kolejki stojącej przed sklepem na dole o całe pół godziny. Dziewczyny już były zaniepokojone. Bały się, że miałam nawrót choroby, ale to chyba był efekt tej przeklętej pory roku, gdzie spać się chce dłużej i smaczniej, a ręce nie garną się do nakładania makijażu.

– Cześć, Adela – przywitały się niemal jednym głosem.
– Dzień dobry – wyróżniła się Kunia lat 90.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – Gertruda lat 77, czyli zausznica proboszcza parafii pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego, też mnie swym powitaniem nie zaskoczyła.
– Smacznego – odpowiedziałam.
Sąsiadki zrobiły głupie miny, bowiem nigdy dotąd tak się z nimi nie witałam. Po twarzach rozpoznałam, że nie wierzą w moje wyzdrowienie.
– Kiedy ostatni raz mierzyłaś temperaturę? – spytała z troską Malwina lat 92.
– Czy pamiętacie może ministra, a potem marszałka Sikorskiego?
– Ba!
– To mężczyzna z dużym apetytem na życie. W ogóle lubię samców zdrowych, co mają duży spust. Tylko tacy przekazują zdrowe geny.
– Słyszałam, że jego plemniki ostatnio znalazły się na ostrym zakręcie – plotko2wała Dziunia lat 60. – Ponoć przez to ostro wyhamowały.
– Guzik obchodzi mnie grzesznik, co Żydówę pojął za żonę – skwitowała po katolicku Trudzia.
– Tej, odczep się od spraw rasowych – upomniała Wacia lat 81.
– Pax, dziewczęta! – zażądałam. – Postanowiłam od dziś witać się smacznego, bo mam ku temu poważny powód.
– Jaki?
– Co to znaczy dzień dobry? Nic nie znaczy! Dzień musi być smaczny. Niby po co marzniemy w ogonku, czekając na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku?
– Po co? – głupio zareagowała Pela lat 82.
– Żeby zjeść na śniadanie chrupiące bułki – wyjaśniła bezbłędnie Lwinka.
– Nie – zaprzeczyłam stanowczo. – Stoimy tutaj, by rozpocząć dzień od smacznej pogawędki. Potem wszystko leci z górki.
– I jest smacznie przez cały dzień – Kunia jako pierwsza łapała w lot moje myśli.
– Ale co ma z tym wspólnego Sikorski? – Pela kiwała głową z dezaprobatą.
– Każdy ma prawo do smacznego dnia.
– Ja za niego na pewno się nie pomodlę – obwieściła Trudzia.

W tym momencie zza zakrętu wyłonił się furgon z piekarni. Kierowca wyhamował dostawczaka z piskiem opon. Otworzył drzwi od kabiny i zgrabnie wyskoczył na jezdnię.
– Dzień dobry – przywitała się Trudzia.
Reszta dziewcząt też ukłoniła się podobnie. Ja nie dawałam za wygraną.
– Smacznego – zwróciłam się do kierowcy.
On tylko przełknął ślinę i wytarł rękawem tłuste usta. Jednocześnie coś wepchnął do przepastnej kieszeni roboczego kitla. Tymczasem Kunia chwyciła mnie za łokieć i odprowadziła kilka kroków w bok.
– Adela, tu na Wildzie to się nie przyjmie. Wróć lepiej do dzień dobry.
– Nie przyjmie się? To ja się wyprowadzam – rzekłam butnie. – Choćby do Szczecina.
– Dlaczego do Szczecina?
– Bo może być tam smaczniej.

wtorek, 13 października 2015

S jak Schetyna ALFABET CIOCI ADELI - Sprytny lisek

– Och, Adela – Kunia lat 90 bardzo ucieszyła się na mój widok. – Wyzdrowiałaś! Nareszcie!
– Czuję się już trochę lepiej.

Rzeczywiście, pierwszy raz od kilkunastu dni zeszłam do kolejki przed sklepem na dole, by ustawić się w ogonku, a potem zakupić świeże pieczywo z nocnego wypieku. Dość już miałam mrożonek. Tęskniłam za czymś, co powstawało w mroku nocnym, a co było ciepłe i chrupiące.

– Mniej charczę, a luźne gile powoli zamieniają się w twarde katarowe kulki. Najważniejsze, że już nie kropelkuję.
– Kropelkowałaś? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– Zarażałam drogą kropelkową, ale to już przeszłość. Odcięłam się od pewnego smarka, więc liczę na poprawę zdrowia.
– Na co właściwie chorowałaś? – spytała Dziunia lat 60, z którą nie byłam tak blisko w kontakcie jak z pozostałymi sąsiadkami, więc mogła nie wiedzieć.
– To była mononukleoza.
– Choroba pocałunków? – zdziwiła się Wacia lat 81. – Jezu, jak ja chciałabym na to zachorować. Znaczy spotkać jakiegoś nosiciela.
– Podobno to leczy się tylko objawowo – stwierdziła Gertruda lat 77. – Pomaga tylko żarliwa modlitwa. Przynajmniej mi kiedyś pomogła.
– Trudzia, z kim się całowałaś?
– Adela, nie odwracaj uwagi od siebie – upomniała mnie zausznica proboszcza wildeckiej parafii pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego. – Od kogo złapałaś chorobę?
– Schetyna. Lizał mi oczy, ślinił brwi, wkładał język do ucha. W sumie kochany chłopiec, tylko nosiciel.
– Dobrze, że nie zaraził cię czymś gorszym – odetchnęła z ulgą Kunia.
– Zmusiłam go do testów na HIV. Wiecie, jakie świnie pchają się do polityki. On był szczególnie podejrzany.
– Dlaczego?
– Bańki chciał mi stawiać, kamforą plecy nacierać, bomby witaminowe podawać. Psiajucha, chciał ograniczyć moją wolność. Wiecie przecież, jaki jest samiec. Najpierw ciu, ciu, ciu, a potem zapragnie cię zdominować. Wykorzystać. Zdusić. Pognębić. Schetyna niczym nie odbiega od beznadziejnej reszty przedstawicieli swego gatunku.
– To prawda, biegał wokół Tuska w pochylonej pozycji lokaja, a przed sforą swoich sługusów odgrywał już rolę pana.
– Sprytny lisek – uznała Lwinka.
– Ciągle kombinuje – poparła ją Wacia. – Drapie się po policzku, swędzi go nos, brodę masuje. Mowa ciała nie kłamie
– Adela, musisz go wydmuchać z nosa razem z resztkami ciekłej treści.

Zgodziłam się z radami dziewczyn, bo były bardzo rozsądne. I nagle przypomniałam sobie o słowach Gertrudy.
– Kochana, a jak ty załapałaś się na mononukleozę?
– Przez święty obraz.
– Jak to?
– Całowałam Matkę Boską w usta. Nie byłam pierwsza – odpowiedziała najświętsza z nas, po czym złożyła ręce i zagłębiła się w porannym pacierzu, szepcząc zapomniane przez nas formułki.

piątek, 2 października 2015

R jak Rokita ALFABET CIOCI ADELI - Rojber

Dziś szybko uwinęłyśmy się z zakupami. Nabyłyśmy świeże pieczywo z nocnego wypieku, każda z nas przygotowała sobie śniadanko, a potem ponownie spotkałyśmy się. W kilkuosobowej grupie raźno ruszyłyśmy na spotkanie z kimś ważnym – dla mnie bardzo ważnym. Po prostu kochałam się w tym rojbrze, miałam wrażenie, że od zawsze. Ale gdy jesteś w wieku 73 plus, to każda perspektywa czasowa jawi się wiecznością.

Niestety, szklane drzwi na oddział były zamknięte, ale udało się nam zauważyć Janka, który na nasz widok uśmiechnął się. Spostrzegł, że nikt nas nie wpuszcza, więc na chwilę zniknął w swoim pokoju szpitalnym i wrócił z zeszytem pod ręką. Już po chwili napisał na kartce: „Jest mi tu bardzo dobrze. Nie chcę wychodzić.”

Spojrzałyśmy na siebie z zakłopotaniem. Historia z Niemcami, którzy go pobili na pokładzie samolotu Lufthansy, musiała wywrzeć na nim ogromne piętno, które uodporniło się nawet na proszki uspokajające.
Nie miałyśmy przy sobie żadnych kartek, więc na klawiaturze telefonu wystukałam tekst SMS-a, podsuwając pod nos Janka: „Jak zwykle masz śliczną łysinę. Dobrze utrzymaną – dbasz o nią. Jest stworzona do odbijania promieni słonecznych”.
– Dobrze mu napisałaś – pochwaliła mnie Kunia lat 90. – Sugestia, żeby pojawił się na zewnątrz jest ze wszech miar właściwa. On musi wypisać się z tej emigracji!

Mój komunikat odbił się od torsu Rokity, nie wywołując w nim żadnej widocznej reakcji. Zmartwiło mnie to. Tymczasem Janek znów coś skrobał na kartce. Po chwili pokazał: „Żyję tylko z grzeczności”
– Do jasnej ciasnej! – zaklęła Malwina lat 92 – Jakiej grzeczności? Przecież to rojber! On żyje po to, by robić zamieszanie! Jego przeznaczeniem jest dawać czadu, wywierać piętno i od czasu do czasu chować się w swojskich ramionach.
– Fakt, to jakieś nieporozumienie – przytaknęłam z bólem. – Tylko jak dotrzeć do niego z tym komunikatem? Jak mu stworzyć azyl? Dać spokój i ciepło? Skoro Nelly nie może, to może ja? – zastanawiałam się.
– Pomodlę się za niego, chociaż nie lubię facetów ubranych w starożytną okryjbidę – stwierdziła Gertruda lat 77, składając dłonie do modlitwy.
Nie zwracałam uwagi na Trudzię, tylko wystukiwałam na telefonie kolejną wiadomość tekstową: „Potrzeba ci dobrej partii. Przyjrzyj mi się.”
Jan Maria odczytał wiadomość, a ja obciągałam obcisłą sukienkę, uświadamiając mu wypukłości i cienie całego kontekstu. Przecież sprawa nie wyglądała tak oczywiście, jak sobie wyobrażał. On to jednak bagatelizował. Znów coś wypisywał na kartce: „Zacząłem kochać swój narcyzm. Pa, koleżanki.” Następnie odwrócił się i skierował się do swojego szpitalnego pokoju.

– To już była namiastka czadu – pocieszała mnie Lwinka.
– Tak – zgodziła się Kunia – wraca do żywych, ale wyraźnie zaznacza, że sam będzie dyktował tempo.
Postanowiłyśmy wrócić na poznańską Wildę. Trudzia cały czas klepała modlitwę w intencji Rokity, a ja wiedziałam, że jeszcze nieraz go odwiedzę.

środa, 30 września 2015

R jak Rozenek ALFABET CIOCI ADELI - Rybcia

– Czy da mi pani milion? – spytał mnie Rozenek, podchodząc do naszego ogonka ustawionego przed składem na dole.
Stałyśmy w kolejce przed sklepem spożywczym, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Furgon nie nadjeżdżał, więc postanowiłyśmy wdać się w dyskusję z kolejnym kandydatem do polskiego parlamentu.
– Tak... – odpowiedziałam po dłuższej chwili, bo mnie nieco zatkało. – Znaczy postaram się.
– A jakie czyni pani kroki w tym kierunku?
Rozejrzałam się bezradnie po koleżankach. Kunia lat 90 dyskretnie pokazywała kółko przy skroni, sugerując, że mam do czynienia z wariatem. Pozostałe sąsiadki były jednak na tyle zaintrygowane, że czekały na dalszy rozwój wypadków.
Tymczasem niezwyczajny na poznańskiej Wildzie przechodzień indagował dalej.
– Czy wie pani, ile osób w społeczeństwie jest przeciętnych?
– 96%? – zaryzykowałam, choć nieco bojaźliwie.
– 60%!
– Skąd pan wie?
– Bo 20% ogólnej liczby Polaków stanowią osoby złe, a pozostałą część osoby dobre.
– No dobra, choć źle mi to brzmi.
– Załóżmy, że osoba zła zarabia miesięcznie 2000 złotych.
– Cholera – zaklęła Malwina lat 92 – a ja mam 970 złotych renty.
– Przez 40 lat osoba zła zarobi około miliona złotych – kontynuował Rozenek.
– I co z tego?
– Dajmy mu od razu ten milion.
– Tak po prostu? – zdziwiła się Gertruda lat 77
– Będzie musiał spełnić tylko jeden warunek. Otóż musi wyjechać na stałe do Grecji. Tam się za ten milion urządzi, a my pozbędziemy się złego obywatela.
– Gitara gra! – ucieszyła się Dziunia lat 60.
– W kraju zostaną tylko Polacy dobrzy oraz przeciętni. Dobrzy przejmą stery i nawrócą na dobrą drogę przeciętnych.
– Pan to ma łeb! – pochwaliła Rozenka Kunia.
– Piece martenowskie znów się rozgrzeją, traktory ruszą z kopyta, gaje się zazielenią, a jeziora zarybią. Będzie gites.
– Jesteś pewien, rybcio?

Rozenek rozdał nam ulotki, a my w podzięce wpuściłyśmy go do kolejki. Zasłużył biedaczyna na świeże pieczywo z nocnego wypieku.

środa, 16 września 2015

P jak Piechociński ALFABET CIOCI ADELI - Poeta bury

– Uważam, że nasz rząd jest prozaiczny – Gertruda lat 77 wydęła wargi z dezaprobatą. – Za grosz w nim finezji. Pomodlę się za ich ostatnie dni.
– Wstrzymaj się – poprosiłam. – Wydaje mi się, że jest wśród składu rządu jeden poeta, a to całkowicie zmienia postać rzeczy.
– Skąd o tym wiesz? – zainteresowała się Kunia lat 90.
– Każdy poeta ma brzydką twarz.

Spojrzałyśmy na siebie badawczo, nie znajdując nikogo o inklinacjach literackich. Wszystkie byłyśmy piękne. Nasz ogonek, czyli kolejka przed sklepem spożywczym, w której oczekiwałyśmy na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku, należał do najbardziej urodziwych na poznańskiej Wildzie.

– W przyszłym rządzie to może być Antoni Macierewicz – zastanawiała się Malwina lat 92 – ale w tym?
– Wicepremier Piechociński! I w związku z tym chciałabym byśmy oddały mu hołd.
– Jak?
– Jesteśmy zbyt śliczne jak na poetki, ale każdą z nas stać przynajmniej na jeden wers. Utwórzmy z nich wiersz.
Widziałam rysujące się na twarzach niezdecydowanie, które ukróciłam podając pierwszą linijkę wiersza dedykowanego panu premierowi Januszowi.
– Słońce przez lustro weneckie podgląda księżyc w pełni.
– W papilotach prowadzą auta Papuasi niedzielni – ochoczo przyłączyła się Kunia.
– Wpychają kraj na przepaść, wprost w objęcia nędzy – złowróżbnie dodała Lwinka.
– Kto pracuje w Sejmie, potem w rządzie zrzędzi – wydukała Pela lat 83.
– Premier jest w drelichu, ksiądz zaś na kolędzie – wtrąciła obowiązkowy element klerykalny Trudzia.
– Nie stać mnie na leki, Spielberg kręci „Stęki” – poskarżyła się Wacia lat 81.
– W kącie siedzi Piechociński, Janusz dość ponury – zaczęłam kierować naszą łódź poezji do brzegu.
– Twarz ma bardzo brzydką, ten poeta bury – zakończyła Kunia.
– Bury jak ten Bury? – zaciekawiła się Dziunia lat 60, która nie wzięła udziału w zabawie.
Wzruszyłyśmy ramionami. Bury ten czy tamten – żadna różnica. Ważniejsze było przepisać wiersz na kartkę. Powtórzyłyśmy swoje kwestie, a Lwinka kaligrafowała lekko drżącą ręką.
Wiersz wyszedł wspaniale. Zatytułowałyśmy go „Dla Janusza”

Dla Janusza

Słońce przez lustro weneckie podgląda księżyc w pełni
W papilotach prowadzą auta Papuasi niedzielni
Wpychają kraj na przepaść, wprost w objęcia nędzy
Kto pracuje w Sejmie, potem w rządzie zrzędzi
Premier jest w drelichu, ksiądz zaś na kolędzie
Nie stać mnie na leki, Spielberg kręci „Stęki”
W kącie siedzi Piechociński, Janusz dość ponury
Twarz ma bardzo brzydką, ten poeta bury.


A na brzydką twarz kolejnego rządu też ułożymy wiersz! Przynajmniej tak się umówiłysmy.

wtorek, 15 września 2015

P jak Pawłowicz ALFABET CIOCI ADELI - Pudernica

Sterczałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie. W siąpiącym deszczu oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku. Nie chciało nam się rozmawiać, starałyśmy się dotrwać do świtu, który o tej porze roku zwiastował przyjazd dostawczaka z piekarni.

– Jesienią często myślę o klimakterium – wymsknęło mi się. – To chyba przez ten klimat.
– Ja o nim myślę na okrągło – odezwała się Malwina lat 92. – Nie mogę się doczekać.
– Co proszę? – zakrztusiła się Kunia lat 90.
– A ja już zapomniałam o wybuchach gorąca – przyznała Dziunia lat 60. – Teraz mogę uprawiać seks bez zabezpieczeń.
– A ja niestety cały czas boję się zajścia w ciążę – pożaliła się Lwinka. – Przez to w łóżku się spinam.
– Wybuchy gorąca to straszna sprawa – uznała Wacia lat 81. – Umysł siada, a pot i tak się na karku leje. Majątek tracę na proszki do prania, tak często muszę włączać pralkę.
– Musisz się wachlować – doradziłam. – Jak posłanka Pawłowicz.
– Jej dopiero rozpoczyna się klimakterium – oceniła Pela lat 83. – Umysł wprawdzie zaczął już siadać, ale pot nie ma jeszcze charakteru fizjologicznego. To jedynie jej mózg, podobnie jak rachityczny silnik wielkiej maszyny, potrzebuje systemu chłodzenia. Ona wprawdzie nie zdaje sobie z tego sprawy i wachluje się mimowolnie, gdyż podświadomie wyczuwa, skąd wziąść zimny prysznic dla jej intelektu.
– Chyba wziąć?
– Przecież mówię, że wziąść.
– Muszę kupić sobie wachlarz – postanowiła Lwinka.
– Szczerze powiedziawszy – Kunia rzadko siliła się na szczerość – wolę wziąć wannę niż się wachlować.
– Wziąć – poprawiłam koleżankę.
– Przecież mówię, że wziąść.
– Kobieta, która się poci powinna mieć zawsze przy sobie chusteczkę – doradziła Klotka, najbliższa przyjaciółka Waci.
– Nie zapomnij o pudrze – wtrąciła Kunia.
– Kobieta w klimakterium musi się wachlować i pudrować.
– Oraz uprawiać ostrożnie seks – przypomniała Lwinka – by nie zajść głupio w ciążę.
– Pawłowicz się nie parzy. Ona jest katoliczką.
– Niewyparzona pudernica – podsumowała Pela.
– Może jednak ktoś chciałby ją wziąść?

Nie miałam już jednak siły znowu poprawiać moje koleżanki. Nie zrobiłam choćby dlatego, że podjechał dostawczak i zaczęłyśmy przygotowywać bilon, by kupić pieczywo na śniadanie.

poniedziałek, 14 września 2015

P jak Pawlak ALFABET CIOCI ADELI - Płodozmian

– Wybrałam się kiedyś na apel Ochotniczych Straży Pożarnych – wspominała Lwinka lat 92. – Był na uroczystości też prezes. Udało mi się z nim zamienić kilka słów. Przyznam, że tak mnie rozpalił, że w pewnym momencie myślałam, że sięgnę do jego sikawki. Bardzo mnie smażyło od środka!
– A wydaje się być małym rojbrem – zadumałam się. – Waldusiem ścicha pęk.
– Pęk go długo chronił – podzieliła się wiedzą Kunia lat 90 – ale ostatnio schlał się tak, że rano na korytarzach hotelu sejmowego dziennikarze zrobili mu sesję fotograficzną. On tego nie zauważył, gdyż chrapał w najlepsze urżnięty w sztok.
– No i odbywa się ten apel, trwa i trwa, ale kiedy skończył się, to prezes postanowił z bliska pokazać swe niecodzienne oblicze śmiertelniczkom. Zbliżył się i wiele z nas piskało. Euforia.
– Posikałyście się? – zaśmiała się przychylnie Pela lat 83. – Ja zsikałam się na Czerwonych Gitarach. Cztery razy, bo tyle w latach 70. dali koncertów w Poznaniu.
– Gdy był niedaleko mnie, to odważyłam się krzyknąć: Panie Waldku, pan się nie boi!”. Nie zareagował, może nie usłyszał mnie, więc donośniejszym głosem nie dopuszczającym sprzeciwu wrzasnęłam: „Pawlak, podejdź no do płota”. Barierki takie były, co płot przypominały. On mnie usłyszał i podszedł do mnie.
– I co? I co? – niecierpliwie dopytywała się Dziunia lat 60.
– Podarowałam mu osobiste gacie, które już wcześniej dla niego zdjęłam. Czekałam tylko na okazję i poszczęściło mi się.
– I co on zrobił z wielkimi barchanami? – zdziwiła się Wacia lat 81.
– Uśmiechnął się, pochylił się do mojego ucha i wyszeptał, że on jest z roli, więc lubi płodozmian.
– Filut!
– Nie dałam mu odejść. Trzymałam poły jego marynarki, pytając, czy domyśla się, że nie mam nic pod spódnicą. Wtedy on ukradkiem wyciągnął z butonierki męskie stringi, po czym wcisnął mi je do dłoni, choć wyczuwałam, że wolałby wsunąć mi je za dekolt. Ale rozumiecie, to był festyn
– Rzeczywiście, chłopak potrafi wejść w rolę – rzekła z podziwem Kunia.
– I wtedy on dodał, również szeptem, że płodozmian rozumie tak, że sam przebiera się w damskie ciuszki. I że jest mi ogromnie wdzięczny, bo w barchanach jeszcze się przed kolejną żoną nie wdzięczył.
– Pewnie ci było smutno, kochana – pożaliłam się nad Lwinką.
– Tylko do momentu, gdy nie odziałam stringów Pawlaka.
– Masz może jakieś zdjęcia?

Oglądanie frywolnego albumu Lwinki tak nas wchłonęło, że nie zauważyłyśmy przyjazdu dostawczaka z piekarni. Kierowca wyładował świeże pieczywo z nocnego wypieku, ale nasz ogonek zupełnie nie reagował. Długo stałyśmy, oglądając pozy Malwiny lat 92, ale naprawdę było warto.

niedziela, 13 września 2015

P jak Palikot ALFABET CIOCI ADELI - Pornokot

– Zwiedzałam kiedyś gmach przy ulicy Wiejskiej w Warszawie – przyznała się Gertruda lat 77. – Różnica z naszym kościołem jest taka, że oni też mają ambonę, ale mogą na nią wejść wszyscy.
– Naraz? – zdziwiła się niedouczona w sprawach państwowych Dziunia lat 60.
– Jesteś niewyedukowana – słusznie zauważyła Kunia lat 90. – Obrady prowadzi zwykle jakiś zmurszałek i to on pilnuje porządku. Młode pokolenie jest coraz mniej zaangażowane w sprawy ojczyzny i jej delegatur. Powinnaś popracować na sobą. W głowie wam tylko Internet i play station!
– Oni mają gadane jak nasz proboszcz czy wikary – ciągnęła Trudzia – ale razem ten ich bełkot przeradza się w zbiorowy lament.
– Porno lament – prowokacyjnie podpowiedziałam.
– Pornolament – zgodziła się.
– Nie gram na Play Station – słabo odcięła się Dziunia.

Usiadłyśmy na ławeczkach przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie. Kunia oraz Wacława lat 81 chciały zapalić po ćmiku, reszta zgodziła się im towarzyszyć. I po mszy świętej dla dzieci, którą właśnie zaliczyłyśmy, dyskusja jakoś tak naturalnie zeszła na lament i porno.

– Słyszałam wcześniej, że to jedyne miejsce w Polsce, gdzie zboki dostają dietę – kontynuowała swoją relację Trudzia. – Owszem, zauważyłam jak jeden się kręcił. Palikot się nazywał, ale nic nie jadł. Może był na diecie?
– On podobno często bywa napalony – plotkowała Pela lat 83. – Wacia, dasz się sztachnąć?
– Filozof – wzgardliwie orzekła Klotylda.
– To prawda – potwierdziłam. – Słyszałam nawet, że lubi Gombrowicza, a ten hultaj napisał kiedyś „Pornografię”.
– A nie mówiłam, że to zboczeniec?
– Z boku to wyraźniej widać – stwierdziła Lwinka. – One, znaczy te cwaniaki, myślą, że prowadzą jakąś misję. Że są do czegoś powołani, a tymczasem nie da się ich odwołać. Porąbany jest ten immunitet!
– Wypalanie trawy prowadzi jedynie do pożarów – Pela tym razem o macha poprosiła Kunię.
– Pożarów umysłów – doprecyzowałam.
– Kiedy widzę Palikota, to gubię chrześcijańskie miłosierdzie – Gertruda przyznała się go grzechu myśli nieczystej. – Byłam w stanie udusić go, nawet za cenę zbrukania świętości różańca.
– Byłabyś w stanie zarzucić mu na szyjkę różaniec? – Kunia aż przysiadła z wrażenia.
– Przecież to wieprz, on nie ma szyi!
– Znam dużo większe świnie – powiedziałam. – Palikot jest jak święty dym z kadziła. Trochę wzruszy oczy, ale też wprowadzi podniosły nastrój. No i smrodu po sobie nie zostawia.
– Bluźnisz – oskarżyła mnie Trudzia.
– Czy my czasem nie lamentujemy? – skonstatowała niepewnie Wacia.
– Ciepło jest, ale też wilgotno – Lwinka spojrzała na zachmurzone niebo. Porno się zrobiło. Ot, co.

sobota, 12 września 2015

O jak Olejniczak ALFABET CIOCI ADELI - Ogier

– Najbardziej niebezpieczni są oratorzy – stwierdziła Wacława lat 81. – Kiedy poeta zaczyna recytować swój najnowszy wiersz, to jesteś zauroczona. Policzki się rumienią, pierś podnosi się częściej niż zwykle, a do uszu dociera tylko przyjemny szum morza jego słów.
– Taa – zgodziła się Kunia lat 90. – To są fale tsunami. Moje falochrony padają przed siłą żywiołu. Wiele biustonoszy w ten sposób straciłam.
– Mnie wzruszają spontaniczne modlitwy proboszcza – wyznała Gertruda lat 77. – Kiedy on się zapomni w Bogu, to nawet anioły gęby otwierają ze zdumienia.
– Tymczasem poeta, ksiądz zresztą też, zawsze może usprawiedliwić się metaforą. Ja bym uważała na tych drani, bo mamią przenośniami – ostrzegła nas Wacia.
– Oj, mamią – przypomniała sobie Malwina lat 92. – Już moja mamusia ostrzegała mnie przed nimi.
– Ale potem odlatują, ptaszki wyfiokowane! – prychnęłam, przypominając sobie kilka przygód z przeszłości. – I ze smagłej skóry na licu i udach pozostają ci jedynie zmarszczki wspomnień.
Kunia splunęła. Jej plwocina spadła tuż przed nasz ogonek, który uformowałyśmy przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie. Zawsze w tym miejscu oczekujemy na przyjazd furgonu z piekarni, który dowozi do naszego składu świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Samiec powinien być lepszy niż najlepsza sucz – zawyrokowała Kunia. – Znaczy musi mieć kasę. Jeżeli nie jest zdrowy, to musi wykazywać choćby chęć do odpowiedniego sformułowania treści testamentu.
– I żeby skrupulatnie wyruchał! – krzyknęła w zapale Pela lat 60, ale widząc naszą naganę w oczach, dodała – Dziecko zrobił i odchował!
– Alimenty żeby potem płacił! – dopowiedziała rozentuzjazmowana tokiem rozmowy Klotka, przyjaciółka Waci.
W ogonku, który utworzyłyśmy przed sklepem spożywczym, zapadła cisza. Tu na poznańskiej Wildzie mało kto płaci za cokolwiek. O! Gdyby rzecz dotyczyła jakiegoś europosła, sprawa na pewno miałaby się inaczej.
– Jest tak męska sucz... – powiedziała konfidencjonalnym szeptem Kunia. Wzbudziła tym większe zainteresowanie niźli miałaby wrzasnąć na całą ulicę. – Ma kasiorę z Brukseli, ciało Boże, tfu, boskie, jedyny mankament to jego ciągoty do przebieranek. Ale tak ma chłop, który jest męską suczą?
– Myślę, że mógłby być dawcą zdrowych, polnych genów.
– Rolnik, który szuka żony. Z tymże proboszcz nie udzieliłby mi ślubu z nim, bo on szefował partii lewicowych grzeszników. Tej SLD, czy jakoś tam.
– Dlaczego polnych genów? – zdziwiła się Lwinka.
– Bo jak był ministrem rolnictwa to nosił zielone garnitury.
– On jest wioskowy? – dociekała Pela.
– Zdrowe żyto – oceniła Kunia. – Żaden chwast.
– Ogier – przytaknęła Wacia.

A gdy po chwili pojawił się furgon z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, to zrozumiałyśmy, że mógł w tym brać udział ogier ciągnący bronę. A przynajmniej miałyśmy nadzieję, że w składzie jest zdrowe polskie żyto. Albo inne zboże, ale to już nie było tak istotne.

piątek, 11 września 2015

O jak Ogórek ALFABET CIOCI ADELI - Obcyndalała się?

Ktoś nowy pojawił się w naszym ogonku, w którym co rano ustawiałyśmy się, by oczekiwać na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z niecnego wypieku. Tfu, nocnego. W każdym razie była to osoba płci piękniejszej, ale jakaś taka wiotka, blada i nieco koślawa. Głupi uśmiech pokazywał zęby z metryką około 35 lat. Obcasik był słuszny, dekolt odważny, paznokcie wystawiły się na malowanie pewnie kilka godzin wcześniej. Blichtr, jednak bez wzbudzenia zaufania. Coś w tej laluni nie pasowało i zgrzytało boleśnie.

I rzeczywiście. Gdy przedostatnia w kolejce Dziunia lat 60 zapatrzyła się w okno Witolda lat 57, poprawiając machinalnie stanik pod wełnianym swetrem, ta nowa zajęła niepostrzeżenie jej miejsce.
– Zrobiłam krok w lewo, by wyglądać Witka, który mniej więcej o tej porze przeciąga się w oknie – poinformowała Dziunia – ale to nie oznaczało, że ustępuję pani miejsca.
– Ja tam się nie obcyndalam – stwierdziła nieznajoma.
– Ma pani ładne kolana – pochwaliła Malwina lat 92, która jeszcze przed chwilą stała koło Dziuni.
– Uda też. Mogę pani je okazać, z tymże zamieńmy się za to miejscami.
– Czemu nie?
– A co ze mną? – zapytała Dziunia.
– Nie odwracaj wzroku od okna!

Tymczasem nowa kolejkowiczka przykucnęła, a my wyszłyśmy z kolejki, by spojrzeć na obnażone uda z przodu, bo z boku nic nie dało się zauważyć.
– Niezła z pani dupa – przyznała Kunia lat 90. – Ale nieładnie, że zajęła pani moje miejsce.
– Nie było warto? – spytała obca na poznańskiej Wildzie kobieta.
– Nie ma pani skrupułów – uznałam.
– To prawda, nie obcyndalam się.
– Co pani przyświeca? – zaciekawiłam się, po czym poczułam, że nieznajoma, wstając z kucek opiera się o mnie, po czym przesuwa mnie za siebie.
– Muszę być pierwsza.
– Pierwsi będą ostatnimi – rzekła Gertruda lat 77.
– Czy w związku z tym zamieni się pani ze mną?
Trudzia przeżegnała się, a potem milcząco przepuściła ją przed siebie.
– Ale o co cho? – kontynuowałam.
– Muszę być pierwsza!

W tym momencie podjechał dostawczak z piekarni. Kierowca zgrabnie zaparkował samochód, po czym otworzył pakę i zaczął wynosić kasty ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku. my zaś sięgnęłyśmy do portmonetek, by przygotować drobne.
– To ta kolejka nie była do sesji fotograficznej do Playboya? – zdziwiła się lalunia lat ok. 35. – Ktoś mnie świadomie wprowadził w błąd... – dodała zdezorientowana, o czym szybko się oddaliła.
– Ta to się nie obcyndalała – uznała Kunia.
– O Witek się pokazał! – krzyknęła Dziunia.

Spojrzałyśmy w stronę okna, by spojrzeć na muskulaturę Witolda. Nie była jednak tak świeża, jak pieczywo, które za moment miałyśmy nabyć.

środa, 9 września 2015

N jak Nowicka ALFABET CIOCI ADELI - Niewiasta, która nie oszwabi

Stałyśmy jak co dzień rano w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku, gdy podjechała na swoim rowerze Berenika lat 33.

– Dziewczyny, nie róbcie se jaj! – zawołała gromko.
– Zamierzam kupić kopę – obiecała Malwina lat 92, czym ucieszyła właściciela składu, który zwykł nas podsłuchiwać przez lekko uchylone drzwi.
– Proboszcz, właściciel jednej szóstej tuzina, lubi na śniadanie zjeść jajko na miękko. Nie przepada zaś za omletem – poinformowała Gertruda lat 77.
– W kolejce o politykach to każdy może sobie pogwarzyć – obwieściła Berenika. – Człowieka natomiast należy poznać osobiście. Kto ze mną wyruszy na spotkanie z kimś, kto z najlepszymi chęciami decyduje w pewnym stopniu o polityce państwa?

Spojrzałyśmy na siebie niepewnie, bo raczej pachniało nam śniadanie, do którego brakowało jedynie świeżego pieczywa z nocnego wypieku, a nie jakieś trudne do przewidzenia .

– Daleko? – spytała niepewnie Pela lat 83.
– Szybko? – Kunia także miała niewyraźną minę.
– Pewnie będzie pod wiatr – martwiła się Wacia.
– Nie znoszę podjazdów – narzekała Klotka.
– Nie cierpię jak muszki lądują między zębami – narzekała Dziunia. – Nie wiem, czy je połknąć, czy wypluć.
– Jadę! – zdecydowałam się.
– A masz, ciociu, tandem? – dociekała Berenika.
– Po co?
– Jedzie z nami Matylda.
– Matylda jest wysportowana? – spytałam z nadzieją, wierząc, że weźmie na siebie ciężar pedałowania.

Berenika nic nie odpowiedziała. Niestety, nie miałam tandemu, za to koszyk na kierownicę już tak. Matylda była kocicą, która wyczuwała w człowieku fałsz. Zamysłem Bereniki było położyć kota na klatce piersiowej polityka, co miało go rozszyfrować.
Ruszyłyśmy. Okazało się, że jedziemy na Wschód. Tam miała mieszkać Wanda, co Niemca nie chciała.
– Wanda była córką Kraka – otworzyłam buzię, połykając hurtem trzy muszki. – Nie powinnyśmy jechać na Południe?
– Wanda Nowicka ma pazur, którym uczepiła się w stolicy.
– To ci kocica!

Pedałowałyśmy z mozołem. Po 6 kilometrach zaczęłam się zastanawiać, jak długo jeszcze pojedziemy. Na 8 kilometrze poprosiłam Berenikę o numer telefonu do Wandy. Połączyłam się błyskawicznie.
– Córuniu – powiedziałam po kilku słowach przedstawienia. – Powinnam powitać kobietę upadłą, zgwałconą politycznie przez trójkę rajfurów Ewę Kopacz, Leszka Millera i Donalda Tuska. Jak się pani czuje?
– Jak bohaterka filmów Teresy Orlowsky.
– Co zamierzasz z tym zrobić?
– Nie dam się oszwabić.

Rozłączyłam się, a potem poprosiłam Berenikę o powrót. Kierunek na Zachód też jej się spodobał.Tylko Matyldzie było wszystko jedno.

wtorek, 8 września 2015

N jak Nowak ALFABET CIOCI ADELI - Nostradamus

– Najgorzej spóźnić się do pracy w poniedziałek – uznała Malwina lat 92. – To źle wróży na cały tydzień. Ale wtorek wcale nie jest lepszy. Też może wszystko spieprzyć, a nawet zarazić paskudą weekend.

Stałyśmy w ogonku, który uformował się wzdłuż ściany sklepu przy pewnej ulicy na poznańskiej Wildzie i obserwowałyśmy zasapanych pracowników spieszących się do pracy. Przechodzili mimo nas, chowali głowy w ramiona, wstydząc się swojego pośpiechu i porannej nieporadności. A on wynika zwykle z nieumiejętności planowania oraz gospodarowania czasem. Było to tym bardziej przykre, że wśród przechodniów dużo było urzędników z położonego w pobliżu urzędu skarbowego. Akurat oni powinni być akuratni. Niestety, większość z nich to mieszkańcy napływowi, którym nie wpojono w dzieciństwie hasła Ordnung muss sein.

– Dla mnie liczą się tylko mężczyźni, którzy mają zegarek na ręku – oznajmiła Pela lat 83. – Mogą mieć busolę, klepsydrę albo zegarek kieszonkowy. Wszystko mi jedno, byle jemu tykało.
– Politycy z czasem zupełnie się nie liczą – zauważyłam. – Często opóźniają reformy. Natomiast o obietnicach wyborczych przypominają sobie dopiero przed kolejną ustawioną przed gałami wyborców urną.
– Żałuję, że zawistnicy odsunęli od polityki Sławomira Nowaka – pożaliła się Kunia lat 90. – On baczył na czas, a ponadto był dobrze ubrany.
– A ja nie żałuję – nie zgodziła się Malwina lat 92. – Zamiast parlamentarzystów z dyscypliną czasową, ja wolę wróżów.
– Sławek jest git – przyznała najmłodsza z nas Dziunia lat 60. – i Spodnie zawsze miał wyprasowane.
– Jaki niby z niego za wieszcz? – prychnęłam. – Przecież on tylko wróżył przeszłość.
– Teraźniejszość też! – zaoponowała Pela. – Był w tym świetny, bo zawsze kierował się aktualnym czasem.
– Był lepszy od Nostradamusa, który przewidywał tylko przyszłość – chwaliła polskiego wróża Kunia. – Sławomir operował we wszystkich trzech czasach.
– Jesteście zwyczajnie zauroczone przystojnym wisusem – zakpiłam. – Niby co przewidział z przyszłości?
– Swoją dymisję – momentalnie odpowiedziała Lwinka.
– Też mi coś – wzruszyłam lekceważąco ramionami.
– Przewidział też, że Donald Tusk będzie miał w Brukseli Heysel, mimo że nogi odzianej w buty z kolcami nigdy na murawie tego stadionu nie postawi.
– Phi – zaphikałam pogardliwie.
– Nowak zapowiedział KONIEC – poinformowała na koniec Kunia.
– Że niby nie będzie można związać końca z końcem?
– Jeśli idzie o przepowiednie dotyczące zdarzeń przyszłych to jest równie enigmatyczny, co Nostradamus – wyjaśniła Pela. – Ale w odróżnieniu od swego poprzednika stawia przepowiednie z zegarkami w ręku.
– Z zegarkami?
– Ma czas ustawiony na różne strefy czasowe.
– To kiedy będzie KONIEC? – dociekałam.

Niestety, to był koniec frapującej dyskusji, ponieważ podjechał furgon z piekarni i kierowca zaczął wyładowywać świeże pieczywo z nocnego wypieku. Rozniósł się aromat chrupkiego chleba oraz bułek i dziewczynom przestało zależeć na wyjaśnieniu zagadki KOŃCA. Skupiły się za to na liczeniu drobnych na zakup upatrzonego pieczywa.

poniedziałek, 7 września 2015

N jak Nowacka ALFABET CIOCI ADELI - Nadieżda

– Obawiam się, że Palikot rozwiedzie się – wieszczyła złowróżbnie Gertruda lat 77. – Modliłam się wczoraj żarliwie za trwałość polskich rodzin i miałam objawienie.
– Konsultowałaś swoje wizje z proboszczem? – indagowała Malwina lat 92.
– On nie chce rozmawiać o liderze Twojego Ruchu.

Siąpił deszcz, zaczynała się jesienna pogoda, a my stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni. W aurze wszystko gotowało się do zimowego wyciszenia, my natomiast byłyśmy odległe od przyrodniczych cyklów, mając chrapkę na świeże pieczywo z nocnego wypieku.

– Palikot chce zrobić karierę polityczną i wie, że rozwodnik w naszym kraju będzie spalony – stwierdziłam.
– Palikot nie odnalazł w swojej żonie Krupskiej – odparła Trudzia. – Bez Nadieżdy nic nie zrobi. Tak mi anioł powiedział.
– Skąd o nim wiedzą w niebiosach? – zdziwiła się Kunia lat 90.
– Barbara Nowacka ma podobną fryzurę do Krupskiej... – skojarzyło mi się.
– Boże, od którego pochodzi wszelkie ojcostwo w niebie i na ziemi, Ojcze, który jesteś miłości i życiem: spraw, aby każda rodzina ludzka na ziemi stała się poprzez Twojego Syna Jezusa Chrystusa „narodzonego z Niewiasty” i poprzez Ducha Świętego – źródło Bożego miłosierdzia – prawdziwym sanktuarium życia i miłości dla generacji, które się wciąż odnawiają – zaczęła modlić się za polskie rodziny.
– Czy to modlitwa świętej Rity, która jest patronką spraw trudnych i beznadziejnych? – spytała Kunia.
– Skąd ty się znasz na świętej Ricie? – zdziwiłam się.
– Skąd znasz się na sprawach trudnych i beznadziejnych? – zdziwiła się Dziunia lat 60.
– Spraw, aby Twoja łaska prowadziła myśli i dzieła małżonków dla dobra ich rodzin i wszystkich rodzin na świecie. Spraw, aby młode generacje znalazły w rodzinie silne wsparcie dla ich wzrostu w prawdzie i miłości – kontynuowała modlitwę Trudzia.
– Nowacka robi wrażenie, że dobrze jej jest w towarzystwie politycznych lwów – uznała Pela lat 83.
– Ale Lew Trocki już nie żyje.
– Spraw, aby miłość, wzmocniona łaską sakramentu małżeństwa, była silniejsza od wszelkiej słabości i każdego kryzysu, przez które czasami przechodzą nasze rodziny – klepała dalej Trudzia.
– Palikot zapuścił brodę, ale jeszcze jej nie uformował tak, jak robił to Włodzimierz Iljicz – zauważyła Lwinka.
– Jeśli poczuje nadzieję na władzę, to zdoła wyłysieć – oceniła Kunia. – Nie bój żaby!
– Dobrze rozmawiać w poniedziałkowe poranki – radowała się Pela.
– Spraw w końcu, o to Cię prosimy przez wstawiennictwo świętej Rodziny z Nazaretu, aby Kościół wśród wszystkich narodów na ziemi mógł owocnie wypełniać swoją misję w rodzinie i poprzez rodzinę. Przez Chrystusa, naszego Pana, który jest Drogą, Prawdą i Życiem na wieki wieków. Amen – skończyła modlitwę Gertruda.
– Warto rozmawiać – przyznała rację Dziunia.
– Warto się modlić.
– Warto mieć nadzieję.
– Warto mieć Barbarę Nadzieję Nowacką.

No bo w końcu czego trzeba ludowi pracy? Chleba!
Najlepiej z nocnego wypieku.

niedziela, 6 września 2015

N jak Niesiołowski ALFABET CIOCI ADELI - Nieszczaw

– Jest młodszy ode mnie, ale już dojrzały – powiedziała rozmarzonym głosem Malwina lat 92. – A przy tym temperamentny. Jest obietnicą ognia w łóżku. Pan Bóg mi wybaczy te słowa – dodała.

Siedziałyśmy w ławie kościelnej w bocznej nawie, oczekując na rozpoczęcie mszy świętej dla dzieci. Gertruda lat 77 klęczała pogrążona w żarliwej modlitwie, reszta z nas łowiła rozpalonymi z ciekawości uszami ciche słowa Lwinki. Musiałyśmy być dyskretne i nie podnosić głosu, bo naokoło czekała na rozpoczęcie mszy nadpobudliwa, bo wygłodzona dzieciarnia.

– Fakt, szczawikiem to on już nie jest – zgodziła się Kunia lat 90.
– Ale jak się trzyma! – zachwyciła się Pela lat 83.
– Czytałam, że jego dieta opiera się tylko na naturalnych produktach – podzieliłam się rzetelną informacją ściągniętą z portalu pudelek.pl.
– Co Pan Bóg ma ci wybaczyć? – Trudzia ocknęła się wyrwawszy się z objęć aniołów dotąd wysłuchujących jej modlitw.
– Czuję, że przy nim rozwinęłabym skrzydła – wyszeptała Lwinka.
– Przy entomologu jest to możliwe – zgodziłam się. – Nie warto natomiast wiązać się z leśnikami, ogrodnikami i klawiszami.
– Dlaczego? – spytała naiwnie Dziunia lat 60.
– Bo cię usadzą.
– Najlepiej łączyć się z Panem Jezusem w modlitwie – agitowała Trudzia.
– Co on je? – zainteresowała się Pela.
– Na pewno nie połyka śliny – stwierdziła sarkastycznie Kunia. – Zbyt często się pluje. Może mieć przez to problemy z prawidłowym trawieniem.
– Podobno często podjada między posiłkami.
– To nic – bagatelizowała Lwinka. – Przy nim mogłabym zostać nawet latawicą.
– Nie w czas – uznałam.
– Raczej Nieszczaw – zaoponowała moja przyjaciółka lat 92. – Mój kochany to Nieszczaw. Jeżeli któraś ze mną się nie zgadza, to jebnę bez litości.
– Co to za słowa w domu Pana?! – oburzyła się Trudzia. – Nie masz prawa przystąpić dziś do komunii świętej!
– Kto dziś spowiada? – zadała konkretne pytanie Lwinka.
– Wikary.
– Przed nim mogę się otworzyć.
– Chyba dziś zrobię na obiad szczawiową – zastanawiała się Kunia.

W ostatnim momencie, bo ministranci uruchomili dzwonki i celebrujący mszę dla dzieci proboszcz wkroczył przed ołtarz z wielką pompą.

sobota, 5 września 2015

N jak Napieralski ALFABET CIOCI ADELI - Nic

– Jest ktoś taki w polityce, o którym nie można niczego powiedzieć – oznajmiła Pela lat 83.
– Niczego dobrego? – dopytywała się Kunia lat 90.
– Niczego w ogóle.

Dziewczyny przyjęły słowa Peli beznamiętnie, przestępując z nogi na nogę oraz wypatrując przyjazdu furgonu z piekarni. Dla mnie jednak przestało liczyć się świeże pieczywo z nocnego wypieku, gdyż poczułam się bardzo zaintrygowana. Niby jak o człowieku nie można powiedzieć niczego? Dotąd nie poznałam jeszcze takiego osobnika. W końcu każdy miał jakąś wyróżniającą się plamę, a to na ubraniu, a to w życiorysie. Włosy w uszach, rozpięty rozporek, trzy dziurki w nosie. Grał na gitarze o dwóch strunach, zbierał paragony z warzywniaka, grał w rosyjską ruletkę pistoletem na wodę. Nosił warkoczyki pod pachą, charczał przez gwizdek od czajnika, łapał sny siatką od motyli. Tak, nie było wyjątku – każdy miał w sobie coś charakterystycznego. Kunia lat 90 była bezczelna jak diabli z Dzikiego Zachodu, Malwina lat 92 chorowała na świnkę cztery razu do roku, Gertruda lat 77 kradła filcowe obuwie z muzeów, żeby potem móc z czego spowiadać się przed proboszczem naszej parafii.

– Jestem zdania, że to niemożliwe – stwierdziłam z przekonaniem. – Każdy ma inny odbyt, a to już coś!
– Gówno zawsze jest takie samo – brnęła Pela.
Popatrzyłam na nią uważniej. Przyznam, że dotąd nie widziałam odbytu Peli. Nie zanosiło się, bym w ogóle miało to się stać. Pomijając ten dla wielu nieprzyjemny fakt okazywania sobie czekoladowego oczka, to zastanawiałam się, czy oprócz tego ma ona coś, co by odróżniało ją od innych.
– Gówno nigdy nie jest takie samo – powtórzyłam, ale już z mniejszą pewnością siebie. – Może być twardy stolec, sraczka, w najgorszym razie nawet sikawica.
– Pela, kim jest Pan Nic? – dopytała Kunia.
– Nic? To pan Napieralski.
– Jak to? – zdziwiła się Lwinka. – Był przecież przewodniczącym SLD.
– A wiesz, że ja nigdy nie modliłam się za niego? – Trudzia wydawała się być olśnioną.
– Trudno modlić się za Nic – Pela poczuła, że zaczyna znajdować poparcie dla swojej odważnej tezy.
– Dziś bycie przewodniczącym SLD to wielkie NIC – orzekła Lwinka. – Zresztą bycie kandydatem na senatora z ramienia PO to takie samo NIC.
– Chyba nie jesteś za PiS? – wykrzywiłam usta z niesmakiem.
– Napieralski byłby KIMŚ, gdyby wylądował na życiowym marginesie – stwierdziła Kunia. – Teraz, gdy stara się płynąć w głównym nurcie został panem NIC.
– A wiesz, że nigdy tak o tym nie myślałam?
– Jutro będzie niedziela – poinformowała nas Pela. – Trudzia, może jednak zmówisz modlitwę za pana NIC, by został w końcu panem KTOŚ?
– By różnił się choć odbytem – dosadnie powiedziała Kunia.
– Amen – spuentowałam.

Trudzia zrobiła głupią minę. Jej twarz odróżniała się od oblicza Peli, które promieniowało dumą i zadowoleniem. Po chwili wszystkie tak wyglądałyśmy, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i zaczęłyśmy żyć wizją smacznego śniadania.

piątek, 4 września 2015

M jak Mularczyk ALFABET CIOCI ADELI - Muczyk

– Są na tym świecie mężczyźni, którzy nie tylko męczą kobiety, ale w dodatku jeszcze muczą – pożaliłam się. – Należy do nich pan Mularczyk.
– Ale on przynajmniej się wstydzi – próbowała bronić go Gertruda lat 77.
– Dlaczego?
– Bo ma rumieńce na twarzy.
– Miałam w życiu wielu starych byków – rzekła Kunia lat 90 – ale mimo stada pełnego bydła w osobistych wspomnieniach, to żadna z tych męskich bestii nie rumieniła się. Co to za Muczyk o cienkiej skórze?
– Krowa, która dużo ryczy mało mleka daje.

Potem już milcząco stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym. Wspomnienie o panu Muczyku zepsuło nam nastrój. Nawet jak już kupowałyśmy świeże pieczywo z nocnego wypieku, to humor nie poprawił się na tyle, byśmy wymieniły między sobą choćby jedno słowo. Pokiwałyśmy sobie głowami i rozstałyśmy się nadzieją, że jutro porozmawiamy o jakimś bardziej interesującym samcu.

czwartek, 3 września 2015

M jak Mucha ALFABET CIOCI ADELI - Mo tył

– Mucha ma końskie zdrowie – uznałam.
– To prawda – przytaknęła Malwina lat 92. – Kiedy była ministrem sportu, zaczęła brać udział w lekcjach WueFu. Bardzo ją to zdrowotnie podbudowało.
– Kobieta musi dbać o swoją sprawność fizyczną – stwierdziła Kunia lat 90, która dla zobrazowania własnych słów zaczęła nam przed oczami wymachiwać rękami.
– Co to za głupie ćwiczenia – prychnęła Gertruda lat 77. – Tak to możesz tylko muchy odganiać.
– A niby jak mam się gimnastykować?
– Ćwicz szczególnie mięśnie ud. O, tak! Powoli spuszczaj się do pozycji klęczącej – Trudzia demonstrowała nam, jak przyjąć odpowiednią pozycję klęczącą. – Ćwiczenie kończysz złożeniem rąk. Jak do modlitwy.
– Spuszczaj się?

Poranek na poznańskiej Wildzie był dużo chłodniejszy niż jeszcze kilka dni temu. Stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Choć wizja ciepłych bułek z nocnego wypieku trochę nas rozgrzewała, to jednak znacznie nie zwiększyła ciepłoty naszych ciał i organizmów.

– Mucha ma końskie zdrowie, bo nie wychowuje dzieci – poinformowała Wacia lat 81.
– Jak to?
– Rozwiodła się z mężem i bachorami. Niepełnoletnie dzieci nie komponują się do kariery politycznej.
– Czyli rodzinnie mo tyły? – dociekała Pela lat 83.
– Władek lat 99 też mówi, że ona „mo tył” – przypomniałam sobie. – Kiedy to obwieszcza zawsze ma rozmarzony wzrok.
– Ona nie jest Matką Polką! – Lwinkę nagle oświeciło.
– Nie można mieć w życiu wszystkiego – rzekła sentencjonalnie Kunia.
– Nie pomodlę się za nią – obiecała Trudzia – ale za jej dzieci zmówię różaniec.
– To ja poćwiczę z tobą – Pela zgłosiła akces do ćwiczeń gimnastycznych połączonych z odmówieniem różańca.
– W sumie nie wiem, co finalnie jest ważniejsze – zastanawiałam się. – Niewdzięczne w swym dorastaniu dzieciaki czy końskie zdrowie?
– Co wy macie z tymi końmi? – zdziwiła się Kunia. – Przecież tu idzie tylko o bzykanie.
– Do tego też trzeba mieć końskie zdrowie.
– Zdrowaś Mario, łaskiś pełna – Gertruda właśnie opadła na kolana, rozpoczynając modlitwę.
– Bogu niech będą dzięki – sapnęła Pela, która była mniej wygimnastykowana, więc na kolana padła z hukiem, ale na szczęście kolan sobie nie uszkodziła.

Stałyśmy nieco zziębnięte w kolejce, w której pośrodku klęczały dwie kobiety, z których bił żar modlitwy.

środa, 2 września 2015

M jak Miller ALFABET CIOCI ADELI - Mizerak

– Dostałam czkawki – obwieściła Kunia lat 90, po czym zademonstrowała akustycznie swój problem gastryczny.
– Mogę się przyłączyć? – poprosiła Malwina lat 92, bekając.
– Ja..., jasne.

Kolejka stojąca przed sklepem spożywczym podzieliła się na pół. Jedne dziewczyny z zapałem czkały, inne nie zrzucały z siebie gorsetu dobrego wychowania, w spokoju oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku.

– Po czym tak dobrze czkacie? – zadałam pytanie, jednocześnie próbując beknąć, ale mi nijak to nie wychodziło.
– Ogórek – wyznała Pela lat 83. – Ogórek zawsze się sprawdza.
– To prawda, mizeria wpływa pozytywnie na czkawkę – potwierdziła Kunia.
– Ja czkam zawsze w towarzystwie mizeraków – wyznała Lwinka. – Trochę mnie rozczulają, ale też zmuszają do bekania. Przy nich staję się prawdziwsza, może nieco bardziej zezwierzęcona, ale szczera w swych odruchach.
– Nie znoszę bekać – oznajmiła Dziunia lat 60. – Mężczyźni, na których uwadze mi zależy, nie akceptują takiego zachowania.
– Bo są niepolityczni! – zakpiła Kunia. – Słabe absztyfikanty! Dlaczego? Do mizerak ma trzeźwiejszy osąd rzeczywistości, beka, gdyż świat wierci mu się w żołądku, wywołując salta i fikołki. W takiej sytuacji nie pozostaje mu nic innego, jak beknąć.
– Kto dla ciebie jest największym polskim mizerakiem? – zainteresowałam się.
– Miller. Leszek Miller.
– Dlaczego on?
– Bo robi się na Bonda, tymczasem jest tylko moskiewskim pożyczkobiorcą.
– Znowu czuję wibracje dolnego zwieracza przełyku – uprzedziła nas Lwinka tuż przed głośnym beknięciem.
– Beee – dołączyła Pela.
– Wychodzi na to, że mizerak może beknąć – spuentowałam.
– Beee – podsumowała Kunia.

Dziewczyny, które nie czkały, tylko z niesmakiem wzruszyły ramionami.

wtorek, 1 września 2015

M jak Macierewicz ALFABET CIOCI ADELI - Mamoń

– W Sejmie mamy za mało inżynierów – obwieściła Klotylda lat 75. – Takich, którzy umieliby dudać dwa szydła do dwóch drutów.

Klotka niezbyt często ustawia się z nami w kolejce. Razem ze swoja sąsiadką Wacią lat 81 uczestniczy w naszych dyskusjach z rzadka, ale kiedy już obie dziewczyny pojawią się w ogonku przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie, to potrafią wypowiedzieć się nie tylko na temat świeżego pieczywa z nocnego wypieku, jakie dowozi furgon z piekarni. Owszem, mają też sporą wiedzę na temat różnych polepszaczy, korzyściach z połykania mąki pszennej czy korzyści ze stosowania diety glutenowej. Trzeba jednak im oddać, że zawsze potrafiły się znaleźć w tematach cięższych. A to opowiadały o aktach namalowanych przez Egona Schiele, a to o stosunku pod owłosioną pachą, a ot o najnowszym rozkładzie Polskich Kolei Państwowych. Dziewczyny były obyte i nieraz inicjowały nasze rozmowy. Tak stało się i dziś.

– Jednym z drutów jest pan prezes – wyjaśniła zaznajomiona w temacie Wacia. – Drut drugi jest nieznany. Nawet dla najbliższego grona partyjnego.
– Czy drutem może być też inżynier? – spytałam.
– A szydło? Kto jest szydłem? – dopytywała Malwina lat 92.
– Poczekajmy na worek Pandory – wyhamowywała naszą dociekliwość Kunia lat 90. – On na pewno kiedyś się otworzy, rozwiąże.
– Mnie zawsze najbardziej interesowała włóczka – odezwała się Gertruda lat 77. – Od jej jakości zależało, jaki szalik wydziergałam proboszczowi, a ile oczek mogłam upuścić wikaremu.
– Tak, inżynier też może być drutem – przyznała Klotka.
– Jest taki drut, który ma z kimś bezpośrednią łączność, ale nie wiem, z kim – zaczęła konfidencjonalnie opowiadać Wacia – a który może być blisko druta prezesa.
– Macierewicz? – domyśliłam się.
– Od pewnego czasu, znaczy od momentu, kiedy zakochałam się w pewnym kelnerze – wspomniała Lwinka – przestałam wymawiać na głos nazwiska.
– Mgła już od kilku lat wisi nad Polską – rzekła sentencjonalnie Pela lat 83.
– A co do zjawisk atmosferycznych mają zjawiska atmosferyczne? – zdziwiła się Trudzia. – Wystarczy się pomodlić, a słońce wyjdzie.
– Zjawiska atmosferyczne zależne są od zjawisk atmosferycznych? – kręciłam głową. – A nie jest to czasem masło maślane?
– Kocham się w maślanym wzroku pana Macierewicza – wyznała Kunia. – Jest przy tym przystojny. Wysoki i elegancki. Tylko ma odmienny światopogląd. Ech, gdybym go tylko zaciągnęła na swój pas startowy, to od razu inaczej by latał.
– Chciałabyś być jego stewardesą? – zdziwiła się Lwinka. – Mimo że może być drugim drutem po prezesie?

Zapadła niezręczna cisza. Z kłopotu wybawił nas dostawczak z piekarni, który akurat w tym momencie podjechał pod sklep spożywczy.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Ł jak Łopata ALFABET CIOCI ADELI - Łejery

– Do roboty! Do roboty! – zaśpiewała Malwina lat 92.
– Przecież jesteś na emeryturze – zauważyłam.
– Mamy poniedziałek. Początek tygodnia. Potrzeba nam werwy, zapału i ochoty do życia! Do roboty, do roboty!

Stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym i mimo nas przechodziły osoby spieszące się do okolicznych zakładów pracy. My czekałyśmy za dostawą świeżego pieczywa z nocnego wypieku, oni szli na konfrontację ze swoim pracodawcą. Ale to jednak my wytyczałyśmy standardy radzenia sobie w sytuacjach stresowych.

– Najbardziej robotne są chłopy małorolne – stwierdziła Pela lat 83. – Miałam małe mieszkanko oraz człowieka na ziemi niewielkiej. Wypucował mi chałupę, ale płodów nie miał satysfakcjonujących, więc wystawiłam mu walizki za drzwi.
– Najlepsze są chłopy z Polskiego Stronnictwa Ludowego! – uznała Dziunia lat 60. – Pawlak bardzo mnie kręci.
– Nudzi mnie to – prychnęła Kunia lat 90. – Akurat pracuję nad wyrównaniem PH pochwy.
– Łejery! – zareagowałam. – Nie możesz, Kunia, faszerować nas swoją chemią. To rodzi kwasy, tymczasem my musimy dbać o zasady.
– Chciałabym mieć w domu Łopatę – wyznała Pela lat 83.
– Nie zakopałaś jeszcze swojego byłego? – zadrwiła Malwina lat 92.
– Łopata to jeden z naszych parlamentarzystów – wyjaśniła sąsiadka. – Jasiek jest wartościowym posłem, bo lubi literaturę i historię. Jego ulubionym bohaterem jest Rydel.
– Łejery! – zareagowała Dziunia. – Łopata ma szansę wzruszyć nieurodzajną glebę polskiego
– Wyrównanie PH pochwy to niełatwa robota – wyjawiła Kunia. – Trzeba się starać oraz być skrupulatną.
– Muszę przekopać swoją pamięć i zastanowić się, czy miałam kiedykolwiek Łopatę... – namyślałam się.
– Łejery! – dziwowała się Lwinka. – Jakie podniecające nazwisko. Oddałabym mu się za samą wizytówkę.
– A głos oddałabyś? – dociekała Pela.
– To nie mój okręg – sprytnie uchyliła się od odpowiedzi Malwina.
– Czym on właściwie się wyróżnił? Trzonkiem? – palnęła Kunia.
– Nic nie wiem, o jego trzonku – przyznała się pela.
– To ja zajmę się jednak PH swojej pochwy.

Ożywcze pojawienie się w naszej rozmowie Łopaty nastawiło nas pozytywnie do roboty. Każda z nas przygotowała wcześniej drobne na zakup świeżego pieczywa z nocnego wypieku, a potem zaczęłyśmy snuć plany, czym konstruktywnym zajmiemy się w tym tygodniu.

– Poseł, to jednak świetny impuls – skonstatowała Lwinka. – Łopata, Rydel czy inna Robota dają kopa do działania.
– Oj, tak – kiwnęłyśmy potakująco głowami.
Żadna z nas jednak nie przyznała się, że Łopata podbił nas swoją przystojnością. Ale o onanizmie jeszcze dziś nie rozmawiałyśmy.