poniedziałek, 24 września 2018

3,


To był nieznany numer, ale po chwili wahania odebrałam.

– Czytałaś Księgę Sędziów? – zagęgał ktoś niemęskim głosem.
– Jest pan pierwszym sprzedawcą Biblii, który w tym tygodniu się do mnie dodzwonił – pochwaliłam nieznajomego. – Czy ma pan wydanie w tłumaczeniu księdza Wujka?
– Nie po to uczyłem się przez kilka lat obsługiwać telefon komórkowy, żebyś wykręcała się od odpowiedzi – fuknął na mnie. – Czytałaś?!
– Nie czytałam – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Albowiem jestem oikolubką – dodałam z chlubą.
– A to dodam ciebie do książki telefonicznej.

I rozłączył się, pozostawiając mnie zdezorientowaną. Zaczęłam zastanawiać, skąd znam ten głos. Coś mi zaświtało. Czyżby to był Wujek? Wujek Narodu? Nie byłam pewna, w końcu tak bardzo łatwo pomylić geniusza z łobuzem. Mimo wszystko dodałam jego numer do kontaktów.

niedziela, 23 września 2018

2.


Obudził mnie dziś telefon od Stacha. Łypnęłam z niechęcią na wyświetlacz, ale w końcu zdecydowałam się odebrać. Było mi żal faceta, który tyrał zwłaszcza w niedziele i świątki. Od czasu do czasu zdarzało mu się zasięgać rady u mnie. Teraz trochę paliło się mu pod siedzeniem, więc chyba wiedziałam, o co chodziło.

– Przejąłeś tyle budynków publicznych w Poznaniu, że powinno ci starczyć na odszkodowania – wysapałam, przecierając jednocześnie zaropiałe gały.
– Kościół nasz jest ubożuchny.
Stach był mężczyzną o nazwie Gądecki i miał fuchę arcybiskupią.
– To wykpij się, zrzuć odpowiedzialność finansową na szefa.
– Na Ojca świętego? – zdumiał się Stachu.
– Jeszcze wyżej.
– Bóg zapłać – odpowiedział z radością.

Stachu to świetny chłop i trzeba było mu pomóc. A on bezlitośnie rozłączył się, zostawiając mnie sam na sam z poduszką, skopaną kołderką oraz odpowiedzialnością za czyny księży pedofili. To nie był wyśniony poranek.

sobota, 22 września 2018

1.


Huncwot 2020 oraz on byli weteranami czynu wyzwoleńczego: w roku 1981 tomasz.ka rzucał w grudniowe czołgi figurkami z kasztanów, ale on był jeszcze większym gierojem i używał procy. Zapłacił za to większą nerwowością: gdy dorósł, płodził dzieci bez trzymanki. Dlatego mój krewniak zadzwonił do premiera, by namówić go na chwilę oddechu.

– Posłuchaj, byku, jest sobota, może pójdziemy na kilka głębszych?
– Nie mogę – odparł Mateusz. – Zajmuję się teraz płyciznami. Brodzę.
– Bredzisz! – wyrwało się prezydentowi in spe. – Jak to brodzisz? – poprawił się.
– Jeszcze nie zbudowaliśmy wszystkich mostów. W każdej mieścinie nad rzeką szukamy patriotycznego brodu.
– O kurde – odparł huncwot. – Masz fajne warunki brzegowe. Dbaj nadal o brody. O brody dla dzieci. O brody dla przyszłości. Nareszcie nadeszła dobra zmiana, drogi kolego.
– Drogi pożytkuję tylko te, które sam wyasfaltowałem.

Są wśród nas prawdziwi patrioci, nawet, jeśli daleko nie zajadą.

wtorek, 26 czerwca 2018

Dreptania ciąg dalszy


Wyrwanie się z poznańskiej Wildy i ten szalony pęd nie wiadomo, dokąd, nie wiadomo, po co, nie wiadomo, jak, porywa ludzkie umysły, serca i dusze. Można prowadzić ludzi do przepaści, i tak pójdą. Można ludzi prowadzić na grilla, i tak pójdą, choćby nawet podejrzewali, że to oni będą smażeni. Można prowadzić się nieźle, ale jak spotkasz miłość swego życia, to i tak wyrwiesz gumkę ze swych gaci i będziesz paradować bezwstydnie.

Szłam i szłam, a kobiety z żylakami dotrzymywały mi kroku. Morska bryza nie głaskała naszych lic, za to uderzały nas drobinki żwiru i innych drobnych kamieni, które wydobywały się spod kół mijających nas samochodów. Tymczasem dojechał do nas angielksi dwupiętrowy autobus. Z góry śmiały się moje koleżanki z ogonka sprzed sklepu na dole, gdzie codziennie o świcie oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.

– Adela, dokąd ty się wybierasz? – spytała krnąbrna Kunia, wysiadając z autokaru i dołączając się do mojej pielgrzymki.
– Jestem z tobą – dodała mi otuchy Lwinka. – Chcesz dojść do Szamotuł? Ja pójdę z tobą. Jestem fanką Halszki. Też byłam więziona w wieży małżeństwa.
– Gdzie Trudzia? – spytałam.
– Ona codziennie musi czuć zapach kadzidła – wyjaśniała Dziunia lat 59 – Dziewczyna nie mogła oderwać się od księdza proboszcza, ale obiecała, że zawsze będzie pod telefonem. Nawet podczas mszy porannej.
– Niech będzie – wysapałam.
– Ale po co ty dreptasz? – dociekała Kunia. – I po co ciągniesz za sobą te tłumy innych form życia?
– O bliźnich naszych mówisz! – upomniałam.
– Tej, nie gadaj Trudzią!
– Niektórym rośnie rak trzustki, innym serce jadące od lat na gapę odmawia kanarom wyjścia z tramwaju na przystanek, a u mnie w jelicie cienkim narodził się imperatyw kategoryczny. Ja nie wiem, dokąd się udaję, ale mój imperatyw uspokaja mnie, mówiąc, że jest moim kompasem – wyjaśniałam. – To strasznie skomplikowane.
– Nie wzdychaj, pójdziemy z tobą – pocieszała Lwinka. – I z twoim imperatywem.
– A co z tymi podmytymi formami życia? – dociekała Kunia.
– Są czyste. Idą z nami!

Korowód naszych marzeń zwiększał liczebność. Uczestniczki miały czyste intencje i powód, by nie załamać się. Odciski trzymały się od nas z daleka, a TIR-y objeżdżały nas szerokim łukiem. Do Szamotuł było jeszcze 7 kilometrów. Nadal dreptałyśmy. Ja szłam na czele.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Stąpanko


Miałam ogon: najgorsze, że był on niejeden. Kiedy wyszłam z kościoła udałam się w świat. Ten szeroki, przepastny, zadziwiający. Wiele z wiernych babek udało się za mną. Myślałam, że będę samotną piechurką, ale zawsze jakiś rzep musi pryczepić się do twojego zadu.

Dreptalam, stąpałam, stawiałam kroczki. Chciałam to robić indywidualnie, ale nieoczekiwane towarzystwo powtarzało za mną kroki. Jezu, myślałam, może zniechęcą ich osobiste żylaki. Ja nie miałam żylaków. Moje łydki i stopy poprowadziły mnie na północny zachód od Poznania. Dlaczego właśnie tam? A cholera wie!

Szłam i szłam, aż doszłam do Kiekrza. Dla tych, co nie z Poznania, wyjaśniam, że znajduje się tam dość specyficzne jezioro, nad którym panuje mikroklimat morski. Tej, Adela, rzekła jedna z moich towarzyszek wędrówki, poczekaj, umyję sobie Bożenę. W mig zrozumiałam, że chciała się podmyć. Inne piechurki poszly w jej ślady. Wprawdzie nie każda miała Bożenę, któraś nazywała cipkę Marianną, inna Genowefą, Sarą, Michaliną, Esterą. Ważne jednak było, że dziewczyny dbały o higienę. Ja nie musiałam się moczyć, bo moje przyrodzenie od urodzenia było samooczyszczające się.


Poczekałam. Niby dlaczego to zrobiłam? Przecież nie zależało mi na towarzystwie. Udałam się w pieszą podróż, by odnaleźć siebie. Swe pragnienia, miłość, sens życia i inne duperele. Czyżbym potrzebowała świadków swego czynu? Chyba nie… A może tak?

Podniosłam się i ruszyłam w trasę. Wzięłam azymut na Świnoujście. Na początku chciałam dojść do Szamotuł. Moje podmyte towarzyszki nadal dotrzymywały mi kroku. Wzięły pod pachy swoje Estery, Marianny i Bożeny i dzielnie szły za mną. Pola kukurydzy na żółto ubarwiały nasze życie. Na stopach rodziły się bąble. Na przysmażonych słońcem czołach zaczynala schodzić skóra. Pot znalazł rynnę wzdłuż kręgosłupa i tam strużką ciekł. W kroku rodziła się beznadzieja. Za to zęby zatrzasnęły się w geście wytrwania. Było dobrze, a nawet świetnie, choć czasem niedobrze.

To tyle na dziś. Jutro opowiem wam o chamskich kierowcach, którzy nie biorą autostopowiczek z żylakami. W każdym razie nie zatrzymywałyśmy się. Byłyśmy dzielne i konsekwentne, a także konsekwentne i dzielne. Może nie dojdziemy do Świnoujścia. Może zatrzymamy się gdzieś po drodze. Może odbijemy gdzieś w bok. A może połyniemy promem do Szwecji? Albo zadowolimy się Szczecinem?
Nieważne. to i tak będzie sukces.

niedziela, 10 czerwca 2018

7 metrów


W życiu najważniejszy jest zasięg. Nie można myśleć o prawdziwej miłości, gdy zadrapać możesz jedynie osobę w pobliżu. To chyba z tego powodu wszystkie religie świata mają takie wzięcie. Cierpisz ty, podobnie cierpi Maorys, Eskimos, Siuks i już jest raźniej. Ja jednak postanowiłam się wyłamać. Musiałam to rzucić w twarz proboszczowi.

Jak zwykle w niedzielne południe w kościele pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie odbywała się suma. Wparowałam do świątyni w towarzystwie niezbywalnej Kuni i przerwałam kazanie starego capa.

– Wypisuję się – oznajmiłam, powodując poruszenie w kościelnych ławach. – Na amen i wieki wieków.
– Że co? – wymamrotał pasterz wyimaginowanych dusz.
– Potrafisz tylko ględzić – wsparła mnie przyjaciółka. – Nawet ostatnie namaszczenia partolisz, bo wygląda to jakbyś pierwszy raz używał kremu do golenia. Puknij się w łeb, wiekowy pierdzielu, i daj się Adeli odmiętosić!
– Z potrzeby chwili i nakazu Pana zaprawdę powiadam ci, że nie możesz się do mnie zbliżać na mniej niż 7 metrów! – zagrzmiałam.
– Ale ja nigdy nie proponowałem zbliżenia – głupio tłumaczył się proboszcz.
– Nasz arcykapłan jest monogamistą – potwierdziła wersję capa rzęsista Trudzia. – Przynajmniej ja uwierzyłam mu. Jemu. Go. Ten tego – zaplątała się na koniec.
– Nie będę się rozmieniać na drobne i gadać o zadku Maryni – odpaliłam. – Już wiem, o co mi chodzi w życiu. O miłość. O!
– A ona nigdy nie pojawia się w odległości 7 metrów – dzielnie wspierała mnie Kunia. – Bywaj, Adela – pożegnala się dziarsko.
Inne baby się przeżegnały.
– Hej ho! – dodałam sobie animuszu, obracając się na pięcie.

Tymczasem proboszcz dał znać organiście, by mnie zagłuszył, ale stało się to za późno, gdyż kilka zabłąkanych owieczek podążyło moim tropem, rozczarowując kościelnego, a szczególnie jego tacę.

czwartek, 7 czerwca 2018

Kadra


Olałyśmy dziś sklep na dole i świeże pieczywo z nocnego wypieku. Poszłyśmy za to na trawkę do parku imienia Jana Pawła II na poznańskiej Wildzie. Zaczęłyśmy się rozciągać, a potem ubierać w stroje sportowe.

– Oni są popierdoleni – wystękała niezbywalna Kunia,
– Kto? – spytałam ja, czyli miętośna Adela.
– Piłkarze.
– Niby dlaczego? – dopytywała rzęsista Trudzia.
– Na łydki ubierają getry – wyjaśniła nasza niezbywalna przyjaciółka.
– To chyba nie grzech? – prychnęła krocząca Lwinka.
– To głupota. Antygwałtki są skuteczniejsze.
– Dlaczego niby są lepsze?
– A kto chciałby zgwałcić antygwałtkę?
Niezbywalna Kunia sięgnęła do dużej sportowej torby i wyjęła 14 par antygwałtek.
– Nie ociągajcie się, dziewczyny Naciągajcie na giry. Nikt nas nie zakosi.
– Dlaczego kpiłaś 14 par? – spytałam.
– Trzy z nas będą rezerwowe. Trzeba mieć asy w rękawie, po jednym na Senegal, Kolumbię i Japonię.
– To są obce kulturowo ludy – zgodziła się krocząca Lwinka. – Antygwałtki to super pomysł.           – Ale przepraszam – wtrąciła się rzęsista Trudzia – umówiłyśmy się z proboszczem, że zrobi nam obóz kondycyjny. Jak on zareaguje na antygwałtki, skoro jest taki do przodu? Czy wy myślicie o zapleczu kadry?
– Kto będzie w rezerwie? – dociekałam.
– Dziewczęta wikarego.
– Jakie dzieciny? – Lwinka chyba nie dosłyszała.
– Przysadzista Zuzia, zbędna Józia i natchniona Róża.
– Czy one zgodzą się na antygwałtki?
– Nie mają wyjścia, inaczej nie wyjdą na murawę.

No dobra, przystąpiłyśmy do treningu. Nie było fauli, nie było kontuzji. Uważam, że chłopcy Nawałki powinni wystąpić w Rosji w antygwaltkach. Przecież jakoś musimy wygrać ten turniej.