środa, 28 czerwca 2017

Kłopoty z oddechem posła Szynkowskiego

– A ja lubię grzeszników – zadeklarowała Kunia lat 90. – Są dużo bardziej interesujący od chudych i zasuszonych świętoszków. Pamiętacie księdza profesora Węcławskiego? Mizerak, zgarbiony chuderlak, chodząca reklama kryzysu w gospodarce. Spójrzcie teraz na Polaka. Prawdziwy Polak musi być przy kości, a przynajmniej mieć wałeczek tłuszczu na biodrach.
– Dobry Jezu i nasz Boże, oby z nim nie było gorzej – modliła się w intencji posła Gertruda lat 77.

Stałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem spożywczym. Od świtu oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku. Czas umilałyśmy rozmową o sprawach ważkich i bieżących.

– Nasze wyznanie składa się z pryncypiów – analizowała Malwina lat 92. – Jednym z ciągle istniejących dogmatów jest nieomylność papieża. To zobowiązuje każdego katolika, również przyjaciół ojca Rydzyka.
– Protestuję, by poseł Szynkowski pluł w twarz Franciszkowi – zaprotestowałam. – Z Watykanu dobiegła wyraźna wskazówka o przyjmowaniu uchodźców, vel Sęk nie może oburzać się na przyjęcie przez Poznań dwóch rodzin syryjskich, a dokładnie matek z dziećmi.
– Ale on coś nadmieniał, że miasto nie poradziło sobie z rodzinami ukraińskimi, a teraz propagandowo prezydent zamierza ściągnąć Syryjczyków i efekt będzie ten sam – oponowała Wacława lat 66.
– Serce Twoje, Jezu, pęknie, jeśli poseł nie uklęknie – kontynuowała modlitwę Trudzia.
– Jakie ziemie ewangelizowali najpierw apostołowie? – zapytała Pela lat 83. – Północną Afrykę czy dorzecze Dniepru? Dzisiejszą Syrię czy Ukrainę? Ponadto te wschodnie obrządki są podejrzane. Widziałyście ich krzyże? Są takie koślawe…
– Oczami wyobraźni widzę posła jako komtura na zamku krzyżackim w Gniewie – Kunia zaczęła dzielić się swoimi grzesznymi fantazjami. – Bierze z rożna udziec bawoli i łapczywie wbija chutliwe ząbki. Ta wizja mnie podnieca.
– Dlaczego akurat w Gniewie?
– To nie polityka – stwierdziła Lwinka. – Poseł Szynkowski ma kłopoty z oddechem.
– Jak to?
– Widziałyście kaprala, który musztruje rekrutów? On wrzeszczy! A czy poseł peroruje? Nie, on krzyczy. Kapral z szybkością karabinu maszynowego wyrzuca słowa. To oznacza, że oddycha tylko po to, by mieć siłę na wyplucie kolejnego zdania. W konsekwencji mózg jest coraz mniej dotleniony. Najpierw tlen dociera do głowy co drugie zdanie, potem co trzecie, co akapit. Czy znacie jakiegokolwiek gniewnego kaprala, który chciałby przyjąć Syryjczyków?
– Oj, Franciszku, namiestniku Boży, namów posła, by się ukorzył.

Może byśmy doszły jeszcze do jakichś konkluzji, ale nadjechał dostawczak z piekarni, więc sięgnęłyśmy do portmonetek, by wygrzebać drobne na chleb powszedni.

czwartek, 22 czerwca 2017

Gzuby z ONR

My – dziewczęta z poznańskiej Wildy – codziennie ustawiałyśmy się o świcie przed sklepem na dole. Formowałyśmy ogonek, oczekując przyjazdu furgonu z piekarni. Zależało nam na świeżym pieczywie z nocnego wypieku, ale jeszcze bardziej na pogaduszkach, które umilały nam czas do chwili pojawienia się dostawczaka z Lubonia czy innego Puszczykowa. Tak, byłyśmy skazane na prowincję. Ale od dawna przyzwyczaiłyśmy się do jej zjełczałego smaku.

– Tej – zwróciła się Kunegunda lat 90, zwana przez nas swojsko Kunią – czy w Polsce każda prezeska Rady Ministrów musi pochodzić z zadupia? Suchocka była z Pleszewa, Kopacz ze Skaryszewa, a zabiedzona intelektualnie Szydło z Oświęcimia. Dlaczego żadna z nas nie doczekała się premiery?
– Za każdą z tych panienek gorąco się modliłam – oznajmiła Gertruda lat 77, która była zausznicą tutejszego proboszcza. – I co? Hania wylądowała jako ambasadorka w Watykanie. Trzy dni leżałam krzyżem w kościele w tej intencji.
– Nas może czekać co najwyżej benefis – odezwała się najstarsza z nas, czyli Malwina lat 92.
– Nie można poddawać się biegowi wydarzeń – zaprotestowałam. – To prosta droga do zgnuśnienia. Trzeba poskromić zakompleksionego łapserdaka Jarka i wytrzebić jego forpocztę.

Wezwałam dziewczęta do czynu w samą porę, bo naszym oczom ukazała się czwórka pacholęt o skromnym postrzeganiu świata, niewielu przeczytanych lekturach i tej pewności siebie, którą daje tylko ignorancja. Kierowali się ku nam, idąc marszowym krokiem i niosąc transparenty o dziwnych symbolach. Stukot ich obcasów budził niemowlęta oraz inteligentów, którzy nie musieli wstawać na szóstą rano do fabryki. Na czele prężył się pryszczaty Dionizy lat 24, ciągnąc za sobą trójkę innych bachorów.

– Piaskownica jest pół kilometra dalej – Pela lat 83 wskazała ręką kierunek.
– Tej, nie bądź taka dziunia – odparł bezczelnie jeden z młokosów, a reszta dodała mu animuszu, rechocząc bezsensownie.
– Ja mam na imię Dziunia – wrzasnęła Dziunia lat 59. – Won mi stąd, obrzydliwe pędraki!
– Wybacz im – powiedziała pojednawczo Lwinka. – To pierwotne formy bytu. Nie wiedzą, jakie cienie kryją się za tanią bohaterszczyzną. Typowi reprezentanci patriotyzmu kibolskiego.
– O żesz ty! – krzyknął jeden ze szczypiorków; jak się potem okazało Telesfor lat 19. – Dam ci po ryju.
Na takie dictum musiałyśmy zaprotestować, bo tak nie można się odzywać do dam. Ściągnęłyśmy chusty z głów, zrolowałyśmy je w bicze i dałyśmy łupnia szczunom. Kurzyło się, że aż miło.

A potem już wiedziałyśmy, co znaczy ONR. Przed siłą i godnością osobistą to Oni Naprawdę Rejterują.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

W życiu trzeba mieć komu się odszczeknąć

Spóźniłam się do ogonka. Ustawiłam się ostatnia, ale mimo to stałam jako pierwsza. Reszta dziewcząt przede mną siedziała po turecku, trzymając dłonie na kolanach i z półprzymkniętymi oczami wykonywała głębokie oddechy.

– Co jest, u licha? – spytałam.
Nikt nie raczył odpowiedzieć.
– Obraziłyście się? O te 12 minut spóźnienia?

Gdyby nie przejeżdżające co jakiś czas samochody panowałaby smutna cisza. Wzruszyłam ramionami i próbowałam skupić się na celu, dla którego się tu pojawiłam, czyli o furgonie z piekarni, który miał dowieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku. Jednak posągowa postawa moich koleżanek nie dawała spokoju.
– Co wy robicie?! – wrzasnęłam falsetem.
Malwina lat 92 przyłożyła palec do ust.

– Nie zamkniecie mi buzi – odgrażałam się. – Proszę natychmiast się odezwać! Albo użyję przemocy!
– Adela, my się tyko uspokajamy – uciszała mnie Kunia lat 90.
– Moim kosztem? – piałam urażona.
– Za brak dystansu płaci się najwięcej – stwierdziła arbitralnie Pela lat 83.
– Że niby co?
– Poprzez ćwiczenia oddechowe nabieramy dystansu do rzeczywistości – odparła szeptem Lwinka. – Doszłyśmy, że tylko to nas uspokoi.
– A gdzie jest Gertruda? – spytałam.
– Trudzia wolała nabierać dystansu do świata, leżąc krzyżem w kościele – poinformowała Dziunia lat 59.
– Czy wy wszystkie powariowałyście?
– Ależ odwrotnie – zaoponowała Kunia. – Zmądrzałyśmy. Spokój prowadzi ku zdrowiu.
– W życiu trzeba mieć komu się odszczeknąć – oznajmiłam. – Kiedy szczekacie, wówczas wentylujecie płuca w podobny sposób, jak wy ćwiczyłyście, z tymże przy okazji budujecie relację z bliźnim. A wy siedzicie w milczeniu i tylko łapiecie ustami zanieczyszczone powietrze.
– Jak ty szczekasz, to zanieczyszczasz relację – oskarżyła Dziunia. – To już chyba lepiej milczeć.
– Młoda jesteś, więc niedoświadczona – odcięłam się. – Milczenie rodzi obojętność, ze szczekania zawsze może coś wyniknąć. Nie tylko niedobrego.

Dobre było to, że w tej chwili nadjechał dostawczak z piekarni i siłą rzeczy dziewczęta podniosły się, tracąc dystans do rzeczywistości.

niedziela, 18 czerwca 2017

Kazia

Chciałam dziś nietypowo wspomnieć Kazię Iłłakowiczównę, która ujrzawszy mnie słodkę niemowlę w betach moim imieniem wiersz nazwała i tak go usmażyła:

„Adela”

Szeroka, płaska, wielka, koścista, o dużych rękach, niewyraźnych rysach, włosach bez koloru,
przypomina jakiś niestylowy dwór, budynek pełen niespodzianek i humoru,
zrodzony po dziedzica przypadkową a niefrasobliwą gwiazdą.
Tak dalece przypomina dom, że patrzysz mimo woli pod kapelusz jej: czy nie sterczy
jaskółcze gniazdo.
Wychodzi za mąż albo nie. Nie gra to w jej życiu żadnej roli:
nie zmieni się ni jeden twarzy rys i ani razu serce ją od tego nie zaboli.
Bogata czy biedna, mądra czy głupia – próżno się głowić będziesz na tym:
zawsze jednako przytulna, bezosobowo łatwa jak dwór obszerny otwarty zimą i latem.

I martwi się ten, co ją przejrzeć chce i tajemnicą jej osoby władać żąda,
bo nigdy dusza jej przez okna rozwartego, gościnnego domu nie wygląda.

Kazia nie była wróżbitką, za dobrą poetką też nie. Ale w jednym miała rację: jestem przytulna.

czwartek, 15 czerwca 2017

Sypiemy się

Zaczęło się brutalnie. Przepędziłyśmy z procesji wszystkie dziewczynki, które miały sypać kwiatki, po czym zajęłyśmy ich miejsca. Ubrane byłyśmy na biało. Bluzki, kiecki, rajstopy, gatki i kości – wszystko to miało odcień szpitalnej bieli. Kunia lat 90 miała na głowie nawet czepek, że niby była pielęgniarką Pana Boga. Reszta z nas zadowalała się siwizną.

– Dziunia – pouczałam Dziunię lat 59. – Musisz robić to jak siewcy. Zamach prawą ręką i rzut płatków o asfalt.
– Tej – zwróciła się do mnie Malwina lat 92 – spójrz co robi Benia.
– Benia to zodiakalny rak – wyjaśniałam. – Zrobi krok naprzód, a potem dwa do tyłu. Trochę poszczypie, ciut się poszamoce, delikatnie się obruszy, ale do serca ją przyłóż, bo to zuch dziewczyna.
– Cholera, przez nią ta procesja trwać będzie wieczność – narzekała Pela lat 83. – A ja akurat czytam biografię Rodowicz i zastanawiam się, czy uwiodła Mleczkę, czy też nie.
– Bój się Boga – żachnęła się Gertruda lat 77. – Syp kwiatki, a nie swoją moralność na bruk. Nie bądź fortepianem Chopina!
– Ludzie zwykle chcą, by sypnąć groszem – odezwała się Kunia. – Nawet nie macie pojęcia, jaka byłaby frekwencja, gdybyśmy rzucały jednodolarówkami, a nie tymi umarłymi okazami natury.
– Uwaga! – ostrzegła Lwinka. – Stacja!

Przestałyśmy sypać, a ksiądz zaczął coś bajdurzyć. Mało go słuchałyśmy, obserwując bardziej gołębie, które krążyły nad nami i srały nawet na monstrancję, która na szczęście chroniona była baldachimem.
W końcu znowu ruszyłyśmy w stronę kolejnej stacji.

– Mam szeroki gest – oznajmiła Pela lat 83. – Wy macie jeszcze co najmniej do połowy wypełnione koszyki, a mi zostało zaledwie kilka płatków.
– Tak samo zachowują się kurwy – orzekła Lwinka. – Są szczodre dla klientów, ale nie potrafią przenieść roboty do domu.
– Nie można przenosić roboty do domu – stwierdziłam. – Chciałybyście sypać kwiatki przed swoim starym?
– Jeżeli miałby boskie ciało… – wymknęło się Dziuni.
– Niezbyt się znam na procesjach, ale czy to jeszcze długo potrwa? – spytała Balbina lat 64.
– Niedługo – odparłam. – Czas eskapady na północ nieuchronnie zbliża się.

I rzeczywiście, przy kolejnych stacjach proboszcz już mniej bajdurzył, a gołębie pozostawały w tyle.

wtorek, 13 czerwca 2017

Hermiona

To była dla nas ogromna niespodzianka. W ogonku ustawiła się z nami Hermiona lat 87. Nie widziałyśmy się kawał czasu, bo dziewczyna przebywała od lat w Londynie. W ogóle była obieżyświatem, więc miałyśmy nadzieję, że Hermiona wniesie w nasze rutynowe oczekiwanie na przyjazd furgonu z piekarni aromat pieprzu i wanilii. W takiej sytuacji zapach świeżego pieczywa z nocnego wypieku tracił na swej atrakcyjności.

– Trochę mnie tu nie było – zagaiła Hermiona – ale Rowling nie chciała mnie puścić z Londynu.
– Ta od Harry Pottera? – zdziwiła się Dziunia lat 59, która jako najmłodsza z nas zaczytywała się powieściami dla dzieci i młodzieży.
– Ta – przytaknęła Ermi.

Ermi to był nasz autorski skrót od Hermiony. Brzmiał mniej germańsko, bardziej wildecko, do czego przykładałyśmy wagę. Albowiem wszystko powinno być dla nas bliższe niż jest, a jak stanie się bliskie, to można pomyśleć o całkowitym scaleniu.

– Nie czytałam jej książek – przyznała Ermi – choć Rowling mnie do tego zachęcała. Ale trudno czytać teksty o sobie. A ja byłam pierwowzorem pewnej postaci, ale zabijcie mnie, nie wiem, jakiej.
– Długo cię nie było… - westchnęła Kunia lat 90.
– Macie o to pretensje?
– Broń Boże – odpowiedziała Gertruda lat 77. – Tylko modliłyśmy się za ciebie.
– Tęskniłyśmy – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Z osobą, z którą odczuwamy więź jest tak, że jak wróci, to od razu zapomina się o rozłące. Jest tylko sama radość z kontaktu.
– A spotkałaś się z pierwowzorem Harry Pottera? – indagowała Dziunia.
– Adela ma rację – poparła mnie Malwina lat 92. – Bardziej troskałyśmy się, co z tobą jest, że nie dajesz znaku życia. Czy nie chorujesz, czy wpadłaś w łapska brutalnego amanta, wreszcie czy nie znudziłaś się nami. Rozumiesz, troska.
– Dziękuję.
– Co z tym Harrym Potterem? – niecierpliwiła się 59-latka.
– Pierwowzór był straszny. Miał brud za paznokciami, mlaskał i cuchnął jak stary kozioł. Ale Rowling zależało, by momentami na kartach jej książek pojawiała się groza.
– Czy przynajmniej zarobiłaś coś na tym pierwowzorowaniu? – dociekała wścibska Pela lat 83.
– Jasne. Stawiam dzisiaj pieczywo.

W sumie wolałybyśmy wanilię, bo świetnie odstrasza komary, meszki, a nawet kleszcze, ale to była i tak świetna wiadomość. Najbardziej jednak cieszyła nas obecność Ermi.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Chłopskie społeczeństwo

– Nie przepadam za chłopami, wolę trefnisia – oznajmiła Kunia lat 90.
– Niby dlaczego? – spytałam.
– Chłop podatny jest na autorytarne pokusy, na to nie mogę pozwolić. Trefniś zaś będzie mnie wynosił na piedestał. Lubię patrzeć z góry na facetów.
– E tam, błazenada – wzruszyła ramionami Malwina lat 92, po czym otworzyła parasol.

Poszłyśmy za jej przykładem, bo dziś niby miało tylko siąpić, a tu zaczął padać rzęsisty deszcz. A że stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, nie wiedząc, kiedy dotrze furgon z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku, to nie chciałyśmy za 5 minut wyglądać jak zmoknięte kury.

– Chłopskie społeczeństwo nęci niskich despotów – uznała Pela lat 83. – Łatwiej im sprzedawać tani patriotyzm, bo głupie chłopy nie zdają sobie sprawy z ciemnych stron bohaterszczyzny.
– Społeczeństwo, błazeństwo – Lwinka była dziś na nie.
– A wiesz, Kunia, że niektórzy mężczyźni lubią patrzeć na kobietę z dołu? – odezwała się skupiona dotąd na szeptanej modlitwie Gertruda lat 77. – Słyszałam, że niektóre panie chodzą latem bez majtek. Ja do nich nie należę – dopowiedziała z dumą.
– Babskie społeczeństwo byłoby fajne, ale trzeba mieć dobre nazwisko, by nim kierować skutecznie – stwierdziłam.
– Jak to?
– Jeszcze w zeszłym miesiącu angielska premier była pyszałkowata, pewna siebie, nawet gburowata, ale przyszedł czerwiec i May już cienko przędzie.
– Jak się zatem powinna nazywać? Rock? – Kunia udała, że gra solówkę na gitarze elektrycznej.
– Nie tak wprost – oceniłam niechętnie propozycję Kuni. – Kobiety są bardziej wyrafinowane, dlatego też nasza oferta dla suwerena, jakim jest naród chłopski, musi zawierać elementy edukacyjne okraszone kulturalną manipulacją. W końcu jakieś igrzyska trzeba zapewnić chłopom unurzanym w tradycji.
– Czyli jakie nazwisko proponujesz?
– Wyrocznia. Jadwiga Wyrocznia byłoby dobre, bo nazwisko zawiera w sobie rok, do obywateli mówi przez pełne szacunku „Wy”, no i imieniem królowej nawiązuje do historii.
– Po co tyle zachodu o to, by zawłaszczyć chłopów, kiedy trefniś sam przyjdzie, by zapłacić swój życiowy podatek? – nie zgadzała się Kunia.
– Jeżeli mamy odciąć chłopa od pańszczyzny na rzecz tyranów, to imię musi być inne – odezwała się Pela. – A może Benia? Benia Wyrocznia?
– Tylko czy Benia Wyrocznia zaśpiewa bez fałszu przed całym społeczeństwem?
Dylemat pozostał nierozwiązany, gdyż nie znałyśmy osobiście żadnej wyroczni, choć śpiewającą idealnie Benię znaleźć byłoby prosto. Tylko czy Benia chciałaby rządzić? Jednym chłopem bez wątpienia, ale śmierdzielami, grubasami, i innej maści gzubami raczej nie.