poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Dziewczyny i chłopaki z poznańskiej Wildy cz. 1

Na Wildzie nie mieszkam tylko ja, Kunia lat 90 czy Malwina lat 92. Są i inne laski oraz gagatki z historiami, które wzruszają, zadziwiają, skłaniają do zadumy. Dziś opowiem o Ludwice, która 92 lata temu urodziła się we francuskim Bordeaux.
Jej ojciec umarł przez wannę. Mianowicie pracował w fabryce, gdzie je emaliował. Wszędobylski pył przyprawił go o śmiertelną chorobę, którą w tym przypadku można nazwać francuską. Zdążył jednak wrócić z rodziną do kraju i być pochowanym w polskiej ziemi.

Gdy rozpoczęła się wojna, 14 letnia Ludwika zaczęła pracować w charakterze Haus Mädchen, czyli służącej. Trafiła do rodziny Baltendeutsche, czyli Niemców Bałtyckich. Małżeństwo z Estonii bądź Łotwy było wyrozumiałe, ale niestety mieszkali sami, gdyż ich trzej synowie służyli w Wehrmachcie, córka zaś oddelegowana była do służby pomocniczej. To spowodowało, że nie przysługiwała im pomoc. Ludwikę czekał inny przydział. Trafiła do lokum, które zajmował gestapowiec z dwójką małych dzieci. Zanim się tam znalazła, usłyszała jego od sąsiadów, że jej poprzedniczka często była poniewierana. Hitlerowiec nie tolerował płaczu swoich dzieci. „Jezu, jak ty tu trafiłaś”, użalali się nad nią sąsiedzi hitlerowca. „On tak bije!”, dodawali. Okazało się jednak, że kilkunastoletnia Ludwika miała za zadanie miała jedynie opiekowanie się małymi dziećmi w wieku 2 i 4 lat. Musiała je kąpać, wyprowadzać na spacer, karmić. I wywiązała się z tego zadania perfekcyjnie, nie dając najmniejszego powodu, by ją skarcić.

Kiedy front zaczął przybliżać się do Poznania, gestapowiec odprowadził rodzinę wraz ze służącą na pociąg. W taki sposób pani Ludwika trafiła do Ansbach pod zachodnią granicę Niemiec. Tam – mieszkanka Poznania, z urodzenia Francuzka – została wyzwolona przez Amerykanów. Postanowiła jednak wrócić do Poznania. I to ze świeżo poznanym mężczyzną, który wkrótce został jej mężem. I tu dochodzę do momentu, którym Ludwika naprawdę może się pochwalić.

W Poznaniu razem z mężem zaczęli pracować w restauracji, która działała na Dworcu Głównym. Ich kolegą był kelner, ktry nie zadowalał się jedynie napiwkami. Pracował też na drugi etat. Po godzinach pracy (a czasem zamiast nich) wykonywał funkcję kata. Byłby tylko zwiędłym kwiatkiem do kożucha Ludwiki, gdyby nie ostatnia publiczna egzekucja, która miała miejsce w Europie. Ostatnią pętlę na szyi skazańca, Namiestnika Kraju Warty Artura Greisera, założył ów znajomek. Prawdziwe ladaco! Uruchomił zapadnię, a tłum poznaniaków zaczął wiwatować, gwizdać, cieszyć się.
Ludwika się nie cieszy, ale też nie zapada. W sobie się nie zapada. I oby tak jak najdłużej.

PS. Przepraszam za brak korekty, bo przecież ona jest lekiem na całe zło.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

W życiu trzeba mieć komu się odszczeknąć

Spóźniłam się do ogonka. Ustawiłam się ostatnia, ale mimo to stałam jako pierwsza. Reszta dziewcząt przede mną siedziała po turecku, trzymając dłonie na kolanach i z półprzymkniętymi oczami wykonywała głębokie oddechy.

– Co jest, u licha? – spytałam.
Nikt nie raczył odpowiedzieć.
– Obraziłyście się? O te 12 minut spóźnienia?

Gdyby nie przejeżdżające co jakiś czas samochody panowałaby smutna cisza. Wzruszyłam ramionami i próbowałam skupić się na celu, dla którego się tu pojawiłam, czyli o furgonie z piekarni, który miał dowieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku. Jednak posągowa postawa moich koleżanek nie dawała spokoju.
– Co wy robicie?! – wrzasnęłam falsetem.
Malwina lat 92 przyłożyła palec do ust.

– Nie zamkniecie mi buzi – odgrażałam się. – Proszę natychmiast się odezwać! Albo użyję przemocy!
– Adela, my się tyko uspokajamy – uciszała mnie Kunia lat 90.
– Moim kosztem? – piałam urażona.
– Za brak dystansu płaci się najwięcej – stwierdziła arbitralnie Pela lat 83.
– Że niby co?
– Poprzez ćwiczenia oddechowe nabieramy dystansu do rzeczywistości – odparła szeptem Lwinka. – Doszłyśmy, że tylko to nas uspokoi.
– A gdzie jest Gertruda? – spytałam.
– Trudzia wolała nabierać dystansu do świata, leżąc krzyżem w kościele – poinformowała Dziunia lat 59.
– Czy wy wszystkie powariowałyście?
– Ależ odwrotnie – zaoponowała Kunia. – Zmądrzałyśmy. Spokój prowadzi ku zdrowiu.
– W życiu trzeba mieć komu się odszczeknąć – oznajmiłam. – Kiedy szczekacie, wówczas wentylujecie płuca w podobny sposób, jak wy ćwiczyłyście, z tymże przy okazji budujecie relację z bliźnim. A wy siedzicie w milczeniu i tylko łapiecie ustami zanieczyszczone powietrze.
– Jak ty szczekasz, to zanieczyszczasz relację – oskarżyła Dziunia. – To już chyba lepiej milczeć.
– Młoda jesteś, więc niedoświadczona – odcięłam się. – Milczenie rodzi obojętność, ze szczekania zawsze może coś wyniknąć. Nie tylko niedobrego.

Dobre było to, że w tej chwili nadjechał dostawczak z piekarni i siłą rzeczy dziewczęta podniosły się, tracąc dystans do rzeczywistości.

niedziela, 18 czerwca 2017

Kazia

Chciałam dziś nietypowo wspomnieć Kazię Iłłakowiczównę, która ujrzawszy mnie słodkę niemowlę w betach moim imieniem wiersz nazwała i tak go usmażyła:

„Adela”

Szeroka, płaska, wielka, koścista, o dużych rękach, niewyraźnych rysach, włosach bez koloru,
przypomina jakiś niestylowy dwór, budynek pełen niespodzianek i humoru,
zrodzony po dziedzica przypadkową a niefrasobliwą gwiazdą.
Tak dalece przypomina dom, że patrzysz mimo woli pod kapelusz jej: czy nie sterczy
jaskółcze gniazdo.
Wychodzi za mąż albo nie. Nie gra to w jej życiu żadnej roli:
nie zmieni się ni jeden twarzy rys i ani razu serce ją od tego nie zaboli.
Bogata czy biedna, mądra czy głupia – próżno się głowić będziesz na tym:
zawsze jednako przytulna, bezosobowo łatwa jak dwór obszerny otwarty zimą i latem.

I martwi się ten, co ją przejrzeć chce i tajemnicą jej osoby władać żąda,
bo nigdy dusza jej przez okna rozwartego, gościnnego domu nie wygląda.

Kazia nie była wróżbitką, za dobrą poetką też nie. Ale w jednym miała rację: jestem przytulna.

czwartek, 15 czerwca 2017

Sypiemy się

Zaczęło się brutalnie. Przepędziłyśmy z procesji wszystkie dziewczynki, które miały sypać kwiatki, po czym zajęłyśmy ich miejsca. Ubrane byłyśmy na biało. Bluzki, kiecki, rajstopy, gatki i kości – wszystko to miało odcień szpitalnej bieli. Kunia lat 90 miała na głowie nawet czepek, że niby była pielęgniarką Pana Boga. Reszta z nas zadowalała się siwizną.

– Dziunia – pouczałam Dziunię lat 59. – Musisz robić to jak siewcy. Zamach prawą ręką i rzut płatków o asfalt.
– Tej – zwróciła się do mnie Malwina lat 92 – spójrz co robi Benia.
– Benia to zodiakalny rak – wyjaśniałam. – Zrobi krok naprzód, a potem dwa do tyłu. Trochę poszczypie, ciut się poszamoce, delikatnie się obruszy, ale do serca ją przyłóż, bo to zuch dziewczyna.
– Cholera, przez nią ta procesja trwać będzie wieczność – narzekała Pela lat 83. – A ja akurat czytam biografię Rodowicz i zastanawiam się, czy uwiodła Mleczkę, czy też nie.
– Bój się Boga – żachnęła się Gertruda lat 77. – Syp kwiatki, a nie swoją moralność na bruk. Nie bądź fortepianem Chopina!
– Ludzie zwykle chcą, by sypnąć groszem – odezwała się Kunia. – Nawet nie macie pojęcia, jaka byłaby frekwencja, gdybyśmy rzucały jednodolarówkami, a nie tymi umarłymi okazami natury.
– Uwaga! – ostrzegła Lwinka. – Stacja!

Przestałyśmy sypać, a ksiądz zaczął coś bajdurzyć. Mało go słuchałyśmy, obserwując bardziej gołębie, które krążyły nad nami i srały nawet na monstrancję, która na szczęście chroniona była baldachimem.
W końcu znowu ruszyłyśmy w stronę kolejnej stacji.

– Mam szeroki gest – oznajmiła Pela lat 83. – Wy macie jeszcze co najmniej do połowy wypełnione koszyki, a mi zostało zaledwie kilka płatków.
– Tak samo zachowują się kurwy – orzekła Lwinka. – Są szczodre dla klientów, ale nie potrafią przenieść roboty do domu.
– Nie można przenosić roboty do domu – stwierdziłam. – Chciałybyście sypać kwiatki przed swoim starym?
– Jeżeli miałby boskie ciało… – wymknęło się Dziuni.
– Niezbyt się znam na procesjach, ale czy to jeszcze długo potrwa? – spytała Balbina lat 64.
– Niedługo – odparłam. – Czas eskapady na północ nieuchronnie zbliża się.

I rzeczywiście, przy kolejnych stacjach proboszcz już mniej bajdurzył, a gołębie pozostawały w tyle.

wtorek, 13 czerwca 2017

Hermiona

To była dla nas ogromna niespodzianka. W ogonku ustawiła się z nami Hermiona lat 87. Nie widziałyśmy się kawał czasu, bo dziewczyna przebywała od lat w Londynie. W ogóle była obieżyświatem, więc miałyśmy nadzieję, że Hermiona wniesie w nasze rutynowe oczekiwanie na przyjazd furgonu z piekarni aromat pieprzu i wanilii. W takiej sytuacji zapach świeżego pieczywa z nocnego wypieku tracił na swej atrakcyjności.

– Trochę mnie tu nie było – zagaiła Hermiona – ale Rowling nie chciała mnie puścić z Londynu.
– Ta od Harry Pottera? – zdziwiła się Dziunia lat 59, która jako najmłodsza z nas zaczytywała się powieściami dla dzieci i młodzieży.
– Ta – przytaknęła Ermi.

Ermi to był nasz autorski skrót od Hermiony. Brzmiał mniej germańsko, bardziej wildecko, do czego przykładałyśmy wagę. Albowiem wszystko powinno być dla nas bliższe niż jest, a jak stanie się bliskie, to można pomyśleć o całkowitym scaleniu.

– Nie czytałam jej książek – przyznała Ermi – choć Rowling mnie do tego zachęcała. Ale trudno czytać teksty o sobie. A ja byłam pierwowzorem pewnej postaci, ale zabijcie mnie, nie wiem, jakiej.
– Długo cię nie było… - westchnęła Kunia lat 90.
– Macie o to pretensje?
– Broń Boże – odpowiedziała Gertruda lat 77. – Tylko modliłyśmy się za ciebie.
– Tęskniłyśmy – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Z osobą, z którą odczuwamy więź jest tak, że jak wróci, to od razu zapomina się o rozłące. Jest tylko sama radość z kontaktu.
– A spotkałaś się z pierwowzorem Harry Pottera? – indagowała Dziunia.
– Adela ma rację – poparła mnie Malwina lat 92. – Bardziej troskałyśmy się, co z tobą jest, że nie dajesz znaku życia. Czy nie chorujesz, czy wpadłaś w łapska brutalnego amanta, wreszcie czy nie znudziłaś się nami. Rozumiesz, troska.
– Dziękuję.
– Co z tym Harrym Potterem? – niecierpliwiła się 59-latka.
– Pierwowzór był straszny. Miał brud za paznokciami, mlaskał i cuchnął jak stary kozioł. Ale Rowling zależało, by momentami na kartach jej książek pojawiała się groza.
– Czy przynajmniej zarobiłaś coś na tym pierwowzorowaniu? – dociekała wścibska Pela lat 83.
– Jasne. Stawiam dzisiaj pieczywo.

W sumie wolałybyśmy wanilię, bo świetnie odstrasza komary, meszki, a nawet kleszcze, ale to była i tak świetna wiadomość. Najbardziej jednak cieszyła nas obecność Ermi.

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Chłopskie społeczeństwo

– Nie przepadam za chłopami, wolę trefnisia – oznajmiła Kunia lat 90.
– Niby dlaczego? – spytałam.
– Chłop podatny jest na autorytarne pokusy, na to nie mogę pozwolić. Trefniś zaś będzie mnie wynosił na piedestał. Lubię patrzeć z góry na facetów.
– E tam, błazenada – wzruszyła ramionami Malwina lat 92, po czym otworzyła parasol.

Poszłyśmy za jej przykładem, bo dziś niby miało tylko siąpić, a tu zaczął padać rzęsisty deszcz. A że stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, nie wiedząc, kiedy dotrze furgon z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku, to nie chciałyśmy za 5 minut wyglądać jak zmoknięte kury.

– Chłopskie społeczeństwo nęci niskich despotów – uznała Pela lat 83. – Łatwiej im sprzedawać tani patriotyzm, bo głupie chłopy nie zdają sobie sprawy z ciemnych stron bohaterszczyzny.
– Społeczeństwo, błazeństwo – Lwinka była dziś na nie.
– A wiesz, Kunia, że niektórzy mężczyźni lubią patrzeć na kobietę z dołu? – odezwała się skupiona dotąd na szeptanej modlitwie Gertruda lat 77. – Słyszałam, że niektóre panie chodzą latem bez majtek. Ja do nich nie należę – dopowiedziała z dumą.
– Babskie społeczeństwo byłoby fajne, ale trzeba mieć dobre nazwisko, by nim kierować skutecznie – stwierdziłam.
– Jak to?
– Jeszcze w zeszłym miesiącu angielska premier była pyszałkowata, pewna siebie, nawet gburowata, ale przyszedł czerwiec i May już cienko przędzie.
– Jak się zatem powinna nazywać? Rock? – Kunia udała, że gra solówkę na gitarze elektrycznej.
– Nie tak wprost – oceniłam niechętnie propozycję Kuni. – Kobiety są bardziej wyrafinowane, dlatego też nasza oferta dla suwerena, jakim jest naród chłopski, musi zawierać elementy edukacyjne okraszone kulturalną manipulacją. W końcu jakieś igrzyska trzeba zapewnić chłopom unurzanym w tradycji.
– Czyli jakie nazwisko proponujesz?
– Wyrocznia. Jadwiga Wyrocznia byłoby dobre, bo nazwisko zawiera w sobie rok, do obywateli mówi przez pełne szacunku „Wy”, no i imieniem królowej nawiązuje do historii.
– Po co tyle zachodu o to, by zawłaszczyć chłopów, kiedy trefniś sam przyjdzie, by zapłacić swój życiowy podatek? – nie zgadzała się Kunia.
– Jeżeli mamy odciąć chłopa od pańszczyzny na rzecz tyranów, to imię musi być inne – odezwała się Pela. – A może Benia? Benia Wyrocznia?
– Tylko czy Benia Wyrocznia zaśpiewa bez fałszu przed całym społeczeństwem?
Dylemat pozostał nierozwiązany, gdyż nie znałyśmy osobiście żadnej wyroczni, choć śpiewającą idealnie Benię znaleźć byłoby prosto. Tylko czy Benia chciałaby rządzić? Jednym chłopem bez wątpienia, ale śmierdzielami, grubasami, i innej maści gzubami raczej nie.

niedziela, 11 czerwca 2017

Drgania

– Spierniczaj – szepnęłam, a mój głos odbił się od lewej nawy, potem od prawej aż zatonął w kropielnicy. – Dostaniesz wilka, kretynko.

Stropiona Gertruda lat 77 podniosła się z posadzki kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, spojrzała na mnie wilkiem, a potem godnym, choć zarazem nieco pysznym krokiem udała się do zakrystii, by poskarżyć się proboszczowi. Zniknęła z oczu nielicznych jeszcze wiernych, którzy w drewnianych ławach czekali na rozpoczęcie pierwszej mszy świętej w niedzielę. Miała się rozpocząć za jakieś 20 minut, więc było trochę czasu na konsultację z Bogiem.

Ledwo Trudzia się wyniosła sprzed ołtarza, to rozłożyłam karimatę i sama ległam krzyżem przed ołtarzem Pana. Miałam na sobie bluzę polarową, rękawiczki wełniane, bo od posadzki kościelnej biło zimno, na tyłek ubrałam spodnie dresowe, by nikt nie zaglądał mi pod kieckę. Dawno nie radziłam się Siły Wyższej, dlatego znalazłam się w tym miejscu. Dziś była niedziela, więc kościół był otwarty, ale musiałam brać pod uwagę, że jak zacznie się msza, to ksiądz będzie się wtrącać do mojej rozmowy z Absolutem.

Zaczęłam od prośby. Żeby pogoda podczas mojej podróży na północ była dobra. Przecież żadna z nas nie wiedziała – ani Kunia, ani Lwinka, ani Pela – na jaki biegun trafimy. Mnie najbardziej interesował ten magnetyczny. Niestety, Adresat milczał. To postanowiłam podejść Go z drugiej flanki.

Teraz przeszłam do wyrzutów. Co Ty mi robisz, że mam ciągle pod górkę?, wytknęłam. Kupuję świeże pieczywo z nocnego wypieku i muszę z nim zapieprzać aż na czwarte piętro! Czy nie masz sumienia? Co mnie tak doświadczasz? Chcesz żebym wyzionęła ducha czy z kimś wyjątkowo wiernym dostarczyła potomstwo, zwiększając armię chroniącą Twój lud? Świadek mojego losu jednak ciągle się nie odzywał. Zaczęłam w duchu narzekać, że ubrałam wełniane rękawiczki, a nie bokserskie.

Nadszedł czas bym przeszła do meritum. Wiesz doskonale, że nie jesteś Kierownikiem, lecz Wspólnikiem, perorowałam. Musi Ci zależeć, by było dobrze. A będzie mi dobrze, kiedy na północy będzie dobrze. Kiedy w dobrym stylu pożegnam ten kościół. Rozumiesz?, wydyszałam w posadzkę.
W tym momencie z zakrystii wyszedł proboszcz w ornacie, ministrant w komży oraz Trudzia w żakiecie. A ja poczułam drgania. Posadzka zaczęła dostarczać mi nieoczekiwanych wibracji. Wszystko się we mnie zagęszczało.