czwartek, 22 września 2016

Krzyk żałosny

Był sobie krzyk. Wybuchowy, nadpobudliwy i ekstrawagancki.
Była też żałość. Wtulona w siebie, nasłuchująca własnych emocji i myśli.
On był ekstrawertykiem, ona introwertyczką.
I ciągle coś im nie pasuje. Temu krzyku i temu drugiemu.

Krzyk żałosny, choć nieustający.

środa, 21 września 2016

Samopomoc babska

– Podaj szuflę! – wydyszała Malwina lat 92.
– Ściery! Gdzie są ściery? – krzyczała Gertruda lat 77.
– Okna są okropnie zasyfione – mruczałam pod nosem, zasuwając nad dużą połacią szkła znajdującego się między drewnianymi ramami.

Sprzątałyśmy wespół mieszkanie Kuni lat 90. Nasza przyjaciółka wygrała losowanie, więc jej lokum poszło na pierwszy ogień. Wpadłyśmy na pomysł, że zamiast pochylać się samotnie nad osobistymi kurzami, to będziemy nasze gniazdka sprzątać rotacyjnie, zespołowo i kompleksowo. Miało nam to zapewnić dobry humor, radość ze wspólnego działania i jeszcze większą integrację, nad którą dotąd pracowałyśmy tylko w ogonku przed sklepem spożywczym, gdzie oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, które dowoził furgon z piekarni.

– Nie ociągać się, ciotki! – komenderowała Kunia, stojąc w rozkroku i trzymają ręce pod bokami.
– Tej, ty też się weź za sprzątanie – Pela lat 83 oburzyła się.
– Władek chciał przyłączyć się do naszej inicjatywy – oznajmiłam dziewczynom.
– Za żadne skarby – zawyrokowała Kunia, lekceważąc słowa Pelagii.
– Też mu odmówiłam. Nasze gniazdka lśnią, więc byśmy na sprzątaniu męskich nor mocno straciły.
– Co z tymi ścierami? – przypomniała się Trudzia. – jak ja mam wyświecić ten parkiet?
– Poślizgaj się – doradziła Lwinka – dostałaś w końcu wełniane bambosze.
– Adela, nie rób smug – wydzierała się Kunia.
– Do jasnej cholery! Kunia, też weź się za sprzątanie.
– U mnie będziesz szorowała kibel – obiecała Pela.
– A ja wam wszystkim dam bobu – oznajmiła Trudzia.
– Ja mam w domu pejczyk – Lwinka rzuciła okrutną sugestię.
– Jeszcze poczujecie siłę mojej tresury – pogroziłam dziewczynom palcem.

W ten sposób samopomoc babska doprowadziła do dzikiej żądzy odwetu oraz chęci wyżycia się na koleżankach. Świat nie lubił darmowej pomocy. Świat wolał narzucać stawkę godzinową.


wtorek, 20 września 2016

Kupuję tylko w niedziele

– Owszem, stoimy w ogonku przed naszym spożywczym, czekając na przyjazd furgonu z piekarni, ale to nie są prawdziwe zakupy – orzekłam.
– A co to jest? – zaiciekawiła się Malwina lat 92.
– Zaspokajanie potrzeb życiowych.
– Prawda – zgodziła się Gertruda lat 77.
– Pierdoły! – prychnęła Kunia lat 90.
– Nie kupujesz świeżego pieczywa z nocnego wypieku? – zdziwiłam się.
– A kupuję.
– Czyli zaspokajasz swoje codzienne poczucie głodu – uznałam triumfująco.
– Ale mam prawo do reklamacji, dostaję resztę i mogę kręcić nosem, bo jestem klientką – nie zgadzała się Kunia. – Bardzo wybredną klientką.
– Istnieje prawda subiektywna i prawda obiektywna – sentencjonalnie wygłosiła swoja prawdę Trudzia.
– Trudzia, oodoba mi się, że podążasz ścieżką, stąpając nożkami po środku szlaku – Lwinka wzięła stronę koleżanki.
– Bełkot z rana jak śmietana – szydziła Kunia.
– W dni powszednie tylko nabywamy produkty – tłumaczyłam – w niedziele i święta zaś kupujemy.
– Jak to?
– W niedzielę kupujemy prawdę.
– Prawdę obiektywną – poprawiła mnie Trudzia.
– Niby gdzie?
– W kościele. Podczas kazania, podniesienia i klęczenia.
– Czyżby dlatego PiS zamierza zamknąć supermarkety? – zdziwiła się Lwinka.
– Właśnie! – ucieszyła się Trudzia, że ktoś łapie prawdę o dobrych czasach.
– Partia nasza najważniejsza robi konferencje prasowe, psikusy, dąsa się, poucza tylko w dni powszednie i możesz to nabyć albo nie – wyjaśniałam. – Stajemy się przez to suwerenem nabywania. Natomiast oni z pełną świadomością umywają ręce od kupowania. Bo tylko w kupowaniu jest prawda.
– Prawda obiektywna – wtrąciła Trudzia.
– Z takim tłumaczeniem to i ja mogłabym się zgodzić – oznajmiła Kunia. – Ale co jeśli ksiądz też jest za PiS?
– Wtedy projekt padnie.

Westchnęłyśmy z troską nad ojczyzną dobrą, nadal czekając na przyjazd dostawczaka z piekarni.

poniedziałek, 19 września 2016

Reset w miejskim gospodarstwie domowym.

Mieszkam na czwartym, ostatnim piętrze w kamienicy na poznańskiej Wildzie, więc wiem, czym jest kultura wysoka. Ale wiem też, co sobą przedstawia kultura niska, bo ta odbija się od ścian domów stojących przy wąskiej ulicy i ulatuje ku niebu, mijając po drodze mój balkon. Dodam wcale nie dygresyjnie, że mój balkon upodobały sobie gołębie, srając na niego ile wlezie. Lecz kultura wysoka ulatuje mi jednak przez lufcik, omijając ptasie sraki. Bo kultura wysoka ma to do siebie, że nie dostrzega tego, czym upaja się kultura niska. Teraz sami możecie sobie odpowiedzieć, dlaczego wzgórza Hollywood pełne są niskiej zabudowy, a nowojorski Manhattan wręcz odwrotnie. To jest też rozwiązanie zagadki, w której malarz Opałka nigdy nie sprzedał swoich cyferek w Kalifornii, bo tam inaczej lokuje się liczby, znaczy nie na płótnie. Nawet jeśli jest to płótno kieszeni od spodni.

W Polsce większość gospodarstw domowych znajduje się poniżej 4 piętra. Ten determinant mówi do mnie codziennie, gdy zmierzam do sklepu, w którym co rano nabywam świeże pieczywo i coś na okład. Już piętro niżej słyszę przebijającą się na klatkę schodową Dodę, z kolei moje oczy atakują dziwne napisy mające ambicję awansować do miana murali. W takiej sytuacji gałki tęsknią za zwyczajnym „K+M+B 2016”, ale sama jestem sobie winna, bo robiłam sąsiadkom psikusy, wypisując im na drzwiach Ctrl+Alt+Del 2016”.

I o tym właśnie chcę napisać. O resecie. Bo bez resetu nie ma kultury wyższej. Zacznę od sztuki, bo praprzyczyną, słodkim początkiem, grecką literką ά kultury jest sztuka. A gdzie sztuka tam najpierw artysta, który resetuje się nagminnie. Resetuje się za pomocą różnych używek i nigdy elektronicznie. Dlatego wszelkie multimedialne pokazy od razu skazane są na obszar działań kulturalno – oświatowych, ale nigdy nie sztuki. Tym różni się artysta od kaowca – rodzajem resetu.

Teraz czas na mnie, czyli odbiorcę sztuki płci żeńskiej. Znaczy sztukę płci męskiej też z chęcią przyjmuję, ale idzie mi o to, że ja jestem odbiorczynią (to trochę nie polsku, ale za to odbieram dzieła twórców i twórczyń bardzo spontanicznie). Przyznam, że cenię reset artystów tworzących kulturę wysoką, ale przy dziełach kultury niższej sama muszę się resetować. Czynię to zwykle za pomocą wąchania hiacyntów, bo tylko te kwiaty potrafią mnie przenieść w inne stany świadomości. A sztuka to przecież inny stan świadomości. Zatem kultura to podobnie inny stan świadomości. I jeżeli kultura tworzy świadomość narodu, to znaczy, że narody definiują się poprzez inny stan świadomości. Nikt jednak tego wprost ludziom nie powie, dlatego musiałam to ogłosić z perspektywy miejskiego gospodarstwa domowego.

sobota, 17 września 2016

Pinkolada

– Pinkolisz – orzekła Kunia lat 90.
– Naprawdę, przeszczep to skomplikowana sprawa – tłumaczyłam się.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku. Tym razem to ja świeciłam oczami, bo lampy uliczne wyłączane były jeszcze przed piątą rano.
– Pinkolisz – do Kuni dołączyła się Lwinka lat 92, wydymając wzgardliwie wargi.
– A wy myślicie, że to takie hop siup? – dopytywałam się.
– Tak – zdecydowała Gertruda lat 77, która była najbliżej wildeckiego Boga i z tego powodu trzeba było liczyć się z jej zdaniem.
– Ja za żadne skarby nie chciałabym stracić dziewictwa w biegu – zarzekła się Pela lat 83.
– Pinkolisz – tym razem ja zapinkoliłam.
– Ale co chcesz przeszczepić? – dopytywała się Elwira lat 59.
– Mam pewną śledzionę na oku.
– Z Wildy?
– Nie, niekoniecznie.
– Dlaczego? Przecież jest tylko fajnych śledzion w naszej dzielnicy.
– Są niekompatybilne. Śledziona musi być wyjątkowa. Ja taką znalazłam.
– Pinkolisz – oceniła Kunia.
– Nie pinkolę!

Pinkolada toczyła się. Ktoś miał coś za, a ktoś przeciw. Cieszyło mnie, że tyle osób było zaangażowanych w mój osobisty przeszczep. Ale ja podjęłam już decyzję. A że wszystko przesuwa się w czasie? Do czasu.

czwartek, 15 września 2016

Andżelo

Nie wiadomo, skąd i nie wiadomo, po co na poznańskiej Wildzie pojawił się Włoch lat 33. Ów urodziwy młodzian wyglądem przypominał Jezusa, dlatego postanowiłyśmy odkupić niegodziwość naszych przodków, którzy posłali go na krzyż i zapewnić jak najlepszy pobyt w naszej dzielnicy.

– Ja la libera – przedstawiła się Kunia lat 90, co dosłownie znaczyło, że jest niezamężna.
Tymczasem wtrąciła się Malwina lat 92, która wyrwała Kuni jedyny egzemplarz rozmówek polsko-włoskich i szybko odczytała: Non mi piacciono i film di cappa e spada.
– A po cholerę mu mówisz, że nie lubisz filmów z gatunku płaszcza i szpady? – zdzwiwiłam się.
– Mi chiamo Andżelo – zaprezentował się Italianiec.
– Anioł, ale przy tym cham – uznała Gertruda lat 7, której nie podobało się fizyczne podobieństwo Włocha do Chrystusa.
– Scuzi per il ritardo – tym razem ja się odezwałam, a potem wyjaśniająco dodałam do dziewczyn: - Przeprosiłam go za spóźnienie. Myślę, że jakieś 15 lat. Uważam, że jako 18-latek był bardziej ponętny.
– Non importa – Andżelo powiedział coś w swoim języku, lecz my ni w ząb nie rozumiałyśmy.
– La prego di svegliarmi domattina alle otto e dieci – wydukała Kunia, żądając od gościa z Włoch, by ją obudził następnego ranka o 8.10.
Andżelo tylko wykrzywił głupio twarz, by przez chwilę nie przypominać Jezusa. Postanowiłam zatrzeć złe wrażenie i podałam gościowi butelkę wody, by sobie łyknął co nieco w dzisiejszy upalny dzień.
– Deve prendere due gocce al giorno.

Niestety, był to jedyny znaleziony na szybko tekst nawiązujący do napoju, który dosłownie brzmiał, że musi przyjmować dwie krople dziennie. Jednak nie szło nam tak źle. Mimo pewnych barier komunikacyjnych dzień był bardzo udany. Chadzałyśmy z nim po Wildzie aż do wieczora, by w końcu zostawić go w rękach Kuni, która – jako najszybsza z nas – zamówiła poranne budzenie.

środa, 14 września 2016

Jazdy, jazdeczki, jazdunie

Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Większość z nas była zrelaksowana i odprężona. Wynikało to z tego, że prawie każda z nas trzymała kogoś, na kim mogła przed snem ciosać kołki. W najgorszym razie dzwoniło się na byle jaką infolinię i tam składało reklamację. W ten sposób nerwy z nas schodziły, zapadając potem w błogi sen.

– Mój dochodzący Zenek lat 84 jest zbyt prawdomówny – wyznała Malwina lat 92. – Nic nie ukrywa, denerwuje mnie przez to i dlatego się na niego wkurzam. Z tego powodu dochodzi czasem nawet do rękoczynów.
– Miałam kiedyś podobny problem ze stuletnim Władkiem, ale sobie łatwo z tym poradziłam.
– Jak?
– Przy byle okazji powiedziałam, że kłamie. Odpowiedział, że nie. Ja na to, że kłamie. On szedł w zaparte. No to ja jeszcze raz, ale już z dodatkiem, że bezczelnie oszukuje. On nadal konsekwentnie zaprzeczał. No to ja, że jest tchórzem i nie potrafi się przyznać do pierdoły, to co będzie, gdy nastąpi coś rzeczywiście poważnego. Zrobił bezradną minę, ale nadal był uparty jak osioł. To podniosłam głos i ryknęłam: Kłamiesz, łotrze! Wtedy nie wytrzymał i odkrzyknął, że oczywiście.
– I to wystarczyło? – zdziwiła się Kunia lat 90.
– Musiałam to jeszcze kilka razy powtórzyć. Teraz już kłamie jak najęty, więc zawsze mam okazję, by się na nim wyżyć.
– Ech, jaka szkoda, że ja nie mam na kogo się złościć – żaliła się Gertruda lat 77. – Na proboszcza nie wypada.
– Mam numer telefonu do wikarego. To chłystek. Możesz dzwonić do niego przed snem.
– Ja od razu używam przemocy fizycznej – powiedziała Kunia. – Nie lubię strzępić języka. Robię Cześkowi w łóżku łomot, a potem odwracam się na drugi bok i momentalnie zasypiam. Tak dbam o zdrowie.

Interesującą rozmowę przerwał nam przyjazd furgonu z piekarni. Kierowca Ludwik wysiadł uśmiechnięty i podszedł do tylnych drzwi, by wyjąć chleb i bułki i zanieść towar do sklepu.
– Spóźniłeś się, smyku! – krzyknęłam. – Jeszcze raz, a pożałujesz!
– Jak to? – zdziwił się. – Jestem nawet przed czasem.
– Kłamiesz!

Ludwik przestraszył się jeszcze bardziej, gdy wszystkie w ogonku wybuchłyśmy głośnym rechotem.