wtorek, 18 kwietnia 2017

Sikawki muszą być na miejscu

– Polewanie i sikanie wodą w śmigusa dyngusa było oznaką i sygałem dla płodności ofiar tego zwyczaju – tłumaczyłam dziewczynom, które razem ze mną stały w ogonku przed sklepem na dole. – Dziewica oblana na polu, ulicy, bądź klatce schodowej w zamierzeniu miała dostać wilgotny sumpt do ponownego zaistnienia w dzień Kupały.
– Ale wtedy ze skutkiem ostatecznym? – dopytywała się Pela lat 83.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Osesek po trzech kwartałach przypinał się do cycka mamuśki na przednówku, a ona nie traciła nic z żywotności, bo już z gruntu wybijaly się nowalijki.
– Dlatego zatrwożyli mnie ci strażacy.

Odezwałam się ponuro, wypatrując czy aby furgon z piekarni, który codziennie dowozi świeże pieczywo z nocnego wypieku, nie wyłoni się zza zakrętu.

– Jacy strażacy? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
– Ale o co cho? – leniwie sepleniła Malwina lat 92.
– Widziałam w telewizji, jak grupa strażaków wzajemnie oblewała się z sikawek. Niby było dużo wody, jeszcze więcej śmiechów, ale nie pasowały mi te gejzery do oddziałów złożonych z samych samców.
– Ojczyzna robi się tak bezwstydna – biadoliła Trudzia.
– Wszystko się pokiełbasiło – marudziłam. – Same białe parówy.
– Jak to?
– Święta cieszą przede wszystkim dzieci. Jak nie masz bachorów, to kto będzie szukał czekoladowych zajączków w trawie?
– Strażak oblewający z sikawki kolegę nie zapewni ci tego – westchnęła ciężko Lwinka.
– Może oni nie jedzą jajek? Białek? Żółtek? – zastanawiała się Trudzia. – Może przez to tracą przypisaną im przez naturę męską jurność?
– Jurni to oni są, inaczej nie bawiliby się sikawkami. Idzie o to, że tryskają nie tam, gdzie trzeba – wyrokowałam.
– Tak objawia się koniec świata – przepowiadała Trudzia. – W jednej książce nawiedzonej Hermenegildy brzmiało to tak: „Mężczyźni nie będą męscy, kobiety zapomną o kobiecości, a pieczywa będzie brakować.”
– No właśnie, gdzie ten przeklęty dostawczak?

Ale półciężarówka właśnie w tym momencie ukazała się naszym oczom. Smutno pogrzebałam w portmonetce, cały czas dziwiąc się męskiej indolencji strażaków i materialnej nieudaczności huncwotów, którzy byliby w stanie sprawdzić się po męsku, ale w nie mieliby kasy na nowalijki. I tu pies był pogrzebany.

11 komentarzy:

  1. Ależ utrapienie ma Ciocia z tym huncwotem. Jeśli jednak mogę również coś doradzić, to ja bym na niego nie napierał w kwestii reprodukcji i nowalijek. Nie można mierzyć wszystkich jedną miarą, tym bardziej, gdy idzie o imponderabilia (imponderabilia z łętami w tym przypadku).

    OdpowiedzUsuń
  2. Fatalnie. Całe szczęście, że ma Ciocię stąpającą po ziemi jak mamucica. Nie ma to jak kawał tęgiej trąby, której w razie silnych życiowych podmuchów możesz się uchwycić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja tęga trąba? Może i trąba, ale żeby od razu tęga?

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio coraz częściej mam nietęgą minę...

    OdpowiedzUsuń
  5. Cóż to może znaczyć... przecież Ciocia nie ma tylu pcheł, tylko jednego szkaradnego robaka..

    OdpowiedzUsuń
  6. Robak jest romantyczny. Weź za przykład księdza od Mickiewicza.

    OdpowiedzUsuń
  7. Chyba mieszasz, Autorze "Protestu Adeli" rzeczywistość z fikcją literacką. Mnie - autorce "Pucka Powsinogi" - też się to zdarza. Myślę, że ma to więcej minusów.

    OdpowiedzUsuń
  8. Wpisy na bloga średnio macham w pół godziny, to element baśniowy (wódka), o którym wspominał pan Himilsbach trzyma dłużej w swych szponach.
    Ja ostatnio jestem wstrzemięźliwa w diagnozowaniu i ocenianiu. Uczę się pokory. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bełt i bełkot sympatyczny Ciociu :D Pozdrawiam kwietniowo -pletniowo :)

    OdpowiedzUsuń