Namówiłam dziś Kunegundę lat 81 na wildeckie SPA. Spotkałyśmy się wczesnym rankiem w kolejce do sklepu, gdzie napomknęłam jej, że zasługuje na coś więcej niż smród zdążających do roboty sąsiadów, którzy wpadają do sklepu i kupują porannego klina, czyli setkę wódki. Wszyscy pachną tak samo, niezależnie od tego czy skonsumowali wczoraj wiśniówkę, cytrynówkę, czy dwa galony taniego wina.
– Kunia, nawet zapach świeżego pieczywa jest ulotny. Za chwilę przyjedzie furgon z chlebem, chwilę poniuchamy aromat skórki chleba, ale przecież wszystko szybko się ulotni. Kobieta zasługuje na coś trwalszego.
– Wszystkie moje związki były ulotne. Wiesz przecież, że jestem trzykrotną wdową. – Pomóc może nam tylko hyćka.
– Masz na myśli owoce czarnego bzu? Jeden z moich mężów zatruł się nimi...
– Myślę o kwiatach hyćki. Właśnie ona teraz pięknie kwitnie.
Umówiłyśmy się ponownie na godzinę 10. Spotkałyśmy się znów pod sklepem. Mi towarzyszył Władek lat 95, który wyraził ochotę bycia naszym ochroniarzem. Podał Kuni lewę ramię, mi prawe i we trójkę ruszyliśmy dziarsko nad Wartę. W przeciągu pół godziny dotarliśmy do miejsca, w którym kwitły trzy rozłożyste krzaki czarnego bzu.
– Co za wspaniały, odurzający zapach – zachwycała się Kunia.
– Jak ja lubię łona przyrody – powiedział Anonimowy Kobieciarz lat 95, obleśnie przyglądając się naszym krągłościom.
– Ty, drągalu, jesteś tu z nami po to, by zerwać rosnące na górze najbardziej dorodne kwiaty – zakomenderowałam.
AK-owiec ochoczo wziął się do zrywania hyćki. Podawał nam wspaniale kwitnące okazy, a ja upychałam je za sukienkę, majtki i do stanika, zachęcając Kunegundę lat 81, by robiła to samo.
– Kunia, wetknij hyćkę, gdzie się da! Tylko tak odzyskasz świeżość.
– O kurde! – zaklął podniecony Władek. – O kurde! – powtórzył powstaniec.
– Na nerki też? – spytała Kunia.
– Jak chcesz – odpowiedziałam. – Dla mnie to trochę SPAnerskie, ale jak ci się podoba...
– Teraz rozumiem, dlaczego ludzie się odurzają – podzieliła się przemyśleniem moja kolejkowa towarzyszka. – To takie przyjemne...
– Dziewczyny – wyznał Anonimowy Kobieciarz lat 95. – Chyba się zadurzyłem...
– To działa – przytaknęłam.
Fajnie się odurzyć. Od czasu do czasu, ale nie codziennie, bo można wpaść w nałóg. A wtedy postrzeganie jest parabolicznie zakrzywione. Bo poetką się nie jest, tylko bywa. Kto tego nie rozumie, temu nawet mój protest nie pomoże...
środa, 25 maja 2011
wtorek, 24 maja 2011
Macica chaosu.
– Adela, pójdźmy dziś do Biedry!
– Dokąd?
– No przecież tu opłaca się kupić tylko pieczywo!
Stałyśmy pod naszym sklepem w oczekiwaniu na transport świeżego pieczywa. Z Kunegundą lat 81 zawsze umilałyśmy sobie czas rozmową. Ona akurat pokiwała z dezaprobatą głową, po czym perorowała dalej.
– W Biedrze masz wszystko tanie, w zasięgu ręki, a promocje trwają wiecznie. I nie ma długich kolejek, bo tylko w jednej kasie sprzedają alkohol. Przy pozostałych stanowiskach są pustki.
– Ale ja tam nikogo nie znam!
– Biedaków będziesz poznawała? Do Biedry trzeba tylko wskoczyć, kupić i cieszyć się z brzęczącej w kieszeni reszty.
– Nie – odpowiedziałam. – Nie będę wprowadzać macicy w chaos.
– Co? – Kunia rozdziawiła buzię.
– Co to w ogóle za nazwa? Biedra? Jak to brzmi ohydnie!
– Co z twoją macicą?
– Moja macica przywiązana jest do sklepu na dole. Mam zacząć szaleć dyskontowo w wieku 74 lat?
– Mi idzie 82 roczek, a Biedra mnie finansowo zaspokaja.
– Ja się do twojej macicy nie wtrącam.
– Adela, to było niegrzeczne – oburzyła się Kunia.
– Przepraszam. Kunia, czy widzisz tę kamienicę?
Wskazałam palcem na budynek znajdujący się naprzeciw nas.
– No.
– Przez lata panował tu i panuje do dziś porządek. Bolek lat 67 mieszka na górze i puszcza wiatry, zakłócając wypoczynek mieszkającej pod nim Anieli lat 85 tylko akustycznie. A gdyby tak nagle zamienić im mieszkania? Albo gdyby Wiesia lat 49 zaczęła mieszkać drzwi w drzwi z Balbiną lat 52 to najpewniej nie skończyłoby się to tylko na incydentalnym wyrywaniem sobie kudłów. Uwierz mi, krew by się polała. Albo gdyby Binio lat...
– Adela, przecież ja mówię tylko o zakupach!
– Wcale nie, Kunia. Ty mącisz.
– Niby ja?
– Przestajesz się zastanawiać, czego potrzebujesz, bo interesują cię jedynie ceny produktów niepotrzebnych. I w tym jest sęk.
– Sęk powiadasz?
– Macica chaosu.
Kunia zamilkła przez moment, zastanawiajac się nad moimi słowami. Po chwili zauważyła, że jest ładna pogoda. Rzeczywiście, słońce świeciło, ale już po południu miało się skryć za chmurami. Wtedy będzie najlepszy moment na jakiś sensowny protest.
– Dokąd?
– No przecież tu opłaca się kupić tylko pieczywo!
Stałyśmy pod naszym sklepem w oczekiwaniu na transport świeżego pieczywa. Z Kunegundą lat 81 zawsze umilałyśmy sobie czas rozmową. Ona akurat pokiwała z dezaprobatą głową, po czym perorowała dalej.
– W Biedrze masz wszystko tanie, w zasięgu ręki, a promocje trwają wiecznie. I nie ma długich kolejek, bo tylko w jednej kasie sprzedają alkohol. Przy pozostałych stanowiskach są pustki.
– Ale ja tam nikogo nie znam!
– Biedaków będziesz poznawała? Do Biedry trzeba tylko wskoczyć, kupić i cieszyć się z brzęczącej w kieszeni reszty.
– Nie – odpowiedziałam. – Nie będę wprowadzać macicy w chaos.
– Co? – Kunia rozdziawiła buzię.
– Co to w ogóle za nazwa? Biedra? Jak to brzmi ohydnie!
– Co z twoją macicą?
– Moja macica przywiązana jest do sklepu na dole. Mam zacząć szaleć dyskontowo w wieku 74 lat?
– Mi idzie 82 roczek, a Biedra mnie finansowo zaspokaja.
– Ja się do twojej macicy nie wtrącam.
– Adela, to było niegrzeczne – oburzyła się Kunia.
– Przepraszam. Kunia, czy widzisz tę kamienicę?
Wskazałam palcem na budynek znajdujący się naprzeciw nas.
– No.
– Przez lata panował tu i panuje do dziś porządek. Bolek lat 67 mieszka na górze i puszcza wiatry, zakłócając wypoczynek mieszkającej pod nim Anieli lat 85 tylko akustycznie. A gdyby tak nagle zamienić im mieszkania? Albo gdyby Wiesia lat 49 zaczęła mieszkać drzwi w drzwi z Balbiną lat 52 to najpewniej nie skończyłoby się to tylko na incydentalnym wyrywaniem sobie kudłów. Uwierz mi, krew by się polała. Albo gdyby Binio lat...
– Adela, przecież ja mówię tylko o zakupach!
– Wcale nie, Kunia. Ty mącisz.
– Niby ja?
– Przestajesz się zastanawiać, czego potrzebujesz, bo interesują cię jedynie ceny produktów niepotrzebnych. I w tym jest sęk.
– Sęk powiadasz?
– Macica chaosu.
Kunia zamilkła przez moment, zastanawiajac się nad moimi słowami. Po chwili zauważyła, że jest ładna pogoda. Rzeczywiście, słońce świeciło, ale już po południu miało się skryć za chmurami. Wtedy będzie najlepszy moment na jakiś sensowny protest.
poniedziałek, 23 maja 2011
Mucha nie siada!
Nigdy nie uważałam Władka lat 95 za zbyt lotnego, a już na pewno nie za erudytę. Tymczasem on potrafi mnie zaskoczyć. I to w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach. Gimnastykuje się i w trakcie przysiadu nr 85 a nr 86, zadaje pytanie o teorię nieoznaczoności Heisenberga. Albo pałaszuje pomidorową i między jedną połkniętą łyżką smakowitej zupy a drugim siorbem, patrzy mi głęboko w oczy i pyta się, o moje zdanie w sprawie in vitro. Nie żeby mnie to dotyczyło, w końcu jestem Adelą lat 73+, czyli za późno na cokolwiek, w tym in vitro, ale imponuje mi jego teoretyzowanie. Te hipotezy, drążenia, wiedzowe niezaspokojenie. Podniecają mnie ścieżki kanalarza, czyli powstańca warszawskiego, który w niejeden podziemny tunel już się zanurzył. Tunele ciemności i kanały pełne odchodów – to środowisko dla mnie obce, a w którym AK-owiec lat 95 tak łatwo się znajduje...
Dziś przyszedł na drugie śniadanie, zresztą jak zwykle, rozsiadł się nad gazetą (zwykle czyta anonse towarzyskie), skonsumował pączka, wysiorbał filiżankę kawy i w końcu mnie obdarzył uważnym spojrzeniem 95-latka.
– Adela, co przeglądasz?
– Album z plakatami. Jak ci się ten podoba?
Podsunęłam mu pod nos książkę z reprodukcjami obrazów i plakatów.
– Mucha nie siada!
– Poznałeś Alfonsa Muchę! Brawo! – zareagowałam z uznaniem.
– To musiały być piękne czasy!
– I belle époque znasz! – krzyknęłam pełna podziwu.
– A to jest bardzo świeże! – powiedział Władek, kartkując album i wskazując paluchem na kolejne dzieło.
– Poznałeś Waldemara Świerzego! Fiu fiu! – gwizdnęłam.
– Dobra, Adela. Daj mi teraz spokój z tymi komiksami. Muszę poćwiczyć na hantlach. W zdrowym ciele zdrowy duch!
– Uch! Ty jeszcze dbasz o krzepę!
– I osłodź mi herbatę, bo cukier krzepi! Te kolorowe śmiesznostki tylko oczopląs mi robią, a ja muszę uważać, by ciężarek nie spadł na nogę!
– Ważne, że mi ciężar spadł.
– Że co?
– Kamień z serca mi spadł. Bo jednak nie jesteś matołem, Władku...
– Dobra, dobra. Przynieś sprężyny: muszę poszerzyć horyzonty ekspanderami!
I znów pojawiły mi się wątpliwości. Zresztą z mężczyznami zawsze jest tak: do końca nie masz pewności, czy to niedouk, czy po prostu głupek. Oczywiście protestuję przeciw każdemu z testosteronowych debili, ale w końcu do kogoś trzeba się odezwać, a czasem przytulić. To dotyczy wszystkich kobiet, które nie mają skłonności lesbijskich.
Co za smutna konstatacja... I to w poniedziałek?
Przepraszam.
Dziś przyszedł na drugie śniadanie, zresztą jak zwykle, rozsiadł się nad gazetą (zwykle czyta anonse towarzyskie), skonsumował pączka, wysiorbał filiżankę kawy i w końcu mnie obdarzył uważnym spojrzeniem 95-latka.
– Adela, co przeglądasz?
– Album z plakatami. Jak ci się ten podoba?
Podsunęłam mu pod nos książkę z reprodukcjami obrazów i plakatów.
– Mucha nie siada!
– Poznałeś Alfonsa Muchę! Brawo! – zareagowałam z uznaniem.
– To musiały być piękne czasy!
– I belle époque znasz! – krzyknęłam pełna podziwu.
– A to jest bardzo świeże! – powiedział Władek, kartkując album i wskazując paluchem na kolejne dzieło.
– Poznałeś Waldemara Świerzego! Fiu fiu! – gwizdnęłam.
– Dobra, Adela. Daj mi teraz spokój z tymi komiksami. Muszę poćwiczyć na hantlach. W zdrowym ciele zdrowy duch!
– Uch! Ty jeszcze dbasz o krzepę!
– I osłodź mi herbatę, bo cukier krzepi! Te kolorowe śmiesznostki tylko oczopląs mi robią, a ja muszę uważać, by ciężarek nie spadł na nogę!
– Ważne, że mi ciężar spadł.
– Że co?
– Kamień z serca mi spadł. Bo jednak nie jesteś matołem, Władku...
– Dobra, dobra. Przynieś sprężyny: muszę poszerzyć horyzonty ekspanderami!
I znów pojawiły mi się wątpliwości. Zresztą z mężczyznami zawsze jest tak: do końca nie masz pewności, czy to niedouk, czy po prostu głupek. Oczywiście protestuję przeciw każdemu z testosteronowych debili, ale w końcu do kogoś trzeba się odezwać, a czasem przytulić. To dotyczy wszystkich kobiet, które nie mają skłonności lesbijskich.
Co za smutna konstatacja... I to w poniedziałek?
Przepraszam.
niedziela, 22 maja 2011
Autoerotyzm.
Zdzicho lat 48 i Maryś lat 53 znów zorganizowali niedzielny pokaz. Tym razem jednak w porze mszy dla dzieci, by nie gorszyć dziatwy szkolnej, a nie daj Boże – i przedszkolnej. Zresztą doszli do cichego porozumienia z proboszczem. On ma więcej ludzi w kościele, lecz za to, że bezdomni nie odciągają wiernych od słowa Bożego, on odpala im nieco z tacy.
Na uroczystość wybrałam się z Władkiem lat 95, który jak zwykle szarmancko podał mi ramię. Byliśmy eleganccy, lecz nie wyróżnialiśmy się z tłumu, bo w niedzielę wszyscy mieszkańcy Wildy są piękni i przystojni. Ogoleni i pachnący. Uśmiechnięci i radośni. Powabni i mili. Dlatego dajemy w ten dzień jałmużnę Zdziśkowi i Marysiowi, bo ich nie stać na taki stan ducha, jaki mają ludzie z dzielnicy.
Spektakl miał mieć tytuł „Autoerotyzm”, dlatego frekwencja była najwyższa z dotychczasowych. Świnki skarbonki należace do bezdomnych pęczniały w nadziei na spełnienie. Orgazm świnki skarbonki ma dźwięk brzęczącej monety.
Gdy znaleźliśmy się na działkach przy ulicy Dolna Wilda podeszła do nas Kunegunda lat 81.
– Wiecie co oni planują? – spytała na powitanie.
– Kunia, pięknie wyglądasz – odezwał się Anonimowy Kobieciarz lat 95. – Dobrze cię widzieć na „Autoerotyzmie”.
– Nie wiem, jaki mają zamysł, ale mam nadzieję, że nas zadowolą.
AK-owiec podał drugie ramię Kuni i podprowadził nas do prowizorycznej sceny, na której czekała na nas niespodzianka ukryta pod dużymi płachtami brezentu.
– Panie i Panowie – przywitał widzów Zdzisiek. – Dziś z Marianem przedstawimy wam autoerotyzm. Który ze sposóbów bardziej przypadnie wam do gustu, tego sinkę zapełniacie. Moja jest różowa!
– A moja żółta! – wyjaśnił Maryś.
Bezdomni odsłonili brezent i naszym oczom ukazał się wrak samochodu marki wartburg. Aktorzy ukłonili się nam, po czym zaczęli autoerotyzm.
– Seks bywa brudny – krzyknął Zdzisiek, ocierając się o błotnik.
– Seks potrafi rozjaśnić horyzonty – skontrował Maryś, liżąc reflektor.
– Te Maryś, język se poharatasz! – ktoś z tłumu pokazał paluchem, że szkło jest pęknięte.
Potem wzięli się za wycieraczki, pedał gazu i wrzucanie biegów. Patrzyliśmy i nie mogliśmy się nadziwić, ile wartburg mógł dostarczyć przyjemności. Odkryłam prawdę, że nawet we wraku można odkryć piękno i poczuć podnietę.
Zupełnie świeżym spojrzeniem obrzuciłam pupę Władka lat 95...
Na uroczystość wybrałam się z Władkiem lat 95, który jak zwykle szarmancko podał mi ramię. Byliśmy eleganccy, lecz nie wyróżnialiśmy się z tłumu, bo w niedzielę wszyscy mieszkańcy Wildy są piękni i przystojni. Ogoleni i pachnący. Uśmiechnięci i radośni. Powabni i mili. Dlatego dajemy w ten dzień jałmużnę Zdziśkowi i Marysiowi, bo ich nie stać na taki stan ducha, jaki mają ludzie z dzielnicy.
Spektakl miał mieć tytuł „Autoerotyzm”, dlatego frekwencja była najwyższa z dotychczasowych. Świnki skarbonki należace do bezdomnych pęczniały w nadziei na spełnienie. Orgazm świnki skarbonki ma dźwięk brzęczącej monety.
Gdy znaleźliśmy się na działkach przy ulicy Dolna Wilda podeszła do nas Kunegunda lat 81.
– Wiecie co oni planują? – spytała na powitanie.
– Kunia, pięknie wyglądasz – odezwał się Anonimowy Kobieciarz lat 95. – Dobrze cię widzieć na „Autoerotyzmie”.
– Nie wiem, jaki mają zamysł, ale mam nadzieję, że nas zadowolą.
AK-owiec podał drugie ramię Kuni i podprowadził nas do prowizorycznej sceny, na której czekała na nas niespodzianka ukryta pod dużymi płachtami brezentu.
– Panie i Panowie – przywitał widzów Zdzisiek. – Dziś z Marianem przedstawimy wam autoerotyzm. Który ze sposóbów bardziej przypadnie wam do gustu, tego sinkę zapełniacie. Moja jest różowa!
– A moja żółta! – wyjaśnił Maryś.
Bezdomni odsłonili brezent i naszym oczom ukazał się wrak samochodu marki wartburg. Aktorzy ukłonili się nam, po czym zaczęli autoerotyzm.
– Seks bywa brudny – krzyknął Zdzisiek, ocierając się o błotnik.
– Seks potrafi rozjaśnić horyzonty – skontrował Maryś, liżąc reflektor.
– Te Maryś, język se poharatasz! – ktoś z tłumu pokazał paluchem, że szkło jest pęknięte.
Potem wzięli się za wycieraczki, pedał gazu i wrzucanie biegów. Patrzyliśmy i nie mogliśmy się nadziwić, ile wartburg mógł dostarczyć przyjemności. Odkryłam prawdę, że nawet we wraku można odkryć piękno i poczuć podnietę.
Zupełnie świeżym spojrzeniem obrzuciłam pupę Władka lat 95...
sobota, 21 maja 2011
Upchnęłam fryzurę do rozporka.
Postanowiliśmy z Władkiem lat 95 sprawdzić słynną już tolerancję poznaniaków na wszelką inność. Poznań przed laty był centrum masońskim, dziś najwięcej jest tutaj środowisk, inicjatyw, knajp dla homoseksualistów, także kibice piłkarscy deklarują gotowość serdecznego przyjęcia fanów drużyny przeciwnej. Zawsze jednak takie opinie trzeba weryfikować. Słońce ładnie przyświecało, więc łatwo namówiłam powstańca na spacer.
AK-owiec ma inny rozmiar od mojego, ale przeszłam się po sąsiadkach i skompletowałam strój dla niego. Sama już nieraz przebierałam się za mężczyznę, ale dziś chciałam wyglądać jak rockman, więc trochę czasu zajęło mi znalezienie czarnych, skórzanych spodni. Okazało się, że przeciętny rockowy elegant ma tak mały obwód uda, że w kilka pożyczonych par spodni nie udało mi się wcisnąć. W końcu jednak znalazłam odpowiedni rozmiar. Potem spłaszczyłam bandażem biust, narzuciłam czarnego T-shirta z trupią czachą, a swoje długie włosy, czyli pióra wykorzystałam na wypchanie rozporka. Warkocz łaskotał pod pachą, ale na podbrzuszu już sprawiał mi dużą przyjemność.
Władek natomiast narzekał.
– Adela, cycki mi opadają!
– Przecież masz 95 lat! Co się dziwisz?
– Szpilki mi weszły między deski!
– Zniszczysz mi podłogę, lalunio!
– A jak mi stanie na ulicy?
– Nie zatrzymuj się na przejściu dla pieszcyh!
W końcu wyruszyliśmy na spacer. Musieliśmy szybko wyjść z naszego fyrtla, bo tu wszyscy nas rozpoznawali. Co to za rockman, który ma na imię Adela? Co to za fanka w miniówce o imieniu Władek? Ponadto mieliśmy zweryfikować tolerancyjność poznaniaków, a w dzielnicy wszyscy wiedzieli, jakie mamy układy, więc i tak nikt by nie podskoczył. Wyniki badań byłyby nierzetelne.
Doszliśmy do ulicy Kolejowej, która mieści się już w sąsiedniej dzielnicy, czyli na Łazarzu. Wystarczyło przejść kilka kroków, byśmy poczuli rozpoczęcie socjologicznego eksperymentu. Zaczepił nas mężczyzna lat około 55.
– Proponuję zabawę. Wszyscy pokażmy, co mamy w rozporku.
– Ja mam stringi – obruszył się Władek.
– Zmykaj stąd, zboczeńcu – rzuciłam falsetem do przypadkowego przechodnia.
Potem z jednej łazarskiej bramy padła propozycja trójkąta, usłużne dzieci pomagały AK-owcowi poprawić szew prawej pończochy, która okręcała się na zgrabnej nodze powstańca, kramarka z Rynku Łazarskiego wręczyła nam bukiet tulipanów, a kibice w niebieskich szalikach zaproponowali nam honorowe miejsce na głównej trybunie stadionu miejskiego, oferując mi zawiązanie warkoczyków na kosmyku włosów w rozporku. W ten oto sposób doszłam do wniosku, że porządni są tylko zboczeńcy. Tylko ich stać na tolerancję.
Nigdy przeciw nim nie zaprotestuję.
AK-owiec ma inny rozmiar od mojego, ale przeszłam się po sąsiadkach i skompletowałam strój dla niego. Sama już nieraz przebierałam się za mężczyznę, ale dziś chciałam wyglądać jak rockman, więc trochę czasu zajęło mi znalezienie czarnych, skórzanych spodni. Okazało się, że przeciętny rockowy elegant ma tak mały obwód uda, że w kilka pożyczonych par spodni nie udało mi się wcisnąć. W końcu jednak znalazłam odpowiedni rozmiar. Potem spłaszczyłam bandażem biust, narzuciłam czarnego T-shirta z trupią czachą, a swoje długie włosy, czyli pióra wykorzystałam na wypchanie rozporka. Warkocz łaskotał pod pachą, ale na podbrzuszu już sprawiał mi dużą przyjemność.
Władek natomiast narzekał.
– Adela, cycki mi opadają!
– Przecież masz 95 lat! Co się dziwisz?
– Szpilki mi weszły między deski!
– Zniszczysz mi podłogę, lalunio!
– A jak mi stanie na ulicy?
– Nie zatrzymuj się na przejściu dla pieszcyh!
W końcu wyruszyliśmy na spacer. Musieliśmy szybko wyjść z naszego fyrtla, bo tu wszyscy nas rozpoznawali. Co to za rockman, który ma na imię Adela? Co to za fanka w miniówce o imieniu Władek? Ponadto mieliśmy zweryfikować tolerancyjność poznaniaków, a w dzielnicy wszyscy wiedzieli, jakie mamy układy, więc i tak nikt by nie podskoczył. Wyniki badań byłyby nierzetelne.
Doszliśmy do ulicy Kolejowej, która mieści się już w sąsiedniej dzielnicy, czyli na Łazarzu. Wystarczyło przejść kilka kroków, byśmy poczuli rozpoczęcie socjologicznego eksperymentu. Zaczepił nas mężczyzna lat około 55.
– Proponuję zabawę. Wszyscy pokażmy, co mamy w rozporku.
– Ja mam stringi – obruszył się Władek.
– Zmykaj stąd, zboczeńcu – rzuciłam falsetem do przypadkowego przechodnia.
Potem z jednej łazarskiej bramy padła propozycja trójkąta, usłużne dzieci pomagały AK-owcowi poprawić szew prawej pończochy, która okręcała się na zgrabnej nodze powstańca, kramarka z Rynku Łazarskiego wręczyła nam bukiet tulipanów, a kibice w niebieskich szalikach zaproponowali nam honorowe miejsce na głównej trybunie stadionu miejskiego, oferując mi zawiązanie warkoczyków na kosmyku włosów w rozporku. W ten oto sposób doszłam do wniosku, że porządni są tylko zboczeńcy. Tylko ich stać na tolerancję.
Nigdy przeciw nim nie zaprotestuję.
piątek, 20 maja 2011
Futro z kejtra.
– Dobzie smakuje zupa?
– Ja poproszę o dokładkę, panie Li Lu – odpowiedział Władek lat 95, siorbiąc resztki gorącej potrawy z przekrzywionego w niekulturalny sposób plastikowego talerza.
Śledztwo dotyczące wieszania psów doprowadziło mnie do jedynej na poznańskiej Wildzie chińskiej restauracji „Skośny przysmak”. Wzięłam ze sobą AK-owca, bo to dobry pies gończy na ludzi, którzy wieszają psy. Li Lu wprawdzie robił wrażenie sympatycznego człowieka, ale naprawdę sympatyczni są tylko ci, co mają w swoim mieszkaniu jakieś zwierzę. Li Lu nie miał żadnego czworonoga. Ja podobnie, ale w ramach rekompensaty codziennie zapraszam do siebie Władka. Nie wiedziałam tylko, kogo zaprasza do siebie właściciel „Skośnego przysmaka”. Może jakiegoś hycla? Li Lu posiadał sympatyczny uśmiech, trzy dziurki w nosie oraz chytre spojrzenie, za którym mógł ukrywać skośne sumienie.
– A pani jak smakować? – spytał usłużnie Li Lu.
– Dobra, dość tej zabawy. Chcę pogadać o psach – odpowiedziałam.
– Barzo lubić pisky – Li Lu oblizał swoje spierzchnięte wargi.
– Chyba husky? – wtrącił się powstaniec.
– Pisky? – spytałam. – Nie chcemy rozmawiać o polityce. Zresztą my w Poznaniu nie przepadamy za PiS. Nie lubimy też wieszania psów.
– Ja nie winien.
– Zdradził się pan. Ma pan trzy dziurki w nosie!
– No to cio?
– Trzy dziurki w nosie mają psy na psy.
– Pani kupić futro?
– Po co? Mamy przecież lato.
– Zima tuź tuź.
– Ja bym kupił futrzaną czapkę – zastanowił się AK-owiec. – Potrzebuję czegoś poważnego na głowę. Paracetamol mi nie wystarcza. A futro z norek?
– Woli mieć łeb szorstkowłosy czy pudelkowaty?
I wszystko stało się jasne. Tropy przestępcy winnego wieszania psów w naszej dzielnicy prowadziły z Wildy do Państwa Środka. Nowy pieski szlak. Nie wiedziałam, jak zaprotestować. Na razie złożyłam zamówienie na drugie danie. I wysłałam dyskretnie SMS-a do dzielnicowego Marcina Maciusia. To prawdziwy pies, który potrafi popędzić kota.
– Ja poproszę o dokładkę, panie Li Lu – odpowiedział Władek lat 95, siorbiąc resztki gorącej potrawy z przekrzywionego w niekulturalny sposób plastikowego talerza.
Śledztwo dotyczące wieszania psów doprowadziło mnie do jedynej na poznańskiej Wildzie chińskiej restauracji „Skośny przysmak”. Wzięłam ze sobą AK-owca, bo to dobry pies gończy na ludzi, którzy wieszają psy. Li Lu wprawdzie robił wrażenie sympatycznego człowieka, ale naprawdę sympatyczni są tylko ci, co mają w swoim mieszkaniu jakieś zwierzę. Li Lu nie miał żadnego czworonoga. Ja podobnie, ale w ramach rekompensaty codziennie zapraszam do siebie Władka. Nie wiedziałam tylko, kogo zaprasza do siebie właściciel „Skośnego przysmaka”. Może jakiegoś hycla? Li Lu posiadał sympatyczny uśmiech, trzy dziurki w nosie oraz chytre spojrzenie, za którym mógł ukrywać skośne sumienie.
– A pani jak smakować? – spytał usłużnie Li Lu.
– Dobra, dość tej zabawy. Chcę pogadać o psach – odpowiedziałam.
– Barzo lubić pisky – Li Lu oblizał swoje spierzchnięte wargi.
– Chyba husky? – wtrącił się powstaniec.
– Pisky? – spytałam. – Nie chcemy rozmawiać o polityce. Zresztą my w Poznaniu nie przepadamy za PiS. Nie lubimy też wieszania psów.
– Ja nie winien.
– Zdradził się pan. Ma pan trzy dziurki w nosie!
– No to cio?
– Trzy dziurki w nosie mają psy na psy.
– Pani kupić futro?
– Po co? Mamy przecież lato.
– Zima tuź tuź.
– Ja bym kupił futrzaną czapkę – zastanowił się AK-owiec. – Potrzebuję czegoś poważnego na głowę. Paracetamol mi nie wystarcza. A futro z norek?
– Woli mieć łeb szorstkowłosy czy pudelkowaty?
I wszystko stało się jasne. Tropy przestępcy winnego wieszania psów w naszej dzielnicy prowadziły z Wildy do Państwa Środka. Nowy pieski szlak. Nie wiedziałam, jak zaprotestować. Na razie złożyłam zamówienie na drugie danie. I wysłałam dyskretnie SMS-a do dzielnicowego Marcina Maciusia. To prawdziwy pies, który potrafi popędzić kota.
czwartek, 19 maja 2011
Wieszanie kejtrów.
Na Wildzie nie zawsze się kochamy. To znaczy większość mieszkańców gotowa jest do natychmiastowego uprawiania seksu, ale temperament skutecznie studzony jest przez proboszcza, tropicielki diabła oraz hostessy Jehowy. Te działania dają skutki podobne do studzenia gospodarki. Czasem doprowadzają do kryzysu, innym razem do wieszania psów.
Po raz pierwszy zdarzyło się to dwa lata temu, gdy Ludka lat 58 zalazła za skórę Kaśce lat 64. Ludka przyciągała powabem swego uda męża Kaśki, czyli Witolda lat 66. Witek najpierw się ślinił, nie odwracał wzroku od Ludkowej golizny i tylko gmerał w kieszeniach od spodni. W końcu jednak nie wytrzymał i przykleił się do kuszącego go uda. Miał pecha, bo przypadkiem przechodząca ulicą Kaśka zerknęła, co się dzieje w bramie. Wydawało się, że skończy się na awanturze, wrzaskach i zwyczajowych obelgach. Niestety, Kaśka wytoczyła większe działa. Zachowała się jak najgorszy hycel.
Pod osłoną nocy zakradła się na podwórze kamienicy, w której mieszkała Ludka i wywiesiła pod jej oknem pięć bezdomnych psów, przyszpilając je klamerkami do sznura od prania. Psy kwiliły, nie dając spać mieszkańcom, ale zmrok przykrywał powód hałasu. Kaśka na tym jednak nie poprzestała, wzywając na pomoc ekologów. Oni nad ranem zrobili demonstrację pod oknami Kaśki, a dzielnicowy Marcin Maciuś spisał raport.
Odtąd wieszanie kejtrów stało się wildeckim obyczajem, dając powód do plotek, zajęcie komendzie dzielnicowej oraz utwierdzając ekologów w słuszności ich walki. Przyglądałam się temu z zainteresowaniem, aż do dziś – kiedy ktoś zaczął na mnie wieszać psy...
– To pani sznur od prania? – spytał się młody chłystek, gdy poszłam na podwórze wyrzucić śmieci do kontenera.
– Ładnie słoneczko świeci – byłam wyspana, bo okno od mojej sypialni wychodzi na ulicę, a nie na podwórze i psich pisków nie słyszałam. Dlatego miałam prawo do konteplacji piękniejszej strony naszej egzystencji.
– Właściciel tego sznura pastwił się nad trzema jamnikami! Czy wie pani, że te biedne zwierzęta po dzisiejszej nocy są jeszcze dłuższe?! – histeryzował drugi chłystek.
– Ktoś podniósł ich wartość... – W duchu zastanawiałam się, kto mi jamnikami podłożył świnię.
– Pani Adelo, muszę spisać raport – doszedł do nas posterunkowy Marcin Maciuś. – Ma pani dowód?
– Dowód na co? Na niewinność?
– Wystaczy osobisty.
I od dzisiejszego dnia jestem notowana. Bardzo mnie to wzburzyło. Mogłam tylko w jeden sposób przeciw temu zaprostestować. Mianowicie rozpoczęłam prywatne śledztwo. I o tym to ja zdam raport, bo na Maciusia już nie liczę. Już jutro zdam raport!
Po raz pierwszy zdarzyło się to dwa lata temu, gdy Ludka lat 58 zalazła za skórę Kaśce lat 64. Ludka przyciągała powabem swego uda męża Kaśki, czyli Witolda lat 66. Witek najpierw się ślinił, nie odwracał wzroku od Ludkowej golizny i tylko gmerał w kieszeniach od spodni. W końcu jednak nie wytrzymał i przykleił się do kuszącego go uda. Miał pecha, bo przypadkiem przechodząca ulicą Kaśka zerknęła, co się dzieje w bramie. Wydawało się, że skończy się na awanturze, wrzaskach i zwyczajowych obelgach. Niestety, Kaśka wytoczyła większe działa. Zachowała się jak najgorszy hycel.
Pod osłoną nocy zakradła się na podwórze kamienicy, w której mieszkała Ludka i wywiesiła pod jej oknem pięć bezdomnych psów, przyszpilając je klamerkami do sznura od prania. Psy kwiliły, nie dając spać mieszkańcom, ale zmrok przykrywał powód hałasu. Kaśka na tym jednak nie poprzestała, wzywając na pomoc ekologów. Oni nad ranem zrobili demonstrację pod oknami Kaśki, a dzielnicowy Marcin Maciuś spisał raport.
Odtąd wieszanie kejtrów stało się wildeckim obyczajem, dając powód do plotek, zajęcie komendzie dzielnicowej oraz utwierdzając ekologów w słuszności ich walki. Przyglądałam się temu z zainteresowaniem, aż do dziś – kiedy ktoś zaczął na mnie wieszać psy...
– To pani sznur od prania? – spytał się młody chłystek, gdy poszłam na podwórze wyrzucić śmieci do kontenera.
– Ładnie słoneczko świeci – byłam wyspana, bo okno od mojej sypialni wychodzi na ulicę, a nie na podwórze i psich pisków nie słyszałam. Dlatego miałam prawo do konteplacji piękniejszej strony naszej egzystencji.
– Właściciel tego sznura pastwił się nad trzema jamnikami! Czy wie pani, że te biedne zwierzęta po dzisiejszej nocy są jeszcze dłuższe?! – histeryzował drugi chłystek.
– Ktoś podniósł ich wartość... – W duchu zastanawiałam się, kto mi jamnikami podłożył świnię.
– Pani Adelo, muszę spisać raport – doszedł do nas posterunkowy Marcin Maciuś. – Ma pani dowód?
– Dowód na co? Na niewinność?
– Wystaczy osobisty.
I od dzisiejszego dnia jestem notowana. Bardzo mnie to wzburzyło. Mogłam tylko w jeden sposób przeciw temu zaprostestować. Mianowicie rozpoczęłam prywatne śledztwo. I o tym to ja zdam raport, bo na Maciusia już nie liczę. Już jutro zdam raport!
Subskrybuj:
Posty (Atom)