Rano poszłam do łazienki, umyłam zęby, uczesałam fryzurę, przemyłam twarz i ręce. Wróciłam do garderoby, zaczęłam ubierać się i jednocześnie poczułam, że pachnę bigosem. Obwąchałam wszystkie części mojego ubrania, ale każda z nich pachniała płynem do płukania tkanin o aromacie morskiej bryzy zmieszanej z syntetycznymi dodatkami spod dużej litery E oraz kilku cyfr obok.
Zlekceważyłam to odczucie i szybko udałam się do sklepu, by nabyć świeże pieczywo. Na dole spotkałam się z Kunegundą lat 82.
Kunia pachniała golonką.
- O Boże! - wyraziłam się z niesmakiem. - Czy ty jadasz od poniedziałkowego świtu chude mięso? Chyba nie popijasz golonki piwem?
- Adela, co się mnie czepiasz? Mogę podejrzewać to samo.
- Jak to?
- Że łykasz browara pod bigos.
- Pod bigos? Dlaczego pod bigos?
- Bo pachniesz bigosem!
- To ci bigos! - słowa Kuni dotarły do mnie siła prokuratorskiego przekazu. Wokanda potrafi każdego obudzić - nawet w poniedziałkowy świt.
Doszła do nas Estera lat 84.
- Dziewczyny, wracacie z jakiejś imprezy? Czuję bigos. Mniam, jak ja dawno nie jadłam golonki.
- Przyjechał już furgon z pieczywem? - spytałam. - Czuję zapach świeżego pieczywa.
- Nie , to tylko mydło zapachowe, które dostałam wczoraj od Robcia lat 47. Kupiłam dezodorant Antykościelniak, a on gratisowo dodawał mydło. Twierdził, że po jego użyciu zrobię furorę.
- To fakt - stwierdziłam. - Wydajesz się mniej czerstwa.
- Zaraz - odezwała się Kunia. To moje mydło pachnie golonką. Adela, ty też wczoraj kupiłaś
Antykościelniaka?
- Nie. Ja nabyłam Antyaspiranta. Pewnie dlatego dostałam mydło zapachowe o aromacie bigosu.
- Szkoda, że czas imprez komunijnych minął - zauważyła Estera. - Zrobiłabym furorę zapachem skórki od chleba.
- Dziewczyny, to podstęp! - ostrzegłam dziewczyny. - Robcio lat 47 to znany ze swoich wybryków seksista, który chciałby z kobiety zrobić upieczonego prosiaka na srebrnej tacy podawanej rycerzom zakonnym podczas uczty na zamku w Malborku.
- Myślisz, że ma on coś wspólnego z Krzyżakami?
- A kto inny chciałby, żebym pachniała bigosem?
Zadumałyśmy się. Natura męska jest podstępna i obrzydliwa. Bo niby jaki mężczyzna chciałby, że jego połowica pachniała golonką? Zrazem? Krwistym befsztykiem? Plackami ziemniaczanymi?
Niech no ja dorwę tego łobuza!
poniedziałek, 20 czerwca 2011
niedziela, 19 czerwca 2011
Antyaspirant pod pachą
Nie jest to wymysł naszych czasów, że pod kościołami stoją kramiki z większą lub mniejszą tandetą. Handel przykościelny zawsze się odbywał, z tymże relikwie ostatnio zaczęły być wypierane przez plastikowe Chrystuski. Jednak świętych oraz błogosławionych przybywa i zawsze można wypatrzyć jakiś ząb trzonowy. Ale dziś zauważyłam nowość.
Najpierw moją uwagę przykuł stojący za ladą kramu Robcio lat 47, który zawsze był typem szemranym i jak dotąd od kościoła trzymał się w przyzwoitej odległości. Podeszłam do niego i zagaiłam rozmowę.
– Kochasiu, stałeś się neofitą?
– Zawsze chciałem być fit – Robcio naprężył bicepsy, a dziary na mięśniu zatańczyły twista. – Ćwiczenia sprawiają, że czuję się jak Neo.
– Czym się zajmujesz?
– Wszedłem w chemię.
– Sprzedajesz amfę pod naszym parafialnym kościółkiem?
– To jakieś nieporozumienie! Wszedłem w dezodoranty.
– Co takiego?
– Sprzedałem już wszystkie Antykościelniaki, ale mogę zapropo...
– Antykościelniaki? – przerwałam niegrzecznie, bo nigdy o takim towarze nie słyszałam.
– Antykościelniakiem trzeba spryskać się przed mszą i wtedy kościelny chodzący z tacą omija cię. Antykościelniak cieszy się ogromnym powodzeniem. Chyba tylko w Krakowie miał większe wzięcie... Mimo, że kosztuje 60 złotych.
– 60 złotych za dezodorant? Przecież na tacę można wrzucić tylko 2 złote!
– Antykościelniak wystarcza na wiele psiknięć. Zresztą cena spokoju nie może być niska.
– No dobra. Co tam masz jeszcze?
– Polecam Antyaspiranta. Świetnie chroni przed mundurowymi. Sam się nim psikam i jeszcze nigdy straż miejska nie przyczepiła się do mojego stoiska.
– Masz może Antyfiskalnika?
– Nie, ale rzucę ten pomysł chemikowi.
– Co mam popsikać Antyaspirantem? Dłonie, a może szyję?
– Normalnie, najlepiej spsikać się pod pachą. To działa szczególnie w sytuacji, gdy aspirant stresuje delikwenta komendą „Ręce do góry” i wtedy spod pachy ratujesz się Antyaspirantem.
– A aspirantowi nic się nie stanie?
– Tylko trochę się odurzy. Ale to wyjdzie z korzyścią dla niego, bo też się biedak w robocie stresuje.
– W takim razie zastanowię się. Będziesz tutaj, Robcio, za tydzień?
– Nie za bardzo. Odkąd wszedłem w dezodoranty często muszę znikać jak kamfora. Chyba muszę chemikowi wspomnieć o Antyfiskalniku....
Skusiłam się. Kupiłam Antyaspiranta, popsikałam się i poszłam na mszę. Kościelny też mnie ominął – w końcu on również jest umundurowany. A Antyaspirant kosztował tylko 30 złotych, czyli dwa razy taniej niż Antykościelniak.
Popatrzyłam z wyższością na innych wiernych.
Najpierw moją uwagę przykuł stojący za ladą kramu Robcio lat 47, który zawsze był typem szemranym i jak dotąd od kościoła trzymał się w przyzwoitej odległości. Podeszłam do niego i zagaiłam rozmowę.
– Kochasiu, stałeś się neofitą?
– Zawsze chciałem być fit – Robcio naprężył bicepsy, a dziary na mięśniu zatańczyły twista. – Ćwiczenia sprawiają, że czuję się jak Neo.
– Czym się zajmujesz?
– Wszedłem w chemię.
– Sprzedajesz amfę pod naszym parafialnym kościółkiem?
– To jakieś nieporozumienie! Wszedłem w dezodoranty.
– Co takiego?
– Sprzedałem już wszystkie Antykościelniaki, ale mogę zapropo...
– Antykościelniaki? – przerwałam niegrzecznie, bo nigdy o takim towarze nie słyszałam.
– Antykościelniakiem trzeba spryskać się przed mszą i wtedy kościelny chodzący z tacą omija cię. Antykościelniak cieszy się ogromnym powodzeniem. Chyba tylko w Krakowie miał większe wzięcie... Mimo, że kosztuje 60 złotych.
– 60 złotych za dezodorant? Przecież na tacę można wrzucić tylko 2 złote!
– Antykościelniak wystarcza na wiele psiknięć. Zresztą cena spokoju nie może być niska.
– No dobra. Co tam masz jeszcze?
– Polecam Antyaspiranta. Świetnie chroni przed mundurowymi. Sam się nim psikam i jeszcze nigdy straż miejska nie przyczepiła się do mojego stoiska.
– Masz może Antyfiskalnika?
– Nie, ale rzucę ten pomysł chemikowi.
– Co mam popsikać Antyaspirantem? Dłonie, a może szyję?
– Normalnie, najlepiej spsikać się pod pachą. To działa szczególnie w sytuacji, gdy aspirant stresuje delikwenta komendą „Ręce do góry” i wtedy spod pachy ratujesz się Antyaspirantem.
– A aspirantowi nic się nie stanie?
– Tylko trochę się odurzy. Ale to wyjdzie z korzyścią dla niego, bo też się biedak w robocie stresuje.
– W takim razie zastanowię się. Będziesz tutaj, Robcio, za tydzień?
– Nie za bardzo. Odkąd wszedłem w dezodoranty często muszę znikać jak kamfora. Chyba muszę chemikowi wspomnieć o Antyfiskalniku....
Skusiłam się. Kupiłam Antyaspiranta, popsikałam się i poszłam na mszę. Kościelny też mnie ominął – w końcu on również jest umundurowany. A Antyaspirant kosztował tylko 30 złotych, czyli dwa razy taniej niż Antykościelniak.
Popatrzyłam z wyższością na innych wiernych.
czwartek, 16 czerwca 2011
Rajmund lat 40 ma stulejkę!
Czarne chmury zawisły nad poznańską Wildą. Dziwnym trafem nadciągnęły one nad naszą dzielnicę, gdy pod jedenastkę wprowadziła się Donata lat 30. Ustały wesołe śpiewy tubylczych pijaków oraz szczebiotanie ptaków, choć gołębie nadal srały luźną laksą. Kunegunda lat 82 zaprzestała nucić „bella bella donna”, a Ksawey lat 77 przy goleniu nie wydzierał się już swoim wytrenowanym tenorem, nucąc „la donna mobile”. Natomiast Donata początkowo grzecznie przedstawiła się, prosząc byśmy mówili do niej per Donia. Niestety, nie zrewanżowała się i odmówiła nazywać mnie la donna Adele, twierdząc, że w moim wieku jestem już bardziej donica, po czym wymownie zawiesiła wzrok na moim biuście.
Sprawę zbagatelizowałam, bo przecież wiadomo jak bardzo rozkapryszone są dzieci koło trzydziestki. Pierwszym niepokojącym przypadkiem był casus Hieronima lat 52. Stałyśmy w porannej kolejce, gdy on pojawił się przed sklepem.
– Nie podam ręki – powiedział. – Mam herpes virus varicella.
– Hiero, biedaku – użaliła się Kunia lat 82 – złapałeś półpaśca?
Hiero był naszym dzielnicowym hero, czyli bohaterem, który ostatnio zasłynął wyłowieniem ze stawu o półmetrowej głębokości zachlanego Marysia. Wyręczył w tym drugiego naszego bezdomnego, mówiąc mu, by nie odgrywał gieroja.
– Zakaziły mi się zwoje czuciowe – poskarżył się Hiero. – Nie potrzebnie wziąłem się za leczenie immunosupresyjne.
Hiero był ciekawą odmianą bohatera, zwaną przez nas hipochondryczną.
Włosy na głowie stanęły nam dopiero, gdy przed sklepową kolejką oczekującą na transport świeżego pieczywa pojawił się Rajmund lat 40. Rajski Mundzio znany był jako jebaka, na co – nie wiedzieć czemu – najbardziej skarżyła się Kunia lat 82. I oto on z przeraźliwie smutną miną i żałośnie zwieszoną głową wyznał przed babami stojącymi przed sklepem w liczbie trzynastu:
– Mam stulejkę.
– Nawet podczas erekcji – rezolutnie zareagowała Kunia.
– Dopadł mnie „φῑμός”.
– Nie udawaj Greka – powiedziałam. – Jak to mogło się przydarzyć takiemu jebace?
– Zaproponowałem wczoraj Donii randkę. Jeszcze wówczas miałem erekcję w kieszeni od spodni. Ale ona spojrzała na mnie tak zimno, że spuściłem oczy i wróciłem do domu. Tam już miałem stulejkę.
Zamilkłyśmy ze współczuciem. I zrobiło nam się żal jebaki, który choć bywał uciążliwymi z tymi swoimi nachalnymi propozycjami, to jednak symbolizował pierwiastek męski w dzielnicy.
Powoli w naszych kobiecych piersiach i słodkich głowach dojrzewał pomysł na protest przeciw tej smarkuli. Donia uszanować wildecki porządek, inaczej wypatroszymy ją z tej jej nowoczesności.
Sprawę zbagatelizowałam, bo przecież wiadomo jak bardzo rozkapryszone są dzieci koło trzydziestki. Pierwszym niepokojącym przypadkiem był casus Hieronima lat 52. Stałyśmy w porannej kolejce, gdy on pojawił się przed sklepem.
– Nie podam ręki – powiedział. – Mam herpes virus varicella.
– Hiero, biedaku – użaliła się Kunia lat 82 – złapałeś półpaśca?
Hiero był naszym dzielnicowym hero, czyli bohaterem, który ostatnio zasłynął wyłowieniem ze stawu o półmetrowej głębokości zachlanego Marysia. Wyręczył w tym drugiego naszego bezdomnego, mówiąc mu, by nie odgrywał gieroja.
– Zakaziły mi się zwoje czuciowe – poskarżył się Hiero. – Nie potrzebnie wziąłem się za leczenie immunosupresyjne.
Hiero był ciekawą odmianą bohatera, zwaną przez nas hipochondryczną.
Włosy na głowie stanęły nam dopiero, gdy przed sklepową kolejką oczekującą na transport świeżego pieczywa pojawił się Rajmund lat 40. Rajski Mundzio znany był jako jebaka, na co – nie wiedzieć czemu – najbardziej skarżyła się Kunia lat 82. I oto on z przeraźliwie smutną miną i żałośnie zwieszoną głową wyznał przed babami stojącymi przed sklepem w liczbie trzynastu:
– Mam stulejkę.
– Nawet podczas erekcji – rezolutnie zareagowała Kunia.
– Dopadł mnie „φῑμός”.
– Nie udawaj Greka – powiedziałam. – Jak to mogło się przydarzyć takiemu jebace?
– Zaproponowałem wczoraj Donii randkę. Jeszcze wówczas miałem erekcję w kieszeni od spodni. Ale ona spojrzała na mnie tak zimno, że spuściłem oczy i wróciłem do domu. Tam już miałem stulejkę.
Zamilkłyśmy ze współczuciem. I zrobiło nam się żal jebaki, który choć bywał uciążliwymi z tymi swoimi nachalnymi propozycjami, to jednak symbolizował pierwiastek męski w dzielnicy.
Powoli w naszych kobiecych piersiach i słodkich głowach dojrzewał pomysł na protest przeciw tej smarkuli. Donia uszanować wildecki porządek, inaczej wypatroszymy ją z tej jej nowoczesności.
wtorek, 14 czerwca 2011
Stałam się mesmeryzująca.
Jak co dzień rano wyszłam do sklepu po drobne zakupy. Po chrupiący chleb, masło, mleko UHT z terminem przydatności do spożycia aż do gwiazdki. Wszystkie palące problemy spożywcze – po to by później usiąść nad gazetą i w gwarze porannych wiadomości z lokalnego radia zjeść skibkę chleba z rzuconymi na pajdę nowalijkami.
Ustawiłam się w kolejce oczekujących na przyjazd furgonu ze świeżym pieczywem. Przede mną stała Kunegunda lat 82 oraz Matylda lat 57. Mimo nas przechodził Kazek lat 60.
– Jezu, kobitki, ale jesteście mesmeryzujące!
– Och! – krzyknęła Kunia, ruchem dłoni maskując wykwit rumieńca na szyi i policzkach.
– Że niby co? – zdziwiła się Matylda.
– Czuję waszą biegunowość magnetyczną.
– Ty nas, Kazek, konikiem na biegunach nie podchodź – ostrzegłam Kazka. – Nie damy się zwieść byle frantowi i jego cwanym gadkom.
– Gatek nie mam naelektryzowanych, a mimo to odbieram wasz magnetyzm swoim najbardziej czułym organem.
– Mój magnetyzm też? – nie dowierzała Kunia.
– Ba! – odpowiedział Kazek, przewracając z zachwytu oczami.
– A ja nic nie rozumiem. Jaka niby jestem? Messerschmitująca? – dopytywała się Matylda. – Ty mnie do Luftwaffe nie kaperuj! Kapewu?
– Naprawdę jestem magnetyzująca? – Kunia mizdrzyła się do Kazka.
W tym momencie do naszej kolejki doszedł Bodzio lat 69.
– Co za mesmeryzm! Kochane, wasz estrogen mnie powala!
– Też im mówiłem, że są mesmeryzujące – powiedział Kazek – ale one moje słowa przyjęły z niedowierzaniem.
– Byłem na Łazarzu – pochwalił się Bodzio. – Tam jednak nie spotkasz żadnej mesmeryzującej baby. Tylko tu na Wildzie są takie kobiety.
Zachwyty przerwał przyjazd dostawczaka ze świeżym pieczywem. Wysiadł z niego Karolek lat 34. Miał podejść do tylnych drzwi samochodu, gdy w pół kroku się zatrzymał.
– Jasny gwint! Wyczuwam mesmeryzm!
Zrobiłam duże oczy. Do tej pory podejrzewałam, że Kazek był w zmowie z Bodziem, którzy dla draki chcieli nam coś wmówić.
– Proszę pań! – krzyknął z emafazą Karolek. – Swoim mesmeryzmem zabijacie mi zapach świeżego chleba! Dacie się przewieźć na pace?
Oczywiście wybiłyśmy mu to z głowy. Również Bodziowi i Kazkowi odcięłam swój mesmeryzm, bo chciałam spokojnie dokonać zakupów i sama wrócić do domu. Co się stało z Kunią i Matyldą, tego nie wiem. Ja natomiast już w swoim mieszkaniu stanęłam przed lustrem, z podziwem patrząc na osobiste odbicie.
Tak, rzeczywiście: stałam się mesmeryzująca.
Ustawiłam się w kolejce oczekujących na przyjazd furgonu ze świeżym pieczywem. Przede mną stała Kunegunda lat 82 oraz Matylda lat 57. Mimo nas przechodził Kazek lat 60.
– Jezu, kobitki, ale jesteście mesmeryzujące!
– Och! – krzyknęła Kunia, ruchem dłoni maskując wykwit rumieńca na szyi i policzkach.
– Że niby co? – zdziwiła się Matylda.
– Czuję waszą biegunowość magnetyczną.
– Ty nas, Kazek, konikiem na biegunach nie podchodź – ostrzegłam Kazka. – Nie damy się zwieść byle frantowi i jego cwanym gadkom.
– Gatek nie mam naelektryzowanych, a mimo to odbieram wasz magnetyzm swoim najbardziej czułym organem.
– Mój magnetyzm też? – nie dowierzała Kunia.
– Ba! – odpowiedział Kazek, przewracając z zachwytu oczami.
– A ja nic nie rozumiem. Jaka niby jestem? Messerschmitująca? – dopytywała się Matylda. – Ty mnie do Luftwaffe nie kaperuj! Kapewu?
– Naprawdę jestem magnetyzująca? – Kunia mizdrzyła się do Kazka.
W tym momencie do naszej kolejki doszedł Bodzio lat 69.
– Co za mesmeryzm! Kochane, wasz estrogen mnie powala!
– Też im mówiłem, że są mesmeryzujące – powiedział Kazek – ale one moje słowa przyjęły z niedowierzaniem.
– Byłem na Łazarzu – pochwalił się Bodzio. – Tam jednak nie spotkasz żadnej mesmeryzującej baby. Tylko tu na Wildzie są takie kobiety.
Zachwyty przerwał przyjazd dostawczaka ze świeżym pieczywem. Wysiadł z niego Karolek lat 34. Miał podejść do tylnych drzwi samochodu, gdy w pół kroku się zatrzymał.
– Jasny gwint! Wyczuwam mesmeryzm!
Zrobiłam duże oczy. Do tej pory podejrzewałam, że Kazek był w zmowie z Bodziem, którzy dla draki chcieli nam coś wmówić.
– Proszę pań! – krzyknął z emafazą Karolek. – Swoim mesmeryzmem zabijacie mi zapach świeżego chleba! Dacie się przewieźć na pace?
Oczywiście wybiłyśmy mu to z głowy. Również Bodziowi i Kazkowi odcięłam swój mesmeryzm, bo chciałam spokojnie dokonać zakupów i sama wrócić do domu. Co się stało z Kunią i Matyldą, tego nie wiem. Ja natomiast już w swoim mieszkaniu stanęłam przed lustrem, z podziwem patrząc na osobiste odbicie.
Tak, rzeczywiście: stałam się mesmeryzująca.
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Życie to chlew czy tylko stajnia Augiasza?
Władek lat 95 siedział przy stole kuchennym i zażerał się pączkiem. Co rusz oblizywał paluchy, a potem przez długi czas im się przypatrywał. Obślinione kończyny świeciły się w blasku promieni słonecznych, którym udało się przedrzeć przez dawno nie myte okno.
– Adela, to dziwne, że mam dwie dłonie.
– A po co ci trzy? Masz dwie dziurki, więc do dłubania w nosie rąk ci starczy.
– I nogi też mam dwie – zastanawiał się powstaniec.
– Masz rację, jesteś parzystokopytny.
– A serce tylko jedno bije w mojej piersi.
– Pomyśl, Anonimowy Kobieciarzu. Gdybyś miał kilka serc, to żadna terapia, by ci nie pomogła.
– Może masz rację, w końcu dupę też mam tylko jedną.
– Bardzo cię proszę o używanie kulturalnego języka!
– Gdybym miał dwie sraki, to dopiero byłoby przesrane!
– Co ty masz za myśli? Skąd ci takie pierdoły do głowy przychodzą? I to w poniedziałek? Od samego rana? Co wczoraj zjadłeś na kolację?
– Adela, chyba jestem świnią.
– To prawda, zawsze opalasz się na różowo.
– Tarzam się w gnoju, nastawiony jestem konsumpcyjnie, zjem każdą paszę, a nawet szczura. Niby wyglądam sympatycznie, ale najlepsza we mnie jest tusza wieprzowa. W sumie to żadna niespodzianka, że kobiety ślinią się na mój widok.
– Jaka tusza? Jesteś wysuszonym chudzielcem!
– Och, to tylko przenośnia. Dzięki tobie zacząłem czytać wiersze i poznałem się na metaforach, ale to nic nie znaczy. Jestem świnią, choć może o nieco większej samoświadomości. Uświadomił mi to Mickiewicz oraz mitologia grecka.
– Mickiewicz? Adam Mickiewicz?
– Nie. Krzysztof Mickiewicz. Ostatnio piję z nim piwo. Spytałem się go, czy jest Litwinem. A on odpowiedział, że jego życie to prawdziwa UPA, bo jest Łemkiem. Nikt w kraju nie lubi Łemków, choć to wcale nie ułomki. Krzyś potrafi za jednym zamachem obalić 8 piw!
– W takim towarzystwie łatwo się ześwinić – zauważyłam.
– Podobnie odpowiedziałem Mickiewiczowi. Życie to chlew, dlatego dziwi mnie, że ludzie mają tak mało dziurek od nosa.
– A nie stajnia Augiasza?
– To nieważne, czy to chlew, czy stajnia. Oba pomieszczenia są nieogrzewane, dlatego gnój musi parować. Przez to nie marzniemy, choć smrodu nie da się uniknąć.
I w tym momencie zaprotestowałam. Egzystencjalne rozterki dotykają Władka 13 dnia każdego miesiąca. I najgorzej, gdy przypada to w poniedziałek, bo wówczas mam przechlapane przez cały tydzień.
Co za wredny kalendarz!
– Adela, to dziwne, że mam dwie dłonie.
– A po co ci trzy? Masz dwie dziurki, więc do dłubania w nosie rąk ci starczy.
– I nogi też mam dwie – zastanawiał się powstaniec.
– Masz rację, jesteś parzystokopytny.
– A serce tylko jedno bije w mojej piersi.
– Pomyśl, Anonimowy Kobieciarzu. Gdybyś miał kilka serc, to żadna terapia, by ci nie pomogła.
– Może masz rację, w końcu dupę też mam tylko jedną.
– Bardzo cię proszę o używanie kulturalnego języka!
– Gdybym miał dwie sraki, to dopiero byłoby przesrane!
– Co ty masz za myśli? Skąd ci takie pierdoły do głowy przychodzą? I to w poniedziałek? Od samego rana? Co wczoraj zjadłeś na kolację?
– Adela, chyba jestem świnią.
– To prawda, zawsze opalasz się na różowo.
– Tarzam się w gnoju, nastawiony jestem konsumpcyjnie, zjem każdą paszę, a nawet szczura. Niby wyglądam sympatycznie, ale najlepsza we mnie jest tusza wieprzowa. W sumie to żadna niespodzianka, że kobiety ślinią się na mój widok.
– Jaka tusza? Jesteś wysuszonym chudzielcem!
– Och, to tylko przenośnia. Dzięki tobie zacząłem czytać wiersze i poznałem się na metaforach, ale to nic nie znaczy. Jestem świnią, choć może o nieco większej samoświadomości. Uświadomił mi to Mickiewicz oraz mitologia grecka.
– Mickiewicz? Adam Mickiewicz?
– Nie. Krzysztof Mickiewicz. Ostatnio piję z nim piwo. Spytałem się go, czy jest Litwinem. A on odpowiedział, że jego życie to prawdziwa UPA, bo jest Łemkiem. Nikt w kraju nie lubi Łemków, choć to wcale nie ułomki. Krzyś potrafi za jednym zamachem obalić 8 piw!
– W takim towarzystwie łatwo się ześwinić – zauważyłam.
– Podobnie odpowiedziałem Mickiewiczowi. Życie to chlew, dlatego dziwi mnie, że ludzie mają tak mało dziurek od nosa.
– A nie stajnia Augiasza?
– To nieważne, czy to chlew, czy stajnia. Oba pomieszczenia są nieogrzewane, dlatego gnój musi parować. Przez to nie marzniemy, choć smrodu nie da się uniknąć.
I w tym momencie zaprotestowałam. Egzystencjalne rozterki dotykają Władka 13 dnia każdego miesiąca. I najgorzej, gdy przypada to w poniedziałek, bo wówczas mam przechlapane przez cały tydzień.
Co za wredny kalendarz!
niedziela, 12 czerwca 2011
Wildecka parada równości.
Zdzicho lat 48 oraz Maryś lat 53 znowu zapragnęli zorganizować imprezę na działkach przy ulicy Dolna Wilda w Poznaniu. Zaprosili z dzielnicy kogo się dało na start parady równości. Najpierw się oburzyłam, że niby z homoseksualistami mam się spoufalać, ale w sklepie na dole mi wyjaśniono, że idzie o bratanie się z bezdomnymi. Bo co to za parada równości, kiedy wszyscy mają gdzie mieszkać? Co z tego, że założysz różową koszulkę, kiedy drugiemu śmierdzi podkoszulek, bo nie ma gdzie go wyprać? Nie ma w tym logiki, lecz dopiero głos bezdomnych nam to uświadomił.
Bezdomni mieli jednak problem z autem. Bo niby jak miałaby udać się parada bez samochodu z odkrytym dachem? W tym celu udałam się do komisariatu przy ulicy Chłapowskiego, by z posterunkowym Marcinem Maciusiem oraz jego przełożonymi załatwić godziwy transport. Przełożeni drapali się w głowę, ale w końcu przeznaczyli do akcji starą więźniarkę, której tutejsi wandale zerwali dach. Już wcześniej sfotografowany i poddany szczegółowym badaniom kryminalistycznym dach miał być cichym prezentem od komendy dla bezdomnych. Policjanci krat w oknach samochodu jednak nie pozwolili ruszyć. Zdzicho i Maryś byli szczęśliwy, bo dach ważył sporo i spokojnie można było go przeliczać nba butelki taniego wina.
Rajd ruszył o nieszczęśliwej godzinie: znowu w trakcie sumy. Proboszcz tylko chwycił się za głowę, wygłaszając kazanie tylko dla kościelnego z pustą z tacą. Reszta wiernych próbowała załądować się do więźniarki. Z głośników furgonu płynęły dźwięki nieznanej mi melogii. Prosiłam by był to Fogg, ale puścili coś mniej mamutowego, jakiś Noze, czy coś w tym stylu.
Przejazd był bardzo udany. Bezdomni pokazali swoją opaleniznę, a ludzie z mieszkaniami obnażyli swoją bladość. Nastąpiła fraternizacja, bo kibice piłkarscy też przyłączyli się do kibicowania bezdomnym. Prawicowcy krzyczeli, że to inicjatywa prawa, a lewacy nie wysuwali oskarżeń, że akcja jest lewa. Zwolennicy centrum chwalili, że koła w furgonie są wycentrowane, a bachory nadal dłubały w nosie, rozdziawiając młode buzie.
Ja zaś dostałam zawrotów głowy. Ten pęd powietrza, niespodzianki spod pachy Marysia i Zdzicha, tumult i gwar – to wszystko mnie zmęczyło niemożebnie. Dlatego kończę już ten krótki opis, zaoszczędzając wam protestu. Bo to w końcu niedziela, czyli dzień Pański. I nie ma sensu wywijać szmatą czy inną szabelką.
Nieprawdaż?
Bezdomni mieli jednak problem z autem. Bo niby jak miałaby udać się parada bez samochodu z odkrytym dachem? W tym celu udałam się do komisariatu przy ulicy Chłapowskiego, by z posterunkowym Marcinem Maciusiem oraz jego przełożonymi załatwić godziwy transport. Przełożeni drapali się w głowę, ale w końcu przeznaczyli do akcji starą więźniarkę, której tutejsi wandale zerwali dach. Już wcześniej sfotografowany i poddany szczegółowym badaniom kryminalistycznym dach miał być cichym prezentem od komendy dla bezdomnych. Policjanci krat w oknach samochodu jednak nie pozwolili ruszyć. Zdzicho i Maryś byli szczęśliwy, bo dach ważył sporo i spokojnie można było go przeliczać nba butelki taniego wina.
Rajd ruszył o nieszczęśliwej godzinie: znowu w trakcie sumy. Proboszcz tylko chwycił się za głowę, wygłaszając kazanie tylko dla kościelnego z pustą z tacą. Reszta wiernych próbowała załądować się do więźniarki. Z głośników furgonu płynęły dźwięki nieznanej mi melogii. Prosiłam by był to Fogg, ale puścili coś mniej mamutowego, jakiś Noze, czy coś w tym stylu.
Przejazd był bardzo udany. Bezdomni pokazali swoją opaleniznę, a ludzie z mieszkaniami obnażyli swoją bladość. Nastąpiła fraternizacja, bo kibice piłkarscy też przyłączyli się do kibicowania bezdomnym. Prawicowcy krzyczeli, że to inicjatywa prawa, a lewacy nie wysuwali oskarżeń, że akcja jest lewa. Zwolennicy centrum chwalili, że koła w furgonie są wycentrowane, a bachory nadal dłubały w nosie, rozdziawiając młode buzie.
Ja zaś dostałam zawrotów głowy. Ten pęd powietrza, niespodzianki spod pachy Marysia i Zdzicha, tumult i gwar – to wszystko mnie zmęczyło niemożebnie. Dlatego kończę już ten krótki opis, zaoszczędzając wam protestu. Bo to w końcu niedziela, czyli dzień Pański. I nie ma sensu wywijać szmatą czy inną szabelką.
Nieprawdaż?
sobota, 11 czerwca 2011
To, co straciłam, a czego mi nie żal.
Od 1966 roku prowadzę prywatną ewidencję straconych kilogramów. W wieku 29 lat po raz pierwszy zastosowałam dietę odchudzającą i już w pierwszym roku udało mi się pozbyć 9 kilo. Niestety, w tym samym czasie przybyło mi 12, więc w sumie nieco przytyłam. Moje uda stały się trochę masywniejsze...
Od tamtego momentu przeprowadzałam roczne bilanse i zawsze na koniec roku okazywało się, że mam wartości dodane. Zmiana nastąpiła dopiero w 1979 roku. Coś mnie wówczas tknęło, że nie ma co się pogrążać podsumowaniami, odejmowaniem i dodawaniem gramów i kilo, lecz należy wyłącznie liczyć swoje sukcesy. Zrobiłam ponownie obliczenia. Dziś obchodzę 45 rocznicę zastosowania pierwszej diety i z dumą mogę obwieścić, że od 1966 roku straciłam 404 kilogramy! Musiałam się tym wynikiem pochwalić przed drugim człowiekiem. Kobiety są w tej kwestii zazdrosne, więc mój wybór padł na mężczyznę.
Jak zwykle w porze drugiego śniadania odwiedził mnie Władek lat 95. Anonimowy Kobieciarz rozsiadł się wygodnie na kuchennym krześle, niekulturalnie siorbiąc podaną mu kawę z cynamonem.
– Władku, czy ty zauważyłeś jakieś zmiany?
Powstaniec rozejrzał się po kuchni.
– Kurzów nie starłaś, pajęczyny wiszą na swoim miejscu...
– Na mnie spójrz!
– No i?
– Nic nie widzisz?
– Masz stringi?
– Chyba już nie chcę brzdąkać na strunach twoich fantazji. Schudłam. Znamy się tyle lat, a ty nic nie zauważyłeś – powiedziałam z wyrzutem.
Władek skrupulatnie obrzucił mnie wzrokiem, chcąc konkretnie umiejscowić mój dietetyczny sukces.
– Cycki! – nagle krzyknął uszczęśliwiony myślą, która chaotycznie mu się napatoczyła. – Na pewno tłuszcz spadł ci z cycek, a ich jędrność maskujesz tymi stanikami. Push-up? Tak to się nazywa?
– Stary matole – wzburzyłam się nie na żarty. – To ja tracę 404 kilo, a ty mi do biustu się przyczepiasz!
– 400 kilo?
– 404! Jeszcze umniejszasz mój sukces!
– Byłaś hipopotamem?
– Ty grubianinie!
Protesty są solą mego życia, ale przecież nie mogą zdarzać się co dzień i to przy okazji ważnych dla mnie rocznic. W każdym razie zdzieliłam Władka ścierą, a on podobnie jak wczoraj czmychnął. Gdy zostałam sama, to wypłakałam się.
Płacz to najlepsza dieta. Nie żal mi tych łez, za straconymi kilogramami też nie tęsknię.
Od tamtego momentu przeprowadzałam roczne bilanse i zawsze na koniec roku okazywało się, że mam wartości dodane. Zmiana nastąpiła dopiero w 1979 roku. Coś mnie wówczas tknęło, że nie ma co się pogrążać podsumowaniami, odejmowaniem i dodawaniem gramów i kilo, lecz należy wyłącznie liczyć swoje sukcesy. Zrobiłam ponownie obliczenia. Dziś obchodzę 45 rocznicę zastosowania pierwszej diety i z dumą mogę obwieścić, że od 1966 roku straciłam 404 kilogramy! Musiałam się tym wynikiem pochwalić przed drugim człowiekiem. Kobiety są w tej kwestii zazdrosne, więc mój wybór padł na mężczyznę.
Jak zwykle w porze drugiego śniadania odwiedził mnie Władek lat 95. Anonimowy Kobieciarz rozsiadł się wygodnie na kuchennym krześle, niekulturalnie siorbiąc podaną mu kawę z cynamonem.
– Władku, czy ty zauważyłeś jakieś zmiany?
Powstaniec rozejrzał się po kuchni.
– Kurzów nie starłaś, pajęczyny wiszą na swoim miejscu...
– Na mnie spójrz!
– No i?
– Nic nie widzisz?
– Masz stringi?
– Chyba już nie chcę brzdąkać na strunach twoich fantazji. Schudłam. Znamy się tyle lat, a ty nic nie zauważyłeś – powiedziałam z wyrzutem.
Władek skrupulatnie obrzucił mnie wzrokiem, chcąc konkretnie umiejscowić mój dietetyczny sukces.
– Cycki! – nagle krzyknął uszczęśliwiony myślą, która chaotycznie mu się napatoczyła. – Na pewno tłuszcz spadł ci z cycek, a ich jędrność maskujesz tymi stanikami. Push-up? Tak to się nazywa?
– Stary matole – wzburzyłam się nie na żarty. – To ja tracę 404 kilo, a ty mi do biustu się przyczepiasz!
– 400 kilo?
– 404! Jeszcze umniejszasz mój sukces!
– Byłaś hipopotamem?
– Ty grubianinie!
Protesty są solą mego życia, ale przecież nie mogą zdarzać się co dzień i to przy okazji ważnych dla mnie rocznic. W każdym razie zdzieliłam Władka ścierą, a on podobnie jak wczoraj czmychnął. Gdy zostałam sama, to wypłakałam się.
Płacz to najlepsza dieta. Nie żal mi tych łez, za straconymi kilogramami też nie tęsknię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)