– Dudajew był siódmym dzieckiem z dziewięciorga rodzeństwa – grzmiał z ambony wikary. – Jestem pewien, że on także by łapał w locie hostię.
Przez nawy kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego przeszedł szmer uznania. Odbił się od witraży, wrócił pod ornat, podnosząc na duchu pasterza wildeckich owieczek. Słowa kapłana cieszyły się tu wielką estymą. Mieszkańcy ze skupieniem spijali ważne wieści z ust duchownych. Święte słowo miało tu ogromną wagę.
– Dudajew był bardzo lotny, gdyż dochrapał się stopnia generała majora w radzieckim lotnictwie. Potem jednak nawrócił się, więc jestem pewien, że grzech bombardowania afgańskich wiosek został mu odpuszczony, szczególnie w momencie, gdy dawni towarzysze jego zbombardowali.
– Jasny gwint – szepnęła siedząca koło mnie Gertruda lat 77 – ale dobre kazanie. Po prostu w punkt!
– Amen – potaknęła cicho Malwina lat 92.
– Dudajew chciał z Czeczeni zrobić drugi Kuwejt i udałoby mu się! Bo był lotny! Nasz prezydent Duda też jest utalentowany, wszystko łapie w lot! Nie pozwolimy, by Rosjanie przeszkodzili mu w misji! Będziemy się za niego modlić!
– Dobry Jezu, a nasz Pa... – zaczęła intonować Kunia lat 90, ale pod wpływem srogiego wzroku wikarego urwała w pół słowa.
– A teraz padnijcie na kolana, drodzy bracia i siostry!
Kazanie skończyło się i msza przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Wychodząc ze świątyni byłyśmy wypełnione mocą Ducha świętego, ale też pogrążone w zadumie. Dyskusja rozpoczęła się dopiero w parku przed kościołem.
– Wikary jest prorokiem – uznała zwykle sceptyczna Kunia.
– Ruskie nas zbombardują – zgodziła się Gertruda. – To jasne jak amen w pacierzu.
– Interesuje mnie, co powoduje zdolności profetyczne u naszego wikarego – zastanawiałam się. – Kochana, widziałam, że czasem wynosisz z domu parafialnego puste butelki. Czym oni się zaprawiają?
Trudzia rozejrzała się po bokach i konfidencjonalnym szeptem wymusiła na nas trzymanie języków za zębami.
– Mają dużo wina mszalnego, ale wieczorami piją wódkę koszerną. Sprowadzają ją specjalnie z Rosji.
– Co takiego?! – poniosła Kunia głos.
– Sieją zamęt po rusko-żydowskim alkoholu? – też nie potrafiłam opanować się.
– Podobno Dudajew też pił te trunki – dodała Gertruda. – Oni mają jego portret w jadalni domu parafialnego.
Byłyśmy zaskoczone. Od razu jednak zaczęłyśmy zastanawiać się, co pić będzie prezydent Duda, skoro łapie hostię w lot i ma tak dobre układy z klerem.
czwartek, 23 lipca 2015
środa, 22 lipca 2015
C jak Cimoszewicz ALFABET CIOCI ADELI - Cycuś glancuś
Z Władkiem lat 98 postanowiliśmy wybrać się na spacer. Najbliżej nas znajduje się park im. Jana Pawła II, w którym największą atrakcją jest pomnik Poznańskiej Pyry. Pokierowaliśmy się na ziemniaka, sprawdzić, czy po burzy nie przybyło kartoflowi łętów.
Podwójny AK-owiec, czyli weteran Armii Krajowej oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym podał szarmancko mi ramię, przeprowadził na zielonym świetle przez ruchliwą ulicę Dolna Wilda, a potem pokierował nas w kierunku placu zabaw.
- Dlaczego tak często lubisz przechodzić obok rozkrzyczanych szkrabów? Czyżbyś na dwa lata przed setką dostał ciągot pedofilskich?
- Jak możesz! - obruszył się. - Liczę jedynie, że będą karmiące matki. Lubię jak z cycka kapie siara.
- A ja nie znoszę jak z pyska leci ci piana pożądania. Ślinisz się, stary capie!
- Czy to nie jest Kunia?
Powstaniec miał sokoli wzrok. Ponadto był ginolem, więc ogląd świata miał jak z gniazda bocianiego. Uwierzyłam mu, że spostrzegł naszą przyjaciółkę. Ja widziałam jedynie daleki kształt ławki i jakąś siedzącą na niej nieforemną postać. Krok po kroku zbliżaliśmy się. W końcu coś zaczęło wyraźniej się majaczyć. I to w kształtach zupełnie nieoczekiwanych. Zwiększyliśmy podświadomie tempo marszu i już po chwili stanęliśmy obok kobiety.
- Kunia, ty karmisz? - zdziwił się Władek, ale potem szybko zareagował w swoim stylu. - Jeszcze nie widziałem twojego cyca. Pokażesz drugi?
- Co to za lala? - zapytałam. - Czyś ty na starość zupełnie zgłupiała?
- Ten cycuś to glancuś - odrzekła Kunia, nie przestając karmić plastikowej kukły.
- Kunia, odezwij się! - próbowałam podniesionym głosem wstrząsnąć przyjaciółką.
- Magic people, woo doo people.
- Kunia, opamiętaj się!
- Daj jej karmić - powstrzymywał mnie AK-owiec. - Zaraz skończy jej się mleko w lewym cycu i zacznie karmić prawym. Chcę to zobaczyć!
- Mój akt to głos wołającego na puszczy - Kunia odezwała się nieco przytomniej.
- Niby dlaczego? - dociekałam.
- Kogo to dziecię ci przypomina?
Zrobiłam głupią minę. Cała sytuacja była dziwna, tym bardziej, że Kunia nie sprawiała wrażenia otępiałej. Tylko te piersi na wierzchu nieco mnie niepokoiły. No i ta lalka. Całe szczęście, że nie Barbie - to był chyba jedyny plus w tej sytuacji...
- No? - ponaglała Kunia. Spotkała się jednak z murem niezrozumienia. - Ten cycuś glancuś jest z puszczy.
- Czyli to chłopiec? - skojarzył powstaniec. - To musi mieć apetyt. Nie chcesz zapodać mu drugiego baniaka?
- Ta lala to Cimoszewicz.
- Po co go karmisz? - zainteresowałam się.
- Bo zawsze był oschły. Nie wyciągnę go z puszczy, jeśli nie zapodam mu siary. Inaczej jego powrót do aktualnej polityki nie miałby sensu.
Dopiero teraz zrozumiałam. Kiwnęłam Kuni z uznaniem głową i poszłam przez pomnik Poznańskiej Pyry przemyśleć jej inicjatywę. Władek natomiast został. Podobno doczekał się momentu, w którym Kunia przystawiła Cimoszewicza do prawej piersi.
Podwójny AK-owiec, czyli weteran Armii Krajowej oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym podał szarmancko mi ramię, przeprowadził na zielonym świetle przez ruchliwą ulicę Dolna Wilda, a potem pokierował nas w kierunku placu zabaw.
- Dlaczego tak często lubisz przechodzić obok rozkrzyczanych szkrabów? Czyżbyś na dwa lata przed setką dostał ciągot pedofilskich?
- Jak możesz! - obruszył się. - Liczę jedynie, że będą karmiące matki. Lubię jak z cycka kapie siara.
- A ja nie znoszę jak z pyska leci ci piana pożądania. Ślinisz się, stary capie!
- Czy to nie jest Kunia?
Powstaniec miał sokoli wzrok. Ponadto był ginolem, więc ogląd świata miał jak z gniazda bocianiego. Uwierzyłam mu, że spostrzegł naszą przyjaciółkę. Ja widziałam jedynie daleki kształt ławki i jakąś siedzącą na niej nieforemną postać. Krok po kroku zbliżaliśmy się. W końcu coś zaczęło wyraźniej się majaczyć. I to w kształtach zupełnie nieoczekiwanych. Zwiększyliśmy podświadomie tempo marszu i już po chwili stanęliśmy obok kobiety.
- Kunia, ty karmisz? - zdziwił się Władek, ale potem szybko zareagował w swoim stylu. - Jeszcze nie widziałem twojego cyca. Pokażesz drugi?
- Co to za lala? - zapytałam. - Czyś ty na starość zupełnie zgłupiała?
- Ten cycuś to glancuś - odrzekła Kunia, nie przestając karmić plastikowej kukły.
- Kunia, odezwij się! - próbowałam podniesionym głosem wstrząsnąć przyjaciółką.
- Magic people, woo doo people.
- Kunia, opamiętaj się!
- Daj jej karmić - powstrzymywał mnie AK-owiec. - Zaraz skończy jej się mleko w lewym cycu i zacznie karmić prawym. Chcę to zobaczyć!
- Mój akt to głos wołającego na puszczy - Kunia odezwała się nieco przytomniej.
- Niby dlaczego? - dociekałam.
- Kogo to dziecię ci przypomina?
Zrobiłam głupią minę. Cała sytuacja była dziwna, tym bardziej, że Kunia nie sprawiała wrażenia otępiałej. Tylko te piersi na wierzchu nieco mnie niepokoiły. No i ta lalka. Całe szczęście, że nie Barbie - to był chyba jedyny plus w tej sytuacji...
- No? - ponaglała Kunia. Spotkała się jednak z murem niezrozumienia. - Ten cycuś glancuś jest z puszczy.
- Czyli to chłopiec? - skojarzył powstaniec. - To musi mieć apetyt. Nie chcesz zapodać mu drugiego baniaka?
- Ta lala to Cimoszewicz.
- Po co go karmisz? - zainteresowałam się.
- Bo zawsze był oschły. Nie wyciągnę go z puszczy, jeśli nie zapodam mu siary. Inaczej jego powrót do aktualnej polityki nie miałby sensu.
Dopiero teraz zrozumiałam. Kiwnęłam Kuni z uznaniem głową i poszłam przez pomnik Poznańskiej Pyry przemyśleć jej inicjatywę. Władek natomiast został. Podobno doczekał się momentu, w którym Kunia przystawiła Cimoszewicza do prawej piersi.
wtorek, 21 lipca 2015
B jak Belka ALFABET CIOCI ADELI - Bezczelna bambaryła
- Przez ostatni rok widziałam tylko drobne w portmonetce, a profesora w oku niestety nie - oznajmiła Kunia lat 90.
Był świt. Stałyśmy przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Miał przywieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku - dla takich cymesów warto zerwać się na nogi szybciej od piejącego koguta.
- Nie mam banknotów, by móc cieszyć oczy jego podpisem - kontynuowała moja przyjaciółka.
- Boję się o naszego listonosza - powiedziałam z troską. - Biedak, jak on się nadźwiga.
- Jak ja dawno nie widziałam Euzebiusza - westchnęła Gertruda lat 77.
- Nigdy nie zdecydowałabym się, by moją emeryturę przelewano na konto parafii - orzekła Malwina lat 92. - A jak w porę nie opłacą ci czynszu? Gdzie wówczas zamieszkasz? W lewej nawie? Od razu by cię eksmitowali! "Z Jezuskiem chcesz mieszkać, grzesznico?", powiedzieliby. I nawet mieliby rację, ale ty chyba nie nadajesz się, by mieszkać w stajence.
- To moja sprawa, co robię z pieniędzmi - słabo odcięła się Trudzia.
- Belka to bezczelna bambaryła - uznała Kunia. - I tyle temacie Prezesa Narodowego Banku Polskiego!
- W nieuczciwych czasach tylko wikaremu można zaufać. No i proboszczowi też - broniła się Trudzia.
- Ja też ostatnio zlikwidowałam konto bankowe. Jak by mi przelewali na nie bilon? - zastanawiałam się.
- Sektor bankowy woli szelest banknotów od brzęczenia monet - stwierdziła Pela lat 83. - Dlatego zrzucają ten ciężar na Pocztę Polską.
- Biedny Euzebiusz - ziewnęła Lwinka.
- Podobno dostał już hemoroidów - rzuciłam plotkę. - Żylaków odbytu nie dostaje się tylko od siedzenia, od przedźwigania również.
- Kto by nie dostał? - Kunia rzuciła retoryczne pytanie. - Przecież on tyle emerytur dostarcza. A wszystkie są w bilonie. Pomyślcie też, że napiwki, które wrzuca do lewej kieszeni, ponadto powodują u niego skoliozę.
- Pomodlę się za Euzebiusza - obiecała Gertruda.
- Z Belki to jednak bezczelna bambaryła - powtórzyła się Kunia. - Gdyby chociaż doprowadził do inflacji...
- No tak, Euzebiusz mógłby wówczas z napiwków uformować sobie podpaskę czy tam inna pieluchę - wpadła na pomysł Lwinka. - A co on może zrobić z monetą, gdy go uporczywie swędzą hemoroidy, a dłonie nie mogą pomóc, bo nie pozwala na to fason pracownika służby publicznej?
- Chciałam za Euzebiusza zmówić 5 zdrowasiek, ale wiem, że teraz zmówię ich 25 - zdeklarowała się Gertruda.
- Ale dlaczego od razu bambaryła? Czy to nie jest zbyt obcesowe? - dociekałam.
Kunia podrapała się po głowie, przypadkiem lekko przesuwając perukę na lewą skroń.
- Może określenie bambaryła jest obcesowe. Ale kiedy dodałam do tego epitet, to jest to już deklaracja polityczna!
Żadna z nas nie zdążyła podrążyć tej myśli, bo zza zakrętu pojawił się furgon z piekarni, więc otworzyłyśmy portmonetki, by przygotować monety na zakup pieczywa z nocnego wypieku.
Był świt. Stałyśmy przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Miał przywieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku - dla takich cymesów warto zerwać się na nogi szybciej od piejącego koguta.
- Nie mam banknotów, by móc cieszyć oczy jego podpisem - kontynuowała moja przyjaciółka.
- Boję się o naszego listonosza - powiedziałam z troską. - Biedak, jak on się nadźwiga.
- Jak ja dawno nie widziałam Euzebiusza - westchnęła Gertruda lat 77.
- Nigdy nie zdecydowałabym się, by moją emeryturę przelewano na konto parafii - orzekła Malwina lat 92. - A jak w porę nie opłacą ci czynszu? Gdzie wówczas zamieszkasz? W lewej nawie? Od razu by cię eksmitowali! "Z Jezuskiem chcesz mieszkać, grzesznico?", powiedzieliby. I nawet mieliby rację, ale ty chyba nie nadajesz się, by mieszkać w stajence.
- To moja sprawa, co robię z pieniędzmi - słabo odcięła się Trudzia.
- Belka to bezczelna bambaryła - uznała Kunia. - I tyle temacie Prezesa Narodowego Banku Polskiego!
- W nieuczciwych czasach tylko wikaremu można zaufać. No i proboszczowi też - broniła się Trudzia.
- Ja też ostatnio zlikwidowałam konto bankowe. Jak by mi przelewali na nie bilon? - zastanawiałam się.
- Sektor bankowy woli szelest banknotów od brzęczenia monet - stwierdziła Pela lat 83. - Dlatego zrzucają ten ciężar na Pocztę Polską.
- Biedny Euzebiusz - ziewnęła Lwinka.
- Podobno dostał już hemoroidów - rzuciłam plotkę. - Żylaków odbytu nie dostaje się tylko od siedzenia, od przedźwigania również.
- Kto by nie dostał? - Kunia rzuciła retoryczne pytanie. - Przecież on tyle emerytur dostarcza. A wszystkie są w bilonie. Pomyślcie też, że napiwki, które wrzuca do lewej kieszeni, ponadto powodują u niego skoliozę.
- Pomodlę się za Euzebiusza - obiecała Gertruda.
- Z Belki to jednak bezczelna bambaryła - powtórzyła się Kunia. - Gdyby chociaż doprowadził do inflacji...
- No tak, Euzebiusz mógłby wówczas z napiwków uformować sobie podpaskę czy tam inna pieluchę - wpadła na pomysł Lwinka. - A co on może zrobić z monetą, gdy go uporczywie swędzą hemoroidy, a dłonie nie mogą pomóc, bo nie pozwala na to fason pracownika służby publicznej?
- Chciałam za Euzebiusza zmówić 5 zdrowasiek, ale wiem, że teraz zmówię ich 25 - zdeklarowała się Gertruda.
- Ale dlaczego od razu bambaryła? Czy to nie jest zbyt obcesowe? - dociekałam.
Kunia podrapała się po głowie, przypadkiem lekko przesuwając perukę na lewą skroń.
- Może określenie bambaryła jest obcesowe. Ale kiedy dodałam do tego epitet, to jest to już deklaracja polityczna!
Żadna z nas nie zdążyła podrążyć tej myśli, bo zza zakrętu pojawił się furgon z piekarni, więc otworzyłyśmy portmonetki, by przygotować monety na zakup pieczywa z nocnego wypieku.
niedziela, 28 czerwca 2015
A jak Arłukowicz ALFABET CIOCI ADELI - Agent Ancymonek
Stanie każdego dnia w ogonku przed naszym sklepem spożywczym w oczekiwaniu na przyjazd dostawczaka z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku mógłby być bardzo monotonny. Dlatego też staramy się z koleżankami umilać czas zajmującą rozmową. A najwięcej nerwu dają nam dyskusje o politykach i celebrytach.
Dziś jako pierwsza zagaiła Malwina lat 92.
- Wszystko się pierdzieli. Mój Bogumił spierdzielił sprzed ołtarza, wnuki pierdzielą na wszystko, a cieć mnie wczoraj opierdzielił, że dawno nie wytrzepałam wycieraczki. Coś niedobrego wisi w powietrzu.
- Władka lat 98 nie wpuszczam już do toalety - wyznałam - bo on stamtąd tylko głośno pierdzieli, twierdząc że mu wszystko wisi.
- Nie lubię pierdzieli - oznajmiła Kunia lat 90. - Brzydzę się nimi.
- Najwięcej pierdzieli jest w polityce, natomiast w ogóle nie ma ich w Episkopacie - stwierdziła Gertruda, która trzymała sztamę z proboszczem z parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie.
- I oni pierdzą - zaoponowała Kunia. - Tylko smród nie wydostaje się, bo górę sukienek zaciskają koloratkami. Przez wędzą się we własnym smrodzie.
- Jak możesz - prychnęła oburzona Gertruda.
- Jest taki jeden ancymonek, który już politycznie nie pierdzieli... - odezwała się Pela lat 82.
- Kto?
- Agent, który pozostał ancymonkiem.
- Kto? No powiedz. Nie daj się prosić - odezwałyśmy się.
- Arłukowicz.
- Ten były minister?
- Ta chorowinka?
- Ten zdrowy buhaj?
- Chciałabym, żeby mnie uratował. Niestety, nie latam samolotami.
- A co ma piernik do samolotu? - indagowała Lwinka.
- Tylko nie piernik - oburzyła się Pela. - To agent. Agent niebios.
Pogrzebałam wtedy w torebce i po chwili pokazałam dziewczynom, to, czego szukałam.
- Co to niby?
- To sprawka tego ancymonka - uznałam.
- Może pod niebem to on traci nieco swej diabelskości - przypuściła Gertruda, ale na ziemi toczy go rak grzechu.
- A to ancymonek - kręciła głową Lwinka.
- Agent piekieł - oceniła Kunia.
Potwierdzająco pokiwałyśmy głowami, a Pela tylko zrobiła głupią minę...
Dziś jako pierwsza zagaiła Malwina lat 92.
- Wszystko się pierdzieli. Mój Bogumił spierdzielił sprzed ołtarza, wnuki pierdzielą na wszystko, a cieć mnie wczoraj opierdzielił, że dawno nie wytrzepałam wycieraczki. Coś niedobrego wisi w powietrzu.
- Władka lat 98 nie wpuszczam już do toalety - wyznałam - bo on stamtąd tylko głośno pierdzieli, twierdząc że mu wszystko wisi.
- Nie lubię pierdzieli - oznajmiła Kunia lat 90. - Brzydzę się nimi.
- Najwięcej pierdzieli jest w polityce, natomiast w ogóle nie ma ich w Episkopacie - stwierdziła Gertruda, która trzymała sztamę z proboszczem z parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie.
- I oni pierdzą - zaoponowała Kunia. - Tylko smród nie wydostaje się, bo górę sukienek zaciskają koloratkami. Przez wędzą się we własnym smrodzie.
- Jak możesz - prychnęła oburzona Gertruda.
- Jest taki jeden ancymonek, który już politycznie nie pierdzieli... - odezwała się Pela lat 82.
- Kto?
- Agent, który pozostał ancymonkiem.
- Kto? No powiedz. Nie daj się prosić - odezwałyśmy się.
- Arłukowicz.
- Ten były minister?
- Ta chorowinka?
- Ten zdrowy buhaj?
- Chciałabym, żeby mnie uratował. Niestety, nie latam samolotami.
- A co ma piernik do samolotu? - indagowała Lwinka.
- Tylko nie piernik - oburzyła się Pela. - To agent. Agent niebios.
Pogrzebałam wtedy w torebce i po chwili pokazałam dziewczynom, to, czego szukałam.
- Co to niby?
- To sprawka tego ancymonka - uznałam.
- Może pod niebem to on traci nieco swej diabelskości - przypuściła Gertruda, ale na ziemi toczy go rak grzechu.
- A to ancymonek - kręciła głową Lwinka.
- Agent piekieł - oceniła Kunia.
Potwierdzająco pokiwałyśmy głowami, a Pela tylko zrobiła głupią minę...
niedziela, 8 marca 2015
Klub 8 Marca.
To było proste. Cisza z mojej strony oraz całego sztabu Prezydenta 2015 miała tylko pobudzić elektroat do wyobraźni. Także do rozterek, zniecierpliwienia oraz niedosytu. Zwłaszcza to ostatnie wywołuje apetyt. I dobrze, bo wśród mdłych polityczmnych potraw potrzebny jest nareszcie pieprzny przepis, który pobudzi wydzielanie obywaltelskiego ślinotoku.
Dziś rano usłyszałam dzwonek do drzwi. Była niedziela, więc nie stałam jak zwykle o świcie przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocengo wypieku. W osobistym wyrku obracałam się z boku na bok, gniotąc wygotowaną i wykrochmaloną pościel. Kolonie roztoczy były w odwrocie, bo poszwy na kołdrę i poduchę wygotowałam. To, co wierciło się na mojej skórze nie pochodziło od łóżka. Zatem niby nic nie przeszkadzało w niedzielnej labie. Tylko ten dzwonek do drzwi...
Zdjęłam szybko z głowy lokówki, potem narzuciłam podomkę i skierowałam się do przedsionka. Założyłam łańcuch i uchyliłam drzwi. Widok mnie zamurował.
Przed oczami ukazał mi się Władek lat 98, Lucjan Kutaśko oraz prezydent in spe. Wszyscy byli w spódnicach. Takich przed kolana. Owłosione giry tak mnie zdezorientowały, że machinalnie zdjęłam łańcuch i wpuściłam dziwolągów do mieszkania.
- Założyliśmy Ruch 8 Marca - pochwalił się powstaniec lat 98.
- Klub - poprawił AK-owca tomasz.ka 2015.
- To mój pomysł - stwierdził mózg kampanii wyborczej, czyli Kutaśko.
- Czy mogę jeszcze chwilę się nie odziewać? - poprosiłam. - Chciałabym jeszcze namyśleć się, co na siebei włożyć.
- To oczywiste - zgodził się Lucjan.
- Wyszliśmy z założenia, że nie możemy uderzać tylko do elektoratu brudnego i szczerbatego - wyjaśniał tymczasem powody stroju mój krewniak. - Warto też wysłać jakiś konstruktywny przekaz do kobiet, których na świecie i w Polsce jest proporcjonalnie więcej niż nieumytych i bezzębnych mężczyzn. Chcieliśmy tylko zasięgnąć twojej opinii, ciociu, czy ubrać rajstopy, czy może lepiej pokazywać się w gołych nogach.
- Nigdy się nie wydepiluję! - zastrzgł Władek.
- Każdy klub musi mieć swoich szalikowców - stwierdziłam po krótkim zastanowieniu. - Może dla odróżnienia powinniście założyć lisy?
- Ale do gołych łydek? - upewniał się Kutaśko.
- Lis ma dużo włosia, więc chyba nie powinniście ukrywać faktury swoich nóg pod rajstopami...
- To chyba sprawę mamy rozwiązaną? - spytał huncwot 2015, spoglądając na przemian na swoich najbliższych doradców.
Tamci zgodzili się z moją sugestią. Gdy chłopcy już chcieli wychodzić, wtedy ich zatrzymałam jednym gestem.
- Moment, wiem, że dziś jest w Poznaniu manifa. Ale zanim tam się wybierzecie musicie jedną rzecz jeszcze zrobić - zażądałam.
- Hę? - hęchnął powstaniec lat 98.
- Kankan! Zatańczcie kankana!
Okazało się, że dwóch spośród trzech mężczyzn nie miało majtek. Wyjątek miał za to pieluchomajtki. Zgadniecie który?
Dziś rano usłyszałam dzwonek do drzwi. Była niedziela, więc nie stałam jak zwykle o świcie przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocengo wypieku. W osobistym wyrku obracałam się z boku na bok, gniotąc wygotowaną i wykrochmaloną pościel. Kolonie roztoczy były w odwrocie, bo poszwy na kołdrę i poduchę wygotowałam. To, co wierciło się na mojej skórze nie pochodziło od łóżka. Zatem niby nic nie przeszkadzało w niedzielnej labie. Tylko ten dzwonek do drzwi...
Zdjęłam szybko z głowy lokówki, potem narzuciłam podomkę i skierowałam się do przedsionka. Założyłam łańcuch i uchyliłam drzwi. Widok mnie zamurował.
Przed oczami ukazał mi się Władek lat 98, Lucjan Kutaśko oraz prezydent in spe. Wszyscy byli w spódnicach. Takich przed kolana. Owłosione giry tak mnie zdezorientowały, że machinalnie zdjęłam łańcuch i wpuściłam dziwolągów do mieszkania.
- Założyliśmy Ruch 8 Marca - pochwalił się powstaniec lat 98.
- Klub - poprawił AK-owca tomasz.ka 2015.
- To mój pomysł - stwierdził mózg kampanii wyborczej, czyli Kutaśko.
- Czy mogę jeszcze chwilę się nie odziewać? - poprosiłam. - Chciałabym jeszcze namyśleć się, co na siebei włożyć.
- To oczywiste - zgodził się Lucjan.
- Wyszliśmy z założenia, że nie możemy uderzać tylko do elektoratu brudnego i szczerbatego - wyjaśniał tymczasem powody stroju mój krewniak. - Warto też wysłać jakiś konstruktywny przekaz do kobiet, których na świecie i w Polsce jest proporcjonalnie więcej niż nieumytych i bezzębnych mężczyzn. Chcieliśmy tylko zasięgnąć twojej opinii, ciociu, czy ubrać rajstopy, czy może lepiej pokazywać się w gołych nogach.
- Nigdy się nie wydepiluję! - zastrzgł Władek.
- Każdy klub musi mieć swoich szalikowców - stwierdziłam po krótkim zastanowieniu. - Może dla odróżnienia powinniście założyć lisy?
- Ale do gołych łydek? - upewniał się Kutaśko.
- Lis ma dużo włosia, więc chyba nie powinniście ukrywać faktury swoich nóg pod rajstopami...
- To chyba sprawę mamy rozwiązaną? - spytał huncwot 2015, spoglądając na przemian na swoich najbliższych doradców.
Tamci zgodzili się z moją sugestią. Gdy chłopcy już chcieli wychodzić, wtedy ich zatrzymałam jednym gestem.
- Moment, wiem, że dziś jest w Poznaniu manifa. Ale zanim tam się wybierzecie musicie jedną rzecz jeszcze zrobić - zażądałam.
- Hę? - hęchnął powstaniec lat 98.
- Kankan! Zatańczcie kankana!
Okazało się, że dwóch spośród trzech mężczyzn nie miało majtek. Wyjątek miał za to pieluchomajtki. Zgadniecie który?
niedziela, 1 marca 2015
Wróciłam z Falun
Chciałam zobaczyć, jak Rosjanom można złoić tyłek, więc wyjechałam do szwedzkiego Falun na mistrzostwa w narciarstwie klasycznym. I nie zawiodłam się. Rosjanie podskakiwali rachitycznie, w slalomie się zapętlali, zjeżdżali zbyt wolno, ale to tylko odwracało uwagę publiki. Nawet w ślizgach na sankach dawali ciała, szczególnie w dwójkach, ale rosyjska telwizja publiczna tego nie relacjonowała, bo obwieś zajmujący aktualnie fotel prezydenta jest przeciwny bliskim relacjom osób jednej płci.
czwartek, 19 lutego 2015
Ćwiczenia praktyczne
Prezydent 2015 zaszczycił dziś nasz ogonek. Wszystkie czułyśmy się tym faktem wyróżnione, choć ja wiedziałam, iż to tylko trening i huncwot ma czas jedynie do przyjazdu furgonu z piekarni. Po prostu chciał się wbić między świeże pieczywo z nocnego wypieku, porozmawiać o świcie z chłodnym jeszcze elektoratem, a potem w gronie ekspertów ze sztabu wyborczego rozdzielić doświadczenie na czynniki pierwsze niczym włos na czworo.
tomasz.ka 2015 przywitał się grzecznie z kolejkowiczkami, po czym nieśmiało zagaił:
- Wczoraj zrobiłem pranie - obwieścił. - Nie wiedziałem, że tyle z tym roboty.
- Miałam kiedyś kochanka, z którego trzeba było zdzierać bieliznę, tak silnie przywarła do ciała - Kunia lat 90 zanurzyła się we wspomnieniach. - Odchodziła wraz z naskórkiem. Potem już nie gotowałam tego świństwa, tylko prałam w 40 stopniach.
- Nie lubię mężczyzn w gaciach w kolorze cielistym - Malwina lat 92 wydęła z niesmakiem usta.
- Pewnego razu zerwałam mu napletek - kontynuowała Kunia. - To był nasz ostatni raz. To było w kwietniu 1972 roku.
- Jako poważny kandydat na stolec prezydenta chciałbym obywatelkom kraju jakoś ulżyć - prezydent przejął inicjatywę, bo rozmowa schodziła na manowce. - Myślę o stworzeniu sieci suszarni. W końcu tyle się w ojczyźnie pierze, a w miastach, szczególnie tych usytuowanych nad rzekami, jeziorami i morzem jest za dużo wilgoci.
- Chciałbym pan spuścić? - spytała Elwira lat 77, jednocześnie wykonując znak krzyża na piersiach.
- Co spuścić? Się tego? - zająknął się huncwot.
W tym momencie zakodowałam sobie, że należy prezydentowi zwrócić uwagę na zwrot "się tego". Był jak ostatni skandal obyczajowy poruszony przez znany, choć nędzny tygodnik. Zdecydowanie to sformułowanie nie miało klasy.
- Wodę z akwenów?
- Nie - zaprzeczył mój krewniak. - Chcę zbudować sieć suszarni refundowanych z NFZ.
- Z kasy chorych? - zdziwiła się Pela lat 83.
- Pranie i suszenie to rodzaj profilaktyki - wyjaśnił mój faworyt do pełnienia najwyższego urzędu w państwie. - Chcę stworzyć szeroki front walki z wirusami. Bakteriami i brakiem higieny osobistej też.
- Chwali się - uznałam.
- Brawo, panie prezydencie! - żywiołowo reagowały dziewczyny.
- Suszarnie powstaną przy gabinetach stomatologicznych - prezydent in spe wyjaśniał szczegóły projektu. - Wyprane bielizna i inna odzież pachnieć mają aromatem dezynfekcji. Tak zainicjuję rewolucję goździkową.
- Przecież goździki wcale nie pachną - obruszyła się Lwinka. - Bez pachnie, ale tylko przez dwa wiosenne tygodnie.
- Ja mówię o przyprawie - tomasz.ka uciął zbędne dywagacje, po czym podniósł rękę na pożegnanie. - No to bywajcie!
- Do zobaczenia przy urnie - wyrwała się Pela.
- Do zobaczenia u dentysty - pożegnała się Lwinka.
- Niech wiecznie pachną goździki! - zawołała Kunia.
Ja zaś w duchu zaprotestowałam. Przecież na zebraniu sztabu ustaliliśmy, że tomasz.ka ma uderzyć do wyborców brudnych. Skąd pomysł, by namawiać ich do wietrzenia ubrań w goździkowym zapachu? Zaraz, a może właśnie dlatego? Przecież kwitnący bez nie zabije smrodu tak skutecznie jak aromat goździków...
Musimy to obgadać.
tomasz.ka 2015 przywitał się grzecznie z kolejkowiczkami, po czym nieśmiało zagaił:
- Wczoraj zrobiłem pranie - obwieścił. - Nie wiedziałem, że tyle z tym roboty.
- Miałam kiedyś kochanka, z którego trzeba było zdzierać bieliznę, tak silnie przywarła do ciała - Kunia lat 90 zanurzyła się we wspomnieniach. - Odchodziła wraz z naskórkiem. Potem już nie gotowałam tego świństwa, tylko prałam w 40 stopniach.
- Nie lubię mężczyzn w gaciach w kolorze cielistym - Malwina lat 92 wydęła z niesmakiem usta.
- Pewnego razu zerwałam mu napletek - kontynuowała Kunia. - To był nasz ostatni raz. To było w kwietniu 1972 roku.
- Jako poważny kandydat na stolec prezydenta chciałbym obywatelkom kraju jakoś ulżyć - prezydent przejął inicjatywę, bo rozmowa schodziła na manowce. - Myślę o stworzeniu sieci suszarni. W końcu tyle się w ojczyźnie pierze, a w miastach, szczególnie tych usytuowanych nad rzekami, jeziorami i morzem jest za dużo wilgoci.
- Chciałbym pan spuścić? - spytała Elwira lat 77, jednocześnie wykonując znak krzyża na piersiach.
- Co spuścić? Się tego? - zająknął się huncwot.
W tym momencie zakodowałam sobie, że należy prezydentowi zwrócić uwagę na zwrot "się tego". Był jak ostatni skandal obyczajowy poruszony przez znany, choć nędzny tygodnik. Zdecydowanie to sformułowanie nie miało klasy.
- Wodę z akwenów?
- Nie - zaprzeczył mój krewniak. - Chcę zbudować sieć suszarni refundowanych z NFZ.
- Z kasy chorych? - zdziwiła się Pela lat 83.
- Pranie i suszenie to rodzaj profilaktyki - wyjaśnił mój faworyt do pełnienia najwyższego urzędu w państwie. - Chcę stworzyć szeroki front walki z wirusami. Bakteriami i brakiem higieny osobistej też.
- Chwali się - uznałam.
- Brawo, panie prezydencie! - żywiołowo reagowały dziewczyny.
- Suszarnie powstaną przy gabinetach stomatologicznych - prezydent in spe wyjaśniał szczegóły projektu. - Wyprane bielizna i inna odzież pachnieć mają aromatem dezynfekcji. Tak zainicjuję rewolucję goździkową.
- Przecież goździki wcale nie pachną - obruszyła się Lwinka. - Bez pachnie, ale tylko przez dwa wiosenne tygodnie.
- Ja mówię o przyprawie - tomasz.ka uciął zbędne dywagacje, po czym podniósł rękę na pożegnanie. - No to bywajcie!
- Do zobaczenia przy urnie - wyrwała się Pela.
- Do zobaczenia u dentysty - pożegnała się Lwinka.
- Niech wiecznie pachną goździki! - zawołała Kunia.
Ja zaś w duchu zaprotestowałam. Przecież na zebraniu sztabu ustaliliśmy, że tomasz.ka ma uderzyć do wyborców brudnych. Skąd pomysł, by namawiać ich do wietrzenia ubrań w goździkowym zapachu? Zaraz, a może właśnie dlatego? Przecież kwitnący bez nie zabije smrodu tak skutecznie jak aromat goździków...
Musimy to obgadać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
