wtorek, 19 listopada 2013

Mama mówiła: „A fe, lek!” A Felek nie słuchał. Przedawkował i umarł.

Wczoraj wieczorem wleciał do mnie Władek lat 97. Rozochocony, z wiatrem w siwych włosach i żądzą zadaszoną okrągłym brzuszkiem.
- Adela, słuchałem audycji w radio. Mówili, że uprawianie seksu wpływa na zdrowie i przedłużenie życia. Chcę być zdrowy. Przyłączysz się?
- Czy ty jesteś chory na umyśle, stary napaleńcu?!
- Tylko nie stary! Jary i zdrowy!
- Opowiem ci bajkę.
- No nie – z Władka uszło powietrze. – Czuję, że znowu z seksu będą nici.
- Usiądź wygodnie na fotelu.
Władek lat 97 zrezygnowany klapnął na siedzisko.
– Ładnie - pochwaliłam. - Grzeczny chłopiec. Teraz zamknij oczy, łobuzie. Śliczny jesteś, gdy masz zamknięte oczęta. Posłuchaj, kochasiu... Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma rzekami i siedmioma lasami żyła sobie pewna dostojna panna. Nie liczyła się dla niej jakość pożycia przedmałżeńskiego, ona nastawiała się na ilość aktów płciowych oraz perwersję. Dziewczęta w jej wieku bywają bardzo swobodne, chyba jeszcze pamiętasz o tym? Nie, nie odpowiadaj... Jej zachowanie było niegodne pozycji królewny, jaką miała na dworze szacownego Tatusia Króla, więc wysłano ją w miejsce odludne. Miała przez najbliższe 3 lata wieść życie wśród mchów, paproci i starych korzeni. Ale to była sprytna dziewczyna. Na manowce ściągnęła siedmiu, wielkich duchem i nie tylko, kompanów.
- O Jezu! Znowu o krasnoludkach?!
- Zamykaj oczy, łapserdaku!
- Cholera, a miał być seks!
- Przecież o tym opowiadam! To była niedobra dziewczyna. Królewna lat 17 bezlitośnie wykorzystywała służbę, karząc nakładać im czerwone kapturki. Skąd mieli brać akurat czerwone, skoro w pobliżu nie było automatów z prezerwatywami? Tego nie chciała wyjaśnić. Władek, świntuchu, przestań się ślinić!
- Ślurp, chlup, mlask.
- Skaranie boskie z tobą! Znów muszę pominąć najlepsze. Morał jest taki, że zasnęła, bo przedawkowała. Rozumiesz?!

Władek lat 97 nie zrozumiał. Zasnął. Chrapał odrażająco. Nie budziłam go. Pewnie po rozbudzającym całusie, zakochałby się. A bajki muszą kończyć się dobrze. Nieprawdaż?

poniedziałek, 18 listopada 2013

O wiedzy.

To naturalne, że najwięcej wiedzą belfrowie. Pokój nauczycielski nieustannie wypełniany jest cichymi pogłoskami: z kim spotyka się wuefista i czy ma to związek, że lubi zaglądać do chłopięcej szatni, ile za trwałą zapłaciła chemiczka i czy fryzura pasuje jej do nowej kreacji, która wcale nie wyszczupla, czy też za co tata Patryka z 2b pobił jego mamę. Informacje z różnych dziedzin życia są przez pedagogów poddane analitycznemu rozbiorowi na części pierwsze i po wielogodzinnej obróbce puszczane ponownie w świat. I wiedza krąży.

Spotkałam dziś Zenka lat 38. Jest on naszym listonoszem i dotychczas co miesiąc przynosił mi emeryturę. Ale poczta wycofała się z tej usługi i teraz sama muszę go zaczepiać.
- Zenuś, co słychać na dzielnicy?
- Pani Adelo, tylko pełen sekret! – Zenek ściszył konfidencjonalnie głos. – Do Wacława Z. spod 9 przyszło wezwanie z prokuratury.
- Powtarzałam Wackowi żeby nie strzelał z wiatrówki do kotów. Biedni rekruci - stwierdziłam.
- To nie poborowi. On strzelał do tego metro... Pani wie!
- Masz na myśli Andree lat 27?
- Wczoraj przyszła kartka urodzinowa z Zakopanego. Dla Jędrzeja, czy jakoś tak.
- To metroseksualny góral - wyjaśniłam. - Halny niejednemu zakotłował w głowie.
- A do Malwiny, tej spod 16, przyszedł telegram. Żeby SMS-ów nie przesyłała. Podpisał się niejaki Tolek.
- Nie ma dziewczyna szczęścia do elegantów - skwitowałam. - Za to na telefonach zaoszczędzi.
- Rachunek też jej dostarczyłem.

I Zenuś lat 38 pognał dalej jak wicher. A ja zaczęłam się zastanawiać, czy swoją wiedzę ugruntować u fryzjera, czy lepiej wstąpić do pani stomatolog. Lubię chodzić do dentystki, bo mam sztuczne szczęki i przez to rozmowa z nią przebiega dużo sprawniej, niż to było kiedyś. Zmieniłam jednak zdanie i wróciłam do domu. Chciałam przemyśleć jedną zasadniczą kwestię: czym jest wiedza.

Co mi po tym, że wiem, co to jest firn, pinxit, czy ischias. Ta wiedza oddala mnie od innych ludzi. Natomiast po spotkaniu z Zenkiem, dentystką i fryzjerką, zdobywam informacje, które przybliżają mnie do tubylców. Bo zbliżenie z sąsiadem jest dużo milsze, niż aplikacja spiramicyny. Dlatego protestuję przeciw spermatyzacji, bo prawdziwie zapładnia tylko plotka. To wiedza i dla młodego szczypiorka, i dla starego grzyba.

niedziela, 17 listopada 2013

Kazanie o Duchu Świętym.

Moje niedzielne rozważania teologiczne dziś poświęcam Bytowi niematerialnemu, czyli Duchowi Świętemu. Duch Święty stanowi jedną trzecią część Boga, ale nie w sensie ilościowym, lecz jakościowym. Jego Q jest niewyobrażalne, bo idealne. A jak masz Q to i na I nie narzekasz. Znaczy na IQ. Nie ma nad nim żadnych instytucji kontrolnych i urzędowych ciał weryfikujących jakość. Choć nie można mu przylepić żadnej etykiety, to przez wierzących jest poszukiwany w każdym czasie i miejscu. Nawet w hipermarketach.

Duch Święty jako Istota niematerialna jest ciągle bez grosza. Nie ma zaskórniaków, co jest zrozumiałe, bo przecież Duch Święty nie ma skóry, oraz groszem nie śmierdzi. W ogóle niczym nie śmierdzi, dlatego jest to Istota bezwonna, a przez to bezcenna. Tu dochodzimy do prawdy szczegółowej, że kogo nawiedzi Duch Święty, ten nie musi myć zębów.

Gdy usłyszał to Władek lat 97, to z całych sił chuchnął mi swoim wczorajszym oddechem prosto w noc. Omal nie wyzionęłam ducha. Osobistego, przez to mało świętego.
- Co robisz, łapserdaku? - spytałam gniewnie powstańca, nerwowo szukając świeżego oddechu.
- Smród doczesny jest niczym w porównaniu z bezwonnym życiem pozagrobowym - pocieszył mnie AK-owiec.
Spojrzałam na niego niedzielnie, a więc świątecznie i postanowiłam odpuścić mu ten chuch posobotni. W końcu dziś mamy Dzień Pański.

W każdym razie Duch Święty w swym niematerialnym jestestwie jest Istotą bez serca. To mnie od niego odróżnia. I właściwie to wszystko, bo dziś nie chce mi się pisać.

Jutro będzie normalnie.

sobota, 16 listopada 2013

Ostre narzędzia.

To nieprawda, że nie jestem uzbrojona – końcu ukształtowała mnie zimna wojna. Jestem przygotowana na różne kataklizmy, w tym na bombę atomową, która spadłaby na stolicę. Odrzucam jednak tę myśl, bo nie w smak mi wizja, że wielu warszawskich przyjaciół wyparowałoby. Przezornie jestem zabezpieczona. Mam zapasy żywności zapakowanej w hermetyczne plastikowe pudełka, maseczkę na twarz oraz kilkanaście pomadek, kremów na cerę suchą oraz zmywacze do paznokci. (Cieszę się, że przekwitłam, bo podpaski zajmują dużo miejsca, a czas po ataku jądrowym może oznaczać tułaczkę i tobołek należy mieć nieduży.) Przyjmuję jednak optymistycznie, że wojny atomowej nie będzie. Bardziej boję się ataku jakiegoś chuligana albo kobieciarza na głodzie.

Posiadam sporą kolekcję damskiej broni białej. Cztery tasaki, trzy cążki do wycinania skórek przy paznokciach, jeden wyciskasz do czosnku służący do wydobywania informacji z męża powracającego z delegacji, a do wyrafinowanych tortur używam pędzelka od lakieru do paznokci. Jako kobieta nowoczesna lat 73+ nie używam natomiast wałków do ciasta i innych prymitywnych narzędzi z przeszłości, z chęcią natomiast sięgam po kajdanki i łańcuchy, które nabywam w sex shopie. I o wizycie w takim sklepie chcę w kilku słowach opowiedzieć.

Rok temu spadł pierwszy śnieg, więc zadzwoniłam do Władka lat 97 z propozycją żebyśmy się rozgrzali. Zareagował z ochotą, jak to bywa u Anonimowego Kobieciarza, ja jednak kazałam mu się ciepło ubrać i spotkaliśmy się przed moją klatką schodową. Poszliśmy na przystanek tramwajowy i wsiedliśmy do tramwaju jadącego do centrum. Sprawdziliśmy pasażerom bilety, po czym wysiedliśmy przy Kupcu Poznańskim. Stamtąd były już tylko trzy kroki do celu naszej eskapady.

- Wytrzyj buty – zarządziłam.
- Mam opory – odpowiedział Władek lat 97, wpatrując się w wycieraczkę, a na której było zdjęcie biustu Pameli Anderson.
- Kajdanki proszę – krzyknęłam do młodzieńca, który zbliżał się z przymilnym uśmiechem. – I pejcz! Nie pejczyk, ale pejcz, bo to na tego pana! – Tu wskazałam dłonią na Władka.
- Służę z przyjemnością – odpowiedział przystojny sprzedawca. Poszedł na zaplecze, skąd wrócił z solidnym batem. Podał mi go do ręki, a następnie wypiął się. – Proszę wypróbować, bo po transakcji nie przyjmujemy reklamacji.

Smagnęłam go solidnie trzy razy. Uśmiech nie zniknął mu z twarzy, choć pręgi na pupie musiały zostać.
- A kajdanki? – wtrącił się Władek, który błyskawicznie rozgrzał się. – Czy można wypróbować je na pana koleżance?

Dziś w Poznaniu jest zimno, a ja zastanawiam się, czy znów podobnie nie rozgrzać się. Ale boję się, że mogą nas rozpoznać i zaprotestować przeciw naszym zakupom. Dlaczego? Bo Władek lat 97 ukradł wtedy wycieraczkę.

piątek, 15 listopada 2013

Martwa natura?

Nie wiem, może zwariowałam. Wprawdzie mam wątpliwości, ale inni mogą ich nie mieć. No cóż, to chyba nie mój problem. Kartezjusz swój dowód na istnienie Boga zaczął od „dubito ergo sum”, czyli: wątpię, więc jestem. Zatem ci, którzy tak bezkompromisowo mnie oceniają, to bezbożnicy lub ateiści. A takimi krytykantami nie można się przejmować. Uff, od razu mi lżej na duszy.

Dość wstępu. Chcę ujawnić swój sekret. Rozmawiam z moim mieszkaniem. Z meblami, roślinami doniczkowymi, odkurzaczem, pralką Franią i drzwiami. Wymieniam też wiele gestów. Najczęściej uśmiechają się do mnie naczynia. Najsubtelniej robią to kieliszki do wina, natomiast te do koniaku robią to półgębkiem. Kufli się zaś pozbyłam, bo ich prostacki rechot zawsze mnie denerwował. Jowialne są natomiast głębokie talerze, płaskie zaś to wieczni optymiści. Lubię z nimi przebywać. Czekamy wspólnie, dzieląc się nadzieją na parującą porcję smakowitego drugiego dania. Lubię przeżywać zaspokojenie właśnie w towarzystwie płaskiego talerza. W kulminacyjnym momencie jestem gotowa nawet go wylizać.

Lubię zwierzać się moim roślinkom. Ostre dyskusje przeprowadzam jedynie z kaktusami, ale z wszystkimi pozostałymi rozmowy są miłe, kojące, dają mi wiele sił. Od fikusa czerpię informacje na temat polityki. Światowej i krajowej. Fikus ma dziennikarskie zacięcie. Inaczej niż paproć, która jest estetką rozprawiającą najchętniej o malarstwie holenderskim. Natomiast pelargoniom wszystko wisi, toteż od nich uczę się dystansu do codziennych problemów.

Stan finansów najczęściej analizuję w towarzystwie drzwi wejściowych. Wsłuchuję się w pisk zawiasów i to one alarmują mnie, że mija termin rachunku zapłaty za gaz. O płatnościach za prąd informuje mnie włącznik światła do łazienki. Jest w kontakcie chyba jakieś przepięcie, ale odczuwam go tylko wtedy, gdy dostaję od dostawcy prądu monit do zapłaty rachunku. Zaś z pralką Franią przeprowadzam rozmowy formalne, oficjalne i bardzo konkretne. Najczęściej chodzi o ukrycie dochodów przed skarbówką. A że takich kombinacji nie robię, to z Franią milczę. Dlatego napisałam, że to takie oficjalne. Milczenie najczęściej dotyka spraw konkretnych.

Lubię też śpiewać. Niestety, włącza się wtedy odkurzacz i wzajemnie próbujemy się zagłuszyć. Podobno sąsiedzi wtedy stukają w ściany i kaloryfery, ale nie jestem pewna, bo my z odkurzaczem nie mamy słuchu.

No to tyle mojego sekretu. Myślę, że to w sumie żadna nowina, bo każdy kto dobrze czuje się w swoim mieszkaniu, z nim rozmawia. A ci co nie gadają, tylko na mój protest zasługują. Bo to mruki i pseudointelektualne zgniłki. Pamiętajcie: dubito ergo sum!

czwartek, 14 listopada 2013

Sprawunki.

Mam lat 73 z plusem, ale jestem bardzo wysportowana. To wszystko przez zarządców sklepów, którzy dbają o moją kondycję fizyczną i stan ducha. Dziękuję handlowcom za rozciągnięte ścięgna, kręgosłup obudowany mięśniami, stalowe bicepsy i uda mocarne. Dziękuję.
Do sklepu lubię chodzić z Władkiem lat 97. To drągal, który potrafi z daleka zobaczyć każdą okazję. Jest moim okazyjno-promocyjnym AK-owcem. Jego głowa wystaje ponad regały i zawsze dostrzeże jakiś zakurzony towar, który udaje nam się kupić potem po przecenie.

Dziś poszliśmy do pobliskiego Piotra i Pawła.
- Widzisz coś?
- Nie.
- To wyjątkowo czysty sklep. Mówiłam ci, żebyśmy poszli do Biedronki – powiedziałam z wyrzutem.
- Adela, nie marudź, przecież nie przyszliśmy po zakupy, lecz dla gimnastyki. Dobrze grzeją, mamy wózek, gdzie można rzucić palto, światło jest mocne, więc chce się żyć, muzyczka leci miła, pozostaje tylko brać się do ćwiczeń.

Wyjęłam z kieszeni kartkę i zarządziłam.
- Dziś zaczniemy od ćwiczeń sypanych. Uwaga, kto pierwszy znajdzie najtańszy ryż?! Raz, dwa, trzy!

Wózek zawsze ustawiamy w kącie sklepu i to jest nasze miejsce startu. Potem idziemy krokiem Korzeniowskiego do wybranej alei i szukamy najtańszego produktu. Po towar nie schylamy się, lecz przysiadamy, jak ciężarowiec. Podobnie wstajemy i wygrywa ten, kto pierwszy ułoży towar w wózku.
- Wygrałam – pisnęłam z radością, gdy Władek podbiegł ze swoim ryżem. Podniosłam ręce w triumfalnym geście, ale już po chwili znów byłam skoncentrowana przed następną konkurencją. – Teraz czas na najtańszy proszek do prania rzeczy kolorowych. Szukamy trzech opakowań 1-kilogramowych. Uwaga! Raz, dwa, trzy, start!

Władek lat 97 na proszkach nigdy nie przegrał, tym razem również poległam. Potem biegaliśmy po groch, dwa kokosy, musli i komplet garnków emaliowanych. Wózek się wypełniał, a stan rywalizacji był remisowy – 3:3. Nadszedł czas dogrywki. Byliśmy już zmęczeni, zadyszani i spoceni. Od przysiadów bolały mnie uda, a ramiona i bicepsy od noszenia towarów na wyciągniętych rękach.
- Władek, o zwycięstwie zadecyduje paragon fiskalny powyżej 150 złotych. Start!
Podbiegliśmy do kas, każde z nas obstawiało inne stanowiska, i z wywieszonymi jęzorami czekaliśmy na zasobnych klientów. Sklep był na Wildzie, dlatego czekaliśmy aż 28 minut. Wygrał Władek, ale ja się nie martwiłam, bo już odsapłam zmęczenie i czułam się wspaniale. Pozostało tylko rozciąganie się po wyczerpującej gimnastyce.

Podjechaliśmy z wózkiem do regału ze zdrową żywnością i na najwyższą półkę upychaliśmy nasze proszki, groch i inne musli. Staliśmy na paluszkach, rozciągając mięśnie nóg. Wspaniałe ćwiczenie. I wtedy podszedł ktoś z obsługi.
- Co państwo robią?
- Odstawiamy towar – odpowiedziałam. – Ja protestuję przeciw tak wysokim cenom! I to gdzie?! Tu na Wildzie?! Nieprędko się tu pokażemy ponownie.

Wzruszyliśmy ramionami, odzialiśmy palta i wyszliśmy ze sklepu. Przed naszymi oczami ukazał się Lidl – miejsce naszej kolejnej gimnastyki.

środa, 13 listopada 2013

Seks na klęcząco.

- Adela, chciałbym żebyś się położyła.
- Jaką nadzieję w tym pokładasz, Władysławie?
- Czyżbyś była przy nadziei?
- Jesteś beznadziejny! Jak można wpaść na tak idiotyczny pomysł? Mam 73 lata i mały plus, lecz moja cera i nogi na to nie wskazują.
- Kładź się wreszcie!
- Ale po co?
- Muszę się zewrzeć z tobą w miłosnym uścisku.
- Niedobrze, znowu jesteś na głodzie – westchnęłam.

Władek lat 97 jest AK-owcem, czyli Anonimowym Kobieciarzem i od czasu do czasu ma napady chuci niemożebnej. Tak wielkiej jak zapał elity narodu północnokoreańskiego do nawrócenia świata na komunizm. Władek szczęśliwie nie jest już tak wysportowany jak kiedyś i nie potrafi wziąć kobiety na stojąco. Musi najpierw ją położyć, przewrócić i poturlać. AK-owiec uzależniony jest od turlania. W związku z tym uwielbia pozycje horyzontalne, ale tu powstaje problem semantyczny, który nakłonił mnie do odsunięcia sekretnej zasłony z alkowy i przytoczenia wczorajszej wieczornej rozmowy.

- Władku, dlaczego preferujesz pozycję po bożemu?
- Jam katolik. Ponadto jestem fanem papieża, to mój idol. On wie, co dobre dla mnie, dla ciebie i wszystkich innych baranków.
- Ale Franciszek I nigdy nie spróbował seksu! Czy ty wiesz, co to jest celibat?
- Papież jest ojcem świętym, a ojciec to sprawa święta. Nie na nasze to głowy, Adela. Ojciec to ojciec, jak coś mówi to wie, co mówi. Zresztą miałem sen.
- Sen?
- Siedzieliśmy z Frankiem I w piwiarni „U Marycha” przy ulicy Głogowskiej. Przy piątym piwie papież rzekł tak: „Synu, turlać kobietę możesz, ale bierz ją zawsze z przodu. Tylko tak jest po bożemu!”
- A to świntuch – wyrwało mi się.
- Że co?!
- Władku, przespij się. Weź znów we śnie papieża na piwo. Spytaj się, dlaczego seks po bożemu nie może być na klęcząco. No zbieraj się, już późno! Pamiętaj, na klęcząco! Oboje twarzą do świętego obrazka! Chyba trzeba do zwierzęcego aktu dodać coś mistycznego?

Władek lat 97 to nałogowiec. Gdy wpadnie w seksualne delirium, wtedy należy szybko odwrócić jego uwagę na coś innego. Odciągnąć od praktyki, kierując myśli na teorię. A z drugiej strony sama jestem ciekawa, co powie papież we śnie Władka lat 97. Czy zaprotestuje na pozycję od tyłu, ale za to na klęcząco i to przed świętym obrazkiem? Trudna sprawa. Będzie wiele punktów widzenia.

Oby znowu nie doszło do schizmy...