– Jeśli to jest normalny tryb procedowania, to ja jestem Greta Garbo albo Marilyn Monroe – stwierdziła ni z gruszki, ni z pietruszki Kunia lat 90. – Kolanem chce pan to sprawozdanie przepchnąć. Proszę zejść na ziemię i zastanowić się co pan tu robi, proszę przestać wykonywać partyjne rozkazy.
– Czy koleżankę ostatnio koń nie kopnął? – spytała złośliwie Gertruda lat 77. – Przecież w naszym ogonku nie stoi żaden chłop.
Rzeczywiście, stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie. Jak zwykle oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku. Kupowałyśmy o świcie bułki i chleb, a potem zajadałyśmy się smakowitymi śniadaniami. Oczywiście każda z nas z osobna w swoim mieszkaniu.
– Ty jesteś Marylin Monroe? – zaśmiała się Malwina lat 92. – Z tymi dziarami?
To prawda, Kunia miała wytatuowane niemal całe ciało.
– Przecież ja tylko cytuję – tłumaczyła się moja przyjaciółka lat 90 – Beatę Kempę cytuję! „Jestem obecnie poddawana takim samym „atakom” i być może tak samo „brutalnym naciskom”, jak nieżyjąca pani Barbara Blida.”
– A jednak koń cię kopnął – Pela lat 83 poparła Trudzię.
– Przepraszam – przeprosiła grzecznie Gertruda – Kempa jest porządna, bo często gości w radio u ojca Tadeusza.
– Po co ją cytujesz? – zadałam oczywiste pytanie.
– Przecież w Palikocie się podkochujesz –Lwinka nieopatrznie wyjawiła sekret naszej sąsiadki.
– „Jeżeli poziom debaty pana Palikota to poezja, to nie wiem, co tu robię.” – odrzekła Kunia.
– Ale po ją cytujesz? – powtórzyłam.
– Pomodlę się za panią Beatę – obiecała Trudzia.
– Przestań – Pela wydęła wargi w grymasie niesmaku. – Kunia, z koniem chcesz się kopać.
– Właśnie – wtrąciła się Dziunia lat 60. – Lepiej obejrzyj serial „Karino”. Wyciszysz się i na koniki popatrzysz, a nie na tłuste babsko.
– Ćwiczę grę aktorską – wyjawiła Kunia.
– Jak to?
– Kempa jest mistrzynią gry aktorskiej.
– Nie rozumiem – Lwinka kiwała z niedowierzaniem głową.
– Może wymień jakieś jej role? – zachęciłam Kunię.
– Wyśmienicie zagrała rolę prawnika, choć nie ma ani aplikacji, ani nawet tytułu magistra prawa.
– Zgadza się – potwierdziła Pela.
– Wielokrotnie weszła w rolę eksperta i póki nie dochodziło do konkretów, póty świetnie obywała się bez faktów i liczb.
– Zgadza się – zgodziła się Dziunia.
– „Jeśli panowie mają życzenie mogą zorganizować swoją konferencję prasową. Teraz ja tu jestem gospodarzem i zapraszam panów do współpracy. Tego, co się stało, nie życzyłby sobie Przemysław Gosiewski” – ustami posłanki Kunia zakończyła swoją argumentację.
– Zgadza się.
– A ja nie zrezygnuję z modlitwy za panią Ewę – oznajmiła Trudzia, po czym padła na kolana, rozpoczynając zmawianie Litanii do Serca pana Jezusa.
I właśnie w takiej pozycji została muśnięta przez snopy światła reflektorów furgonu, który przybył na czas z piekarni.
środa, 26 sierpnia 2015
wtorek, 25 sierpnia 2015
K jak Kamiński ALFABET CIOCI ADELI - Konfident
– Rozszyfrowałam szpiega – wyszeptała konfidencjonalnie Malwina lat 92. – Znaczy wiem, jak się nazywa, ale nie wiem, który to. Może to jest nawet ciała siatka.
Lwinka najpierw zaciągnęła nas na podwórko kamienicy, w której od frontu mieścił się nasz sklep spożywczy, a potem obwieściła szokującą wiadomość. Informacja nami wstrząsnęła, ale zarazem zaciekawiła. Było tu tyle niedopowiedzeń, że od razu chciałyśmy roztrząsnąć sprawę.
– Jak to, który to? – Kunia lat 90 wraz z głosem podniosła brwi.
– Ciszej, tu się roznosi głos – syknęła Lwinka.
– To może ja zagłuszę wasze słowa modlitwą? – zaproponowała Gertruda lat 77.
– Czy jest to ktoś z naszego otoczenia? – zapytałam.
– Aniele Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze... – Trudzia zaczęła robić katolickie tło.
– Otacza nas ojczyzna – odpowiedziała cicho Lwinka.
– Nie rozumiem – rozłożyła szeroko ręce Pela lat 83.
– Angele Dei, qui custos es mei, Me tibi commissum pietate superna... – Trudzia przeszła na łacinę.
– Chcesz powiedzieć, że idzie ci o Polaka, ale znanego szerzej? – domyśliłam się.
– Polaków – prawie bezgłośnie odpowiedziała Malwina.
– Podaj nazwisko – zażądała Kunia.
– Dobry Jezu, a nasz panie, daj im wieczne zmiłowanie – pobożna dziewczyna lat 77 dostosowała się do kontekstu rozmowy, przerzucając się na inną katolicką klepankę.
– W końcu ilu ich podejrzewasz? A może jednego z nich? – zainteresowała się Dziunia lat 60.
– Kamińsssscccy – wysyczała Lwinka
– Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól dusze Twych sług od wszystkich grzechów i kar na nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą je z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
– Oni chyba jeszcze żyją... – przypuściła Pela.
– Jeden może nadawać prezesowi, drugi zaś prezesowi prezesów. Takie mam podejrzenia – wymamrotała Lwinka.
– Niech wszyscy dzięki czynią Panu za Jego Miłosierdzie, Za Jego cuda dla synów ludzkich, Bo nasycił tego, który jest zgłodniały, I łaknącego napełnił dobrami.
– Prezes prezesów? – zdziwiłam się. – O kogo chodzi?
– O papieża!
– No nie! – wrzasnęła Trudzia. – Za to ja modlić się nie będę!
W tym momencie uchyliło się jedno z okien i wychylił się Edmund lat 58.
– Czy wy baby możecie nie drzeć mordy? Nynać nie mogę!
– Nynać? – prychnęła Kunia. – Czy ty jesteś niemowlakiem?
Nie kontynuowałyśmy jednak głupiej rozmowy z Mundkiem, tylko wyszłyśmy na ulicę. Zrobiłyśmy to w dobrym momencie, bo akurat nadjechał furgon z piekarni i jak co dzień mogłyśmy nabyć świeże pieczywo z nocnego wypieku.
Lwinka najpierw zaciągnęła nas na podwórko kamienicy, w której od frontu mieścił się nasz sklep spożywczy, a potem obwieściła szokującą wiadomość. Informacja nami wstrząsnęła, ale zarazem zaciekawiła. Było tu tyle niedopowiedzeń, że od razu chciałyśmy roztrząsnąć sprawę.
– Jak to, który to? – Kunia lat 90 wraz z głosem podniosła brwi.
– Ciszej, tu się roznosi głos – syknęła Lwinka.
– To może ja zagłuszę wasze słowa modlitwą? – zaproponowała Gertruda lat 77.
– Czy jest to ktoś z naszego otoczenia? – zapytałam.
– Aniele Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój, rano, wieczór, we dnie, w nocy, bądź mi zawsze... – Trudzia zaczęła robić katolickie tło.
– Otacza nas ojczyzna – odpowiedziała cicho Lwinka.
– Nie rozumiem – rozłożyła szeroko ręce Pela lat 83.
– Angele Dei, qui custos es mei, Me tibi commissum pietate superna... – Trudzia przeszła na łacinę.
– Chcesz powiedzieć, że idzie ci o Polaka, ale znanego szerzej? – domyśliłam się.
– Polaków – prawie bezgłośnie odpowiedziała Malwina.
– Podaj nazwisko – zażądała Kunia.
– Dobry Jezu, a nasz panie, daj im wieczne zmiłowanie – pobożna dziewczyna lat 77 dostosowała się do kontekstu rozmowy, przerzucając się na inną katolicką klepankę.
– W końcu ilu ich podejrzewasz? A może jednego z nich? – zainteresowała się Dziunia lat 60.
– Kamińsssscccy – wysyczała Lwinka
– Panie, Boże Wszechmogący, ufając Twemu wielkiemu Miłosierdziu zanoszę do Ciebie moją pokorną modlitwę: wyzwól dusze Twych sług od wszystkich grzechów i kar na nie. Niech święci Aniołowie jak najprędzej zaprowadzą je z ciemności do wiekuistego światła, z karania do wiecznych radości. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
– Oni chyba jeszcze żyją... – przypuściła Pela.
– Jeden może nadawać prezesowi, drugi zaś prezesowi prezesów. Takie mam podejrzenia – wymamrotała Lwinka.
– Niech wszyscy dzięki czynią Panu za Jego Miłosierdzie, Za Jego cuda dla synów ludzkich, Bo nasycił tego, który jest zgłodniały, I łaknącego napełnił dobrami.
– Prezes prezesów? – zdziwiłam się. – O kogo chodzi?
– O papieża!
– No nie! – wrzasnęła Trudzia. – Za to ja modlić się nie będę!
W tym momencie uchyliło się jedno z okien i wychylił się Edmund lat 58.
– Czy wy baby możecie nie drzeć mordy? Nynać nie mogę!
– Nynać? – prychnęła Kunia. – Czy ty jesteś niemowlakiem?
Nie kontynuowałyśmy jednak głupiej rozmowy z Mundkiem, tylko wyszłyśmy na ulicę. Zrobiłyśmy to w dobrym momencie, bo akurat nadjechał furgon z piekarni i jak co dzień mogłyśmy nabyć świeże pieczywo z nocnego wypieku.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
K jak Kalisz ALFABET CIOCI ADELI - Kuper
– Dostojność, ech dostojność... – rozmarzyła się Kunia lat 90. – U mężczyzn szukam poważnej dostojności. Ona buduje, hańba rujnuje.
– Ja lubię jak pod mężczyzną ugina się siedzisko – wyznała Gertruda lat 77. – Dostojność, a owszem, jest nawet przydatna, ale wtedy, gdy wyraża się przez dosiadność.
– Dosiadność? – zdziwiła się Pela lat 83. Czy dosiadność wyklucza dosadność?
– Nie uważacie, że brukacie moją idealną dostojność? – żachnęła się Kunia. – Do jasnej ciasnej!
Nowy tydzień rozpoczęłyśmy od dynamicznej dyskusji. W takich sytuacjach ogonek, w którym o świcie oczekiwałyśmy przed sklepem spożywczym na przyjazd wypełnionego świeżym pieczywem z nocnego wypieku samochodu dostawczego z piekarni, zagęszczał się, a czasem przepoczwarzał się w gęstą ludzką kulę. Wówczas wszystkie gardłowałyśmy, przekrzykując się wzajemnie. Nie przepadałam za tym, ale kto z nas potrafi ujarzmić kobiece temperamenty?
– Kunia, ty akurat bronisz dostojności poprzez dosadność – zauważyła Malwina lat 92.
– Dosadność jest zwalczana przez księdza proboszcza – stwierdziła Trudzia. – Dlatego ja położyłam nacisk na siedzisko. Na dosiadność. Mężczyzna musi mieć odpowiedniej wagi kuper. Tylko tak buduje się dostojność. Amen.
– Przecież dostojność nie wyraża się poprzez kuper! – piekliła się Kunia. – To jakaś herezja!
– A co na to wikary? – wtrąciłam się.
– Wikary zostawia jeszcze głębsze ślady w fotelu – odpowiedziała Trudzia.
– Nie ma co się spierać – orzekła Lwinka. – Nasi wildeccy kapłani są odpowiednio odżywieni i tak zbudowali swoją dostojność.
– A jak dożywia się dostojność? – zainteresowała się milcząca dotąd Dziunia lat 60.
– Nadal jest dobra pora na grilla – wyraziła się mądrze Pela.
– A co lubi jeść twój największy osobisty dostojnik? – pytanie skierowałam bezpośrednio do Kuni.
– Kiełbaski.
– Kiełbaski idą w kuper – Gertruda uparcie broniła swojej tezy.
– Tylko wyborcze – odcięła się Kunia.
– A kim jest twój dostojnik? – indagowała Lwinka.
– Kalisz. Ryszard Kalisz.
– Ale przecież on jest dosiadny! – wyraziła się z zadowolenie Trudzia. – I to jak jasna cholera!
– Trudzia, ty klniesz? – zdziwiłam się.
– Chcę pójść do spowiedzi. Lubię, gdy wikary wyznacza mi pokutę.
– Jaki, do diaska, dosiadny?! – zapiała falsetem Kunia.
– Możemy chyba zgodzić się, że twój Kalisz połyka kiełbaski na pewno dostojnie – powiedziałam pojednawczo.
Zrobiłam to w odpowiednim momencie, bo właśnie zahamował przed sklepem dostawczak z piekarni. Wszystkie zgodziłyśmy się na tę kompromisową puentę, zajmując się wyciąganiem bilonu z portmonetek.
– Ja lubię jak pod mężczyzną ugina się siedzisko – wyznała Gertruda lat 77. – Dostojność, a owszem, jest nawet przydatna, ale wtedy, gdy wyraża się przez dosiadność.
– Dosiadność? – zdziwiła się Pela lat 83. Czy dosiadność wyklucza dosadność?
– Nie uważacie, że brukacie moją idealną dostojność? – żachnęła się Kunia. – Do jasnej ciasnej!
Nowy tydzień rozpoczęłyśmy od dynamicznej dyskusji. W takich sytuacjach ogonek, w którym o świcie oczekiwałyśmy przed sklepem spożywczym na przyjazd wypełnionego świeżym pieczywem z nocnego wypieku samochodu dostawczego z piekarni, zagęszczał się, a czasem przepoczwarzał się w gęstą ludzką kulę. Wówczas wszystkie gardłowałyśmy, przekrzykując się wzajemnie. Nie przepadałam za tym, ale kto z nas potrafi ujarzmić kobiece temperamenty?
– Kunia, ty akurat bronisz dostojności poprzez dosadność – zauważyła Malwina lat 92.
– Dosadność jest zwalczana przez księdza proboszcza – stwierdziła Trudzia. – Dlatego ja położyłam nacisk na siedzisko. Na dosiadność. Mężczyzna musi mieć odpowiedniej wagi kuper. Tylko tak buduje się dostojność. Amen.
– Przecież dostojność nie wyraża się poprzez kuper! – piekliła się Kunia. – To jakaś herezja!
– A co na to wikary? – wtrąciłam się.
– Wikary zostawia jeszcze głębsze ślady w fotelu – odpowiedziała Trudzia.
– Nie ma co się spierać – orzekła Lwinka. – Nasi wildeccy kapłani są odpowiednio odżywieni i tak zbudowali swoją dostojność.
– A jak dożywia się dostojność? – zainteresowała się milcząca dotąd Dziunia lat 60.
– Nadal jest dobra pora na grilla – wyraziła się mądrze Pela.
– A co lubi jeść twój największy osobisty dostojnik? – pytanie skierowałam bezpośrednio do Kuni.
– Kiełbaski.
– Kiełbaski idą w kuper – Gertruda uparcie broniła swojej tezy.
– Tylko wyborcze – odcięła się Kunia.
– A kim jest twój dostojnik? – indagowała Lwinka.
– Kalisz. Ryszard Kalisz.
– Ale przecież on jest dosiadny! – wyraziła się z zadowolenie Trudzia. – I to jak jasna cholera!
– Trudzia, ty klniesz? – zdziwiłam się.
– Chcę pójść do spowiedzi. Lubię, gdy wikary wyznacza mi pokutę.
– Jaki, do diaska, dosiadny?! – zapiała falsetem Kunia.
– Możemy chyba zgodzić się, że twój Kalisz połyka kiełbaski na pewno dostojnie – powiedziałam pojednawczo.
Zrobiłam to w odpowiednim momencie, bo właśnie zahamował przed sklepem dostawczak z piekarni. Wszystkie zgodziłyśmy się na tę kompromisową puentę, zajmując się wyciąganiem bilonu z portmonetek.
piątek, 21 sierpnia 2015
K jak Korwin ALFABET CIOCI ADELI - Kapitalnie, mój Kapitalnie
– W mężczyznach szukałam kiedyś jedynie oparcia materialnego, po prostu zwyczajnej stabilności finansowej – westchnęła Kunia lat 90. – Bardzo się pomyliłam. Uznaję to za mój błąd życiowy.
– Chyba wszystkie znałyście mojej świętej pamięci Mietka – odezwała się Malwina lat 92. – Łudziłam się, że będę z niego pić mądrość jak z jakiejś wszechnicy. Okazało się, że nawet nie posiorbałam sobie.
– Wychowano mnie w przekonaniu, że na mężczyzn można liczyć – przypomniałam sobie. – W ten sposób przeliczyłam się.
– Mam dopiero 55 lat – wyznała Dziunia lat 60. – Szukam zdrowego faceta z wysoką emeryturą. Ci z rentą mnie nie interesują.
– Od pierwszej menstruacji modliłam się o dobrego i odpowiedzialnego męża – wyszeptała Gertruda lat 77. – W taki sposób poznałam młodego księdza, który dziś jest naszym proboszczem. Przyznam jednak, że dziś bardziej podoba mi się wikary.
Stałyśmy na tym chodniku, co zwykle. Przed jednym ze sklepów spożywczych na poznańskiej Wildzie niemal już wydeptałyśmy swoje ślady. Jak ćwiczący karate mnisi w klasztorze Shaolin, jak klęczący na posadzce pątnicy w świątyni w Licheniu, jak niespełna rozumu szpitalu w Tworkach uderzający głową w otulający ścianę materac ochronny. To skłoniło nas, by nie ustawiać się w kolejce wg chwili przybycia do niej, lecz ustalić swoje stałe miejsca.
Byłyśmy w tym momencie podobne trochę do polityków, którzy kiedy zajmą swoje miejsce, to za cholerę nie chcą go oddać.
– Interesują mnie tacy, którzy są łajdakami – przyznała Kunia.
– A ja za proboszcza codziennie się modlę – wtrąciła smutnym głosem Trudzia.
– Są kapitalni – ciągnęła moja najlepsza przyjaciółka lat 90. – Gwałcą, walą po pysku, nierzadko zbiją ci tyłek. Są władczy. Uroczy.
– Masz kogoś na myśli? – zaciekawiłam się.
– Jest taki polski gość – wyznała Kunia. – Uważa, że nad troski najlepszy jest brydż. Chyba to za jego sprawą polubiłam przebój pt. „Bridge over trouble water”.
– Czyli on nie lubi wody? – dociekała Pela lat 83.
– Kapitalnie nie lubi.
– A jak lubi, by do niego się zwracać? – zainteresowała się Dziunia.
– Kapitalnie – odrzekła Kunia.
– Jak?
– Kapitalnie, ach kapitalnie.
– Jak?
– Kapitalnie, mój Kapitalnie – powtórzyła Kunia.
– A co to znaczy? – dopytywała się Gertruda.
Na szczęście sklep został otwarty i już mogłyśmy dokonać zakupów. Tylko gdzie był ten dostawczak ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku? Czyżbyśmy tak się zagadały, że nie dostrzegłyśmy furgonu z piekarni? Podeszłam do regału z bułkami i po wstępnym macaniu wydały mi się nieświeże. Ale słowa Kuni: „kapitalne, ach kapitalne” sprwiły, że i ja nabyłam trzy na śniadanie.
– Chyba wszystkie znałyście mojej świętej pamięci Mietka – odezwała się Malwina lat 92. – Łudziłam się, że będę z niego pić mądrość jak z jakiejś wszechnicy. Okazało się, że nawet nie posiorbałam sobie.
– Wychowano mnie w przekonaniu, że na mężczyzn można liczyć – przypomniałam sobie. – W ten sposób przeliczyłam się.
– Mam dopiero 55 lat – wyznała Dziunia lat 60. – Szukam zdrowego faceta z wysoką emeryturą. Ci z rentą mnie nie interesują.
– Od pierwszej menstruacji modliłam się o dobrego i odpowiedzialnego męża – wyszeptała Gertruda lat 77. – W taki sposób poznałam młodego księdza, który dziś jest naszym proboszczem. Przyznam jednak, że dziś bardziej podoba mi się wikary.
Stałyśmy na tym chodniku, co zwykle. Przed jednym ze sklepów spożywczych na poznańskiej Wildzie niemal już wydeptałyśmy swoje ślady. Jak ćwiczący karate mnisi w klasztorze Shaolin, jak klęczący na posadzce pątnicy w świątyni w Licheniu, jak niespełna rozumu szpitalu w Tworkach uderzający głową w otulający ścianę materac ochronny. To skłoniło nas, by nie ustawiać się w kolejce wg chwili przybycia do niej, lecz ustalić swoje stałe miejsca.
Byłyśmy w tym momencie podobne trochę do polityków, którzy kiedy zajmą swoje miejsce, to za cholerę nie chcą go oddać.
– Interesują mnie tacy, którzy są łajdakami – przyznała Kunia.
– A ja za proboszcza codziennie się modlę – wtrąciła smutnym głosem Trudzia.
– Są kapitalni – ciągnęła moja najlepsza przyjaciółka lat 90. – Gwałcą, walą po pysku, nierzadko zbiją ci tyłek. Są władczy. Uroczy.
– Masz kogoś na myśli? – zaciekawiłam się.
– Jest taki polski gość – wyznała Kunia. – Uważa, że nad troski najlepszy jest brydż. Chyba to za jego sprawą polubiłam przebój pt. „Bridge over trouble water”.
– Czyli on nie lubi wody? – dociekała Pela lat 83.
– Kapitalnie nie lubi.
– A jak lubi, by do niego się zwracać? – zainteresowała się Dziunia.
– Kapitalnie – odrzekła Kunia.
– Jak?
– Kapitalnie, ach kapitalnie.
– Jak?
– Kapitalnie, mój Kapitalnie – powtórzyła Kunia.
– A co to znaczy? – dopytywała się Gertruda.
Na szczęście sklep został otwarty i już mogłyśmy dokonać zakupów. Tylko gdzie był ten dostawczak ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku? Czyżbyśmy tak się zagadały, że nie dostrzegłyśmy furgonu z piekarni? Podeszłam do regału z bułkami i po wstępnym macaniu wydały mi się nieświeże. Ale słowa Kuni: „kapitalne, ach kapitalne” sprwiły, że i ja nabyłam trzy na śniadanie.
czwartek, 20 sierpnia 2015
K jak Komorowski ALFABET CIOCI ADELI - Kariera
– Prezydent nie ma roboty! – obwieściła groźnie Malwina lat 92.
– To nieprawda – zaoponowałam. – Wybiera się w ekscytującą pierwszą podróż zagraniczną do Estonii.
– Dudaj dwa do dwóch, a wyjdzie ci, że mówię o Bronku – odcięła się Lwinka.
– Oceniasz jego prezydenturę na czwórkę? – zainteresowała się Pela lat 83.
– Tak, ale przez ó zamknięte.
Jak co dzień stałyśmy w ogonku przed naszym sklepem spożywczym. Było przed szóstą rano, a my oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który dostarczał świeże pieczywo z nocnego wypieku. Niby zanosiło się na kolejny słoneczny dzień, ale wisiało coś w powietrzu, co sprawiało nasze rozedrganie. Byłyśmy spięte i nerwowe. Może właśnie dlatego początek naszej dyskusji obfitował w drobne złośliwości?
– To jeszcze jest młody chłop – zauważyła Kunia lat 90.
– Mnie modlić się nie kazano – wyrwało się Gertrudzie. – W naszej parafii istnieje cichy zakaz przywoływania intencji za byłego prezydenta.
– Polacy mają coraz lepszą markę za granicą – stwierdziła Dziunia lat 60. – Pan Bronisław na pewno na coś się załapie.
– Musi tylko zapuścić penera pod nosem.
– Nie wolno wznosić modłów za prezydenta? – zdziwiłam się.
– Jakiego penera pod nosem? – dopytywała się Dziunia.
– Wąsa! – pewnie zawyrokowała Kunia.
– Gdyby miał penera pod nosem, to proboszcz zniósłby zakaz modlenia się za Bronisława? – dociekałam.
– Uważasz, że z wąsem dostanie robotę od ręki? – Dziunia powątpiewała w słowa Kuni.
– Weź takiego Bońka. Penera ma od chłopaka, a teraz może zastąpić Platiniego, jeśli Francuz zacznie kierować FIFA.
– Ale Obama nie ma penera – kręciła głową z niedowierzaniem Pela. – Franciszek I też nie ma penera. Nawet Angela Merkel go nie posiada!
– Barack nie jest Polakiem, tak samo jak Franciszek nie jest Żydem – upierała się Kunia. – Polak musi mieć penera, no chyba że nie chce zrobić kariery. A Obama ma penera, z tymże przed sesjami z fotografami go goli.
– Chyba żartujesz – oburzyłam się.
I wtedy Kunia wyciągnęła z portfela zdjęcie Obamy. Zrobiłyśmy głupie miny – tak nas to zaskoczyło. Teraz uwierzyłyśmy, że robota przyjdzie do pana Komorowskiego tylko, jeśli zapuści zarost. Inaczej nie zrobi kariery.
Ale kiedy zamyśliłam się nad fenomenem penerów pod nosem, to przypomniałam sobie, że Platini nie ma wąsa. Jak zatem miałby go zastąpić Boniek? Nie chciałam jednak zawracać głowy dziewczynom, bo właśnie wyłonił się dostawczak z piekarni, a i zaczęła dochodzić szósta rano, więc lada chwila drzwi sklepu miały się otworzyć.
– To nieprawda – zaoponowałam. – Wybiera się w ekscytującą pierwszą podróż zagraniczną do Estonii.
– Dudaj dwa do dwóch, a wyjdzie ci, że mówię o Bronku – odcięła się Lwinka.
– Oceniasz jego prezydenturę na czwórkę? – zainteresowała się Pela lat 83.
– Tak, ale przez ó zamknięte.
Jak co dzień stałyśmy w ogonku przed naszym sklepem spożywczym. Było przed szóstą rano, a my oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który dostarczał świeże pieczywo z nocnego wypieku. Niby zanosiło się na kolejny słoneczny dzień, ale wisiało coś w powietrzu, co sprawiało nasze rozedrganie. Byłyśmy spięte i nerwowe. Może właśnie dlatego początek naszej dyskusji obfitował w drobne złośliwości?
– To jeszcze jest młody chłop – zauważyła Kunia lat 90.
– Mnie modlić się nie kazano – wyrwało się Gertrudzie. – W naszej parafii istnieje cichy zakaz przywoływania intencji za byłego prezydenta.
– Polacy mają coraz lepszą markę za granicą – stwierdziła Dziunia lat 60. – Pan Bronisław na pewno na coś się załapie.
– Musi tylko zapuścić penera pod nosem.
– Nie wolno wznosić modłów za prezydenta? – zdziwiłam się.
– Jakiego penera pod nosem? – dopytywała się Dziunia.
– Wąsa! – pewnie zawyrokowała Kunia.
– Gdyby miał penera pod nosem, to proboszcz zniósłby zakaz modlenia się za Bronisława? – dociekałam.
– Uważasz, że z wąsem dostanie robotę od ręki? – Dziunia powątpiewała w słowa Kuni.
– Weź takiego Bońka. Penera ma od chłopaka, a teraz może zastąpić Platiniego, jeśli Francuz zacznie kierować FIFA.
– Ale Obama nie ma penera – kręciła głową z niedowierzaniem Pela. – Franciszek I też nie ma penera. Nawet Angela Merkel go nie posiada!
– Barack nie jest Polakiem, tak samo jak Franciszek nie jest Żydem – upierała się Kunia. – Polak musi mieć penera, no chyba że nie chce zrobić kariery. A Obama ma penera, z tymże przed sesjami z fotografami go goli.
– Chyba żartujesz – oburzyłam się.
I wtedy Kunia wyciągnęła z portfela zdjęcie Obamy. Zrobiłyśmy głupie miny – tak nas to zaskoczyło. Teraz uwierzyłyśmy, że robota przyjdzie do pana Komorowskiego tylko, jeśli zapuści zarost. Inaczej nie zrobi kariery.
Ale kiedy zamyśliłam się nad fenomenem penerów pod nosem, to przypomniałam sobie, że Platini nie ma wąsa. Jak zatem miałby go zastąpić Boniek? Nie chciałam jednak zawracać głowy dziewczynom, bo właśnie wyłonił się dostawczak z piekarni, a i zaczęła dochodzić szósta rano, więc lada chwila drzwi sklepu miały się otworzyć.
wtorek, 18 sierpnia 2015
K jak Kukiz ALFABET CIOCI ADELI - Kaplica
– Widziałam trupią twarz – rzekła przestraszona Kunia lat 90.
Kunia to jeden z największych chojraków na poznańskiej Wildzie, więc jej słowa z wielką siła uderzyły we wszystkie dziewczyny stojące w ogonku przed sklepem spożywczym. Oczekiwałyśmy na dostawę czegoś ciepłego, czyli świeżego pieczywa z nocnego wypieku, a tu taki mróz wyzionął z ust Kuni.
– Kuźwa, wypluj te słowa – zaklęła najstarsza z nas, czyli Malwina lat 92. – Nie strasz mnie trupami!
– Gdzie widziałaś trupią twarz? – spytałam.
– Byłam kiedyś na wystawie portretów trumiennych – przypomniała sobie Gertruda lat 77, której niespodziewanie pojawiła się gęsia skórka na całym ciele. – Lubię schodzić z wikarym do kruchty.
– Trupią twarz przypadkiem zauważyłam w telewizji – odpowiedziała Kunia.
– Nie masz czym się martwić – uspokajała Pela lat 83. – W telewizji wszyscy mają trupie twarze.
– To prawda – zgodziłam się.
– Kaplica – mamrotała Kunia. – To była najprawdziwsza kaplica. Trup był bardzo trupi, ale gały świeciły mu szaleństwem.
– Gały? – zdziwiła się Dziunia lat 66.
– Oczy – odpowiedziała Trudzia.
– Szalony trup?
– W dodatku wieszczył zmartwychwstanie polskich zombie – Kunia ciągnęła straszliwą wiadomość.
– W Polsce są zombie? – dopytywała się Pela.
– Podobno 20% - poinformowała Kunia. – Telewizja naprzemiennie pokazywała trupią twarz i słupki poparcia denata.
– Co za nieprzyzwoitości pokazują ostatnio w telewizji – poskarżyła się Lwinka, a potem zwróciła się bezpośrednio do Kuni.. – Po co to oglądałaś?
– No właśnie – zgodziłam się. – Trupy są śmiertelnie nudne.
– Bo chciałam zrozumieć, że kto nie ma w głowie, ten ma w Kukizie.
Dopiero teraz zrozumiałyśmy, kogo na myśli miała nasza przyjaciółka. Na szczęście nie doszło do niebezpiecznej dyskusji na tematy polityczne, w której można stracić życie, a już na pewno zdrowie. Szczęśliwie bowiem nadjechał furgon ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku i tym samym ucięłyśmy rozmowę.
Kunia to jeden z największych chojraków na poznańskiej Wildzie, więc jej słowa z wielką siła uderzyły we wszystkie dziewczyny stojące w ogonku przed sklepem spożywczym. Oczekiwałyśmy na dostawę czegoś ciepłego, czyli świeżego pieczywa z nocnego wypieku, a tu taki mróz wyzionął z ust Kuni.
– Kuźwa, wypluj te słowa – zaklęła najstarsza z nas, czyli Malwina lat 92. – Nie strasz mnie trupami!
– Gdzie widziałaś trupią twarz? – spytałam.
– Byłam kiedyś na wystawie portretów trumiennych – przypomniała sobie Gertruda lat 77, której niespodziewanie pojawiła się gęsia skórka na całym ciele. – Lubię schodzić z wikarym do kruchty.
– Trupią twarz przypadkiem zauważyłam w telewizji – odpowiedziała Kunia.
– Nie masz czym się martwić – uspokajała Pela lat 83. – W telewizji wszyscy mają trupie twarze.
– To prawda – zgodziłam się.
– Kaplica – mamrotała Kunia. – To była najprawdziwsza kaplica. Trup był bardzo trupi, ale gały świeciły mu szaleństwem.
– Gały? – zdziwiła się Dziunia lat 66.
– Oczy – odpowiedziała Trudzia.
– Szalony trup?
– W dodatku wieszczył zmartwychwstanie polskich zombie – Kunia ciągnęła straszliwą wiadomość.
– W Polsce są zombie? – dopytywała się Pela.
– Podobno 20% - poinformowała Kunia. – Telewizja naprzemiennie pokazywała trupią twarz i słupki poparcia denata.
– Co za nieprzyzwoitości pokazują ostatnio w telewizji – poskarżyła się Lwinka, a potem zwróciła się bezpośrednio do Kuni.. – Po co to oglądałaś?
– No właśnie – zgodziłam się. – Trupy są śmiertelnie nudne.
– Bo chciałam zrozumieć, że kto nie ma w głowie, ten ma w Kukizie.
Dopiero teraz zrozumiałyśmy, kogo na myśli miała nasza przyjaciółka. Na szczęście nie doszło do niebezpiecznej dyskusji na tematy polityczne, w której można stracić życie, a już na pewno zdrowie. Szczęśliwie bowiem nadjechał furgon ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku i tym samym ucięłyśmy rozmowę.
sobota, 15 sierpnia 2015
K jak Kaczyński ALFABET CIOCI ADELI - Kozioł
Za sprawą Malwiny lat 92 sobota zaczęła się nieprawdopodobnie ciekawie. Moja przyjaciółka mianowicie wyszła z założenia, że nieruchome stanie w ogonku przed sklepem spożywczym jedynie służy tworzeniu się żylaków i że każda z nas potrzebuje ruchu, rozciągniętych ścięgien i naoliwionych stawów łokciowych i kolanowych.
– Ale dlaczego przylepiłaś zdjęcie prezesa? – dziwiłam się.
– W domu miałam tylko dwa portrety – wyjaśniła Lwinka. – Byłoby wielkim nietaktem przyczepić do przyrządu gimnastycznego marszałka Piłsudskiego. On mi bardziej kojarzy się z kasztanką niż z kozłem.
– No tak, no tak – przytaknęłyśmy wszystkie.
Tym razem szyk kolejkowy nieco się rozluźnił. Nasze myśli uciekały od świeżego pieczywa z nocnego wypieku i skupiały się na skoku przez kozła pod egidą pana Kaczyńskiego.
– Ponadto prezes Jarosław jest niezwykłą osobowością – tłumaczyła Malwina lat 92 – która zachęca naród do dziejowego skoku.
– Czy mogę pierwsza znaleźć się nad symbolem prawa i sprawiedliwości? – Kunia zawsze wyrywała się do przodu.
Kozioł, który Lwinka przytaszczyła przed sklep był typowych rozmiarów gimnastycznych. Przed nim ustawiła najprawdziwszą odskocznię, za rozbieg służył wyremontowany 3 lata temu chodnik.
Kunia wzięła rozpęd, z całej siły klapnęła nogami na odskocznię i pofrunęła w stronę kozła. Tam zgrabnie odbiła się od przyrządu i w wyprostowanej postawie wylądowała. Rozległy się zasłużone brawa. Ja aż zagwizdnęłam z uznaniem.
– Czy miałam wysokie loty nad panem Jarosławem? – dowiadywała się Kunia.
– Byłaś tuż tuż nad grzbietem – stwierdziła Pela lat 83.
– To nie jest prawda! – zaprzeczyłam – Kunia uniosła się dokładnie tak samo, jak robi to większość obywateli nad panem Jarosławem.
– Modliłam się w intencji Twojej – przyznała się Gertruda lat 77. – Na chwałę Pana nie wylądowałaś na twarzy prezesa.
– Na chwałę Pana? – zdziwiła się Kunia.
– Tak, modliłam się by wszystko skończyło się dobrze – powtórzyła Trudzia.
– Która następna? – spytała Lwinka.
– Ja! – krzyknęłam gromko.
– Dawaj, Adela, - zachęcała Kunia – dawaj!
Już w dzieciństwie wszystkie ćwiczenia gimnastyczne wykonywałam z zamkniętymi oczami. Postanowiłam zrobić tak i tym razem.
Dziewczyny potem opowiadały, że start miałam bardzo zrywny. Szybko osiągnęłam należytą prędkość, z hukiem wpadając na odskocznię. Ponoć wzorcowo się wybiłam. Nad panem prezesem leciałam ponoć lotem koszącym. Żadna z przyjaciółek nie potrafiła jednak wytłumaczyć mi, co stało się w fazie lądowania.
Dlaczego znalazłam się na pace furgonu z piekarni? I dlaczegóż musiałam zapłacić za wszystkie przywiezione świeże bułki z nocnego wypieku? Natomiast za uszkodzone resory dostawczaka już nic nie uiściłam.
Nie dam z siebie zrobić kozła ofiarnego! Nie jestem w końcu żadną tam prezeską.
– Ale dlaczego przylepiłaś zdjęcie prezesa? – dziwiłam się.
– W domu miałam tylko dwa portrety – wyjaśniła Lwinka. – Byłoby wielkim nietaktem przyczepić do przyrządu gimnastycznego marszałka Piłsudskiego. On mi bardziej kojarzy się z kasztanką niż z kozłem.
– No tak, no tak – przytaknęłyśmy wszystkie.
Tym razem szyk kolejkowy nieco się rozluźnił. Nasze myśli uciekały od świeżego pieczywa z nocnego wypieku i skupiały się na skoku przez kozła pod egidą pana Kaczyńskiego.
– Ponadto prezes Jarosław jest niezwykłą osobowością – tłumaczyła Malwina lat 92 – która zachęca naród do dziejowego skoku.
– Czy mogę pierwsza znaleźć się nad symbolem prawa i sprawiedliwości? – Kunia zawsze wyrywała się do przodu.
Kozioł, który Lwinka przytaszczyła przed sklep był typowych rozmiarów gimnastycznych. Przed nim ustawiła najprawdziwszą odskocznię, za rozbieg służył wyremontowany 3 lata temu chodnik.
Kunia wzięła rozpęd, z całej siły klapnęła nogami na odskocznię i pofrunęła w stronę kozła. Tam zgrabnie odbiła się od przyrządu i w wyprostowanej postawie wylądowała. Rozległy się zasłużone brawa. Ja aż zagwizdnęłam z uznaniem.
– Czy miałam wysokie loty nad panem Jarosławem? – dowiadywała się Kunia.
– Byłaś tuż tuż nad grzbietem – stwierdziła Pela lat 83.
– To nie jest prawda! – zaprzeczyłam – Kunia uniosła się dokładnie tak samo, jak robi to większość obywateli nad panem Jarosławem.
– Modliłam się w intencji Twojej – przyznała się Gertruda lat 77. – Na chwałę Pana nie wylądowałaś na twarzy prezesa.
– Na chwałę Pana? – zdziwiła się Kunia.
– Tak, modliłam się by wszystko skończyło się dobrze – powtórzyła Trudzia.
– Która następna? – spytała Lwinka.
– Ja! – krzyknęłam gromko.
– Dawaj, Adela, - zachęcała Kunia – dawaj!
Już w dzieciństwie wszystkie ćwiczenia gimnastyczne wykonywałam z zamkniętymi oczami. Postanowiłam zrobić tak i tym razem.
Dziewczyny potem opowiadały, że start miałam bardzo zrywny. Szybko osiągnęłam należytą prędkość, z hukiem wpadając na odskocznię. Ponoć wzorcowo się wybiłam. Nad panem prezesem leciałam ponoć lotem koszącym. Żadna z przyjaciółek nie potrafiła jednak wytłumaczyć mi, co stało się w fazie lądowania.
Dlaczego znalazłam się na pace furgonu z piekarni? I dlaczegóż musiałam zapłacić za wszystkie przywiezione świeże bułki z nocnego wypieku? Natomiast za uszkodzone resory dostawczaka już nic nie uiściłam.
Nie dam z siebie zrobić kozła ofiarnego! Nie jestem w końcu żadną tam prezeską.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




