– Znacie Ksawerego Myszkina? – zadałam pytanie dziewczynom.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który codziennie dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Tego idiotę? – zareagowała Kunia lat 90. – Twierdzi, że pochodzi z krółewskiego rodu.
– Phi, żaden z niego książę – prychnęła z niesmakiem Malwina lat 92. – To ślusarz. Kiedyś naprawił mi zamek u drzwi.
– On pierwszy spowodował, że zaczęłam zastanawiać się nad przenosinami do Szczecina.
– Jak to? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
Dziewczyny utkwiły we mnie wzrok, chcąc poznać prawdziwy powód podjętej przeze mnie decyzji.
– Ksawery żądał bym zwracała się do niego w specyficzny sposób.
– Jak? – ponaglała Pela lat 83.
– Zmuszał cię do mówienia świństw? – dociekała Balbina lat 61.
– Chciał, abym zwracała się do niego per Wasza Miłość.
– Tupeciarz – orzekła Dziunia lat 59.
– Gnojek – uznała Kunia. – Naprawdę chciał żebyś mówiła do niego miłośnie? To prawda, że jest samotny, ale żeby prosić tak obcesowo?
– Nikomu nie powiem, że miłość jest jego – stwierdziłam. – Miłość jest moja i basta. Żaden Myszkin nie będzie mi odbierać miłości.
– I dlatego szukasz nowego ogonka w Szczecinie?
– Liczę, że trafię tam na bardzo świeże pieczywo. Ksawery uświadomił mi, że utraciłam chrupkość. Chcę spędzić resztę życia, dzierżąc dumnie w dłoniach apetyczne buły z Pomorza Zachodniego.
– Ksawery to idiota – powtórzyła się Kunia.
– W Szczecinie jest Zamek Książąt Pomorskich – wymądrzała się Pela. – Możesz się tam natknąć na wielu innych Myszkinów.
– Zostań z nami – poprosiła Lwinka.
– Gdzie będziesz miała lepiej jak na poznańskiej Wildzie? – zapytała retorycznie Kunia.
– Muszę zmienić piekarnię – upierałam się.
– Zostawisz nas z naszą miłością?
– Z Waszą Miłością – skorygowałam sąsiadkę.
I w tym momencie rozmowa się urwała, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i zaczęłyśmy sięgać po drobne na zakup świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
wtorek, 1 marca 2016
niedziela, 28 lutego 2016
Msza w mojej intencji
Dziewczęta były słodkie. Myślały o mnie i czuwały nad dalszymi krokami. Teraz nawet zadbały o wstawiennictwo SiłyWyższej, bym nie poplątała własnej ścieżki życiowej i doszła w końcu do upragnionego celu, jakim jest własny grób. Bo co to niby za egzystencja, kiedy kończy się nie na swoim cmentarzu? W ciasnych żołądkach wychudzonych tubylców, jak to miało miejsce w przeszłości z wieloma podróżnikami? W lazaretach na drugim końcu świata? W bieliźnie własnej żony lub męża? Fuj! Każdy powinien znać miejsce swojego przeznaczenia. Na poznańskiej Wildzie nie było cmentarza. Był na sąsiednim Dębcu, ale tam mi nigdy się nie podobało.
Kiedy dowiedziały się, że wykupiłam kwaterę na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, wówczas wpadły w osłupienie. „Jak to, ty z poznańskiej Wildy chcesz się położyć na jakimś zadupiu?”, dziwiły się. „Jest tam zupełnie porządne towarzystwo, na przykład leży Leszek Szuman”, odpowiadałam. Oczywiście nie wiedziały, kim był pan Leszek, nie rozumiały też mojej motywacji, że najważniejsze jest towarzystwo, w którym człowiek chciałby się położyć. Pewnie dlatego zafundowały mszę świętą w mojej intencji.
Przed mszą świętą wziął mnie na bok proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego z poznańskiej Wildy.
– Adelo, naprawdę chcesz mi to zrobić? – spytał, trzymając kurczowo mój łokieć.
– Niby co?
– Córko, przecież wiesz, że utrzymujemy się przede wszystkim z pogrzebów. Młodzi rzadko biorą śluby, coraz rzadziej chrzczą dzieci, za to nie wypada im odmówić pochowania rodzica w poświęconej ziemi.
– Ale ja nie mam dzieci!
– Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga.
– Bóg nie mógłby być taki przyziemny...
Ksiądz proboszcz poczuł się urażony, wzruszył ramionami i uciekł do zakrystii, by przygotować się do mszy świętej. Do mnie natomiast przystąpiły sąsiadki i przyjaciółki.
– Nie mam z tym nic wspólnego – zarzekła się Kunia lat 90, która od zawsze deklarowała ateizm.
– Nie opuszczaj nas – poprosiła Gertruda lat 77 – zapomnijmy to, co dzieliło nas. Nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas.
– Przecież tu idzie o moje osobiste zdołowanie! – obruszyłam się. – Jak już przeprowadzę się do Szczecina, to przecież możemy rozmawiać przez Skype.
– Czyli msza w twojej intencji jest bezcelowa? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– A nie mówiłam? – ucieszyła się Kunia.
– Poklęczeć możemy – odezwałam się. – Czemu nie zrobić przyjemności mężczyznom? Choćby nawet nosili sutannę?
Kiedy dowiedziały się, że wykupiłam kwaterę na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, wówczas wpadły w osłupienie. „Jak to, ty z poznańskiej Wildy chcesz się położyć na jakimś zadupiu?”, dziwiły się. „Jest tam zupełnie porządne towarzystwo, na przykład leży Leszek Szuman”, odpowiadałam. Oczywiście nie wiedziały, kim był pan Leszek, nie rozumiały też mojej motywacji, że najważniejsze jest towarzystwo, w którym człowiek chciałby się położyć. Pewnie dlatego zafundowały mszę świętą w mojej intencji.
Przed mszą świętą wziął mnie na bok proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego z poznańskiej Wildy.
– Adelo, naprawdę chcesz mi to zrobić? – spytał, trzymając kurczowo mój łokieć.
– Niby co?
– Córko, przecież wiesz, że utrzymujemy się przede wszystkim z pogrzebów. Młodzi rzadko biorą śluby, coraz rzadziej chrzczą dzieci, za to nie wypada im odmówić pochowania rodzica w poświęconej ziemi.
– Ale ja nie mam dzieci!
– Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga.
– Bóg nie mógłby być taki przyziemny...
Ksiądz proboszcz poczuł się urażony, wzruszył ramionami i uciekł do zakrystii, by przygotować się do mszy świętej. Do mnie natomiast przystąpiły sąsiadki i przyjaciółki.
– Nie mam z tym nic wspólnego – zarzekła się Kunia lat 90, która od zawsze deklarowała ateizm.
– Nie opuszczaj nas – poprosiła Gertruda lat 77 – zapomnijmy to, co dzieliło nas. Nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas.
– Przecież tu idzie o moje osobiste zdołowanie! – obruszyłam się. – Jak już przeprowadzę się do Szczecina, to przecież możemy rozmawiać przez Skype.
– Czyli msza w twojej intencji jest bezcelowa? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– A nie mówiłam? – ucieszyła się Kunia.
– Poklęczeć możemy – odezwałam się. – Czemu nie zrobić przyjemności mężczyznom? Choćby nawet nosili sutannę?
piątek, 26 lutego 2016
Lekcje gry w tenisa
Już niedługo o widnym świcie będziemy ustawiać się w ogonku przed sklepem spożywczym na dole. Na razie, gdy oczekujemy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku jeszcze dość ciemno, ale już kiełkuje w nas nadzieja na słoneczne poranki. Oznacza to ogólną poprawę nastroju, to z kolei skutkuje snuciem planów na przyszłość. Szczególnie wiedzie w tym prym Kunia lat 90.
– Na wiosnę sprawię sobie kochanka – zapowiedziała. – Musi być czysty, dobrze wychowany i dojrzały.
– Czyli w jakim wieku? – zaciekawiła się Malwina lat 92.
– Metryka nie jest naistotniejsza, może być nawet po trzydziestce. Dojrzałość mężczyzny rozpoznaje się po wiedzy, który moment jest odpowiedni do użycia bluzgu. Oczywiście mam na myśli stosowną sytuację tete a tete.
– A ja zapiszę się na lekcje tenisa – wyznałam.
– Dlaczego?
– Bo minęło 100 dni rządów premier Szydło.
– Ale o cho? – Gertruda lat 77 miała od kliku dni zwyczaj nie kończenia słów.
– Kiedy nowe elity wnoszą z pola, obór i stodół błoto na salony, po jakimś czasie on wysycha i odpada. To dlatego w pierwszych miesiącach panowania w urzędzie rady ministrów słychać przed wszystkim dźwięk włączonych odkurzaczy.
– Czy ministrowie sami odkurzają? – spytała naiwnie Wacia lat 83.
– Cham lubi wysługiwać się innymi.
– To prawda – przyznała rację Kunia – Minister może być pogięty, ale nie lubi być zgięty. A odkurzając, trudno zachować wyprostowaną sylwetkę.
– Nadal nie rozumiem, o co cho z tym tenisem?
– Po 100 dniach w salonach zaczyna ciążyć zaduch. Wtedy elity pragną się przewietrzyć. Za nic mają jednak spacery, bo na nich można spotkać zwyczajnych ludzi. Najczęściej wybierają korty tenisowe, unikają zaś pól golfowych, bo kojarzą im się z błockiem. Ponadto zbyt długo byli w dołku. Wolą zatem korty. No to wymyśliłam sobie, że jest okazja, by wkręcić się do elit.
– Ty? Taka zwyczajna dziewczyna, a pcha się do najwyższych sfer? – docięła mi Balbina lat 71.
– Właśnie zamierzam zaserwować takiego piskusa. Tfu, psikusa.
– Adela, masz łeb nie od parady – pochwaliła mnie Lwinka.
– Jesteś stworzona do forhandu – oceniła Kunia. – Z kim zagrasz pierwszy mecz?
– Myślę, że panu Macierewiczowi najbliżej jest do rakiety.
Nadjechał furgon z pieczywem i zaczęłyśmy przygotowywać drobne na zakupy. Szykowało się dobre śniadanie. Potem powinnam pomyśleć o pierwszym treningu.
– Na wiosnę sprawię sobie kochanka – zapowiedziała. – Musi być czysty, dobrze wychowany i dojrzały.
– Czyli w jakim wieku? – zaciekawiła się Malwina lat 92.
– Metryka nie jest naistotniejsza, może być nawet po trzydziestce. Dojrzałość mężczyzny rozpoznaje się po wiedzy, który moment jest odpowiedni do użycia bluzgu. Oczywiście mam na myśli stosowną sytuację tete a tete.
– A ja zapiszę się na lekcje tenisa – wyznałam.
– Dlaczego?
– Bo minęło 100 dni rządów premier Szydło.
– Ale o cho? – Gertruda lat 77 miała od kliku dni zwyczaj nie kończenia słów.
– Kiedy nowe elity wnoszą z pola, obór i stodół błoto na salony, po jakimś czasie on wysycha i odpada. To dlatego w pierwszych miesiącach panowania w urzędzie rady ministrów słychać przed wszystkim dźwięk włączonych odkurzaczy.
– Czy ministrowie sami odkurzają? – spytała naiwnie Wacia lat 83.
– Cham lubi wysługiwać się innymi.
– To prawda – przyznała rację Kunia – Minister może być pogięty, ale nie lubi być zgięty. A odkurzając, trudno zachować wyprostowaną sylwetkę.
– Nadal nie rozumiem, o co cho z tym tenisem?
– Po 100 dniach w salonach zaczyna ciążyć zaduch. Wtedy elity pragną się przewietrzyć. Za nic mają jednak spacery, bo na nich można spotkać zwyczajnych ludzi. Najczęściej wybierają korty tenisowe, unikają zaś pól golfowych, bo kojarzą im się z błockiem. Ponadto zbyt długo byli w dołku. Wolą zatem korty. No to wymyśliłam sobie, że jest okazja, by wkręcić się do elit.
– Ty? Taka zwyczajna dziewczyna, a pcha się do najwyższych sfer? – docięła mi Balbina lat 71.
– Właśnie zamierzam zaserwować takiego piskusa. Tfu, psikusa.
– Adela, masz łeb nie od parady – pochwaliła mnie Lwinka.
– Jesteś stworzona do forhandu – oceniła Kunia. – Z kim zagrasz pierwszy mecz?
– Myślę, że panu Macierewiczowi najbliżej jest do rakiety.
Nadjechał furgon z pieczywem i zaczęłyśmy przygotowywać drobne na zakupy. Szykowało się dobre śniadanie. Potem powinnam pomyśleć o pierwszym treningu.
poniedziałek, 22 lutego 2016
Kanar z ambicją
Praca kontrolera biletów w środkach miejskiej komunikacji jest tylko dla urodzonych twardzielów albo mocnych w gębie bab. Osoba chcąca piąć się po szczeblach kariery kanara przechodzi przez niezliczone próby charakteru, wychodzi cało z sytuacji ekstremalnych, wyrabia siłę i kulturę osobistą, nabiera dyplomacji w kontaktach międzyludzkich i w ogóle realizuje się życiowo. Ta niełatwa profesja jest wyzwaniem dla śmiałków i ścieżką dla wybrańców, dolą dla odważnych i zarobkiem dla zdeterminowanych, bywa też potem dla czoła i biciem dla serca. A czym kanar nie jest i nie może być? Otóż nie jest kwileniem, memłaniem, życiowym zmechaceniem. Natomiast fizycznie nie może wyróżniać się, gdyż byłby wtedy szybko dostrzegalny na przystanku i straciłby atut zaskoczenia, bo na pasażera należy nacierać znienacka. Owszem, powala mu się trzymać w zanadrzu platfusa, hemoroidy, nawet pasożyty, za to nie może bić po oczach kolorowym tatuażem, włosami pofarbowanymi na zielono czy zaszytą jedną dziurką od nosa. Od kanara oczekuje się też w miarę pełnego uzębienia. Jakże bowiem funkcjonowałby na mobilnym stanowisku pracy, mówiąc „poprosem bilet”, „pzeciez ten bilet jest wcorajsy”, „a cóz pan mi tu za farmazony spzedaje”? Obniżałoby to respekt dla zawodu, który i tak bywa lekko traktowany przez podróżnych. A przecież wielu poważnych kontrolerów biletów ma swoje ambicje i traktuje ten zawód jako trampolinę do dalszych życiowych sukcesów.
Tak sobie napisałam dziś o kontrolerach, gdyż ostatnio obserwuje się ich wysyp. Nie, nie w autobusach czy tramwajach, lecz na eksponowanych stanowiskach państwowych. I sprawdzają bilety. Szczególnie tym gapom, którzy na nich nie głosowali.
Tak sobie napisałam dziś o kontrolerach, gdyż ostatnio obserwuje się ich wysyp. Nie, nie w autobusach czy tramwajach, lecz na eksponowanych stanowiskach państwowych. I sprawdzają bilety. Szczególnie tym gapom, którzy na nich nie głosowali.
czwartek, 21 stycznia 2016
Polska – pojebani my!
Nas też wzięło. Nawet oglądamy powtórki podczas oczekiwania na przyjazd furgonu z piekarni. Kunia znosi telewizor, Lwinka odtwarzacz DVD, ja załatwiam prąd ze sklepu, a Gertruda targa stolik z zakrystii kościoła pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie. Ustawiamy zestaw telewizyjny przed sklepem na dole i na mrozie rozgrzewamy się dopingiem dla polskich piłkarzy ręcznych.
Świeże pieczywo z nocnego wypieku tkwi na pace dostawczaka z piekarni, który stoi gdzieś w korkach, a my, oczekując na jego przyjazd, przyglądamy się najlepszym akcjom naszych szczypiornistów i śpiewamy:
– Polska, zawsze wkurwieni – intonuje Kunia
– Polska, zwykle pobożni – dodaje Trudzia.
– Polska, w weekend zachlani – drze się skacowana Lwinka.
– Polska, zakompleksieni! – diagnozuję ja.
Zapominamy o mrozie na dworze. Ja nie mogę przestać myśleć o nogach Bieleckiego, Kunia o dupci Jureckiego, a Lwinka o łapie Szmala. I w amoku śpiewamy:
– Polska, zawsze fukamy.
– Polska, my się modlimy.
– Polska, w piątek na bani.
– Polska, pojebani my!
Zimno nie wpływa na jakość obrazu, akcje na ekranie znikają, czasem pojawia się mgiełka, ale nam to w niczym nie przeszkadza drzeć się w najlepsze.
– Polska, zawsze skrzywieni.
– Polska, z różańcami my.
– Z wódą zaprzyjaźnieni.
– Polska, bohatery my!
I kiedy nadjeżdża kierowca z piekarni, to my go witamy serdecznie solą polskiej duszy i nutą patriotycznego serca:
– Polska, zawsze wkurwieni.
– Polska, zwykle pobożni.
– Polska, w weekend zachlani.
– Polska, zakompleksieni!
Świeże pieczywo z nocnego wypieku tkwi na pace dostawczaka z piekarni, który stoi gdzieś w korkach, a my, oczekując na jego przyjazd, przyglądamy się najlepszym akcjom naszych szczypiornistów i śpiewamy:
– Polska, zawsze wkurwieni – intonuje Kunia
– Polska, zwykle pobożni – dodaje Trudzia.
– Polska, w weekend zachlani – drze się skacowana Lwinka.
– Polska, zakompleksieni! – diagnozuję ja.
Zapominamy o mrozie na dworze. Ja nie mogę przestać myśleć o nogach Bieleckiego, Kunia o dupci Jureckiego, a Lwinka o łapie Szmala. I w amoku śpiewamy:
– Polska, zawsze fukamy.
– Polska, my się modlimy.
– Polska, w piątek na bani.
– Polska, pojebani my!
Zimno nie wpływa na jakość obrazu, akcje na ekranie znikają, czasem pojawia się mgiełka, ale nam to w niczym nie przeszkadza drzeć się w najlepsze.
– Polska, zawsze skrzywieni.
– Polska, z różańcami my.
– Z wódą zaprzyjaźnieni.
– Polska, bohatery my!
I kiedy nadjeżdża kierowca z piekarni, to my go witamy serdecznie solą polskiej duszy i nutą patriotycznego serca:
– Polska, zawsze wkurwieni.
– Polska, zwykle pobożni.
– Polska, w weekend zachlani.
– Polska, zakompleksieni!
wtorek, 22 grudnia 2015
Życzenia świąteczne
Mogłyśmy to zrobić wspólnie, ale nie doszłyśmy do konsensusu. Zatem ślemy Wam świąteczne pozdrowienia razem, ale składamy je już z osobna.
Gertruda lat 60 (wcześniej 77): Życzę Wam reasumpcji łask Bożych oraz miłości pierwszego sortu, bo tylko takie uczucie jest zgodne z naszymi oczekiwaniami. A wtedy owiniemy Was w pieluszki podobnie jak Maryja zrobiła to z Dzieciątkiem.
Kunia lat 60 (wcześniej 90): Ruszcie cztery litery! Klikać to se możecie po powrocie ze spaceru. Zapierdalać mi tu na manifestację! Demokracji trzeba bronić, a nie kolędy zawodzić!
Malwina lat 60 (wcześniej 92): Powiem krótko: nie bądźcie z gestapo! Reszta jakoś się ułoży.
Pela lat 60 (wcześniej 82): Chciałabym aby te święta były jak prace w parlamencie, pełne zadumy i błogosławieństw wszelakich. Bo Pan Jezusek przyszedł do nas w dobrej wierze i nie można mu mówić, że jest Żydkiem.
Dziunia lat 60 (wcześniej 59): Bydlęta klękają, anieli śpiewają i nic to, że Jezus byłby za in vitro. W każdym razie zgłębiajmy cud jego narodzin. Buźka!
Ja lat 60 (wcześniej 73+): Dziś wszyscy podążają do żłóbka. To najlepsza pora, by mówić o rozpisaniu następnych wyborów. Życzę Wam byście oddały głos na Emerycję Przepolską, a Rzeczpospolita zmartwychwstanie. Amen.
Bądźcie zdrowe! Bądźcie zdrowi!
Gertruda lat 60 (wcześniej 77): Życzę Wam reasumpcji łask Bożych oraz miłości pierwszego sortu, bo tylko takie uczucie jest zgodne z naszymi oczekiwaniami. A wtedy owiniemy Was w pieluszki podobnie jak Maryja zrobiła to z Dzieciątkiem.
Kunia lat 60 (wcześniej 90): Ruszcie cztery litery! Klikać to se możecie po powrocie ze spaceru. Zapierdalać mi tu na manifestację! Demokracji trzeba bronić, a nie kolędy zawodzić!
Malwina lat 60 (wcześniej 92): Powiem krótko: nie bądźcie z gestapo! Reszta jakoś się ułoży.
Pela lat 60 (wcześniej 82): Chciałabym aby te święta były jak prace w parlamencie, pełne zadumy i błogosławieństw wszelakich. Bo Pan Jezusek przyszedł do nas w dobrej wierze i nie można mu mówić, że jest Żydkiem.
Dziunia lat 60 (wcześniej 59): Bydlęta klękają, anieli śpiewają i nic to, że Jezus byłby za in vitro. W każdym razie zgłębiajmy cud jego narodzin. Buźka!
Ja lat 60 (wcześniej 73+): Dziś wszyscy podążają do żłóbka. To najlepsza pora, by mówić o rozpisaniu następnych wyborów. Życzę Wam byście oddały głos na Emerycję Przepolską, a Rzeczpospolita zmartwychwstanie. Amen.
Bądźcie zdrowe! Bądźcie zdrowi!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
