Tym razem już o świcie ustawiłyśmy się w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Zimno dokuczało, policzki piekły od mrozu, a uszy cichcem uciekały pod czapkę. Należało szybko się rozgrzać. I wcale nie miałam na myśli alkoholu, lecz żywą i gorącą dyskusję.
– Porozmawiajmy o współczesnej polityce – zaproponowałam.
– Cieszę się – podchwyciła pomysł Kunia lat 90. – Bardzo lubię bluzgać. Przekleństwa mnie rozgrzewają.
– Najwięcej ciepła daje miłość – odezwała się Gertruda lat 77.
– Miłość to dzieci – uznała Pela lat 83. – Tylko nie mylcie tego z miłością do dzieci. Żadna ze mnie pedofilka.
– Miłość to wszystkie dzieci Pana – Trudzia trwała przy swoim.
– To pogadajmy o nowej podstawie programowej dla uczniów ośmioletnich podstawówek – szukałam dla dziewcząt wspólnego mianownika.
– W takim razie Kunia nie powinna kląć – wtrąciła się Malwina lat 92. – Przy dzieciach nie wypada.
– Przecież tu nie ma dzieci.
– Ale mogą się zrodzić pomysły, które wpłyną na ich los. Bluzgi mogłyby spaczyć ich edukację, a w efekcie dorosłość. A to już bezpośrednio wpłynie na nasze emerytury.
– Mówmy w samych superlatywach o nowej, dobrej i polskiej szkole – zachęcałam.
– Prąd to nie jest zwyczajny strumień elektronów – zaczęła Trudzia. – Ten prawdziwy przechodzi mnie tylko podczas żarliwej modlitwy. Cieszę się, że lekcji religii jest więcej w programie nauczania niż fizyki, przyrody i geografii razem wziętych.
– Siarczyście! – wymsknęło się Kuni.
– Nauczyciele nie będą musieli się doszkalać – uznała Lwinka. – Mniejsza wiedza do przekazania dzieciom to więcej czasu na okazanie im serca w trakcie dużej przerwy.
– Dobrze, że nie będzie już grama seksu w budzie – cieszyła się Pela. – Zresztą i tak mają informatykę. Bachory sobie poradzą. Te internety, same rozumiecie...
– Siarczyście!
– Powrót do starego kanonu lektur to jest to – chwaliłam. – Było niedopuszczalne, że z nikim na boisku szkolnym nie mogłam porozmawiać o Łysku z pokładu Idy.
– Podoba mi się odwrót od ewolucji. Spójrzcie na Kunię – Lwinka wskazała palcem na naszą wspólną przyjaciółkę. – Ona wygląda podejrzanie, jak ta cała teoria.
– Siarczyście!
I jeszcze długo trwałaby ta nasza licytacja na dobre argumenty o nowej podstawie programowej, gdyby nie nadjechał furgon z piekarni. Przywiózł świeże pieczywo z nocnego wypieku. Zrobiło nam się ciepło na sercu. Tylko na dworze było jakoś tak siarczyście...
wtorek, 3 stycznia 2017
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Trudno uwierzyć własnym oczom
Kiedy Maurycy lat 52 zaczął biegać po wildeckich ulicach i w grubiański sposób chwalić się, że wyrumptał wikarego, to tylko smętnie kiwałyśmy głowami nad mizerią umysłów lokalnych pijaczków. Maurycy przezywany był Maurem i to dobrze oddawało jego nie europejskie zdziczenie. Miał śniadą twarz, oczy ziejące głupotą i nadpobudliwość, która akurat na poznańskiej Wildzie nie była czymś odosobnionym. Ale stwierdzenie, że uczynił coś niedobrego wikaremu przekraczało tabu i należało to utemperować. Najpierw jednak próbowałyśmy wyjaśnić sprawę we wszystkich jej zawiłych szczegółach.
– Co to znaczy rumptać? – dopytywała Kunia lat 90.
– Obawiam się najgorszego – odpowiedziałam.
Tymczasem Maur zaczepiał wszystkich i bezładną relację ze świństwa, które jakoby urzeczywistnił na bogu ducha winnej powłoce księdza, przerywał wybuchami śmiechu. Próbowałam przywołać go do porządku.
– Uważaj, żeby te głupoty, które wygadujesz, nie dotarły do uszu Gertrudy lat 77 – ostrzegałam.
– Uważaj, żeby te brednie nie dotarły do proboszcza – ostrzegała Kunia.
Obie byłyśmy zniesmaczone wybrykiem Maura i pierdołami, które wygadywał, ale nieco mu współczułyśmy. Znałyśmy siłę tej machiny, którą przez pustą gadaninę mógł uruchomić. No i wczoraj stało się. Z jakiegoś nieostrożnego źródła do Trudzi dotarły pomówienia Maura. Ona długo nie zastanawiając się, pobiegła wte pędy do proboszcza.
– Nie uważasz, że powinnyśmy być czujne? – szepnęłam do Kuni.
– Zacznijmy patrolować ulice na dzielni – zaproponowała przyjaciółka lat 90.
Kręciłyśmy się niedaleko budy Maura, którą sklecił z desek, blachy i tektur. Zamieszkiwał tę norę w sąsiedztwie Dolnej Wildy. Przez ulicę niemal bezpośrednio sąsiadował z kościołem pw. Zmartwychwstania Pańskiego. Za dnia tam nie przesiadywał. Plątał się bliżej ulicy 28 Czerwca 1956 roku. Zauważyłyśmy go na Langiewicza i to w tej samej chwili, co Trudzia, którą krzycząc informowała proboszcza, że „zauważyła obwiesia”.
Maur zobaczył wściekłą twarz parafialnego wodza i co sił w nogach zaczął przed nim uciekać. Proboszcz nie dawał za wygraną i ścigał potwarcę. Ten kluczył, przez co zdążyłyśmy przed nim w okolice jego lichego domostwa. Do lokum dotarł przed proboszczem, zamykając na zasuwę drzwi. Były jednak szpary i to w jedną z nich ksiądz wsadził głowę. Zaklinował się. Tymczasem Maur wydostał się przez tylną ściankę i zaszedł proboszcza od tyłu.
Trudno było uwierzyć własnym oczom, ale to co działo się, gdy Maur rozpiął rozporek, przechodziło katolickie pojęcie.
– Co to znaczy rumptać? – dopytywała Kunia lat 90.
– Obawiam się najgorszego – odpowiedziałam.
Tymczasem Maur zaczepiał wszystkich i bezładną relację ze świństwa, które jakoby urzeczywistnił na bogu ducha winnej powłoce księdza, przerywał wybuchami śmiechu. Próbowałam przywołać go do porządku.
– Uważaj, żeby te głupoty, które wygadujesz, nie dotarły do uszu Gertrudy lat 77 – ostrzegałam.
– Uważaj, żeby te brednie nie dotarły do proboszcza – ostrzegała Kunia.
Obie byłyśmy zniesmaczone wybrykiem Maura i pierdołami, które wygadywał, ale nieco mu współczułyśmy. Znałyśmy siłę tej machiny, którą przez pustą gadaninę mógł uruchomić. No i wczoraj stało się. Z jakiegoś nieostrożnego źródła do Trudzi dotarły pomówienia Maura. Ona długo nie zastanawiając się, pobiegła wte pędy do proboszcza.
– Nie uważasz, że powinnyśmy być czujne? – szepnęłam do Kuni.
– Zacznijmy patrolować ulice na dzielni – zaproponowała przyjaciółka lat 90.
Kręciłyśmy się niedaleko budy Maura, którą sklecił z desek, blachy i tektur. Zamieszkiwał tę norę w sąsiedztwie Dolnej Wildy. Przez ulicę niemal bezpośrednio sąsiadował z kościołem pw. Zmartwychwstania Pańskiego. Za dnia tam nie przesiadywał. Plątał się bliżej ulicy 28 Czerwca 1956 roku. Zauważyłyśmy go na Langiewicza i to w tej samej chwili, co Trudzia, którą krzycząc informowała proboszcza, że „zauważyła obwiesia”.
Maur zobaczył wściekłą twarz parafialnego wodza i co sił w nogach zaczął przed nim uciekać. Proboszcz nie dawał za wygraną i ścigał potwarcę. Ten kluczył, przez co zdążyłyśmy przed nim w okolice jego lichego domostwa. Do lokum dotarł przed proboszczem, zamykając na zasuwę drzwi. Były jednak szpary i to w jedną z nich ksiądz wsadził głowę. Zaklinował się. Tymczasem Maur wydostał się przez tylną ściankę i zaszedł proboszcza od tyłu.
Trudno było uwierzyć własnym oczom, ale to co działo się, gdy Maur rozpiął rozporek, przechodziło katolickie pojęcie.
niedziela, 1 stycznia 2017
Damy rady!
Sylwester miałyśmy huczny. Malwina lat 92 odpalała na balkonie fajerwerki, Gertruda lat 77 klepała w kącie modlitwy, Pela lat 83 nadrabiała czytanie tygodników z 2016 roku, a my z Kunią lat 88 pląsałyśmy w rytm przebojów lat 70. Szczególnie często wracałyśmy do przeboju Hulewicza „Za zdrowie pań, panowie!”, co Lwinka świętowała kolejną kaskadą sztucznych ogni. Jednak kiedy wybiła północ, wówczas przystąpiłyśmy do poważnych rozmów, przy okazji składając sobie życzenia.
– Kochana, obyś w nowym roku zawsze była zmobilizowana – życzyłam Kuni.
– Mam nadzieję, że wstąpisz do mojego domu.
– Wy limitujecie swoje odwiedziny? – zdziwiła się Pelagia, która ocknęła się znad lektury „Przebudźcie się”.
– DOM to Drużyna Obrony Metrażu – wyjaśniła Kunia. – Boję się, że do Polski wkroczą Niemce.
– Chyba Niemcy – poprawiła Trudzia.
– Oni też. Ludność musi stworzyć bojówki. Bezrobotni walczyć będą w oddziałach Macierewicza, a emerytki w DOM-ach.
– Ja nie jestem bitna, dlatego życzę wszystkim wam, dziewczynki, smykałki do udziału w promocjach cenowych – powiedziała Lwinka. – Styczeń to dobry miesiąc na wyprzedaże. Jak się załapiecie w naszym samie, to łatwiej będzie wam znieść budżet, który potajemnie uchwalił sejm.
– Wymodlę wam szczęście – wyszeptała pobożna Trudzia. – Możemy przełączyć radio na stację Maryja? Słyszałam od proboszcza, że po północy puszczać będą ładną muzyczkę.
– Za zdrowie pań, paniusie – wzniosła toast Kunia.
– Damy radę? – spytałam.
– Damy – odpowiedziały chórem dziewczęta.
Pewnie, że damy radę. Jesteśmy damami, które na każdy problem znajdą radę. Po prostu my takie jesteśmy. Jesteśmy damy-rady. Z poznańskiej Wildy, jakby kto zapomniał.
– Kochana, obyś w nowym roku zawsze była zmobilizowana – życzyłam Kuni.
– Mam nadzieję, że wstąpisz do mojego domu.
– Wy limitujecie swoje odwiedziny? – zdziwiła się Pelagia, która ocknęła się znad lektury „Przebudźcie się”.
– DOM to Drużyna Obrony Metrażu – wyjaśniła Kunia. – Boję się, że do Polski wkroczą Niemce.
– Chyba Niemcy – poprawiła Trudzia.
– Oni też. Ludność musi stworzyć bojówki. Bezrobotni walczyć będą w oddziałach Macierewicza, a emerytki w DOM-ach.
– Ja nie jestem bitna, dlatego życzę wszystkim wam, dziewczynki, smykałki do udziału w promocjach cenowych – powiedziała Lwinka. – Styczeń to dobry miesiąc na wyprzedaże. Jak się załapiecie w naszym samie, to łatwiej będzie wam znieść budżet, który potajemnie uchwalił sejm.
– Wymodlę wam szczęście – wyszeptała pobożna Trudzia. – Możemy przełączyć radio na stację Maryja? Słyszałam od proboszcza, że po północy puszczać będą ładną muzyczkę.
– Za zdrowie pań, paniusie – wzniosła toast Kunia.
– Damy radę? – spytałam.
– Damy – odpowiedziały chórem dziewczęta.
Pewnie, że damy radę. Jesteśmy damami, które na każdy problem znajdą radę. Po prostu my takie jesteśmy. Jesteśmy damy-rady. Z poznańskiej Wildy, jakby kto zapomniał.
czwartek, 29 grudnia 2016
środa, 21 września 2016
Samopomoc babska
– Podaj szuflę! – wydyszała Malwina lat 92.
– Ściery! Gdzie są ściery? – krzyczała Gertruda lat 77.
– Okna są okropnie zasyfione – mruczałam pod nosem, zasuwając nad dużą połacią szkła znajdującego się między drewnianymi ramami.
Sprzątałyśmy wespół mieszkanie Kuni lat 90. Nasza przyjaciółka wygrała losowanie, więc jej lokum poszło na pierwszy ogień. Wpadłyśmy na pomysł, że zamiast pochylać się samotnie nad osobistymi kurzami, to będziemy nasze gniazdka sprzątać rotacyjnie, zespołowo i kompleksowo. Miało nam to zapewnić dobry humor, radość ze wspólnego działania i jeszcze większą integrację, nad którą dotąd pracowałyśmy tylko w ogonku przed sklepem spożywczym, gdzie oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, które dowoził furgon z piekarni.
– Nie ociągać się, ciotki! – komenderowała Kunia, stojąc w rozkroku i trzymają ręce pod bokami.
– Tej, ty też się weź za sprzątanie – Pela lat 83 oburzyła się.
– Władek chciał przyłączyć się do naszej inicjatywy – oznajmiłam dziewczynom.
– Za żadne skarby – zawyrokowała Kunia, lekceważąc słowa Pelagii.
– Też mu odmówiłam. Nasze gniazdka lśnią, więc byśmy na sprzątaniu męskich nor mocno straciły.
– Co z tymi ścierami? – przypomniała się Trudzia. – jak ja mam wyświecić ten parkiet?
– Poślizgaj się – doradziła Lwinka – dostałaś w końcu wełniane bambosze.
– Adela, nie rób smug – wydzierała się Kunia.
– Do jasnej cholery! Kunia, też weź się za sprzątanie.
– U mnie będziesz szorowała kibel – obiecała Pela.
– A ja wam wszystkim dam bobu – oznajmiła Trudzia.
– Ja mam w domu pejczyk – Lwinka rzuciła okrutną sugestię.
– Jeszcze poczujecie siłę mojej tresury – pogroziłam dziewczynom palcem.
W ten sposób samopomoc babska doprowadziła do dzikiej żądzy odwetu oraz chęci wyżycia się na koleżankach. Świat nie lubił darmowej pomocy. Świat wolał narzucać stawkę godzinową.
– Ściery! Gdzie są ściery? – krzyczała Gertruda lat 77.
– Okna są okropnie zasyfione – mruczałam pod nosem, zasuwając nad dużą połacią szkła znajdującego się między drewnianymi ramami.
Sprzątałyśmy wespół mieszkanie Kuni lat 90. Nasza przyjaciółka wygrała losowanie, więc jej lokum poszło na pierwszy ogień. Wpadłyśmy na pomysł, że zamiast pochylać się samotnie nad osobistymi kurzami, to będziemy nasze gniazdka sprzątać rotacyjnie, zespołowo i kompleksowo. Miało nam to zapewnić dobry humor, radość ze wspólnego działania i jeszcze większą integrację, nad którą dotąd pracowałyśmy tylko w ogonku przed sklepem spożywczym, gdzie oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, które dowoził furgon z piekarni.
– Nie ociągać się, ciotki! – komenderowała Kunia, stojąc w rozkroku i trzymają ręce pod bokami.
– Tej, ty też się weź za sprzątanie – Pela lat 83 oburzyła się.
– Władek chciał przyłączyć się do naszej inicjatywy – oznajmiłam dziewczynom.
– Za żadne skarby – zawyrokowała Kunia, lekceważąc słowa Pelagii.
– Też mu odmówiłam. Nasze gniazdka lśnią, więc byśmy na sprzątaniu męskich nor mocno straciły.
– Co z tymi ścierami? – przypomniała się Trudzia. – jak ja mam wyświecić ten parkiet?
– Poślizgaj się – doradziła Lwinka – dostałaś w końcu wełniane bambosze.
– Adela, nie rób smug – wydzierała się Kunia.
– Do jasnej cholery! Kunia, też weź się za sprzątanie.
– U mnie będziesz szorowała kibel – obiecała Pela.
– A ja wam wszystkim dam bobu – oznajmiła Trudzia.
– Ja mam w domu pejczyk – Lwinka rzuciła okrutną sugestię.
– Jeszcze poczujecie siłę mojej tresury – pogroziłam dziewczynom palcem.
W ten sposób samopomoc babska doprowadziła do dzikiej żądzy odwetu oraz chęci wyżycia się na koleżankach. Świat nie lubił darmowej pomocy. Świat wolał narzucać stawkę godzinową.
wtorek, 20 września 2016
Kupuję tylko w niedziele
– Owszem, stoimy w ogonku przed naszym spożywczym, czekając na przyjazd furgonu z piekarni, ale to nie są prawdziwe zakupy – orzekłam.
– A co to jest? – zaiciekawiła się Malwina lat 92.
– Zaspokajanie potrzeb życiowych.
– Prawda – zgodziła się Gertruda lat 77.
– Pierdoły! – prychnęła Kunia lat 90.
– Nie kupujesz świeżego pieczywa z nocnego wypieku? – zdziwiłam się.
– A kupuję.
– Czyli zaspokajasz swoje codzienne poczucie głodu – uznałam triumfująco.
– Ale mam prawo do reklamacji, dostaję resztę i mogę kręcić nosem, bo jestem klientką – nie zgadzała się Kunia. – Bardzo wybredną klientką.
– Istnieje prawda subiektywna i prawda obiektywna – sentencjonalnie wygłosiła swoja prawdę Trudzia.
– Trudzia, oodoba mi się, że podążasz ścieżką, stąpając nożkami po środku szlaku – Lwinka wzięła stronę koleżanki.
– Bełkot z rana jak śmietana – szydziła Kunia.
– W dni powszednie tylko nabywamy produkty – tłumaczyłam – w niedziele i święta zaś kupujemy.
– Jak to?
– W niedzielę kupujemy prawdę.
– Prawdę obiektywną – poprawiła mnie Trudzia.
– Niby gdzie?
– W kościele. Podczas kazania, podniesienia i klęczenia.
– Czyżby dlatego PiS zamierza zamknąć supermarkety? – zdziwiła się Lwinka.
– Właśnie! – ucieszyła się Trudzia, że ktoś łapie prawdę o dobrych czasach.
– Partia nasza najważniejsza robi konferencje prasowe, psikusy, dąsa się, poucza tylko w dni powszednie i możesz to nabyć albo nie – wyjaśniałam. – Stajemy się przez to suwerenem nabywania. Natomiast oni z pełną świadomością umywają ręce od kupowania. Bo tylko w kupowaniu jest prawda.
– Prawda obiektywna – wtrąciła Trudzia.
– Z takim tłumaczeniem to i ja mogłabym się zgodzić – oznajmiła Kunia. – Ale co jeśli ksiądz też jest za PiS?
– Wtedy projekt padnie.
Westchnęłyśmy z troską nad ojczyzną dobrą, nadal czekając na przyjazd dostawczaka z piekarni.
– A co to jest? – zaiciekawiła się Malwina lat 92.
– Zaspokajanie potrzeb życiowych.
– Prawda – zgodziła się Gertruda lat 77.
– Pierdoły! – prychnęła Kunia lat 90.
– Nie kupujesz świeżego pieczywa z nocnego wypieku? – zdziwiłam się.
– A kupuję.
– Czyli zaspokajasz swoje codzienne poczucie głodu – uznałam triumfująco.
– Ale mam prawo do reklamacji, dostaję resztę i mogę kręcić nosem, bo jestem klientką – nie zgadzała się Kunia. – Bardzo wybredną klientką.
– Istnieje prawda subiektywna i prawda obiektywna – sentencjonalnie wygłosiła swoja prawdę Trudzia.
– Trudzia, oodoba mi się, że podążasz ścieżką, stąpając nożkami po środku szlaku – Lwinka wzięła stronę koleżanki.
– Bełkot z rana jak śmietana – szydziła Kunia.
– W dni powszednie tylko nabywamy produkty – tłumaczyłam – w niedziele i święta zaś kupujemy.
– Jak to?
– W niedzielę kupujemy prawdę.
– Prawdę obiektywną – poprawiła mnie Trudzia.
– Niby gdzie?
– W kościele. Podczas kazania, podniesienia i klęczenia.
– Czyżby dlatego PiS zamierza zamknąć supermarkety? – zdziwiła się Lwinka.
– Właśnie! – ucieszyła się Trudzia, że ktoś łapie prawdę o dobrych czasach.
– Partia nasza najważniejsza robi konferencje prasowe, psikusy, dąsa się, poucza tylko w dni powszednie i możesz to nabyć albo nie – wyjaśniałam. – Stajemy się przez to suwerenem nabywania. Natomiast oni z pełną świadomością umywają ręce od kupowania. Bo tylko w kupowaniu jest prawda.
– Prawda obiektywna – wtrąciła Trudzia.
– Z takim tłumaczeniem to i ja mogłabym się zgodzić – oznajmiła Kunia. – Ale co jeśli ksiądz też jest za PiS?
– Wtedy projekt padnie.
Westchnęłyśmy z troską nad ojczyzną dobrą, nadal czekając na przyjazd dostawczaka z piekarni.
poniedziałek, 19 września 2016
Reset w miejskim gospodarstwie domowym.
Mieszkam na czwartym, ostatnim piętrze w kamienicy na poznańskiej Wildzie, więc wiem, czym jest kultura wysoka. Ale wiem też, co sobą przedstawia kultura niska, bo ta odbija się od ścian domów stojących przy wąskiej ulicy i ulatuje ku niebu, mijając po drodze mój balkon. Dodam wcale nie dygresyjnie, że mój balkon upodobały sobie gołębie, srając na niego ile wlezie. Lecz kultura wysoka ulatuje mi jednak przez lufcik, omijając ptasie sraki. Bo kultura wysoka ma to do siebie, że nie dostrzega tego, czym upaja się kultura niska. Teraz sami możecie sobie odpowiedzieć, dlaczego wzgórza Hollywood pełne są niskiej zabudowy, a nowojorski Manhattan wręcz odwrotnie. To jest też rozwiązanie zagadki, w której malarz Opałka nigdy nie sprzedał swoich cyferek w Kalifornii, bo tam inaczej lokuje się liczby, znaczy nie na płótnie. Nawet jeśli jest to płótno kieszeni od spodni.
W Polsce większość gospodarstw domowych znajduje się poniżej 4 piętra. Ten determinant mówi do mnie codziennie, gdy zmierzam do sklepu, w którym co rano nabywam świeże pieczywo i coś na okład. Już piętro niżej słyszę przebijającą się na klatkę schodową Dodę, z kolei moje oczy atakują dziwne napisy mające ambicję awansować do miana murali. W takiej sytuacji gałki tęsknią za zwyczajnym „K+M+B 2016”, ale sama jestem sobie winna, bo robiłam sąsiadkom psikusy, wypisując im na drzwiach Ctrl+Alt+Del 2016”.
I o tym właśnie chcę napisać. O resecie. Bo bez resetu nie ma kultury wyższej. Zacznę od sztuki, bo praprzyczyną, słodkim początkiem, grecką literką ά kultury jest sztuka. A gdzie sztuka tam najpierw artysta, który resetuje się nagminnie. Resetuje się za pomocą różnych używek i nigdy elektronicznie. Dlatego wszelkie multimedialne pokazy od razu skazane są na obszar działań kulturalno – oświatowych, ale nigdy nie sztuki. Tym różni się artysta od kaowca – rodzajem resetu.
Teraz czas na mnie, czyli odbiorcę sztuki płci żeńskiej. Znaczy sztukę płci męskiej też z chęcią przyjmuję, ale idzie mi o to, że ja jestem odbiorczynią (to trochę nie polsku, ale za to odbieram dzieła twórców i twórczyń bardzo spontanicznie). Przyznam, że cenię reset artystów tworzących kulturę wysoką, ale przy dziełach kultury niższej sama muszę się resetować. Czynię to zwykle za pomocą wąchania hiacyntów, bo tylko te kwiaty potrafią mnie przenieść w inne stany świadomości. A sztuka to przecież inny stan świadomości. Zatem kultura to podobnie inny stan świadomości. I jeżeli kultura tworzy świadomość narodu, to znaczy, że narody definiują się poprzez inny stan świadomości. Nikt jednak tego wprost ludziom nie powie, dlatego musiałam to ogłosić z perspektywy miejskiego gospodarstwa domowego.
W Polsce większość gospodarstw domowych znajduje się poniżej 4 piętra. Ten determinant mówi do mnie codziennie, gdy zmierzam do sklepu, w którym co rano nabywam świeże pieczywo i coś na okład. Już piętro niżej słyszę przebijającą się na klatkę schodową Dodę, z kolei moje oczy atakują dziwne napisy mające ambicję awansować do miana murali. W takiej sytuacji gałki tęsknią za zwyczajnym „K+M+B 2016”, ale sama jestem sobie winna, bo robiłam sąsiadkom psikusy, wypisując im na drzwiach Ctrl+Alt+Del 2016”.
I o tym właśnie chcę napisać. O resecie. Bo bez resetu nie ma kultury wyższej. Zacznę od sztuki, bo praprzyczyną, słodkim początkiem, grecką literką ά kultury jest sztuka. A gdzie sztuka tam najpierw artysta, który resetuje się nagminnie. Resetuje się za pomocą różnych używek i nigdy elektronicznie. Dlatego wszelkie multimedialne pokazy od razu skazane są na obszar działań kulturalno – oświatowych, ale nigdy nie sztuki. Tym różni się artysta od kaowca – rodzajem resetu.
Teraz czas na mnie, czyli odbiorcę sztuki płci żeńskiej. Znaczy sztukę płci męskiej też z chęcią przyjmuję, ale idzie mi o to, że ja jestem odbiorczynią (to trochę nie polsku, ale za to odbieram dzieła twórców i twórczyń bardzo spontanicznie). Przyznam, że cenię reset artystów tworzących kulturę wysoką, ale przy dziełach kultury niższej sama muszę się resetować. Czynię to zwykle za pomocą wąchania hiacyntów, bo tylko te kwiaty potrafią mnie przenieść w inne stany świadomości. A sztuka to przecież inny stan świadomości. Zatem kultura to podobnie inny stan świadomości. I jeżeli kultura tworzy świadomość narodu, to znaczy, że narody definiują się poprzez inny stan świadomości. Nikt jednak tego wprost ludziom nie powie, dlatego musiałam to ogłosić z perspektywy miejskiego gospodarstwa domowego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)