– Ojczyzna nasza skrzydlata jest – oznajmiła Kunia lat 90.
Kunegunda rzuciła myśl prosto w chmury kłębiaste, jakie zebrały się nad ogonkiem, w którym oczekiwałyśmy na na przyjazd dostawczaka dowożącego z piekarni świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Ja czuję się przyziemnie – żaliła się Malwina lat 92. – Wczoraj brałam udział w pogrzebie szwagra. Był ateistą i jego dusza na pewno nie uleciała do nieba.
– Dobrze, że ateiści odchodzą – ucieszyła się Gertruda lat 77, która w naszym gronie była uchem proboszcza.
– To jest bardzo niebezpieczna sytuacja – zauważyłam. – Smog powoduje zwiększoną umieralność. Dusze chcą ulecieć do nieba, ale tworzą korek, bo nie znajdują ujścia. Smog przez to się zwiększa, zgony stają się masowe, a diabeł się cieszy.
– Chodziło mi o coś innego – wtrąciła Kunia.
– O husarię! – domyśliła się Pela.
– Nie, o aniołeczki.
– Jakie aniołeczki?
– W Polsce są aniołeczki? – zdziwiła się Lwinka. – Jakich interesujących rzeczy może kobieta dowiedzieć się po 90-tce...
– Jakiej płci są polskie aniołeczki? – dociekałam.
– Anioły nie mają płci – tonem eksperckim zawyrokowała Trudzia.
– W ojczyźnie trwa dobra zmiana – zaczęła opowiadać Kunia. – Następują objawienia, cuda, błogosławieństwa. Rewolucja. Stąd przybywa w ojczyźnie aniołeczków, a sam kraj staje się skrzydlaty.
– I zasmożony – przytaknęła Pela.
– Zasmożony?
– Pełen smogu.
– Szeregi aniołeczków stają się coraz bardziej zwarte i gotowe do czynów. Tym faktem są uskrzydleni i biorą się za coraz bardziej poważne wyzwania.
– Walczą z szatanem? – zainteresowała się Trudzia.
– No właśnie – przytaknęła Kunia. – Walczą ze światem z diabelską siłą, a przy tym mają wsparcie egzorcystów z episkopatu oraz Torunia.
– Czuję się zrezygnowana...
– Ty Adela?
– Tak, ja. Przecież do ostatnich wyborów to my byłyśmy aniołeczkami. Przynajmniej na poznańskiej Wildzie. A teraz? Świat okrutnie się zmienił.
Zapadłyśmy w zadumę. Z niej wyrwał nas przyjazd furgonu z piekarni. Sięgnęłyśmy po portmonetki, choć miny nadal miałyśmy osowiałe.
piątek, 3 marca 2017
niedziela, 26 lutego 2017
Pod bryłą dobrego ego
– Jak, to, Adela? To się godzi?
– Nie wydolę – wystękałam.
– To niepojęte! – zagrzmiała Gertruda lat 77 i rozłączyła się.
Po chwili znów rozległ się dźwięk telefonu. Z wielkim trudem sięgnęłam po aparat, który przed chwilą odrzuciłam od siebie.
– Halo? – wyszeptałam słabym głosem.
– Niedzielna msza święta to obowiązek każdej katoliczki z poznańskiej Wildy – nudziła Trudzia.
– Każdej chrześcijanki – zgodziłam się przytomnie mimo że ledwie sylabizowałam słowa.
– Oddaję do telefonu Kunię.
Ucieszyłam się. Kunia lat 90 to moja najlepsza przyjaciółka, która dodatkowo nie grzeszy świętoszkowatymi pozami. Mogłam przypuszczać, że nie będzie dramatyzować, lecz za to pocieszy lub doradzi coś stosownego.
– Co z tobą? – spytała rzeczowo.
– Rozmowę powinnaś zacząć od „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Inaczej niczego w życiu nie osiągniesz – usłyszałam w tle głos Trudzi.
– Nie przepraszaj za tę małpę proboszcza – poprosiłam cicho.
– Masz to jak w banku – zapewniła Kunia.
– Bóg zapłać.
– Bóg zapłać?
– Przepraszam, wyrwało mi się.
– Co się stało?
– Przywaliło mnie dobre samopoczucie – wycharczałam boleśnie. – Prawie nie mogę się ruszyć.
– Twoje dobre nastroje zwykle cię unosiły.
– Ale moje własne. W nocy spadła na mnie bryła polskiego dobrego ego.
– Jeden kamlot czy cała lawina?
– Trudno mi się rozeznać. Czuję ciężar na klatce piersiowej. Nie mogę się podnieść. Rozmowa przez telefon to dziś dla mnie medal z brązu w skokach narciarskich. Nie cieszy jak złoto, za to jego ciężar koślawi kark i łamię łabędzią linię szyi.
– Przekaż jej, że się za nią pomodlimy – usłyszałam znów Trudzię.
– Przekaż jej, żeby się pomodliła za ofiary suszy w Sudanie – poprosiłam.
– Jeśli spod bryły dobrego polskiego ego nie wygrzebiesz się, to gdzie cię pogrzebać?
– Zostawcie mnie w łóżku. W końcu mam już pomnik. Tylko jakiś napis wygrawerujcie dla mnie na tej bryle.
I tak zakończyłam połączenie.
– Nie wydolę – wystękałam.
– To niepojęte! – zagrzmiała Gertruda lat 77 i rozłączyła się.
Po chwili znów rozległ się dźwięk telefonu. Z wielkim trudem sięgnęłam po aparat, który przed chwilą odrzuciłam od siebie.
– Halo? – wyszeptałam słabym głosem.
– Niedzielna msza święta to obowiązek każdej katoliczki z poznańskiej Wildy – nudziła Trudzia.
– Każdej chrześcijanki – zgodziłam się przytomnie mimo że ledwie sylabizowałam słowa.
– Oddaję do telefonu Kunię.
Ucieszyłam się. Kunia lat 90 to moja najlepsza przyjaciółka, która dodatkowo nie grzeszy świętoszkowatymi pozami. Mogłam przypuszczać, że nie będzie dramatyzować, lecz za to pocieszy lub doradzi coś stosownego.
– Co z tobą? – spytała rzeczowo.
– Rozmowę powinnaś zacząć od „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Inaczej niczego w życiu nie osiągniesz – usłyszałam w tle głos Trudzi.
– Nie przepraszaj za tę małpę proboszcza – poprosiłam cicho.
– Masz to jak w banku – zapewniła Kunia.
– Bóg zapłać.
– Bóg zapłać?
– Przepraszam, wyrwało mi się.
– Co się stało?
– Przywaliło mnie dobre samopoczucie – wycharczałam boleśnie. – Prawie nie mogę się ruszyć.
– Twoje dobre nastroje zwykle cię unosiły.
– Ale moje własne. W nocy spadła na mnie bryła polskiego dobrego ego.
– Jeden kamlot czy cała lawina?
– Trudno mi się rozeznać. Czuję ciężar na klatce piersiowej. Nie mogę się podnieść. Rozmowa przez telefon to dziś dla mnie medal z brązu w skokach narciarskich. Nie cieszy jak złoto, za to jego ciężar koślawi kark i łamię łabędzią linię szyi.
– Przekaż jej, że się za nią pomodlimy – usłyszałam znów Trudzię.
– Przekaż jej, żeby się pomodliła za ofiary suszy w Sudanie – poprosiłam.
– Jeśli spod bryły dobrego polskiego ego nie wygrzebiesz się, to gdzie cię pogrzebać?
– Zostawcie mnie w łóżku. W końcu mam już pomnik. Tylko jakiś napis wygrawerujcie dla mnie na tej bryle.
I tak zakończyłam połączenie.
sobota, 25 lutego 2017
Zła szajba na dobre czasy
– Uwielbiam pastylki – stwierdziłam. – Jest w nich coś takiego, że najpierw od nich odpycha, ale potem chce się je brać. Tak, lubię prochy.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Nigdy nie brałam tabletek o czasie. Zawsze dzień po.
– Po terminie? – dopytywała się zausznica proboszcza, czyli Gertruda lat 77.
– Teraz bierze się przed – uznała Malwina lat 92. – A nawet zamiast, co też jest jakimś wyjściem.
– Bez tabletek nie ma życia – biadoliła Genia.
– Ustawodawca twierdzi inaczej – zaoponowała Kunia. – Bez tabletek to dopiero będzie życie! Za każdy pomyślny akt chcą wysupłać z budżetu 500 zyla.
– Prawi mężczyźni zaczynają myśleć tak samo – podzieliłam się plotką.
– Jak to?
– Zawsze mieli szajbę na punkcie seksu.
– To oczywiste – przyznała rację Pela lat 83.
– Wymogi współczesności wymagają od nich, by to była dobra szajba. A dobra szajba oznacza jedynie seks uprawiany dla prokreacji.
– A jak do tego mają się prochy? – dopytywała się Trudzia.
– Przekonasz się w najbliższą środę – odrzekła złośliwie Kunia.
– Że niby środa popielcowa?
– Ja nie wierzę, by chłopy zaczęły zajadać się tabletkami – nie dowierzała Balbina lat 59. – No chyba że wycofają z rynku prezerwatywy.
– Dajcie dokończyć mi plotkę – przerwałam bezsensowną wymiane zdań. – Nie zaauważyłyście, że w świecie istnieje dychotomia.
– Że co?
– Piękno nie może istnieć bez brzydoty, Yin bez Yang, czarne bez białego, a dobra szajba bez złej szajby.
– Nie kumam – odezwała się bezradnie Lwinka.
– Zabiorą chłopom gumki, zabiorą im też tabletki, a mimo to nie zwalczą złej szajby.
– Nie?
– Bo coraz większe branie mają babki po klimakterium. Czy teraz rozumiecie, że zła szajba oznacza dla nas dobre czasy?
Dziewczyny pojęły. Od razu zrobiło się nam weselej i jakoś tak z większym optymizmem patrzyłyśmy w przyszłość. Dobrą przyszłość.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Nigdy nie brałam tabletek o czasie. Zawsze dzień po.
– Po terminie? – dopytywała się zausznica proboszcza, czyli Gertruda lat 77.
– Teraz bierze się przed – uznała Malwina lat 92. – A nawet zamiast, co też jest jakimś wyjściem.
– Bez tabletek nie ma życia – biadoliła Genia.
– Ustawodawca twierdzi inaczej – zaoponowała Kunia. – Bez tabletek to dopiero będzie życie! Za każdy pomyślny akt chcą wysupłać z budżetu 500 zyla.
– Prawi mężczyźni zaczynają myśleć tak samo – podzieliłam się plotką.
– Jak to?
– Zawsze mieli szajbę na punkcie seksu.
– To oczywiste – przyznała rację Pela lat 83.
– Wymogi współczesności wymagają od nich, by to była dobra szajba. A dobra szajba oznacza jedynie seks uprawiany dla prokreacji.
– A jak do tego mają się prochy? – dopytywała się Trudzia.
– Przekonasz się w najbliższą środę – odrzekła złośliwie Kunia.
– Że niby środa popielcowa?
– Ja nie wierzę, by chłopy zaczęły zajadać się tabletkami – nie dowierzała Balbina lat 59. – No chyba że wycofają z rynku prezerwatywy.
– Dajcie dokończyć mi plotkę – przerwałam bezsensowną wymiane zdań. – Nie zaauważyłyście, że w świecie istnieje dychotomia.
– Że co?
– Piękno nie może istnieć bez brzydoty, Yin bez Yang, czarne bez białego, a dobra szajba bez złej szajby.
– Nie kumam – odezwała się bezradnie Lwinka.
– Zabiorą chłopom gumki, zabiorą im też tabletki, a mimo to nie zwalczą złej szajby.
– Nie?
– Bo coraz większe branie mają babki po klimakterium. Czy teraz rozumiecie, że zła szajba oznacza dla nas dobre czasy?
Dziewczyny pojęły. Od razu zrobiło się nam weselej i jakoś tak z większym optymizmem patrzyłyśmy w przyszłość. Dobrą przyszłość.
poniedziałek, 20 lutego 2017
Nie poznałam się
Od kilkunastu lat nie spojrzałam w lustro. Kiecki szyje mi Malwina lat 92, włoski z nosa wyrywa fryzjerka, a witryny sklepowe obklejone są reklamami – nie tak jak niegdyś. W odwiedziny raczej nie chodzę, więc od wielu wiosen jedynym moim zwierciadłem były oczy Władka lat że ho ho. I okazało się, że one mnie postarzały!
W jego spojrzeniu widziałam siebie tak na oko na lat 60. Być może umarłabym w takim przeświadczeniu, gdyby nie zadzwonił do moich drzwi akwizytor luster. Po otwarciu drzwi zobaczyłam przystojną 50-latkę, do której się uśmiechnęłam, a ona to odwzajemniła.
Chwyciłam się pod boki, ona przyjęła tę samą postawę. Potem kilkakrotnie powtórzyła za mną różne gesty i już zaczęło mnie to niecierpliwić, gdy nagle z boku wyłoniła się twarz cygańskiego akwizytora, który zaseplenił: „Pse pani, kupi pani. Dwie dyski” No to kupiłam. I mam w mieszkaniu dwie twarze.
Jestem jakby mniej samotna.
W jego spojrzeniu widziałam siebie tak na oko na lat 60. Być może umarłabym w takim przeświadczeniu, gdyby nie zadzwonił do moich drzwi akwizytor luster. Po otwarciu drzwi zobaczyłam przystojną 50-latkę, do której się uśmiechnęłam, a ona to odwzajemniła.
Chwyciłam się pod boki, ona przyjęła tę samą postawę. Potem kilkakrotnie powtórzyła za mną różne gesty i już zaczęło mnie to niecierpliwić, gdy nagle z boku wyłoniła się twarz cygańskiego akwizytora, który zaseplenił: „Pse pani, kupi pani. Dwie dyski” No to kupiłam. I mam w mieszkaniu dwie twarze.
Jestem jakby mniej samotna.
sobota, 18 lutego 2017
Genowefa, z domu Butla po mężu Smród
W ogonku przed sklepem na dole ustawiła się nowa dziewczyna. Stanęła grzecznie na końcu ogonka, który tworzyłyśmy, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Ile masz lat, dziecinko? – spytała Kunia lat 90, która dziś przybyła pierwsza i stanowiła czoło naszej kolejki.
– 43 wiosny obchodziłam hucznie w 2000 roku – odpowiedziała nowo przybyła. – Potem przestałam liczyć.
Od razu ją polubiłam, bo też od pewnego czasu nie liczę upływających dni.
– Mam lat 92 – przedstawiła się Malwina.
– Lat 90 – obwieściła Kunia.
– Lat 77 – poinformowała Gertruda.
– Byłam na zimowisku – wtrąciłam się w dyskusję, chcąc ją przesunąć na inne, bardziej wartościowe tory. – Fajna sprawa. Dużo śniegu, zaspy, puste butelki po małpkach i przystojni ratownicy górscy.
– A ja mam na imię Genowefa – rzekła kobieta z końca kolejki. – Za panny byłam Butlą, za męża Smrodem.
– Jak to? – zdziwiła się Pela, która nie zdążyła powiedzieć, że ma lat 83.
– A ja wiedziałam, żeby nie wiązać się z mężczyzną! – wyrwało się Trudzi. – Staropanieństwo chroni przed smrodem.
– To moja godność – dumnie oznajmiła nieznajoma.
– Masz na nazwisko Smród? – zdzwiła się Lwinka.
– Za panny byłam Butlą – odpowiedziała pani Smrodowa.
– Co chcesz wnieść do naszej kolejki? – spytałam konkretnie, bo didaskalia do niczego nigdy nie mogły zaprowadzić.
– Zapach świeżości – stwierdziła Genia. – Macie przestarzałe PESEL-e. Ja je odkurzę. Potrafię to robić.
– Kurwa mać – zaklęła pod nosem Kunia. – Kolejna nawiedzona dziunia.
– Tylko nie Dziunia – oburzyła się dotąd milcząca Dziunia lat 59, do której dotarł bluzg Kuni.
– Przeprowadziłam się tutaj z Berlina – kontynuowała Genia. – Denerwowała mnie tamta wielokulturowość. Syf w centrum, syf na Kreuzbergu. Syf!
– Na Wildzie nie syfi – uśmiechnęła się Trudzia.
W tym momencie przypomniałam sobie, że dziś była moja kolejka na rozdanie masek przeciw-smogowych. Na szczęście miałam kilka w zapasie, więc Genia Butla-Smród też mogła nałożyć jedną z nich na swoją mordkę.
– Ile masz lat, dziecinko? – spytała Kunia lat 90, która dziś przybyła pierwsza i stanowiła czoło naszej kolejki.
– 43 wiosny obchodziłam hucznie w 2000 roku – odpowiedziała nowo przybyła. – Potem przestałam liczyć.
Od razu ją polubiłam, bo też od pewnego czasu nie liczę upływających dni.
– Mam lat 92 – przedstawiła się Malwina.
– Lat 90 – obwieściła Kunia.
– Lat 77 – poinformowała Gertruda.
– Byłam na zimowisku – wtrąciłam się w dyskusję, chcąc ją przesunąć na inne, bardziej wartościowe tory. – Fajna sprawa. Dużo śniegu, zaspy, puste butelki po małpkach i przystojni ratownicy górscy.
– A ja mam na imię Genowefa – rzekła kobieta z końca kolejki. – Za panny byłam Butlą, za męża Smrodem.
– Jak to? – zdziwiła się Pela, która nie zdążyła powiedzieć, że ma lat 83.
– A ja wiedziałam, żeby nie wiązać się z mężczyzną! – wyrwało się Trudzi. – Staropanieństwo chroni przed smrodem.
– To moja godność – dumnie oznajmiła nieznajoma.
– Masz na nazwisko Smród? – zdzwiła się Lwinka.
– Za panny byłam Butlą – odpowiedziała pani Smrodowa.
– Co chcesz wnieść do naszej kolejki? – spytałam konkretnie, bo didaskalia do niczego nigdy nie mogły zaprowadzić.
– Zapach świeżości – stwierdziła Genia. – Macie przestarzałe PESEL-e. Ja je odkurzę. Potrafię to robić.
– Kurwa mać – zaklęła pod nosem Kunia. – Kolejna nawiedzona dziunia.
– Tylko nie Dziunia – oburzyła się dotąd milcząca Dziunia lat 59, do której dotarł bluzg Kuni.
– Przeprowadziłam się tutaj z Berlina – kontynuowała Genia. – Denerwowała mnie tamta wielokulturowość. Syf w centrum, syf na Kreuzbergu. Syf!
– Na Wildzie nie syfi – uśmiechnęła się Trudzia.
W tym momencie przypomniałam sobie, że dziś była moja kolejka na rozdanie masek przeciw-smogowych. Na szczęście miałam kilka w zapasie, więc Genia Butla-Smród też mogła nałożyć jedną z nich na swoją mordkę.
poniedziałek, 13 lutego 2017
niedziela, 12 lutego 2017
Majtki Antosia
Nigdy w życiu nie wywiesiłabym prania na naszym podwórku – tak bardzo boję się srających gołębi. Ale Halinka lat 64 z drugiego piętra nie ma oporów, bo twierdzi, że gumno z gaci można zetrzeć, a nic nie zastąpi zapachu wysuszonej bielizny. Ja tam myślę, że nie ma co się certolić, gdy jest się w posiadaniu wysuszonej pupy. Wtedy działasz tylko na desperatów albo na zboczeńców i żadna pachnąca wiatrem halka tego stanu stanu rzeczy nie zmieni.
Antoś lat 58 z klatki obok ma tak szeroki tyłek, że jego suszące się na powietrzu gacie są obiektem niewyszukanych żartów ze strony podwórkowej dziatwy. Wielka biała flaga działa na nich pobudzająco, zachęcając do zmiany stanu rzeczy. Lusia lat 53, czyli żona Antka, nieraz ściągała ze sznura wielką jak trybuna stadionu miejskiego flagę polską, innym razem japońską, jeszcze kiedy indziej płaszcz krzyżacki. Sam Antek nie ma nic przeciwko tym psikusom, deklarując, że jego tyłek zniesie wszystko. „Adela”, powiedział mi kiedyś, „gdy ja mam z tyłu kraj kwitnącej wiśni, to Lusia nie ma prawa się skarżyć, że leci mi z ryja”.
No cóż, Antek nie jest intelektualistą.
Jak zwykle wpadł do mnie na drugie śniadanie Władek lat , że ho ho. Otworzyłam mu drzwi i wróciłam do kuchni, krzątając się przy kuchence. Wtedy poczułam ostre uszczypnięcie na swoim prawym pośladku.
– Auu! Co robisz, stary i okrutny pierniku?
– Pożyczyłem od Lusi dwie klamerki. Spójrz, jakie kolorowe.
– Lusia wie o tej pożyczce?
– Nie musi, oddam zanim się zorientuje.
– Do czego były przypięte?
– Ostatnio do twojej dupy.
Zlekceważyłam prostacki język i żarty Anonimowego Kobieciarza, podchodząc do okna z widokiem na podwórze. Szukałam wzrokiem majtek Antosia. Rozpościerały się między dwoma słupkami bramki, czyli na trzepaku. Miały wyrysowaną tarczę z naniesioną punktacją. Dzieciarnia ćwiczyła strzały z karnego, próbując trafić z jedenastki w dziesiątkę.
– Lusia ma okno na podwórze? – spytałam.
– Chyba nie.
– To idź do niej, oddaj klamerki i zawiadom, że gacie Antosia długo nie wytrzymają.
– Antek o wszystkim wie.
– Jak to?
– Prosił tylko dzieciarnię, by dziesiątka była z przodu, bo gdyby było na odwrót, to mógłby znaleźć się na celowniku jakiegoś pederasty.
Wydawało mi się, że mężczyźni nie są już w stanie mnie niczym zadziwić. Ale tarczą na własnym ptaku? Nie, przeciw takim bezeceństwom to ja zawsze będę protestować.
– Niech tobie nigdy nie przyjdzie do głowy taki pomysł! – zażądałam, po czym wyrwałam Władkowi klamerkę, zaciskając ja na jego nosie.
Antoś lat 58 z klatki obok ma tak szeroki tyłek, że jego suszące się na powietrzu gacie są obiektem niewyszukanych żartów ze strony podwórkowej dziatwy. Wielka biała flaga działa na nich pobudzająco, zachęcając do zmiany stanu rzeczy. Lusia lat 53, czyli żona Antka, nieraz ściągała ze sznura wielką jak trybuna stadionu miejskiego flagę polską, innym razem japońską, jeszcze kiedy indziej płaszcz krzyżacki. Sam Antek nie ma nic przeciwko tym psikusom, deklarując, że jego tyłek zniesie wszystko. „Adela”, powiedział mi kiedyś, „gdy ja mam z tyłu kraj kwitnącej wiśni, to Lusia nie ma prawa się skarżyć, że leci mi z ryja”.
No cóż, Antek nie jest intelektualistą.
Jak zwykle wpadł do mnie na drugie śniadanie Władek lat , że ho ho. Otworzyłam mu drzwi i wróciłam do kuchni, krzątając się przy kuchence. Wtedy poczułam ostre uszczypnięcie na swoim prawym pośladku.
– Auu! Co robisz, stary i okrutny pierniku?
– Pożyczyłem od Lusi dwie klamerki. Spójrz, jakie kolorowe.
– Lusia wie o tej pożyczce?
– Nie musi, oddam zanim się zorientuje.
– Do czego były przypięte?
– Ostatnio do twojej dupy.
Zlekceważyłam prostacki język i żarty Anonimowego Kobieciarza, podchodząc do okna z widokiem na podwórze. Szukałam wzrokiem majtek Antosia. Rozpościerały się między dwoma słupkami bramki, czyli na trzepaku. Miały wyrysowaną tarczę z naniesioną punktacją. Dzieciarnia ćwiczyła strzały z karnego, próbując trafić z jedenastki w dziesiątkę.
– Lusia ma okno na podwórze? – spytałam.
– Chyba nie.
– To idź do niej, oddaj klamerki i zawiadom, że gacie Antosia długo nie wytrzymają.
– Antek o wszystkim wie.
– Jak to?
– Prosił tylko dzieciarnię, by dziesiątka była z przodu, bo gdyby było na odwrót, to mógłby znaleźć się na celowniku jakiegoś pederasty.
Wydawało mi się, że mężczyźni nie są już w stanie mnie niczym zadziwić. Ale tarczą na własnym ptaku? Nie, przeciw takim bezeceństwom to ja zawsze będę protestować.
– Niech tobie nigdy nie przyjdzie do głowy taki pomysł! – zażądałam, po czym wyrwałam Władkowi klamerkę, zaciskając ja na jego nosie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)