– Zrozumiałam, że ktoś wypełnia moje sny – wyznałam dziewczętom. – Chyłkiem wchodzi pod powieki i oszałamia mocnym zapachem swego grzechu lub świętości. Najgorsze, że nie wiem, czy to duchowe przestępstwo, czy może sacrum, bo raz tę osobę profanuję, oj, jak ja ją pięknie profanuję, a innym razem stawiam na ołtarze, oj, jak ślicznie ten ktoś wygląda na ołtarzu.
– Kiedy byłaś ostatni raz u spowiedzi świętej? – spytała Gertruda lat 77.
– Nie zawracaj sobie głowy spowiedzią – doradziła Kunia lat 90. – No chyba, że chcesz by sen nigdy w jawę się nie zmienił.
– Jak możesz, bezbożnico? – oburzyła się Trudzia.
– Mogę. To nie jest kres moich możliwości.
– Osoba pod powiekami nie może cię dotknąć – zauważyła Malwina lat 92.
– Ale ja chcę być dotykana. Sama też chcę dotykać.
– Adela, nie odpowiedziałaś, kiedy ostatni raz wyjawiłaś swoje grzechy.
– Trudzia, ależ ja to robię codziennie. Tu i teraz też. Z grzechów spowiadam się w ogonku, bo nie lubię na klęczkach.
– Ty też jesteś bezbożnicą!
– Jak wygląda ten ktoś pod twoimi powiekami? – zainteresowała się Pela lat 83.
– Żywe oblicze, dobra pamięć, tęgi rozum.
– Po łacinie to będzie: vultu vivat, memoria tenar, intellectu capax – przetłumaczyła Dziunia lat 59.
– Mój język nie jest martwy.
– Co ten ktoś jeszcze robi? – dociekała Pela.
– Wchodzi do uszu i wije gniazdo jak jaskółeczka. Nic i nikt nie pomaga, nawet doktor Papierowski.
– Papieroski? Od kiedy palisz? – zdziwiła się Lwinka.
– A ja z chęcią zakurzę – oznajmiła Kunia, sięgając do torebki po paczkę ćmików. – Ma ktoś ognia?
– Ten ktoś spod powiek ma dużo ognia. Znaczy daje popalić, choć z pozoru jest spokojny jak nurt Warty czy innej Odry w bezchmurny letni dzień. Lecz jeśli coś go burzy, no to jak podczas burzy, rzeka wychodzi z brzegów. Najgorzej dostać się w wir namiętności, bo potrafi zadrapać nawet duszę. Ale ja to przyjmuję z radością, bo lubię ludzi żywych.
– Kiedy mnie dopadła martwica, to się rozwiodłam – przypomniała sobie Lwinka.
– A może ja ci wydłubię tego kogoś? – zaproponowała Kunia. – Adela, otwórz szeroko oczy. Raz, dwa i będzie po sprawie.
– Wybacz, Kunia, ale takie sprawy załatwia się osobiście.
I tak zakończyłam rozmowę. Akurat w momencie kiedy nadjechał furgon z piekarni. Bo zapomniałam wspomnieć, że rozmawiałyśmy, stojąc w kolejce przed sklepem na dole w oczekiwaniu na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Teraz miałyśmy szansę go nabyć.
poniedziałek, 5 czerwca 2017
niedziela, 4 czerwca 2017
Dzień święty w dodatku zielony
Zielone Świątki przywitały nas niezłą pogodą, która jednak w trakcie dnia nieźle się pochrzaniła. Ale niezbyt tym się przejmowałyśmy o godzinie 10, bo niby kto może przewidzieć, jak aura zacznie się zmieniać. Było święto, zachmurzone niebo i czasem zjawiały się strugi deszczu, więc przestałam w tych warunkach grać Marlona Brando czy innego Johna Wayna i uderzyłam w prawdziwe nuty.
– Życie to służba – stwierdziłam. – Jedynym problemem jest znaleźć swego pana. Bo to nie pan znajduje niewolnika, ale ty sama oddajesz się w niewolę. Nie oczekujesz na pańskie widzimisię, ale go sama kształtujesz. Mówisz mu to i tamto, a on musi się zastosować. Oczywiście potrzebna jest pewnego rodzaju równowaga, bo jak obetniesz prącie ukochanemu, to z niego zostanie tylko szmata.
Siedziałyśmy na ławeczce przed kościołem na poznańskiej Wildzie pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i marzyłyśmy o piękniejszych objawach nadchodzącego lata.
– Adela, a co powiesz o flircie? – spytała Kunia lat 90.
– To jest element, o którym, szybko się zapomina. Uważam, że on nigdy nie powinien umrzeć. Jest czymś wyjątkowo spajającym i po prostu uroczym.
– Myślisz, że ludzie powinni się kochać, a nie pierdolić? – spytała brutalnie Dziunia lat 59.
Obok naszej ławeczki właśnie przechodził Miłosz lat 79 i z gracją ukłonił się naszej ściśniętej na ławeczce gromadce.
– Dzień dobry paniusiom.
– Ale o co cho? – szepnęła do siebie Kunia, wkurzona na takie obcesowe traktowanie.
– Idzie o przekonanie – nie zrozumiałam wówczas kontekstu, więc odniosłam się do tego, co wcześniej. – Miłość to ogólnie zapierdal. Najpierw trzeba się starać, potem, należy się wywiązać, a na końcu trzeba ugasić obopólną złość, że niby coś poszło nie tak. To wymaga stalowych nerwów.
– Mam 92 lata – poinformowała nas Malwina – ale chyba bym na taki wysiłek już nie poszła. Zresztą chyba bym musiała skorzystać z in vitro, a proboszcz nie byłby chętny mnie pobłogosławić.
– Będę mu to sugerowała – odezwała się złośliwie Gertruda lat 77.
– Bo nie masz odpowiedniego obiektu – odpowiedziałam Lwince. – Jeżeli znajdzie się interesujący fagas, kto chciałby razem ze mną popychać wózek z lalkami, to zdecyduję się na wszystkie wyrzeczenia.
– Adela, ty byłabyś do tego zdolna? – zdziwiła się Pela lat 83.
– Jasne. Nawet marzę o tym.
I tak wyglądały nasze dzisiejsze rozmowy. A co z nich wyniknie? Wkrótce Was o tym poinformuję.
– Życie to służba – stwierdziłam. – Jedynym problemem jest znaleźć swego pana. Bo to nie pan znajduje niewolnika, ale ty sama oddajesz się w niewolę. Nie oczekujesz na pańskie widzimisię, ale go sama kształtujesz. Mówisz mu to i tamto, a on musi się zastosować. Oczywiście potrzebna jest pewnego rodzaju równowaga, bo jak obetniesz prącie ukochanemu, to z niego zostanie tylko szmata.
Siedziałyśmy na ławeczce przed kościołem na poznańskiej Wildzie pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego i marzyłyśmy o piękniejszych objawach nadchodzącego lata.
– Adela, a co powiesz o flircie? – spytała Kunia lat 90.
– To jest element, o którym, szybko się zapomina. Uważam, że on nigdy nie powinien umrzeć. Jest czymś wyjątkowo spajającym i po prostu uroczym.
– Myślisz, że ludzie powinni się kochać, a nie pierdolić? – spytała brutalnie Dziunia lat 59.
Obok naszej ławeczki właśnie przechodził Miłosz lat 79 i z gracją ukłonił się naszej ściśniętej na ławeczce gromadce.
– Dzień dobry paniusiom.
– Ale o co cho? – szepnęła do siebie Kunia, wkurzona na takie obcesowe traktowanie.
– Idzie o przekonanie – nie zrozumiałam wówczas kontekstu, więc odniosłam się do tego, co wcześniej. – Miłość to ogólnie zapierdal. Najpierw trzeba się starać, potem, należy się wywiązać, a na końcu trzeba ugasić obopólną złość, że niby coś poszło nie tak. To wymaga stalowych nerwów.
– Mam 92 lata – poinformowała nas Malwina – ale chyba bym na taki wysiłek już nie poszła. Zresztą chyba bym musiała skorzystać z in vitro, a proboszcz nie byłby chętny mnie pobłogosławić.
– Będę mu to sugerowała – odezwała się złośliwie Gertruda lat 77.
– Bo nie masz odpowiedniego obiektu – odpowiedziałam Lwince. – Jeżeli znajdzie się interesujący fagas, kto chciałby razem ze mną popychać wózek z lalkami, to zdecyduję się na wszystkie wyrzeczenia.
– Adela, ty byłabyś do tego zdolna? – zdziwiła się Pela lat 83.
– Jasne. Nawet marzę o tym.
I tak wyglądały nasze dzisiejsze rozmowy. A co z nich wyniknie? Wkrótce Was o tym poinformuję.
sobota, 3 czerwca 2017
Echo
Zdzicha lat mniej niż średnia statystyczna na poznańskiej Wildzie miała okazję kilka razy ustawić się w naszym ogonku. Szybko jednak stwierdziła, że jako pilot wycieczek woli rezydować bliżej nadmorskiego piasku, więc się ulotniła. Powiało, rozpoczęła się krótka, lecz intensywna burza piaskowa, a my przez moment poczułyśmy, że same jesteśmy tumanem. W sumie to przekonanie tli się w nas do dziś. Zdzicha natomiast uznała, że z megafonem w ręku jest jej lepiej niż z płóciennymi siatkami, do których pakowałyśmy świeże pieczywo z nocnego wypieku. I nawołuje z daleka, ale już się nie ustawia. W ogonku się nie ustawia. Może w życiu się ustawia, ale z daleka od nas. To było niedopuszczalne.
– Zdzicha zamilkła – poinformowałam dziewczęta z kolejki przed sklepem na dole. – Najpierw się rozpisywała, jak będzie na wycieczce, co pokaże, kiedy mamy do niej dołączyć, potem radziła, jakie obuwie powinnyśmy wziąć ze sobą, polecała częstotliwość kąpieli w morzu, doradzała jaki filtr ma mieć nasz krem na opalanie, po czym zamilkła. Bardzo mnie to niepokoi.
– Echo? – upewniała się Kunia lat 90.
– Echo.
– Może siadła jej bateria? – rozmyślała Malwina lat 92. – Gdy się przejem, to też mi wszystko siada i muszę usiąść albo nawet położyć się. Po dwóch godzinach wracam do życia. Zdzicha mogła natrafić na coś bardziej niestrawnego.
– W sumie nie wiem, czy chcę się za nią pomodlić – zastanawiała się Gertruda lat 77. – Jeśli nie da znaku życia, to wy zostaniecie w fyrtlu. Na tym bardziej mi zależy niż na odzyskaniu kontaktu ze Zdzichą.
– A co na to Pan Bóg? – wbiła szpilę Kunia. – Echo?
– Echo.
– Nie jesteśmy pępkiem świata – zauważyła Pela lat 83. – Zdzicha się odezwie, kiedy uzna za słuszne. Nie możemy swoją niecierpliwością ją zniechęcać.
– A jeśli nadwyrężyła ten palec od przesuwania ikon na smartfonie? – wysunęła hipotezę Dziunia lat 59. – Zdzicha należy do mojego pokolenia, więc lubi trzymać paluszki na rozgrzanej klawiaturze.
– Niedobrze – uznałam – to by mogło spowodować, że dłużej nie będziemy mieli z nią kontaktu.
– Echo – potaknęła Kunia.
– Przecież warto byłoby jeszcze pewne rzeczy doustalić. Na przykład, czy opłaca się zrobić pedicure? Nie chcę stracić kasy na lakier, który szybko zetrze się na nadmorskim piachu. A tu echo. Co robić?
Z tym pytaniem zostałyśmy, bo w tym momencie nadjechał furgon z piekarni i kierowca zaczął wyładowywać towar, który już za chwilę miałyśmy nabyć.
PS. Zdzicha jednak żyje. Przysłała SMS-a. Uff!
– Zdzicha zamilkła – poinformowałam dziewczęta z kolejki przed sklepem na dole. – Najpierw się rozpisywała, jak będzie na wycieczce, co pokaże, kiedy mamy do niej dołączyć, potem radziła, jakie obuwie powinnyśmy wziąć ze sobą, polecała częstotliwość kąpieli w morzu, doradzała jaki filtr ma mieć nasz krem na opalanie, po czym zamilkła. Bardzo mnie to niepokoi.
– Echo? – upewniała się Kunia lat 90.
– Echo.
– Może siadła jej bateria? – rozmyślała Malwina lat 92. – Gdy się przejem, to też mi wszystko siada i muszę usiąść albo nawet położyć się. Po dwóch godzinach wracam do życia. Zdzicha mogła natrafić na coś bardziej niestrawnego.
– W sumie nie wiem, czy chcę się za nią pomodlić – zastanawiała się Gertruda lat 77. – Jeśli nie da znaku życia, to wy zostaniecie w fyrtlu. Na tym bardziej mi zależy niż na odzyskaniu kontaktu ze Zdzichą.
– A co na to Pan Bóg? – wbiła szpilę Kunia. – Echo?
– Echo.
– Nie jesteśmy pępkiem świata – zauważyła Pela lat 83. – Zdzicha się odezwie, kiedy uzna za słuszne. Nie możemy swoją niecierpliwością ją zniechęcać.
– A jeśli nadwyrężyła ten palec od przesuwania ikon na smartfonie? – wysunęła hipotezę Dziunia lat 59. – Zdzicha należy do mojego pokolenia, więc lubi trzymać paluszki na rozgrzanej klawiaturze.
– Niedobrze – uznałam – to by mogło spowodować, że dłużej nie będziemy mieli z nią kontaktu.
– Echo – potaknęła Kunia.
– Przecież warto byłoby jeszcze pewne rzeczy doustalić. Na przykład, czy opłaca się zrobić pedicure? Nie chcę stracić kasy na lakier, który szybko zetrze się na nadmorskim piachu. A tu echo. Co robić?
Z tym pytaniem zostałyśmy, bo w tym momencie nadjechał furgon z piekarni i kierowca zaczął wyładowywać towar, który już za chwilę miałyśmy nabyć.
PS. Zdzicha jednak żyje. Przysłała SMS-a. Uff!
piątek, 2 czerwca 2017
Symetryczność
– Oglądam Rollanda Garrosa – pochwaliła się Dziunia lat 59.
– To jakiś nowy amant kina? – spytałam z głupia frant.
– Nie, turniej tenisowy w Paryżu.
– Nuda – ziewnęła Malwina lat 92.
– Oglądam Rollanda Garrosa i patrzę na te tenisistki, tenisistów, na te Kerberki, Radwańskie, Woźniackie, na tych Nadalów, Ferrerów, Bajerów – ciągnęła Dziunia – i dziwię się, że są tacy niesymetryczni. Jedno łapsko jak od małpy, goryla bądź orangutanki, drugie od manekina stojącego w bibliotece publicznej, który zachęca do przerzucania stron w opasłych księgach.
– Jezu Chryste, co za porównanie! – oburzyła się Gertruda lat 77. – Byłam w różnych bibliotekach i w żadnej nie zauważyłam manekina.
– A pan w szatni?
Jak zwykle stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, przekrzykując do siebie. W uszy wdzierał nam się hałas z kilku kosiarek, które uruchomili pracownicy zieleni miejskiej w parku przed pobliskim kościołem.
– Ty, Trudzia, też masz większą prawą łapę – wytknęła Kunia lat 90. – Ile razy na dzień się żegnasz?
– Nie twoja sprawa, czarci pomiocie!
– Moment, proszę tylko bez inwektyw – poprosiłam. – Musisz, Trudzia, reagować symetrycznie.
– Coś w tej symetryczności jest – odezwała się Lwinka. – Pojechałam kiedyś na randkę w ciemno do stolicy województwa zachodniopomorskiego. Na peronie trzymałam znak rozpoznawczy, czyli kartkę z wykaligrafowanym napisem POZNAŃ. Chłopiec, lat wówczas 68, podszedł do mnie z napisem NAŃ POZ. Odczytałam to jako wulgarną sugestię, że on chce na jeźdźca. Momentalnie wsiadłam w powrotny pociąg, kupując bilet u konduktora. Dużo przepłaciłam za tę symetryczność.
– Weźmy świeże pieczywo z nocnego wypieku – do rozmowy dołączyła się Pela lat 83. – Najlepiej mi smakuje, gdy nałożę na bułkę coś starego, na przykład ser długo dojrzewający.
– To jest nadal symetryczność czy już asymetryczność? – dociekała Dziunia.
– Nadal? Co ty masz z tym Rolland Garrosem? – zdziwiła się Lwinka.
– Symetryczność wyklucza uniwersalność – zauważyłam. – Nie znajdziesz jednych butów do każdej kiecki, bo z jedną trzewiki będą tworzyły symetryczną kreację, a z inną nie.
– A jak na pogląd symetryczności patrzeć od strony etycznej? – spytała Trudzia.
– To już najlepiej wiesz, gdy leżysz krzyżem w głównej nawie – docięła Kunia.
– Co za diabelskie nasienie!
I rozpoczęła się szamotanina, która odarła nasz ogonek z symetrycznego wyglądu. A szkoda, bo chciałam pogadać o symetrii w miłości, ale w takich warunkach już nie dało się kontynuować rozmowy.
– To jakiś nowy amant kina? – spytałam z głupia frant.
– Nie, turniej tenisowy w Paryżu.
– Nuda – ziewnęła Malwina lat 92.
– Oglądam Rollanda Garrosa i patrzę na te tenisistki, tenisistów, na te Kerberki, Radwańskie, Woźniackie, na tych Nadalów, Ferrerów, Bajerów – ciągnęła Dziunia – i dziwię się, że są tacy niesymetryczni. Jedno łapsko jak od małpy, goryla bądź orangutanki, drugie od manekina stojącego w bibliotece publicznej, który zachęca do przerzucania stron w opasłych księgach.
– Jezu Chryste, co za porównanie! – oburzyła się Gertruda lat 77. – Byłam w różnych bibliotekach i w żadnej nie zauważyłam manekina.
– A pan w szatni?
Jak zwykle stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, przekrzykując do siebie. W uszy wdzierał nam się hałas z kilku kosiarek, które uruchomili pracownicy zieleni miejskiej w parku przed pobliskim kościołem.
– Ty, Trudzia, też masz większą prawą łapę – wytknęła Kunia lat 90. – Ile razy na dzień się żegnasz?
– Nie twoja sprawa, czarci pomiocie!
– Moment, proszę tylko bez inwektyw – poprosiłam. – Musisz, Trudzia, reagować symetrycznie.
– Coś w tej symetryczności jest – odezwała się Lwinka. – Pojechałam kiedyś na randkę w ciemno do stolicy województwa zachodniopomorskiego. Na peronie trzymałam znak rozpoznawczy, czyli kartkę z wykaligrafowanym napisem POZNAŃ. Chłopiec, lat wówczas 68, podszedł do mnie z napisem NAŃ POZ. Odczytałam to jako wulgarną sugestię, że on chce na jeźdźca. Momentalnie wsiadłam w powrotny pociąg, kupując bilet u konduktora. Dużo przepłaciłam za tę symetryczność.
– Weźmy świeże pieczywo z nocnego wypieku – do rozmowy dołączyła się Pela lat 83. – Najlepiej mi smakuje, gdy nałożę na bułkę coś starego, na przykład ser długo dojrzewający.
– To jest nadal symetryczność czy już asymetryczność? – dociekała Dziunia.
– Nadal? Co ty masz z tym Rolland Garrosem? – zdziwiła się Lwinka.
– Symetryczność wyklucza uniwersalność – zauważyłam. – Nie znajdziesz jednych butów do każdej kiecki, bo z jedną trzewiki będą tworzyły symetryczną kreację, a z inną nie.
– A jak na pogląd symetryczności patrzeć od strony etycznej? – spytała Trudzia.
– To już najlepiej wiesz, gdy leżysz krzyżem w głównej nawie – docięła Kunia.
– Co za diabelskie nasienie!
I rozpoczęła się szamotanina, która odarła nasz ogonek z symetrycznego wyglądu. A szkoda, bo chciałam pogadać o symetrii w miłości, ale w takich warunkach już nie dało się kontynuować rozmowy.
czwartek, 1 czerwca 2017
Wszystko przez dziecko
– We mnie jest dziecko – wyznałam.
– Gratuluję – odpowiedziała Kunia lat 90. – W którym jesteś miesiącu?
– W jakim miesiącu?
– W którym jesteś miesiącu ciąży?
– Kto jest tatusiem? – dopytywała się Malwina lat 92.
– Boska nowina – ucieszyła się Gertruda lat 77.
– Co się wam stało? Skąd u was ta kotara zaciemnienia?
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Ale o co cho? – Pela lat 83 skróciła swoją wypowiedź o jedną sylabę.
– O ufność.
– Ufność?
– Dziecko jest ufne, dlatego zagląda we wszystkie kąty, bo niczego się nie boi.
– Ale o co cho?
– O to, że moje dziecko, które jest we mnie, nie daje świętego spokoju. Przysparzam przez to problemów.
– Komu?
– Wszystkim. Pracodawcom, partnerom, sąsiadom.
– To wszystko przez dziecko?
– Ba!
I tak rozpoczął się dzień 1 czerwca bieżącego roku.
– Gratuluję – odpowiedziała Kunia lat 90. – W którym jesteś miesiącu?
– W jakim miesiącu?
– W którym jesteś miesiącu ciąży?
– Kto jest tatusiem? – dopytywała się Malwina lat 92.
– Boska nowina – ucieszyła się Gertruda lat 77.
– Co się wam stało? Skąd u was ta kotara zaciemnienia?
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Ale o co cho? – Pela lat 83 skróciła swoją wypowiedź o jedną sylabę.
– O ufność.
– Ufność?
– Dziecko jest ufne, dlatego zagląda we wszystkie kąty, bo niczego się nie boi.
– Ale o co cho?
– O to, że moje dziecko, które jest we mnie, nie daje świętego spokoju. Przysparzam przez to problemów.
– Komu?
– Wszystkim. Pracodawcom, partnerom, sąsiadom.
– To wszystko przez dziecko?
– Ba!
I tak rozpoczął się dzień 1 czerwca bieżącego roku.
środa, 31 maja 2017
Zagrzebane w pościeli
– Chciałabym być pogrzebana w pościeli – wyraziła dość niecodzienną chęć Gertruda lat 77. – Znaczy w trumnie też, ale wyściełanej miękkim materacem z prześcieradłem, a ja sama byłabym pod kołdrą zasuniętą aż po szyję.
– Ja najchętniej ległabym na jaśku – wydyszała Kunia lat 90.
– Mówisz o chłopcu z czwartej klatki czy o eschatologii? – próbowałam uściślić.
Kunia jednak mnie nie usłyszała, bo akurat wysunęła głowę spod kołdry. Zorganizowałyśmy bowiem w mieszkaniu Malwiny lat 92 piżama party i teraz doszłyśmy do jej kulminacyjnego punktu, czyli Rozmów pod Osłoną Koców. Lwinka nie miała koców, więc wlazłyśmy pod grubą pierzynę, ale że było duszno, to co rusz któraś z nas wysuwała na moment głowę, by zaczerpnąć powietrza.
– Lubię zażywać ruchu. Klikanie w klawiaturę komputera, dłubanie w nosie i kąpiele, kąpiele, kąpiele – zarzekłam się.
– To dlatego tak mało pocisz się pod moim puchem – zauważyła Lwinka. – Jesteś po prostu wytrenowana.
– Tylko umyta.
– W bezruchu też jest siła – stwierdziła Trudzia. – Gdy leżę w głównej nawie krzyżem, to czuję wówczas taką moc, że byłabym w stanie leżeć jeszcze kolejne pięć minut.
– Czy coś straciłam? – Kunia wróciła na stanowisko.
– Mówimy o ruchu.
– Nie leżę jednak zbyt długo, bo od posadzki kościelnej bije takie zimno, że wolę wcześniej udać się do toalety niż zesikać się przed ołtarzem Pana.
– Kiedyś to dopiero się ruchałam! – oczy Kuni śmiały się do wspomnień. – Ale teraz już mi się nie chce. I to nie z powodu spadku libido.
– Mam podobnie. Jeżeli dzieje się to bez miłości, to są to tylko ćwiczenia gimnastyczne zakończone głaskiem – uznałam. – Przyjemnym wprawdzie, ale chwilowym. A potem pojawiają się kłopoty, bo o czym niby rozmawiać z Józkiem czy innym Zygmuntem? Ciotki w różnym wieku dojrzewają, a ja właśnie dorosłam do miłości. I wiem, że dopiero za nią pojawi się seks.
– Chyba tracę oddech. Przepraszam na chwilę – to Lwinka tym razem opuściła nasz mikroklimat podpierzynowy.
– Ja wybrałam miłość do Boga – Trudzia wyznała osobisty akt wiary. – Choć przyznaję, że seks z Nim mógłby być boski.
– Trudzia, chyba ty też musisz się przewietrzyć.
Poszłam w jej ślady i również zaczerpnęłam powietrza. Tylko Kunia wiła się pod pierzyną, czekając nie wiadomo na co lub nie wiadomo na kogo.
– Ja najchętniej ległabym na jaśku – wydyszała Kunia lat 90.
– Mówisz o chłopcu z czwartej klatki czy o eschatologii? – próbowałam uściślić.
Kunia jednak mnie nie usłyszała, bo akurat wysunęła głowę spod kołdry. Zorganizowałyśmy bowiem w mieszkaniu Malwiny lat 92 piżama party i teraz doszłyśmy do jej kulminacyjnego punktu, czyli Rozmów pod Osłoną Koców. Lwinka nie miała koców, więc wlazłyśmy pod grubą pierzynę, ale że było duszno, to co rusz któraś z nas wysuwała na moment głowę, by zaczerpnąć powietrza.
– Lubię zażywać ruchu. Klikanie w klawiaturę komputera, dłubanie w nosie i kąpiele, kąpiele, kąpiele – zarzekłam się.
– To dlatego tak mało pocisz się pod moim puchem – zauważyła Lwinka. – Jesteś po prostu wytrenowana.
– Tylko umyta.
– W bezruchu też jest siła – stwierdziła Trudzia. – Gdy leżę w głównej nawie krzyżem, to czuję wówczas taką moc, że byłabym w stanie leżeć jeszcze kolejne pięć minut.
– Czy coś straciłam? – Kunia wróciła na stanowisko.
– Mówimy o ruchu.
– Nie leżę jednak zbyt długo, bo od posadzki kościelnej bije takie zimno, że wolę wcześniej udać się do toalety niż zesikać się przed ołtarzem Pana.
– Kiedyś to dopiero się ruchałam! – oczy Kuni śmiały się do wspomnień. – Ale teraz już mi się nie chce. I to nie z powodu spadku libido.
– Mam podobnie. Jeżeli dzieje się to bez miłości, to są to tylko ćwiczenia gimnastyczne zakończone głaskiem – uznałam. – Przyjemnym wprawdzie, ale chwilowym. A potem pojawiają się kłopoty, bo o czym niby rozmawiać z Józkiem czy innym Zygmuntem? Ciotki w różnym wieku dojrzewają, a ja właśnie dorosłam do miłości. I wiem, że dopiero za nią pojawi się seks.
– Chyba tracę oddech. Przepraszam na chwilę – to Lwinka tym razem opuściła nasz mikroklimat podpierzynowy.
– Ja wybrałam miłość do Boga – Trudzia wyznała osobisty akt wiary. – Choć przyznaję, że seks z Nim mógłby być boski.
– Trudzia, chyba ty też musisz się przewietrzyć.
Poszłam w jej ślady i również zaczerpnęłam powietrza. Tylko Kunia wiła się pod pierzyną, czekając nie wiadomo na co lub nie wiadomo na kogo.
wtorek, 30 maja 2017
Zmartwienia nie istnieją
– Samobójca mierzy się ze swym osobistym planem ostatecznym i ów scenariusz na przyszłość szalenie go stresuje – zauważyła Kunia lat 90. – Wpada w depresję, w stany chorobowe, czasem dostaje wysypki nerwowej, bo nie wie, czy utopić się, czy rzucić się pod pociąg. Samobójca szczęśliwy jest dopiero jak wyjdzie na parapet okna na 16 piętrze wieżowca i zrobi krok naprzód. Spada, ale cieszy się, że jest w trakcie spełniania marzenia. W tamtym momencie jest naprawdę szczęśliwy.
– Furgon z piekarni się spóźni – poinformowała Pela lat 83, która wyszła ze sklepu. – Złapał gumę w Luboniu.
Luboń leżał na trasie dostawczaka, który dowoził do naszego sklepu świeże pieczywo z nocnego wypieku. Kierowca miał zatem jakieś 10 kilometrów do naszego sklepu oraz wymianę koła. Zapowiadało się, że dziś w ogonku postoimy dłużej niż zwykle.
– Najbardziej drażni mnie jak ludzie spacerują i jedzą. Idzie taki jeden z drugim po chodniku i obżera się hot dogiem czy innym hamburgerem – obwiniała Malwina lat 92. – Nie wiedzą, czy cieszyć się smakiem, równym brukiem, czy słońcem, które wysyła na delegację swoje promienie.
– Jezu, jak ja lubię gotować pomidorową – pochwaliła się Gertruda lat 77. – Mieszam w garze, wdycham aromat, a potem szykuję wazę, chochlę i talerz. Prawdziwa radość tamtej chwili polega na tym, że nie myślę o jedzeniu. Tylko o pichceniu. Nic mnie nie rozprasza.
– Hola, hola – wtrąciłam się. – Bez planów chyba nie można się obejść. Ani bez doświadczeń z przeszłości.
– Kiedy za dużo planujesz lub rozpamiętujesz, wtedy zapominasz o rzeczywistości – nie zgodziła się Kunia. – Umyka ci ona. Krok naprzód możesz wykonać tylko tu i teraz. Za chwilę będzie to już decyzja wsteczna. Samobójca się uratuje i pozostanie do końca życia nieszczęśliwy.
– Oczywiście wiem, jakich składników użyłam przy gotowaniu, ale przymykam oczy, biorę na język zupę i rozpływam się nad smakiem – Trudzia aż oblizała się na myśl o pomidorowej.
– Ha! Czyli jednak kierujesz się wspomnieniami – wytknęłam.
– Nie, opisuję tylko to, co przeżywam w trakcie gotowania. Bo jak skupisz się na tym, co wykonujesz, smakujesz, przeżywasz, to znikają zmartwienia.
– A jak się mają do tego plany? – spytałam.
– Zrealizuj je dziś.
Normalnie bym zaklęła w reakcji na ten farmazon, dodając jednocześnie, że to jest nierealne, ale wtedy nieźle bym się zmartwiła. Ja już nie chcę się martwić.
– Furgon z piekarni się spóźni – poinformowała Pela lat 83, która wyszła ze sklepu. – Złapał gumę w Luboniu.
Luboń leżał na trasie dostawczaka, który dowoził do naszego sklepu świeże pieczywo z nocnego wypieku. Kierowca miał zatem jakieś 10 kilometrów do naszego sklepu oraz wymianę koła. Zapowiadało się, że dziś w ogonku postoimy dłużej niż zwykle.
– Najbardziej drażni mnie jak ludzie spacerują i jedzą. Idzie taki jeden z drugim po chodniku i obżera się hot dogiem czy innym hamburgerem – obwiniała Malwina lat 92. – Nie wiedzą, czy cieszyć się smakiem, równym brukiem, czy słońcem, które wysyła na delegację swoje promienie.
– Jezu, jak ja lubię gotować pomidorową – pochwaliła się Gertruda lat 77. – Mieszam w garze, wdycham aromat, a potem szykuję wazę, chochlę i talerz. Prawdziwa radość tamtej chwili polega na tym, że nie myślę o jedzeniu. Tylko o pichceniu. Nic mnie nie rozprasza.
– Hola, hola – wtrąciłam się. – Bez planów chyba nie można się obejść. Ani bez doświadczeń z przeszłości.
– Kiedy za dużo planujesz lub rozpamiętujesz, wtedy zapominasz o rzeczywistości – nie zgodziła się Kunia. – Umyka ci ona. Krok naprzód możesz wykonać tylko tu i teraz. Za chwilę będzie to już decyzja wsteczna. Samobójca się uratuje i pozostanie do końca życia nieszczęśliwy.
– Oczywiście wiem, jakich składników użyłam przy gotowaniu, ale przymykam oczy, biorę na język zupę i rozpływam się nad smakiem – Trudzia aż oblizała się na myśl o pomidorowej.
– Ha! Czyli jednak kierujesz się wspomnieniami – wytknęłam.
– Nie, opisuję tylko to, co przeżywam w trakcie gotowania. Bo jak skupisz się na tym, co wykonujesz, smakujesz, przeżywasz, to znikają zmartwienia.
– A jak się mają do tego plany? – spytałam.
– Zrealizuj je dziś.
Normalnie bym zaklęła w reakcji na ten farmazon, dodając jednocześnie, że to jest nierealne, ale wtedy nieźle bym się zmartwiła. Ja już nie chcę się martwić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)