Zaczęło się brutalnie. Przepędziłyśmy z procesji wszystkie dziewczynki, które miały sypać kwiatki, po czym zajęłyśmy ich miejsca. Ubrane byłyśmy na biało. Bluzki, kiecki, rajstopy, gatki i kości – wszystko to miało odcień szpitalnej bieli. Kunia lat 90 miała na głowie nawet czepek, że niby była pielęgniarką Pana Boga. Reszta z nas zadowalała się siwizną.
– Dziunia – pouczałam Dziunię lat 59. – Musisz robić to jak siewcy. Zamach prawą ręką i rzut płatków o asfalt.
– Tej – zwróciła się do mnie Malwina lat 92 – spójrz co robi Benia.
– Benia to zodiakalny rak – wyjaśniałam. – Zrobi krok naprzód, a potem dwa do tyłu. Trochę poszczypie, ciut się poszamoce, delikatnie się obruszy, ale do serca ją przyłóż, bo to zuch dziewczyna.
– Cholera, przez nią ta procesja trwać będzie wieczność – narzekała Pela lat 83. – A ja akurat czytam biografię Rodowicz i zastanawiam się, czy uwiodła Mleczkę, czy też nie.
– Bój się Boga – żachnęła się Gertruda lat 77. – Syp kwiatki, a nie swoją moralność na bruk. Nie bądź fortepianem Chopina!
– Ludzie zwykle chcą, by sypnąć groszem – odezwała się Kunia. – Nawet nie macie pojęcia, jaka byłaby frekwencja, gdybyśmy rzucały jednodolarówkami, a nie tymi umarłymi okazami natury.
– Uwaga! – ostrzegła Lwinka. – Stacja!
Przestałyśmy sypać, a ksiądz zaczął coś bajdurzyć. Mało go słuchałyśmy, obserwując bardziej gołębie, które krążyły nad nami i srały nawet na monstrancję, która na szczęście chroniona była baldachimem.
W końcu znowu ruszyłyśmy w stronę kolejnej stacji.
– Mam szeroki gest – oznajmiła Pela lat 83. – Wy macie jeszcze co najmniej do połowy wypełnione koszyki, a mi zostało zaledwie kilka płatków.
– Tak samo zachowują się kurwy – orzekła Lwinka. – Są szczodre dla klientów, ale nie potrafią przenieść roboty do domu.
– Nie można przenosić roboty do domu – stwierdziłam. – Chciałybyście sypać kwiatki przed swoim starym?
– Jeżeli miałby boskie ciało… – wymknęło się Dziuni.
– Niezbyt się znam na procesjach, ale czy to jeszcze długo potrwa? – spytała Balbina lat 64.
– Niedługo – odparłam. – Czas eskapady na północ nieuchronnie zbliża się.
I rzeczywiście, przy kolejnych stacjach proboszcz już mniej bajdurzył, a gołębie pozostawały w tyle.
czwartek, 15 czerwca 2017
wtorek, 13 czerwca 2017
Hermiona
To była dla nas ogromna niespodzianka. W ogonku ustawiła się z nami Hermiona lat 87. Nie widziałyśmy się kawał czasu, bo dziewczyna przebywała od lat w Londynie. W ogóle była obieżyświatem, więc miałyśmy nadzieję, że Hermiona wniesie w nasze rutynowe oczekiwanie na przyjazd furgonu z piekarni aromat pieprzu i wanilii. W takiej sytuacji zapach świeżego pieczywa z nocnego wypieku tracił na swej atrakcyjności.
– Trochę mnie tu nie było – zagaiła Hermiona – ale Rowling nie chciała mnie puścić z Londynu.
– Ta od Harry Pottera? – zdziwiła się Dziunia lat 59, która jako najmłodsza z nas zaczytywała się powieściami dla dzieci i młodzieży.
– Ta – przytaknęła Ermi.
Ermi to był nasz autorski skrót od Hermiony. Brzmiał mniej germańsko, bardziej wildecko, do czego przykładałyśmy wagę. Albowiem wszystko powinno być dla nas bliższe niż jest, a jak stanie się bliskie, to można pomyśleć o całkowitym scaleniu.
– Nie czytałam jej książek – przyznała Ermi – choć Rowling mnie do tego zachęcała. Ale trudno czytać teksty o sobie. A ja byłam pierwowzorem pewnej postaci, ale zabijcie mnie, nie wiem, jakiej.
– Długo cię nie było… - westchnęła Kunia lat 90.
– Macie o to pretensje?
– Broń Boże – odpowiedziała Gertruda lat 77. – Tylko modliłyśmy się za ciebie.
– Tęskniłyśmy – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Z osobą, z którą odczuwamy więź jest tak, że jak wróci, to od razu zapomina się o rozłące. Jest tylko sama radość z kontaktu.
– A spotkałaś się z pierwowzorem Harry Pottera? – indagowała Dziunia.
– Adela ma rację – poparła mnie Malwina lat 92. – Bardziej troskałyśmy się, co z tobą jest, że nie dajesz znaku życia. Czy nie chorujesz, czy wpadłaś w łapska brutalnego amanta, wreszcie czy nie znudziłaś się nami. Rozumiesz, troska.
– Dziękuję.
– Co z tym Harrym Potterem? – niecierpliwiła się 59-latka.
– Pierwowzór był straszny. Miał brud za paznokciami, mlaskał i cuchnął jak stary kozioł. Ale Rowling zależało, by momentami na kartach jej książek pojawiała się groza.
– Czy przynajmniej zarobiłaś coś na tym pierwowzorowaniu? – dociekała wścibska Pela lat 83.
– Jasne. Stawiam dzisiaj pieczywo.
W sumie wolałybyśmy wanilię, bo świetnie odstrasza komary, meszki, a nawet kleszcze, ale to była i tak świetna wiadomość. Najbardziej jednak cieszyła nas obecność Ermi.
– Trochę mnie tu nie było – zagaiła Hermiona – ale Rowling nie chciała mnie puścić z Londynu.
– Ta od Harry Pottera? – zdziwiła się Dziunia lat 59, która jako najmłodsza z nas zaczytywała się powieściami dla dzieci i młodzieży.
– Ta – przytaknęła Ermi.
Ermi to był nasz autorski skrót od Hermiony. Brzmiał mniej germańsko, bardziej wildecko, do czego przykładałyśmy wagę. Albowiem wszystko powinno być dla nas bliższe niż jest, a jak stanie się bliskie, to można pomyśleć o całkowitym scaleniu.
– Nie czytałam jej książek – przyznała Ermi – choć Rowling mnie do tego zachęcała. Ale trudno czytać teksty o sobie. A ja byłam pierwowzorem pewnej postaci, ale zabijcie mnie, nie wiem, jakiej.
– Długo cię nie było… - westchnęła Kunia lat 90.
– Macie o to pretensje?
– Broń Boże – odpowiedziała Gertruda lat 77. – Tylko modliłyśmy się za ciebie.
– Tęskniłyśmy – powiedziałam zgodnie z prawdą. – Z osobą, z którą odczuwamy więź jest tak, że jak wróci, to od razu zapomina się o rozłące. Jest tylko sama radość z kontaktu.
– A spotkałaś się z pierwowzorem Harry Pottera? – indagowała Dziunia.
– Adela ma rację – poparła mnie Malwina lat 92. – Bardziej troskałyśmy się, co z tobą jest, że nie dajesz znaku życia. Czy nie chorujesz, czy wpadłaś w łapska brutalnego amanta, wreszcie czy nie znudziłaś się nami. Rozumiesz, troska.
– Dziękuję.
– Co z tym Harrym Potterem? – niecierpliwiła się 59-latka.
– Pierwowzór był straszny. Miał brud za paznokciami, mlaskał i cuchnął jak stary kozioł. Ale Rowling zależało, by momentami na kartach jej książek pojawiała się groza.
– Czy przynajmniej zarobiłaś coś na tym pierwowzorowaniu? – dociekała wścibska Pela lat 83.
– Jasne. Stawiam dzisiaj pieczywo.
W sumie wolałybyśmy wanilię, bo świetnie odstrasza komary, meszki, a nawet kleszcze, ale to była i tak świetna wiadomość. Najbardziej jednak cieszyła nas obecność Ermi.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Chłopskie społeczeństwo
– Nie przepadam za chłopami, wolę trefnisia – oznajmiła Kunia lat 90.
– Niby dlaczego? – spytałam.
– Chłop podatny jest na autorytarne pokusy, na to nie mogę pozwolić. Trefniś zaś będzie mnie wynosił na piedestał. Lubię patrzeć z góry na facetów.
– E tam, błazenada – wzruszyła ramionami Malwina lat 92, po czym otworzyła parasol.
Poszłyśmy za jej przykładem, bo dziś niby miało tylko siąpić, a tu zaczął padać rzęsisty deszcz. A że stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, nie wiedząc, kiedy dotrze furgon z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku, to nie chciałyśmy za 5 minut wyglądać jak zmoknięte kury.
– Chłopskie społeczeństwo nęci niskich despotów – uznała Pela lat 83. – Łatwiej im sprzedawać tani patriotyzm, bo głupie chłopy nie zdają sobie sprawy z ciemnych stron bohaterszczyzny.
– Społeczeństwo, błazeństwo – Lwinka była dziś na nie.
– A wiesz, Kunia, że niektórzy mężczyźni lubią patrzeć na kobietę z dołu? – odezwała się skupiona dotąd na szeptanej modlitwie Gertruda lat 77. – Słyszałam, że niektóre panie chodzą latem bez majtek. Ja do nich nie należę – dopowiedziała z dumą.
– Babskie społeczeństwo byłoby fajne, ale trzeba mieć dobre nazwisko, by nim kierować skutecznie – stwierdziłam.
– Jak to?
– Jeszcze w zeszłym miesiącu angielska premier była pyszałkowata, pewna siebie, nawet gburowata, ale przyszedł czerwiec i May już cienko przędzie.
– Jak się zatem powinna nazywać? Rock? – Kunia udała, że gra solówkę na gitarze elektrycznej.
– Nie tak wprost – oceniłam niechętnie propozycję Kuni. – Kobiety są bardziej wyrafinowane, dlatego też nasza oferta dla suwerena, jakim jest naród chłopski, musi zawierać elementy edukacyjne okraszone kulturalną manipulacją. W końcu jakieś igrzyska trzeba zapewnić chłopom unurzanym w tradycji.
– Czyli jakie nazwisko proponujesz?
– Wyrocznia. Jadwiga Wyrocznia byłoby dobre, bo nazwisko zawiera w sobie rok, do obywateli mówi przez pełne szacunku „Wy”, no i imieniem królowej nawiązuje do historii.
– Po co tyle zachodu o to, by zawłaszczyć chłopów, kiedy trefniś sam przyjdzie, by zapłacić swój życiowy podatek? – nie zgadzała się Kunia.
– Jeżeli mamy odciąć chłopa od pańszczyzny na rzecz tyranów, to imię musi być inne – odezwała się Pela. – A może Benia? Benia Wyrocznia?
– Tylko czy Benia Wyrocznia zaśpiewa bez fałszu przed całym społeczeństwem?
Dylemat pozostał nierozwiązany, gdyż nie znałyśmy osobiście żadnej wyroczni, choć śpiewającą idealnie Benię znaleźć byłoby prosto. Tylko czy Benia chciałaby rządzić? Jednym chłopem bez wątpienia, ale śmierdzielami, grubasami, i innej maści gzubami raczej nie.
– Niby dlaczego? – spytałam.
– Chłop podatny jest na autorytarne pokusy, na to nie mogę pozwolić. Trefniś zaś będzie mnie wynosił na piedestał. Lubię patrzeć z góry na facetów.
– E tam, błazenada – wzruszyła ramionami Malwina lat 92, po czym otworzyła parasol.
Poszłyśmy za jej przykładem, bo dziś niby miało tylko siąpić, a tu zaczął padać rzęsisty deszcz. A że stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, nie wiedząc, kiedy dotrze furgon z piekarni, który dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku, to nie chciałyśmy za 5 minut wyglądać jak zmoknięte kury.
– Chłopskie społeczeństwo nęci niskich despotów – uznała Pela lat 83. – Łatwiej im sprzedawać tani patriotyzm, bo głupie chłopy nie zdają sobie sprawy z ciemnych stron bohaterszczyzny.
– Społeczeństwo, błazeństwo – Lwinka była dziś na nie.
– A wiesz, Kunia, że niektórzy mężczyźni lubią patrzeć na kobietę z dołu? – odezwała się skupiona dotąd na szeptanej modlitwie Gertruda lat 77. – Słyszałam, że niektóre panie chodzą latem bez majtek. Ja do nich nie należę – dopowiedziała z dumą.
– Babskie społeczeństwo byłoby fajne, ale trzeba mieć dobre nazwisko, by nim kierować skutecznie – stwierdziłam.
– Jak to?
– Jeszcze w zeszłym miesiącu angielska premier była pyszałkowata, pewna siebie, nawet gburowata, ale przyszedł czerwiec i May już cienko przędzie.
– Jak się zatem powinna nazywać? Rock? – Kunia udała, że gra solówkę na gitarze elektrycznej.
– Nie tak wprost – oceniłam niechętnie propozycję Kuni. – Kobiety są bardziej wyrafinowane, dlatego też nasza oferta dla suwerena, jakim jest naród chłopski, musi zawierać elementy edukacyjne okraszone kulturalną manipulacją. W końcu jakieś igrzyska trzeba zapewnić chłopom unurzanym w tradycji.
– Czyli jakie nazwisko proponujesz?
– Wyrocznia. Jadwiga Wyrocznia byłoby dobre, bo nazwisko zawiera w sobie rok, do obywateli mówi przez pełne szacunku „Wy”, no i imieniem królowej nawiązuje do historii.
– Po co tyle zachodu o to, by zawłaszczyć chłopów, kiedy trefniś sam przyjdzie, by zapłacić swój życiowy podatek? – nie zgadzała się Kunia.
– Jeżeli mamy odciąć chłopa od pańszczyzny na rzecz tyranów, to imię musi być inne – odezwała się Pela. – A może Benia? Benia Wyrocznia?
– Tylko czy Benia Wyrocznia zaśpiewa bez fałszu przed całym społeczeństwem?
Dylemat pozostał nierozwiązany, gdyż nie znałyśmy osobiście żadnej wyroczni, choć śpiewającą idealnie Benię znaleźć byłoby prosto. Tylko czy Benia chciałaby rządzić? Jednym chłopem bez wątpienia, ale śmierdzielami, grubasami, i innej maści gzubami raczej nie.
niedziela, 11 czerwca 2017
Drgania
– Spierniczaj – szepnęłam, a mój głos odbił się od lewej nawy, potem od prawej aż zatonął w kropielnicy. – Dostaniesz wilka, kretynko.
Stropiona Gertruda lat 77 podniosła się z posadzki kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, spojrzała na mnie wilkiem, a potem godnym, choć zarazem nieco pysznym krokiem udała się do zakrystii, by poskarżyć się proboszczowi. Zniknęła z oczu nielicznych jeszcze wiernych, którzy w drewnianych ławach czekali na rozpoczęcie pierwszej mszy świętej w niedzielę. Miała się rozpocząć za jakieś 20 minut, więc było trochę czasu na konsultację z Bogiem.
Ledwo Trudzia się wyniosła sprzed ołtarza, to rozłożyłam karimatę i sama ległam krzyżem przed ołtarzem Pana. Miałam na sobie bluzę polarową, rękawiczki wełniane, bo od posadzki kościelnej biło zimno, na tyłek ubrałam spodnie dresowe, by nikt nie zaglądał mi pod kieckę. Dawno nie radziłam się Siły Wyższej, dlatego znalazłam się w tym miejscu. Dziś była niedziela, więc kościół był otwarty, ale musiałam brać pod uwagę, że jak zacznie się msza, to ksiądz będzie się wtrącać do mojej rozmowy z Absolutem.
Zaczęłam od prośby. Żeby pogoda podczas mojej podróży na północ była dobra. Przecież żadna z nas nie wiedziała – ani Kunia, ani Lwinka, ani Pela – na jaki biegun trafimy. Mnie najbardziej interesował ten magnetyczny. Niestety, Adresat milczał. To postanowiłam podejść Go z drugiej flanki.
Teraz przeszłam do wyrzutów. Co Ty mi robisz, że mam ciągle pod górkę?, wytknęłam. Kupuję świeże pieczywo z nocnego wypieku i muszę z nim zapieprzać aż na czwarte piętro! Czy nie masz sumienia? Co mnie tak doświadczasz? Chcesz żebym wyzionęła ducha czy z kimś wyjątkowo wiernym dostarczyła potomstwo, zwiększając armię chroniącą Twój lud? Świadek mojego losu jednak ciągle się nie odzywał. Zaczęłam w duchu narzekać, że ubrałam wełniane rękawiczki, a nie bokserskie.
Nadszedł czas bym przeszła do meritum. Wiesz doskonale, że nie jesteś Kierownikiem, lecz Wspólnikiem, perorowałam. Musi Ci zależeć, by było dobrze. A będzie mi dobrze, kiedy na północy będzie dobrze. Kiedy w dobrym stylu pożegnam ten kościół. Rozumiesz?, wydyszałam w posadzkę.
W tym momencie z zakrystii wyszedł proboszcz w ornacie, ministrant w komży oraz Trudzia w żakiecie. A ja poczułam drgania. Posadzka zaczęła dostarczać mi nieoczekiwanych wibracji. Wszystko się we mnie zagęszczało.
Stropiona Gertruda lat 77 podniosła się z posadzki kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, spojrzała na mnie wilkiem, a potem godnym, choć zarazem nieco pysznym krokiem udała się do zakrystii, by poskarżyć się proboszczowi. Zniknęła z oczu nielicznych jeszcze wiernych, którzy w drewnianych ławach czekali na rozpoczęcie pierwszej mszy świętej w niedzielę. Miała się rozpocząć za jakieś 20 minut, więc było trochę czasu na konsultację z Bogiem.
Ledwo Trudzia się wyniosła sprzed ołtarza, to rozłożyłam karimatę i sama ległam krzyżem przed ołtarzem Pana. Miałam na sobie bluzę polarową, rękawiczki wełniane, bo od posadzki kościelnej biło zimno, na tyłek ubrałam spodnie dresowe, by nikt nie zaglądał mi pod kieckę. Dawno nie radziłam się Siły Wyższej, dlatego znalazłam się w tym miejscu. Dziś była niedziela, więc kościół był otwarty, ale musiałam brać pod uwagę, że jak zacznie się msza, to ksiądz będzie się wtrącać do mojej rozmowy z Absolutem.
Zaczęłam od prośby. Żeby pogoda podczas mojej podróży na północ była dobra. Przecież żadna z nas nie wiedziała – ani Kunia, ani Lwinka, ani Pela – na jaki biegun trafimy. Mnie najbardziej interesował ten magnetyczny. Niestety, Adresat milczał. To postanowiłam podejść Go z drugiej flanki.
Teraz przeszłam do wyrzutów. Co Ty mi robisz, że mam ciągle pod górkę?, wytknęłam. Kupuję świeże pieczywo z nocnego wypieku i muszę z nim zapieprzać aż na czwarte piętro! Czy nie masz sumienia? Co mnie tak doświadczasz? Chcesz żebym wyzionęła ducha czy z kimś wyjątkowo wiernym dostarczyła potomstwo, zwiększając armię chroniącą Twój lud? Świadek mojego losu jednak ciągle się nie odzywał. Zaczęłam w duchu narzekać, że ubrałam wełniane rękawiczki, a nie bokserskie.
Nadszedł czas bym przeszła do meritum. Wiesz doskonale, że nie jesteś Kierownikiem, lecz Wspólnikiem, perorowałam. Musi Ci zależeć, by było dobrze. A będzie mi dobrze, kiedy na północy będzie dobrze. Kiedy w dobrym stylu pożegnam ten kościół. Rozumiesz?, wydyszałam w posadzkę.
W tym momencie z zakrystii wyszedł proboszcz w ornacie, ministrant w komży oraz Trudzia w żakiecie. A ja poczułam drgania. Posadzka zaczęła dostarczać mi nieoczekiwanych wibracji. Wszystko się we mnie zagęszczało.
sobota, 10 czerwca 2017
Znowu o seksie?
– A właściwie, dlaczego na kolejkę mówimy ogonek? – spytała najmniej doświadczona z nas, czyli Dziunia lat 59.
Zrobiła to nie bez kozery, bo właśnie stałyśmy w kolejce przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, gdyż codziennie zależało nam na świeżym pieczywie z nocnego wypieku.
– Ogonek jest bardziej plastyczny niż kolejka – odrzekła Malwina lat 92. – W latach 80. stałam w kolejce, wcześniej się do niej zapisując. To było bardzo nieelastyczne. Ogonek pod tym względem jest dużo bardziej przyjazny.
– Ja już 2 lata temu dowiedziałam się, że jestem uczulona na celiakię – odezwała się Pela lat 83. – Stoję tu właściwie dla towarzystwa, bo nie kupuję pieczywa. Wystarcza mi zielenina oraz ryż.
– Fakt, jesteś z nas najbardziej ryża – zauważyła Gertruda lat 77. – Ale to nie przeszkodzi dostąpić ci łaski boskiej, oczywiście pod warunkiem, że co tydzień będziesz szczodrze kłaść na tacę.
– Taca nie może być głośna – przytaknęła Kunia lat 90.
– Co to znaczy? – spytałam.
– Nie możesz sypać bilonu.
– W kolejce są swary, przepychanki, awantury – ciągnęła Lwinka. – Natomiast ogonek pręży się radośnie i czeka na spełnienie w postaci chleba powszedniego.
– Ty znowu o seksie – westchnęłam.
– Zielenina studzi temperament – stwierdziła Pela. – Kiedy zażerałam się hamburgerami, to zawsze mi się chciało.
– Świat jest pełen alergików – zauważyła Trudzia. – Gdyby nie słodki kler, to nigdy bym się tak gorzko nie czuła po seksie.
– Chyba ekler?
– Weźmy takiego zaskrońca – wysnuła osobistą hipotezę Lwinka. – Wije się w zieleninie, znaczy w trawie, a mimo to ogonek.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Ogonek wcale nie musi być zielony – zaoponowała Kunia. – No chyba że jest zjełczały bądź sfermentowany.
– Nasz ogonek wije się przed sklepem – udowadniała nasza nestorka – a mimo to składa się z mięsa. Spójrzcie jakie mam muły! – Lwinka zakasała rękawy i pokazała bicepsy.
– Ja jednak dziś znów kupię zieleninę. Bardzo ją lubię – uznała Pela. – Chyba nie mogę bez niej żyć.
I tak swobodnie sobie rozmawiałyśmy aż nie dojechał dostawczak z piekarni. Jutro jednak sklep będzie zamknięty o tej porze. To może napiszę coś o proboszczu?
Zrobiła to nie bez kozery, bo właśnie stałyśmy w kolejce przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, gdyż codziennie zależało nam na świeżym pieczywie z nocnego wypieku.
– Ogonek jest bardziej plastyczny niż kolejka – odrzekła Malwina lat 92. – W latach 80. stałam w kolejce, wcześniej się do niej zapisując. To było bardzo nieelastyczne. Ogonek pod tym względem jest dużo bardziej przyjazny.
– Ja już 2 lata temu dowiedziałam się, że jestem uczulona na celiakię – odezwała się Pela lat 83. – Stoję tu właściwie dla towarzystwa, bo nie kupuję pieczywa. Wystarcza mi zielenina oraz ryż.
– Fakt, jesteś z nas najbardziej ryża – zauważyła Gertruda lat 77. – Ale to nie przeszkodzi dostąpić ci łaski boskiej, oczywiście pod warunkiem, że co tydzień będziesz szczodrze kłaść na tacę.
– Taca nie może być głośna – przytaknęła Kunia lat 90.
– Co to znaczy? – spytałam.
– Nie możesz sypać bilonu.
– W kolejce są swary, przepychanki, awantury – ciągnęła Lwinka. – Natomiast ogonek pręży się radośnie i czeka na spełnienie w postaci chleba powszedniego.
– Ty znowu o seksie – westchnęłam.
– Zielenina studzi temperament – stwierdziła Pela. – Kiedy zażerałam się hamburgerami, to zawsze mi się chciało.
– Świat jest pełen alergików – zauważyła Trudzia. – Gdyby nie słodki kler, to nigdy bym się tak gorzko nie czuła po seksie.
– Chyba ekler?
– Weźmy takiego zaskrońca – wysnuła osobistą hipotezę Lwinka. – Wije się w zieleninie, znaczy w trawie, a mimo to ogonek.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Ogonek wcale nie musi być zielony – zaoponowała Kunia. – No chyba że jest zjełczały bądź sfermentowany.
– Nasz ogonek wije się przed sklepem – udowadniała nasza nestorka – a mimo to składa się z mięsa. Spójrzcie jakie mam muły! – Lwinka zakasała rękawy i pokazała bicepsy.
– Ja jednak dziś znów kupię zieleninę. Bardzo ją lubię – uznała Pela. – Chyba nie mogę bez niej żyć.
I tak swobodnie sobie rozmawiałyśmy aż nie dojechał dostawczak z piekarni. Jutro jednak sklep będzie zamknięty o tej porze. To może napiszę coś o proboszczu?
piątek, 9 czerwca 2017
Wszystko czy tylko trochę?
– Jeśli ktoś żąda wszystkiego, za żadne skarby nie możesz mu tego ofiarować – wygłosiła sentencję Kunia lat 90.
– A ja w miłości oddałabym wszystko – westchnęłam rozmarzona.
– Nawet w miłości należy nęcić. Nie oddać wszystkiego, bo całkowite zaspokojenie nieuchronnie przynosi ze sobą nudę.
– Mówisz o jakichś niedojrzałych ludziach – oponowałam.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole i oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni. Jak jednak myśleć o świeżym pieczywie z nocnego wypieku, gdy na usta cisną się słowa o miłości?
– Weź półkilową torebkę truskawek i zjedz je na jednym posiedzeniu. Nazajutrz już będziesz ich mniej pożądała.
– Truskawki porównujesz do miłości? – prychnęłam. – Miłość to nie jest owoc sezonowy.
– Ja myślę, że i Kunia ma rację, i Adela – Malwina lat 92 podjęła się arbitrażu. – Miłość to nie tylko truskawki, to także inne owoce. Nawet te cytrusowe, które można nabyć w zimie.
– A jak nażresz się sałatką owocową? – spytała głupio Dziunia lat 59.
– Weź ty kup papier toaletowy – odpowiedziała obcesowo Pela lat 83.
– Banany mają skórkę, której nie wolno rzucać na ziemię – Gertruda lat 77 prewencyjnie się przeżegnała.
– Ja szukam owocu delikatnego – przyznałam się. – Chcę go niespiesznie kosztować i chcę, by mnie także powoli pożerano. Wszystko co mam najlepszego.
– Bzdura! – nie zgodziła się Kunia.
– A dlaczego niby nie?
– Bo nie wszyscy jedzą w tym samym tempie. Ktoś cię pierwszy połknie, a potem bezlitośnie wypluje.
– No, no! Tylko bez takich porównań.
Dziewczyny jeszcze coś tam trajkotały, ale powoli wszystkie bez wyjątku wpadłyśmy w zadumę. Było nad czym myśleć, tylko kochanków nam brakowało. Nawet najmłodszej Dziuni, która miała ledwie 59 wiosen.
– A ja w miłości oddałabym wszystko – westchnęłam rozmarzona.
– Nawet w miłości należy nęcić. Nie oddać wszystkiego, bo całkowite zaspokojenie nieuchronnie przynosi ze sobą nudę.
– Mówisz o jakichś niedojrzałych ludziach – oponowałam.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole i oczekiwałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni. Jak jednak myśleć o świeżym pieczywie z nocnego wypieku, gdy na usta cisną się słowa o miłości?
– Weź półkilową torebkę truskawek i zjedz je na jednym posiedzeniu. Nazajutrz już będziesz ich mniej pożądała.
– Truskawki porównujesz do miłości? – prychnęłam. – Miłość to nie jest owoc sezonowy.
– Ja myślę, że i Kunia ma rację, i Adela – Malwina lat 92 podjęła się arbitrażu. – Miłość to nie tylko truskawki, to także inne owoce. Nawet te cytrusowe, które można nabyć w zimie.
– A jak nażresz się sałatką owocową? – spytała głupio Dziunia lat 59.
– Weź ty kup papier toaletowy – odpowiedziała obcesowo Pela lat 83.
– Banany mają skórkę, której nie wolno rzucać na ziemię – Gertruda lat 77 prewencyjnie się przeżegnała.
– Ja szukam owocu delikatnego – przyznałam się. – Chcę go niespiesznie kosztować i chcę, by mnie także powoli pożerano. Wszystko co mam najlepszego.
– Bzdura! – nie zgodziła się Kunia.
– A dlaczego niby nie?
– Bo nie wszyscy jedzą w tym samym tempie. Ktoś cię pierwszy połknie, a potem bezlitośnie wypluje.
– No, no! Tylko bez takich porównań.
Dziewczyny jeszcze coś tam trajkotały, ale powoli wszystkie bez wyjątku wpadłyśmy w zadumę. Było nad czym myśleć, tylko kochanków nam brakowało. Nawet najmłodszej Dziuni, która miała ledwie 59 wiosen.
czwartek, 8 czerwca 2017
Czas na hyćkę
Znów wybrałyśmy się do parku. Siedziałyśmy na ławeczce, zajadałyśmy się truskawkami, obserwując kwitnącą hyćkę.
– Jeżeli kobieta jest tym, co je, to chyba dobrze się odżywiamy, co nie? – zaczepiłam dziewczęta.
– Pewnie dlatego nie jemy pestek – przypuściła Kunia.
– Pestka w truskawce?
– W weekend zrobię syrop z hyćki – planowała Malwina lat 92. – Lubię jak po moim organizmie krąży witamina C.
– Miałam na myśli czereśnie. Czereśnie mają pestki.
– Coś nam niemrawo idzie ta rozmowa.
I rzeczywiście, słońce było urokliwe, my leniwe, tylko pszczoły uwijały się, zapylając kolejne kwiaty.
– Jeżeli kobieta jest tym, co je, to chyba dobrze się odżywiamy, co nie? – zaczepiłam dziewczęta.
– Pewnie dlatego nie jemy pestek – przypuściła Kunia.
– Pestka w truskawce?
– W weekend zrobię syrop z hyćki – planowała Malwina lat 92. – Lubię jak po moim organizmie krąży witamina C.
– Miałam na myśli czereśnie. Czereśnie mają pestki.
– Coś nam niemrawo idzie ta rozmowa.
I rzeczywiście, słońce było urokliwe, my leniwe, tylko pszczoły uwijały się, zapylając kolejne kwiaty.
Subskrybuj:
Posty (Atom)