Kim jest beksa? To płaczliwy dzieciak, a w rozumieniu ogólniejszym ktoś, kto nie radzi sobie z darami i ciosami, jakie niesie Los lub Opatrzność. Ale gdybyśmy przypadkiem natrafili na korporację BEK S.A., to wiedzielibyśmy, że to farmaceutyczna firma produkująca leki na dolegliwości wątroby i trzustki, które przynoszą ulgę. A przedtem byśmy płakali przy bólu tych organów. Zaprawdę, powiadam. Natomiast gdyby to był hip-hopowy zespół „B. Eks A”, co w wolnym tłumaczeniu znaczyłoby: Bądź ze swoją eks A. (nieważne, czy to Ania, Agnieszka, czy Aurelia), to może byłoby mniej rozwodów traktowanych jak hop-piosenki. Towarzyskie hip-przeboje. Ale ludzie i tak łkają w rytm chwytliwych melodii.
Władek lat 94 przystawiał się do mnie po śmierci Józwy. Nie byłam gotowa, ale on był ochotny. I może gdyby był bardziej wytrwały, to pewnie dałabym się zdobyć, ale w pewnej chwili stwierdził, że nie może. „Bo masz złe imię”, tak drań powiedział. „Prędzej czy później, znikniesz.” Wg niego brzmiało to: „Adela, a dyla”. Że ucieknę od niego, czyli dam dyla. Dobrze się stało, bo sam robi pranie gaci i skarpet, a ja się nie brudzę codziennością.
Tak naprawdę, nie wiem, co sądzić o jego pomyśle. Na początku wydał mi się głupi. Weźmy jednak takiego Beksińskiego. Zdzisław płakał po samobójstwie syna Tomasza. Syn by płakał po zabójstwie ojca Zdzisława. My płaczemy przy obrazach ojca i tłumaczeniach syna. Ot, życie. Albo taki Bosacki, stoper z Poznania. Musi kiedyś ostatecznie zdjąć obuwie piłkarskie i zając się czymś innym. Zacznie biednieć. Będzie bosy. Podobnie gdyby nazywał się Bosak albo Bosakowski. Ale pomieszajmy litery. Wyjdzie nam Sobakowski. Albo Sobak. Albo Sobacki. Nieważne, bo każdy z nich to egotyk lub narcyz. Dla siebie, do swojej kieszeni, dla swojej chuci. Znów pomieszajmy literki, ale nieortodoksyjnie. Wyszedł mi Kabanowski. Albo Kaban. Albo Kabanecki. Świnia. Wieprz. Szczecina. Kwik... Słów brak.
I tu muszę zaprotestować przeciw takiej prymitywnej interpretacji. Bo gdyby tak było, to Opałka byłby artystą w opałach. Tymczasem z nim trzeba się bardzo liczyć. Od jedynki po nieskończoność. Znaczy skończoność, ale jego. Albo Abakanowicz i jej cudne abakany. Wszyscy twierdzą, że to sztywna szmata, ale cenę ma. Oj, ma. Albo artysta piłki nożnej, czyli pan Lato, który symbolizuje ciemnotę. Ja bym jednak nie generalizowała. Nie patrzę na nazwiska, ale czekam na ich emanacje.
Czekam. Na najpiękniejsze emanacje nazwisk. Czekam.
poniedziałek, 9 sierpnia 2010
niedziela, 8 sierpnia 2010
UFO czyli miodzio!
Zdarzyło się to pod Poznaniem we wsi Świątniki. W lutym 1951 roku do Marianny P., która wyszła po zakupy do sklepu sieci GS zwrócił się opatulony szczelnie ciepłym szalem nieznajomy. Zadał dziwne pytanie.
– Jaki jest kost ucha?
– Kostucha?
Nieznajomy był mikrego wzrostu i nieokreślonego wieku. Marianna P. miała 85 lat i od kilku miesięcy była przygotowana na pożegnanie się ze światem. Skierowane do siebie pytanie potraktowała bardzo poważnie, natychmiast umierając na atak serca. Nieznajomy podniósł gąsienice jak brwi, wzruszył pałąkami jak ramiona, po czym chwytliwymi czułkami podobnymi do ludzkich dłoni odciął scyzorykiem Mariannie P. małżowiny uszne.
Przypadki utraty małżowin usznych we wsi Świątniki stały się od tego wydarzenia czymś nagminnym. W gminie zaczęły szerzyć się plotki. Mężczyźni tracili małżowiny po suto zakrapianych alkoholem zabawach w remizie, kobiety z małżowinkami żegnały się najczęściej po wielkanocnej spowiedzi świętej. Były też przypadki zastanawiające, bo niektórzy twarzową stratę rekompensowali nagłym wzrostem bogactwa. Plotki zaczęły dotykać wsiowych krezusów, oskarżając ich o konszachty z diabłem. Oni tylko tajemniczo się uśmiechali, co jeszcze bardziej wyolbrzymiało pogłoski.
Na wysokości zadania próbowała stanąć Milicja Obywatelska. Patrole nie dawały jednak rezultatu. Nawet więcej, nastąpił upadek prestiżu władzy, bo milicjanci też stracili małżowiny i czapki opadały im na oczy, uniemożliwiając skuteczne podążanie za tropem. Podobnie było z proboszczem, który w momencie gdy biret zasłonił mu świat widział już tylko ciemność. Ludzie tracili nadzieję. Ludzie tracili nerwy. Ludzie tracili uszy.
W latach 50. nieznane były kręgi w zbożu, ale pierwsze latające talerze już zaczęły pojawiać się nad Europą i USA. Latały też nad Polską. Oczywiście wtedy nikt o tym nie wiedział. Gdyby nie pewien przypadek do dziś prawdy byśmy nie znali.
Gorący czerwiec 1956 roku dokuczał nawet kosmitom. Żeby się nie upiec pod palącym słońcem otwierali szyberdach i podczas jednego z gwałtownych manewrów wypadła im książka kucharska. To spaliło im uszy ze wstydu i wynieśli się w inne rejony. My zaś wiemy, że ich największym przysmakiem były małżowiny w miodzie własnym.
Miodzio!
– Jaki jest kost ucha?
– Kostucha?
Nieznajomy był mikrego wzrostu i nieokreślonego wieku. Marianna P. miała 85 lat i od kilku miesięcy była przygotowana na pożegnanie się ze światem. Skierowane do siebie pytanie potraktowała bardzo poważnie, natychmiast umierając na atak serca. Nieznajomy podniósł gąsienice jak brwi, wzruszył pałąkami jak ramiona, po czym chwytliwymi czułkami podobnymi do ludzkich dłoni odciął scyzorykiem Mariannie P. małżowiny uszne.
Przypadki utraty małżowin usznych we wsi Świątniki stały się od tego wydarzenia czymś nagminnym. W gminie zaczęły szerzyć się plotki. Mężczyźni tracili małżowiny po suto zakrapianych alkoholem zabawach w remizie, kobiety z małżowinkami żegnały się najczęściej po wielkanocnej spowiedzi świętej. Były też przypadki zastanawiające, bo niektórzy twarzową stratę rekompensowali nagłym wzrostem bogactwa. Plotki zaczęły dotykać wsiowych krezusów, oskarżając ich o konszachty z diabłem. Oni tylko tajemniczo się uśmiechali, co jeszcze bardziej wyolbrzymiało pogłoski.
Na wysokości zadania próbowała stanąć Milicja Obywatelska. Patrole nie dawały jednak rezultatu. Nawet więcej, nastąpił upadek prestiżu władzy, bo milicjanci też stracili małżowiny i czapki opadały im na oczy, uniemożliwiając skuteczne podążanie za tropem. Podobnie było z proboszczem, który w momencie gdy biret zasłonił mu świat widział już tylko ciemność. Ludzie tracili nadzieję. Ludzie tracili nerwy. Ludzie tracili uszy.
W latach 50. nieznane były kręgi w zbożu, ale pierwsze latające talerze już zaczęły pojawiać się nad Europą i USA. Latały też nad Polską. Oczywiście wtedy nikt o tym nie wiedział. Gdyby nie pewien przypadek do dziś prawdy byśmy nie znali.
Gorący czerwiec 1956 roku dokuczał nawet kosmitom. Żeby się nie upiec pod palącym słońcem otwierali szyberdach i podczas jednego z gwałtownych manewrów wypadła im książka kucharska. To spaliło im uszy ze wstydu i wynieśli się w inne rejony. My zaś wiemy, że ich największym przysmakiem były małżowiny w miodzie własnym.
Miodzio!
sobota, 7 sierpnia 2010
Trzecie oko, czyli repasacja pończoch.
Nie znoszę. Po prostu nie znoszę. Jak można używać makaronizmów? Rozumiem, taglietelle albo inne spaghetti, ale w języku potocznym? Kłaść angielski makaron na uszy? Weźmy taki "feel". Jest tak często wypowiadany, że od feela do fioła droga pozostaje niewielka. Mnie się feel kojarzy z czymś jednak zgoła odmiennym. Z filutem.
Pan filut prezentuje to co w mężczyźnie najpiękniejsze. Jest jak filet rybny - bez ości, nigdy w gardle nie stanie i jest jeszcze bardziej smakowity. Filut staje się filutem, gdy obok jest panienka, tak jak filet rumieni się w panierce. Bo któż z nas nie lubi spojrzenia rzuconego filuternym okiem? Pikantnego zerknięcia niczym panierka w KFC.
Niełatwo natychmiast rozpoznać filuta, tak od pierwszego wejrzenia. Trzeba mieć trzecie oko. Ja mam trzecie oko. Trzecie oko ma się między lewym, a prawym okiem. Jednak nie w prostej linii, tylko wyżej u nasady nosa. Wiem, że mam trzecie oko, ale sąsiedzi już nie wiedzą, bo go nie widzą. Bo mają tylko dwoje oczu. Bo trzecie oko nie ma powieki. Trzecie oko nie posiada rzęsy. Trzecie oko nie mruga. Nie puszcza się trzeciego oka.
Trzecie oko to intuicja. Dlatego ja nie muszę spoglądać na nogi moich sąsiadek, tylko od razu wiem, która z nich nosi dziurawe pończochy. Ocierają się o porowaty tynk na ścianach klatki schodowej, o wyszczerbioną balustradę, narażone są też na podszczypywania naszego ciecia Zygmunta. Puszczają im nerwy oraz oczka w pończochach. No i majątek tracą na nowe pończochy. Dlatego założyłam punkt repasacji pończoch. Trzecie oko mogło mi się tylko przydać w tej działalności.
Zrobiłam to z jednego powodu: dla swoich protestów. Gdy koncentrujesz się trzecim okiem na podnoszeniu oczek w pończochach, wtedy dotykają cię takie frustracje, że musisz znaleźć dla nich upust. I tak zapytuję, co chciał przekazać Narodowi Prezydent, mówiąc "Tak mi dopomóż Bóg"? Nowe posady w kancelarii? Dla spowiedników, adwokatów diabła i zauszników Boga? A może wyraził wątpliwość, że sam nie da sobie rady? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I to mnie tak biesi, że przeciw temu prostetuję. Z całych sił na jakie stać 73 ciało i ducha nieco młodszego.
Pan filut prezentuje to co w mężczyźnie najpiękniejsze. Jest jak filet rybny - bez ości, nigdy w gardle nie stanie i jest jeszcze bardziej smakowity. Filut staje się filutem, gdy obok jest panienka, tak jak filet rumieni się w panierce. Bo któż z nas nie lubi spojrzenia rzuconego filuternym okiem? Pikantnego zerknięcia niczym panierka w KFC.
Niełatwo natychmiast rozpoznać filuta, tak od pierwszego wejrzenia. Trzeba mieć trzecie oko. Ja mam trzecie oko. Trzecie oko ma się między lewym, a prawym okiem. Jednak nie w prostej linii, tylko wyżej u nasady nosa. Wiem, że mam trzecie oko, ale sąsiedzi już nie wiedzą, bo go nie widzą. Bo mają tylko dwoje oczu. Bo trzecie oko nie ma powieki. Trzecie oko nie posiada rzęsy. Trzecie oko nie mruga. Nie puszcza się trzeciego oka.
Trzecie oko to intuicja. Dlatego ja nie muszę spoglądać na nogi moich sąsiadek, tylko od razu wiem, która z nich nosi dziurawe pończochy. Ocierają się o porowaty tynk na ścianach klatki schodowej, o wyszczerbioną balustradę, narażone są też na podszczypywania naszego ciecia Zygmunta. Puszczają im nerwy oraz oczka w pończochach. No i majątek tracą na nowe pończochy. Dlatego założyłam punkt repasacji pończoch. Trzecie oko mogło mi się tylko przydać w tej działalności.
Zrobiłam to z jednego powodu: dla swoich protestów. Gdy koncentrujesz się trzecim okiem na podnoszeniu oczek w pończochach, wtedy dotykają cię takie frustracje, że musisz znaleźć dla nich upust. I tak zapytuję, co chciał przekazać Narodowi Prezydent, mówiąc "Tak mi dopomóż Bóg"? Nowe posady w kancelarii? Dla spowiedników, adwokatów diabła i zauszników Boga? A może wyraził wątpliwość, że sam nie da sobie rady? Nie wiem. Po prostu nie wiem. I to mnie tak biesi, że przeciw temu prostetuję. Z całych sił na jakie stać 73 ciało i ducha nieco młodszego.
piątek, 6 sierpnia 2010
Rzępolenie małżeńskie.
Młode pary mają w swych domach niemal wszystko. Kina domowe, komputery, czasem baseny. Ogródki, zagraniczne wczasy, dobrej marki samochody. Opaleni, uśmiechnięci i radośni zapominają o jednym elemencie: nie mają w domu kamertonu. To najpoważniejsza przyczyna rozpadów małżeństw w Polsce. Nie dostrojeni partnerzy nie tylko, że śpiewają w innych tonacjach, to jeszcze posługują się różnym zapisem nutowym.
Spytałam się jednej znanej poznańskiej tancerki, jak ona to widzi. Odpowiedziała mi tak: „Pani Adelu, wie pani doskonale, że uwielbiam tańczyć. A na początku małżeństwa robiłam to zwiewnie, lekko, fantazyjnie. Pląsy, piruety, pas. Później okazało się, że ja byłam pas, a on okazał się faux. I wcale nie poszło o rąbek spódnicy, lecz o kant spodni. Spodnie zawsze kantują.”
Wybrałam się potem do popularnego poznańskiego piłkarza. On także zwierzył się szczerze: „To prawda, byłem bramkostrzelny. Zostałem królem strzelców na boisku, niestety w domu to był samobój. Okazało się, że oboje lubimy odnowę biologiczną. Więcej, wyszło na jaw, że mieliśmy tego samego masażystę. Nie mogę strawić, że porzuciła mnie dla geja. Ale zemszczę się. Staram się odbić jej obecną partnerkę. Właśnie główkuję nad tym!”
Na kawę i słodkie co nieco zaprosił mnie znany poznański cukiernik: „Pani Adelu, zawsze lubiłem słodzić. Ja do niej z pudrem, a ona, że musi dbać o cerę, a od słodkiego robią się krosty. No to ja z lukrem, a ona do mnie, że jestem świeci-papa i że za bardzo lubię babki. Aż przyszła Wielkanoc. Przypadła wówczas w marcu. Pracowałem właśnie z marcepanem, a ona puściła się z mazurkiem, znaczy z konkurentem na drugiej stronie ulicy. Ulicznica!”.
W końcu wylądowałam w pracowni rzeźbiarskiej poznańskiej artystki. Poczęstowała mnie lampką wina i rozpoczęła swoją historię: „Jestem kobietą kompromisową. Zgodziłam się, by został moim jedynym modelem. Wszystko było dobrze, gdy rzeźbiłam popiersia. Od momentu pierwszego aktu rozpoczął się kryzys. Krzyczał, że rzeźby mają zwichrowane proporcje. No dotknij, dotknij, wściekał się. Dotknęłam raz czy drugi, ale nikt mi nie kupi Dawida z pełną erekcją! Nie w Polsce. I z czego niby mamy żyć?”
Wszystkim swoim rozmówcom podarowałam kamerton.
Tylko czy oni mają słuch?
Spytałam się jednej znanej poznańskiej tancerki, jak ona to widzi. Odpowiedziała mi tak: „Pani Adelu, wie pani doskonale, że uwielbiam tańczyć. A na początku małżeństwa robiłam to zwiewnie, lekko, fantazyjnie. Pląsy, piruety, pas. Później okazało się, że ja byłam pas, a on okazał się faux. I wcale nie poszło o rąbek spódnicy, lecz o kant spodni. Spodnie zawsze kantują.”
Wybrałam się potem do popularnego poznańskiego piłkarza. On także zwierzył się szczerze: „To prawda, byłem bramkostrzelny. Zostałem królem strzelców na boisku, niestety w domu to był samobój. Okazało się, że oboje lubimy odnowę biologiczną. Więcej, wyszło na jaw, że mieliśmy tego samego masażystę. Nie mogę strawić, że porzuciła mnie dla geja. Ale zemszczę się. Staram się odbić jej obecną partnerkę. Właśnie główkuję nad tym!”
Na kawę i słodkie co nieco zaprosił mnie znany poznański cukiernik: „Pani Adelu, zawsze lubiłem słodzić. Ja do niej z pudrem, a ona, że musi dbać o cerę, a od słodkiego robią się krosty. No to ja z lukrem, a ona do mnie, że jestem świeci-papa i że za bardzo lubię babki. Aż przyszła Wielkanoc. Przypadła wówczas w marcu. Pracowałem właśnie z marcepanem, a ona puściła się z mazurkiem, znaczy z konkurentem na drugiej stronie ulicy. Ulicznica!”.
W końcu wylądowałam w pracowni rzeźbiarskiej poznańskiej artystki. Poczęstowała mnie lampką wina i rozpoczęła swoją historię: „Jestem kobietą kompromisową. Zgodziłam się, by został moim jedynym modelem. Wszystko było dobrze, gdy rzeźbiłam popiersia. Od momentu pierwszego aktu rozpoczął się kryzys. Krzyczał, że rzeźby mają zwichrowane proporcje. No dotknij, dotknij, wściekał się. Dotknęłam raz czy drugi, ale nikt mi nie kupi Dawida z pełną erekcją! Nie w Polsce. I z czego niby mamy żyć?”
Wszystkim swoim rozmówcom podarowałam kamerton.
Tylko czy oni mają słuch?
czwartek, 5 sierpnia 2010
Kto nie ciągnie za sobą smrodu?
Właściwie powinnam nadmienić co dzieje się u moich najbliższych. Władka lat 94 od kilku dni strzyka w kościach, przez co przeklina więcej, więc trzymam go na dystans. To meteoropata, socjopata po trochu też. Dlatego odezwę się dopiero, gdy zmieni się pogoda. Inaczej jest z Lucjanem Kutaśko, który nadal moczy kija i myśli, wpatrując się w toń mazurskich jezior. Czasem dzwonię do niego, ale on odzwyczaił się mówić. Słyszę niewyraźne „chrum”, „brum”, „ślurp”, więc szybko przerywam połączenie. Natomiast tomaszka 2015 postanowił przeczekać krzyżową awanturę, wyjeżdżając w leśną głuszę. Z nim w ogóle nie mam kontaktu, bo nie ma zasięgu. W każdym razie panuje wakacyjna sytuacja i sezon ogórkowy usprawiedliwia moje codzienne felietony.
Byłam wczoraj na spacerze. Nogi mi się szybko zmęczyły. Poszukałam wzrokiem najbliższej ławki i usiadłam wśród pijaków na Starym Rynku w Poznaniu. Trochę śmierdziało, ale gdy nogi bolą to trzeba przysiąść. Na sąsiedniej ławce spał zmęczony życiem i alkoholem 50-latek. Zasnął w pozycji siedzącej, nikomu nie przeszkadzając. Nie chrapał, nie bluzgał, nie przechylał flaszki. Spał. Wietrzyk delikatnie kręcił, z rzadka niosąc aromat przepoconych skarpetek. Woń smutku, upokorzenia i beznadziei szybko się ulatniał, dlatego spokojnie odpoczywałam.
Zjawił się patrol Policji. Dwóch młodych, krzepkich bysiów czuło w sobie siłę, jaką daje jaskrawozielony kolor na kamizelkach nałożonych na czarny mundur. Podeszli do śpiącego, usiłując gwałtownie go obudzić. Szturchnięcia nie dawały skutku, więc jeden z policjantów kopnął wielkim buciorem stopę pijaka obutą w cienki kamasz. Bysio podchwycił mój pełen dezaprobaty wzrok, zrozumiał, że nie jest w głębokim cieniu bramy, więc skończyło się na pouczeniu ocuconego kopnięciem człowieka i groźbie, że za kwadrans przejdą obok ponownie i jeżeli zastaną pijaka śpiącego, to zabiorą go na izbę wytrzeźwień.
Tak robi się porządek, który musi być. Tylko czasem zdarzy się, że wietrzyk powieje i poniesie ze sobą smród. Wtedy uciekamy, nawet, gdy nogi bolą. Przecież najbardziej lubimy zdjęcia z le grand blue w tle. Łapiemy moment, w którym włosy falują, poddając się morskiej bryzie. Tymczasem zdarza się, że siadamy na fotelu dentystycznym i ropa z otwartego zęba cuchnie tak, że sami czujemy. Nie po to jednak płacimy dentyście, by nie zasklepił plombą wyziewu. Potem płyn do płukania ust i szeroki uśmiech. A tył? Tyłu nie widzimy.
Byłam wczoraj na spacerze. Nogi mi się szybko zmęczyły. Poszukałam wzrokiem najbliższej ławki i usiadłam wśród pijaków na Starym Rynku w Poznaniu. Trochę śmierdziało, ale gdy nogi bolą to trzeba przysiąść. Na sąsiedniej ławce spał zmęczony życiem i alkoholem 50-latek. Zasnął w pozycji siedzącej, nikomu nie przeszkadzając. Nie chrapał, nie bluzgał, nie przechylał flaszki. Spał. Wietrzyk delikatnie kręcił, z rzadka niosąc aromat przepoconych skarpetek. Woń smutku, upokorzenia i beznadziei szybko się ulatniał, dlatego spokojnie odpoczywałam.
Zjawił się patrol Policji. Dwóch młodych, krzepkich bysiów czuło w sobie siłę, jaką daje jaskrawozielony kolor na kamizelkach nałożonych na czarny mundur. Podeszli do śpiącego, usiłując gwałtownie go obudzić. Szturchnięcia nie dawały skutku, więc jeden z policjantów kopnął wielkim buciorem stopę pijaka obutą w cienki kamasz. Bysio podchwycił mój pełen dezaprobaty wzrok, zrozumiał, że nie jest w głębokim cieniu bramy, więc skończyło się na pouczeniu ocuconego kopnięciem człowieka i groźbie, że za kwadrans przejdą obok ponownie i jeżeli zastaną pijaka śpiącego, to zabiorą go na izbę wytrzeźwień.
Tak robi się porządek, który musi być. Tylko czasem zdarzy się, że wietrzyk powieje i poniesie ze sobą smród. Wtedy uciekamy, nawet, gdy nogi bolą. Przecież najbardziej lubimy zdjęcia z le grand blue w tle. Łapiemy moment, w którym włosy falują, poddając się morskiej bryzie. Tymczasem zdarza się, że siadamy na fotelu dentystycznym i ropa z otwartego zęba cuchnie tak, że sami czujemy. Nie po to jednak płacimy dentyście, by nie zasklepił plombą wyziewu. Potem płyn do płukania ust i szeroki uśmiech. A tył? Tyłu nie widzimy.
środa, 4 sierpnia 2010
O miłosnym podmuchu.
Wybierałam się z Władkiem lat 94 na inscenizację bitwy pod Grunwaldem, był jednak wielki skwar, odległość od Poznania też znaczna, więc nie zdecydowaliśmy się na podróż. Myślałam, że to była ostatnia szansa, by zobaczyć wielką bitwę, ale los jest dla mnie hojny. Obejrzałam bitwę pod Pałacem Namiestnikowskim. Byli Krzyżacy, było też pospolite ruszenie, tylko Witolda nie dostrzegłam. Choć budki z hot-dogami stały.
Jakiś czas temu padł pomysł, by rozczłonkować ciało Jana Pawła II i szacownymi oraz świętymi częściami największego w historii papieża obdarzyć złaknione relikwii parafie. Nawet w tej sprawie wybrałam się do proboszcza, by lobbować za szczęką Karola Wojtyły, ale on optował za wątrobą. Niestety, na razie nie doszło do parcelacji zwłok polskiego Ojca Świętego, przez co miłość koncentrycznie promieniuje jedynie z watykańskiej krypty. Szkoda, bo miłość powinna mieszkać w Polsce. Na całe szczęście Wawel ostatnio wzbogacił się o pierwiastek miłości, jednak nie tej papieskiej.
Skoro nie ma prawdziwej miłości w Polsce to powinniśmy odzyskać ją ze źródeł odnawialnych. Żeby nie puszczać słów na wiatr wymyśliłam konstrukcję wiatraków, które obracają się nie w płaszczyźnie pionowej, lecz w poziomej. Wówczas wiatrak może być krzyżem. Podmuch szkwału w krzyż spowoduje ruch obrotowy świętej konstrukcji służącej kiedyś do zabijania, zakotłuje się powietrze i otrzymamy energię. Tę mierzoną w kilowatach, i tę w pacierzach. Obracający się krzyż emanować będzie miłością na okrągło. A ta pofrunie we wszystkie zakątki Ojczyzny ukochanej.
Obrotowe krzyże można ustawić wszędzie. Nad morzem i w górach, w Oświęcimiu i na Nowym Świecie w Warszawie, w sąsiedztwie hipermarketów oraz na terenie zamkniętych osiedli dla nowobogackich. Wszędzie. Im więcej krzyży w kraju tym będzie jaśniej. Na sercu i w mieszkaniach. Jasne oblicza na Jasnej Górze. Te rzeczy.
Jest tylko jeden problem techniczny. Znajomy Władka lat 94 powiedział, że lepiej, by na krzyżach nie było figury Chrystusa. Bo zmniejszy się odzyskiwana energia, choćby z tego powodu, że Mesjasz miał nos podobny do Małysza. Czyli był aerodynamiczny. Że można wyrysować postać Jezusa, ale nie umieszczać rzeźby. I ja właśnie przeciw temu protestuję. Przeciw spłaszczaniu miłości. Miłość płaska niczego nie zakotłuje. Nawet powietrza.
Jakiś czas temu padł pomysł, by rozczłonkować ciało Jana Pawła II i szacownymi oraz świętymi częściami największego w historii papieża obdarzyć złaknione relikwii parafie. Nawet w tej sprawie wybrałam się do proboszcza, by lobbować za szczęką Karola Wojtyły, ale on optował za wątrobą. Niestety, na razie nie doszło do parcelacji zwłok polskiego Ojca Świętego, przez co miłość koncentrycznie promieniuje jedynie z watykańskiej krypty. Szkoda, bo miłość powinna mieszkać w Polsce. Na całe szczęście Wawel ostatnio wzbogacił się o pierwiastek miłości, jednak nie tej papieskiej.
Skoro nie ma prawdziwej miłości w Polsce to powinniśmy odzyskać ją ze źródeł odnawialnych. Żeby nie puszczać słów na wiatr wymyśliłam konstrukcję wiatraków, które obracają się nie w płaszczyźnie pionowej, lecz w poziomej. Wówczas wiatrak może być krzyżem. Podmuch szkwału w krzyż spowoduje ruch obrotowy świętej konstrukcji służącej kiedyś do zabijania, zakotłuje się powietrze i otrzymamy energię. Tę mierzoną w kilowatach, i tę w pacierzach. Obracający się krzyż emanować będzie miłością na okrągło. A ta pofrunie we wszystkie zakątki Ojczyzny ukochanej.
Obrotowe krzyże można ustawić wszędzie. Nad morzem i w górach, w Oświęcimiu i na Nowym Świecie w Warszawie, w sąsiedztwie hipermarketów oraz na terenie zamkniętych osiedli dla nowobogackich. Wszędzie. Im więcej krzyży w kraju tym będzie jaśniej. Na sercu i w mieszkaniach. Jasne oblicza na Jasnej Górze. Te rzeczy.
Jest tylko jeden problem techniczny. Znajomy Władka lat 94 powiedział, że lepiej, by na krzyżach nie było figury Chrystusa. Bo zmniejszy się odzyskiwana energia, choćby z tego powodu, że Mesjasz miał nos podobny do Małysza. Czyli był aerodynamiczny. Że można wyrysować postać Jezusa, ale nie umieszczać rzeźby. I ja właśnie przeciw temu protestuję. Przeciw spłaszczaniu miłości. Miłość płaska niczego nie zakotłuje. Nawet powietrza.
wtorek, 3 sierpnia 2010
Spacer przy świetle księżyca.
Miałam dziś straszny sen. Bez żadnej przesady stwierdzam, że to był horror. Obudziłam się w drgawkach i spazmach. Od razu położyłam rękę na łonie i po chwili uspokoiłam się. Pościel chłonęła zdenerwowanie, dając przytulne ukojenie po niesamowitych sennych przeżyciach.
Śniło mi się, że odeszła ode mnie wagina. Po prostu. Zeszła z ciała, zeskoczyła na podłogę i spojrzała wyczekująco. Mój mózg się wahał. Nie wiedział, czy zostać z ciałem, do którego zdążył przez 73 lata się przyzwyczaić, czy iść z waginą, którą przecież znał równie długo. Ciało gwarantowało stabilizację i spokojny sen, wagina pełną przygód wyprawę w nieznane. W moim wieku liczą się wspomnienia i pieniądze na realizację recept, a tu taki dylemat. Mózg został postawiony przed wielkim oniryczno – egzystencjalnym problemem.
I oto w poświacie romantycznego księżyca wyszedł na spacer mózg z moją waginą.
– Napijmy się – powiedziały wargi sromowe mniejsze.
– Dobra myśl – zaszczebiotały w odpowiedzi wargi sromowe większe.
– Alkohol niszczy komórki nerwowe – zaoponował mózg.
– Łe tam – wtrąciła się łechtaczka. – Ty nie musisz pić.
– Nie wnerwiaj mnie – krzyknął zdenerwowany centralny ośrodek nerwowy. – Jeśli znieczulisz swoje zakończenia nerwowe to ja nie przeżyję orgazmu!
– To my przeżywamy orgazm! – wrzasnęły jednocześnie wargi z łechtaczką.
– Głupia wagina! – prychnął wściekły mózg.
Przez większość mojego życia mózg dominował nad waginą. Owszem, były krótkie chwile słodkiego rewanżu, ale potem wszystko wracało do starego porządku. I nagle we śnie doszło do długo przygotowywanej waginalnej zemsty. Mózg chciał iść jasno oświetlonymi drogami, waginę kręciły ciemne miejsca, krzaki, chaszcze i bramy. Mózg chciał rozmawiać, wagina odczuwać. Musiało dojść do scysji.
– Pierdolę cię, wagino! – wrzasnął niegrzecznie mózg. Odwrócił się na pięcie, znaczy na rdzeniu i puścił waginę samopas. Sam wrócił do mnie, czyli do mego ciała.
I dlatego, gdy obudziłam się, to musiałam położyć rękę na łonie. Stara, dobra wagina, pomyślałam. Wróciłaś, bestyjko...
Nie protestując przeciw niczemu, przymknęłam ponownie oczy.
Śniło mi się, że odeszła ode mnie wagina. Po prostu. Zeszła z ciała, zeskoczyła na podłogę i spojrzała wyczekująco. Mój mózg się wahał. Nie wiedział, czy zostać z ciałem, do którego zdążył przez 73 lata się przyzwyczaić, czy iść z waginą, którą przecież znał równie długo. Ciało gwarantowało stabilizację i spokojny sen, wagina pełną przygód wyprawę w nieznane. W moim wieku liczą się wspomnienia i pieniądze na realizację recept, a tu taki dylemat. Mózg został postawiony przed wielkim oniryczno – egzystencjalnym problemem.
I oto w poświacie romantycznego księżyca wyszedł na spacer mózg z moją waginą.
– Napijmy się – powiedziały wargi sromowe mniejsze.
– Dobra myśl – zaszczebiotały w odpowiedzi wargi sromowe większe.
– Alkohol niszczy komórki nerwowe – zaoponował mózg.
– Łe tam – wtrąciła się łechtaczka. – Ty nie musisz pić.
– Nie wnerwiaj mnie – krzyknął zdenerwowany centralny ośrodek nerwowy. – Jeśli znieczulisz swoje zakończenia nerwowe to ja nie przeżyję orgazmu!
– To my przeżywamy orgazm! – wrzasnęły jednocześnie wargi z łechtaczką.
– Głupia wagina! – prychnął wściekły mózg.
Przez większość mojego życia mózg dominował nad waginą. Owszem, były krótkie chwile słodkiego rewanżu, ale potem wszystko wracało do starego porządku. I nagle we śnie doszło do długo przygotowywanej waginalnej zemsty. Mózg chciał iść jasno oświetlonymi drogami, waginę kręciły ciemne miejsca, krzaki, chaszcze i bramy. Mózg chciał rozmawiać, wagina odczuwać. Musiało dojść do scysji.
– Pierdolę cię, wagino! – wrzasnął niegrzecznie mózg. Odwrócił się na pięcie, znaczy na rdzeniu i puścił waginę samopas. Sam wrócił do mnie, czyli do mego ciała.
I dlatego, gdy obudziłam się, to musiałam położyć rękę na łonie. Stara, dobra wagina, pomyślałam. Wróciłaś, bestyjko...
Nie protestując przeciw niczemu, przymknęłam ponownie oczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)