Dzisiejszy poranek był pochmurny i deszczowy, więc nakłaniał nas do narzekań. Jak zwykle stałyśmy przed naszym spożywczakiem, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku.
– Ciekawe, jakie wypeki ma Grobelny – szepnęła pod nosem Malwina lat 92, kierując swoją wypowiedź pod adres prezydenta Poznania.
– Wypieki – poprawiła Lwinkę Elwira lat 77.
– Wypeki – powtórzyła 92-latka. – No chyba że nie korzysta z PEKI.
PEKA to poznańska elektroniczna karta aglomeracyjna, którą można płacić za przejazd komunikacją miejską.
– Dziś znów jest awaria – poinformowała nas zdyszana Dziunia lat 87, która dorabiała do emerytury jako kontrolerka biletów. – Chciałam dziś znów popracować, ale kolega uprzedził mnie, że nie ma to sensu.
– Może jednak Grobelny będzie mieć dziś wypeki? – przypuściła Kunia. – Może byśmy ustawiły się lepiej przed urzędem miasta?
– To przeźroczysty szczun – określiłam prezydenta. – Blado pełni urząd i nie ma żadnych wypeków.
– Bezwstydnik! – oceniła Elwira.
– Grobelny ani nie jest świeży, ani chrupki – wytknęła Kunia. – Chciałabym go wypeczyć z pełnionego stanowiska, bo chudzina jest czerstwy.
– Wtedy przestałby poruszać się służbowym samochodem i może wreszcie wyrobiłby sobię Pekę.
– Wiedziałam, że coś nie tak będzie z Peką – przypomniałam sobie. – Kiedy zaczął pastwić się nad Ewą Wójciak z teatru Ósmego Dnia, to zrozumiałam, że Grobelny jest bardzo zapekły. A to nie wróżyło dobrze miastu.
– Nasz prezydent jest nieustająco awaryjny – orzekła Lwinka. – Dobrze, że nie jest pilotem samolotu.
– Zaraz, ale mieszkańców Poznania jest więcej niż pasażerów największego z podniebnych autobusów.
– Ja bym go wzięła w kanary – zarzekła się Dziunia.
– Na Kanary? – zdziwiła się Kunia. – Przecież on ma już ciepłą posadkę, to może lepiej byłoby wysłać go na Szpicbergen?
– W kanary! – powtórzyła Dziunia. – Znaczy do kontroli biletów. Żeby zobaczył Pekę od drugiej strony.
To był fantastyczny pomysł. Stwierdziłyśmy, że napiszemy petycję. Tylko kupimy chleb i bułki z nocego wypieku, zjemy śniadanie, a potem spotkamy się ponownie i coś w tej sprawie skrobniemy.
wtorek, 26 sierpnia 2014
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
Szczęsne miasto. Szczęsny kraj. Było.
– Szczęsny był ten czas, gdy prezydentem Poznania był Kaczmarek – rzuciłam, wzdychając do starych, dobrych czasów.
O świcie stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Na przyjazd furgonu z piekarni czekała Kunia lat 90, Malwina lat 92, Elwira lat 77 i jeszcze kilka dziewczyn w kwiecie wieku. Było nam nieco chłodno, bo wrzesień zmierzał do nas zimnymi szusami.
– Dobrze, że Grobelny zgolił penera spod nosa – uznała Kunia. – Z tym wąsem wyglądał jak mentalny prowincjusz.
– Wszyscy prezydenci są penerami – stwierdziła Lwinka. – Inaczej naszego by nie wybrali na prezesa Związku Miast Polskich.
– Jaki Poznań, taki chłam – westchnęła Balbina lat 83.
– Ojczyzna nasza jest kynologiczna – stwierdziła Elwira. – Inaczej tak szybko byśmy nie zeszły na psy.
– A pamiętacie, jak w 2002 roku ten smyk Grobelny był we fraku i otwierał ponowne uruchomienie fontanny przed Teatrem Wielkim w Poznaniu? – zapytałam.
– Pamiętam – przypomniała sobie Kunia. – Podjechał ten łapserdak Kulczyk. Był w klapkach. Ale czy miał na stopach białe skarpetki?
– Pamiętam tylko jego Audi A8. Co za fura! – wspomniała z podziwem Dziunia lat 87. – Dałabym mu się wziąć, bo podobne wspomnienia mam tylko z syrenki.
– Wredny Jasio wysiadł z limuzyny i na oczach gawiedzi obsztorcował biednego Ryśka – kontynuowałam. – Co za gzub!
– Doktor z Jana to okłada – orzekła Lwinka. – Znaczy nie robi wielkiego halo z okładów. Mnie to nie dziwi, bo różne doktorki mieszkały w Poznaniu. Pamiętacie Gapika?
– Z profesora była wielka gapa – zawyrokowała Elwira. – Nasz proboszcz niejednego obwiesia spowiadał, więc dla niego to nie była niespodzianka.
– Jak to się skończyło? – spytała Dziunia z końca kolejki.
– Nigdy więcej nie widziałam Grobelnego we fraku – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Może go odziewa, ale nie w moim nędznym towarzystwie.
– Miller przyjechał, fontanna tryskała, zmartwiony Rysiek był głaskany po głowie przez żonę, a premier z doktorkiem pewnie się alkoholizowali – dopowiedziała Kunia. – Takie życie.
Zgodnie pokiwałyśmy głowami, a potem wypatrywałyśmy dostawczaka, który miał przywieźć ciepłe pieczywo.
Po prostu miałyśmy apetyt na zdrową przyszłość.
O świcie stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Na przyjazd furgonu z piekarni czekała Kunia lat 90, Malwina lat 92, Elwira lat 77 i jeszcze kilka dziewczyn w kwiecie wieku. Było nam nieco chłodno, bo wrzesień zmierzał do nas zimnymi szusami.
– Dobrze, że Grobelny zgolił penera spod nosa – uznała Kunia. – Z tym wąsem wyglądał jak mentalny prowincjusz.
– Wszyscy prezydenci są penerami – stwierdziła Lwinka. – Inaczej naszego by nie wybrali na prezesa Związku Miast Polskich.
– Jaki Poznań, taki chłam – westchnęła Balbina lat 83.
– Ojczyzna nasza jest kynologiczna – stwierdziła Elwira. – Inaczej tak szybko byśmy nie zeszły na psy.
– A pamiętacie, jak w 2002 roku ten smyk Grobelny był we fraku i otwierał ponowne uruchomienie fontanny przed Teatrem Wielkim w Poznaniu? – zapytałam.
– Pamiętam – przypomniała sobie Kunia. – Podjechał ten łapserdak Kulczyk. Był w klapkach. Ale czy miał na stopach białe skarpetki?
– Pamiętam tylko jego Audi A8. Co za fura! – wspomniała z podziwem Dziunia lat 87. – Dałabym mu się wziąć, bo podobne wspomnienia mam tylko z syrenki.
– Wredny Jasio wysiadł z limuzyny i na oczach gawiedzi obsztorcował biednego Ryśka – kontynuowałam. – Co za gzub!
– Doktor z Jana to okłada – orzekła Lwinka. – Znaczy nie robi wielkiego halo z okładów. Mnie to nie dziwi, bo różne doktorki mieszkały w Poznaniu. Pamiętacie Gapika?
– Z profesora była wielka gapa – zawyrokowała Elwira. – Nasz proboszcz niejednego obwiesia spowiadał, więc dla niego to nie była niespodzianka.
– Jak to się skończyło? – spytała Dziunia z końca kolejki.
– Nigdy więcej nie widziałam Grobelnego we fraku – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. – Może go odziewa, ale nie w moim nędznym towarzystwie.
– Miller przyjechał, fontanna tryskała, zmartwiony Rysiek był głaskany po głowie przez żonę, a premier z doktorkiem pewnie się alkoholizowali – dopowiedziała Kunia. – Takie życie.
Zgodnie pokiwałyśmy głowami, a potem wypatrywałyśmy dostawczaka, który miał przywieźć ciepłe pieczywo.
Po prostu miałyśmy apetyt na zdrową przyszłość.
czwartek, 21 sierpnia 2014
INFO
Od
PONIEDZIAŁKU
rozpoczynam rozdział polityczny.
Będę udzielała się lokalnie, krajowo i światowo.
Zapraszam serdecznie do zapoznawania się z moimi komentarzami nt. gzubów, którzy dorwali się do stolców.
PONIEDZIAŁKU
rozpoczynam rozdział polityczny.
Będę udzielała się lokalnie, krajowo i światowo.
Zapraszam serdecznie do zapoznawania się z moimi komentarzami nt. gzubów, którzy dorwali się do stolców.
środa, 20 sierpnia 2014
Dlaczego człowiek się odurza?
Namówiłam dziś Kunegundę lat 90 na wildeckie SPA. Spotkałyśmy się wczesnym rankiem w kolejce do sklepu, gdzie napomknęłam jej, że zasługuje na coś więcej niż smród zdążających do roboty sąsiadów, którzy wpadają do sklepu i kupują porannego klina, czyli setkę wódki. Wszyscy pachną tak samo, niezależnie od tego czy skonsumowali wczoraj wiśniówkę, cytrynówkę, czy dwa galony taniego wina.
- Kunia, nawet zapach świeżego pieczywa jest ulotny. Za chwilę przyjedzie furgon z chlebem, chwilę poniuchamy aromat skórki chleba, ale przecież wszystko szybko się ulotni. Kobieta zasługuje na coś trwalszego.
- Wszystkie moje związki były ulotne. Wiesz przecież, że jestem trzykrotną wdową.
– Pomóc może nam tylko hyćka.
- Masz na myśli owoce czarnego bzu? Jeden z moich mężów zatruł się nimi...
- Tak, przypomniałam sobie też o kwiatach hyćki. One pięknie kwitną...
Umówiłyśmy się ponownie na godzinę 10. Spotkałyśmy się znów pod sklepem. Mi towarzyszył Władek lat 98, który wyraził ochotę bycia naszym ochroniarzem. Podał Kuni lewę ramię, mi prawe i we trójkę ruszyliśmy dziarsko nad Wartę. W przeciągu pół godziny dotarliśmy do miejsca, w którym dojrzewały owoce trzech rozłożystych krzaków czarnego bzu.
- Wiosną był tu za wspaniały, odurzający zapach – zachwycała się Kunia.
- Jak ja lubię łona przyrody – powiedział Anonimowy Kobieciarz lat 98, obleśnie przyglądając się naszym krągłościom.
- Ty, drągalu, jesteś tu z nami po to, by zerwać rosnące na górze najbardziej dorodne owoce – zakomenderowałam.
AK-owiec ochoczo wziął się do zrywania hyćki. Podawał nam wspaniale kwitnące okazy, a ja upychałam je za sukienkę, majtki i do stanika, zachęcając Kunegundę lat 90, by robiła to samo.
- Kunia, wetknij hyćkę, gdzie się da! Tylko tak odzyskasz świeżość.
- O kurde! – zaklął podniecony Władek. – O kurde! – powtórzył powstaniec.
- Na nerki też? – spytała Kunia. - A nie poplamię się? Soki owoców nie puszczą?
- Miej to gdzieś – odpowiedziałam. – Dla mnie to trochę SPAnerskie, ale jak ci się nie podoba...
- Teraz rozumiem, dlaczego ludzie się odurzają – podzieliła się przemyśleniem moja kolejkowa towarzyszka. – To takie przyjemne...
- Dziewczyny – wyznał Anonimowy Kobieciarz lat 98. – Chyba się zadurzyłem...
- To działa – przytaknęłam.
Fajnie się odurzyć. Od czasu do czasu, ale nie codziennie, bo można wpaść w nałóg. A wtedy postrzeganie staje się parabolicznie zakrzywione. Bo poetką się nie jest, tylko bywa. Kto tego nie rozumie, temu nawet mój protest nie pomoże...
- Kunia, nawet zapach świeżego pieczywa jest ulotny. Za chwilę przyjedzie furgon z chlebem, chwilę poniuchamy aromat skórki chleba, ale przecież wszystko szybko się ulotni. Kobieta zasługuje na coś trwalszego.
- Wszystkie moje związki były ulotne. Wiesz przecież, że jestem trzykrotną wdową.
– Pomóc może nam tylko hyćka.
- Masz na myśli owoce czarnego bzu? Jeden z moich mężów zatruł się nimi...
- Tak, przypomniałam sobie też o kwiatach hyćki. One pięknie kwitną...
Umówiłyśmy się ponownie na godzinę 10. Spotkałyśmy się znów pod sklepem. Mi towarzyszył Władek lat 98, który wyraził ochotę bycia naszym ochroniarzem. Podał Kuni lewę ramię, mi prawe i we trójkę ruszyliśmy dziarsko nad Wartę. W przeciągu pół godziny dotarliśmy do miejsca, w którym dojrzewały owoce trzech rozłożystych krzaków czarnego bzu.
- Wiosną był tu za wspaniały, odurzający zapach – zachwycała się Kunia.
- Jak ja lubię łona przyrody – powiedział Anonimowy Kobieciarz lat 98, obleśnie przyglądając się naszym krągłościom.
- Ty, drągalu, jesteś tu z nami po to, by zerwać rosnące na górze najbardziej dorodne owoce – zakomenderowałam.
AK-owiec ochoczo wziął się do zrywania hyćki. Podawał nam wspaniale kwitnące okazy, a ja upychałam je za sukienkę, majtki i do stanika, zachęcając Kunegundę lat 90, by robiła to samo.
- Kunia, wetknij hyćkę, gdzie się da! Tylko tak odzyskasz świeżość.
- O kurde! – zaklął podniecony Władek. – O kurde! – powtórzył powstaniec.
- Na nerki też? – spytała Kunia. - A nie poplamię się? Soki owoców nie puszczą?
- Miej to gdzieś – odpowiedziałam. – Dla mnie to trochę SPAnerskie, ale jak ci się nie podoba...
- Teraz rozumiem, dlaczego ludzie się odurzają – podzieliła się przemyśleniem moja kolejkowa towarzyszka. – To takie przyjemne...
- Dziewczyny – wyznał Anonimowy Kobieciarz lat 98. – Chyba się zadurzyłem...
- To działa – przytaknęłam.
Fajnie się odurzyć. Od czasu do czasu, ale nie codziennie, bo można wpaść w nałóg. A wtedy postrzeganie staje się parabolicznie zakrzywione. Bo poetką się nie jest, tylko bywa. Kto tego nie rozumie, temu nawet mój protest nie pomoże...
wtorek, 19 sierpnia 2014
Macica chaosu.
Adela, pójdźmy dziś do Biedry!
- Dokąd?
- No przecież tu opłaca się kupić tylko pieczywo!
Stałyśmy pod naszym sklepem w oczekiwaniu na transport świeżego pieczywa. Z Kunegundą lat 90 zawsze umilałyśmy sobie czas rozmową. Ona akurat pokiwała z dezaprobatą głową, po czym perorowała dalej.
- W Biedrze masz wszystko tanie, w zasięgu ręki, a promocje trwają wiecznie. I nie ma długich kolejek, bo tylko w jednej kasie sprzedają alkohol. Przy pozostałych stanowiskach są pustki.
- Ale ja tam nikogo nie znam!
- Biedaków będziesz poznawała? Do Biedry trzeba tylko wskoczyć, kupić i cieszyć się z brzęczącej w kieszeni reszty.
- Nie – odpowiedziałam. – Nie będę wprowadzać macicy w chaos.
- Co? – Kunia rozdziawiła buzię.
- Co to w ogóle za nazwa? Biedra? Jak to brzmi ohydnie!
- Co z twoją macicą?
- Moja macica przywiązana jest do sklepu na dole. Mam zacząć szaleć dyskontowo w wieku 74 lat?
- Mi idzie 91 roczek, a Biedra mnie finansowo zaspokaja.
- Ja się do twojej macicy nie wtrącam.
- Adela, to było niegrzeczne – obruszyła się Kunia.
- Przepraszam. Kunia, czy widzisz tę kamienicę?
Wskazałam palcem na budynek znajdujący się naprzeciw nas.
- No.
- Przez lata panował tu i panuje do dziś porządek. Bolek lat 67 mieszka na górze i puszcza wiatry, zakłócając wypoczynek mieszkającej pod nim Anieli lat 85 tylko akustycznie. A gdyby tak nagle zamienić im mieszkania? Albo gdyby Wiesia lat 49 zaczęła mieszkać drzwi w drzwi z Balbiną lat 52 to najpewniej nie skończyłoby się to tylko na incydentalnym wyrywaniem sobie kudłów. Uwierz mi, krew by się polała. Albo gdyby Binio lat...
- Adela, przecież ja mówię tylko o zakupach!
- Wcale nie, Kunia. Ty mącisz.
- Niby ja?
- Przestajesz się zastanawiać, czego potrzebujesz, bo interesują cię jedynie ceny produktów niepotrzebnych. I w tym jest sęk.
- Sęk powiadasz?
- Macica chaosu.
Kunia zamilkła przez moment, zastanawiajac się nad moimi słowami. Po chwili zauważyła, że jest ładna pogoda. Rzeczywiście, słońce świeciło, ale już po południu miało się skryć za chmurami. Wtedy będzie najlepszy moment na jakiś sensowny protest.
- Dokąd?
- No przecież tu opłaca się kupić tylko pieczywo!
Stałyśmy pod naszym sklepem w oczekiwaniu na transport świeżego pieczywa. Z Kunegundą lat 90 zawsze umilałyśmy sobie czas rozmową. Ona akurat pokiwała z dezaprobatą głową, po czym perorowała dalej.
- W Biedrze masz wszystko tanie, w zasięgu ręki, a promocje trwają wiecznie. I nie ma długich kolejek, bo tylko w jednej kasie sprzedają alkohol. Przy pozostałych stanowiskach są pustki.
- Ale ja tam nikogo nie znam!
- Biedaków będziesz poznawała? Do Biedry trzeba tylko wskoczyć, kupić i cieszyć się z brzęczącej w kieszeni reszty.
- Nie – odpowiedziałam. – Nie będę wprowadzać macicy w chaos.
- Co? – Kunia rozdziawiła buzię.
- Co to w ogóle za nazwa? Biedra? Jak to brzmi ohydnie!
- Co z twoją macicą?
- Moja macica przywiązana jest do sklepu na dole. Mam zacząć szaleć dyskontowo w wieku 74 lat?
- Mi idzie 91 roczek, a Biedra mnie finansowo zaspokaja.
- Ja się do twojej macicy nie wtrącam.
- Adela, to było niegrzeczne – obruszyła się Kunia.
- Przepraszam. Kunia, czy widzisz tę kamienicę?
Wskazałam palcem na budynek znajdujący się naprzeciw nas.
- No.
- Przez lata panował tu i panuje do dziś porządek. Bolek lat 67 mieszka na górze i puszcza wiatry, zakłócając wypoczynek mieszkającej pod nim Anieli lat 85 tylko akustycznie. A gdyby tak nagle zamienić im mieszkania? Albo gdyby Wiesia lat 49 zaczęła mieszkać drzwi w drzwi z Balbiną lat 52 to najpewniej nie skończyłoby się to tylko na incydentalnym wyrywaniem sobie kudłów. Uwierz mi, krew by się polała. Albo gdyby Binio lat...
- Adela, przecież ja mówię tylko o zakupach!
- Wcale nie, Kunia. Ty mącisz.
- Niby ja?
- Przestajesz się zastanawiać, czego potrzebujesz, bo interesują cię jedynie ceny produktów niepotrzebnych. I w tym jest sęk.
- Sęk powiadasz?
- Macica chaosu.
Kunia zamilkła przez moment, zastanawiajac się nad moimi słowami. Po chwili zauważyła, że jest ładna pogoda. Rzeczywiście, słońce świeciło, ale już po południu miało się skryć za chmurami. Wtedy będzie najlepszy moment na jakiś sensowny protest.
poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Jazda po ciemku.
Rozpoczynałyśmy tydzień jak zwykle w kolejce przed sklepem na dole. Świeciło słońce, temperatura szybko wzrastała, rozpoczynał się piękny letni dzień, ale Kunia lat 90 zaczęła narzekać. Psioczyła na notorycznie spóźniające się dostawy świeżego pieczywa. W końcu jej przerwałam:
- Jest na to jedna rada: trzeba zmienić kierowcę.
- Albo pojazd – dodała Malwina lat 92. – Gdyby rozwozili mniejsze ilości, ale w autach sportowych, wtedy byśmy kupowały jeszcze świeższy chleb i jeszcze bardziej ciepłe bułeczki.
- Myślisz, że powinnam się postarać o posadę kierowcy w piekarni? – Kunia swoje pytanie skierowała bezpośrednio do mnie.
- Jeśli czujesz się na siłach....
- Z tęsknotą byśmy wypatrywały twojego przyjazdu – stwierdziła przymilnie Elwira lat 77.
- To dobra fucha na lato, ale jesienią, zimą i wiosną musiałabyś jeździć po ciemku. To bardzo niebezpieczne – ostrzegłam.
- Są światła latarni, pasy na jezdniach, kocie oczka... – Kunia nie za bardzo mi wierzyła.
- Z jazdą jest jak z seksem. Gmerasz po ciemku zupełnie bez wyczucia. Niby są dobre resory, chronią cię zderzaki, ale w końcu przed maską pojawia się osioł.
- Adela, czy ty mówisz o pijanych rowerzystach na drodze?
- Ostrzegam przed piramidą niebezpieczeństw.
- Jak to?
- Spałaś z osłami?
- Były wśród nich też koguty.
- Znam to. Lisy, cielaki i wierne psy.
- Zaraz, o czym wy mówicie? – pobożna Elwira rzadko nadążała za naszym tokiem myślenia. – Co ma cielak do wiatraka?
- Co ma Kunia do pieczywa? – wtrąciła swoje trzy grosze Getruda lat 59.
- Co ma maska do kochanka? – zdziwiła się Kunia.
- Oj, jak wy mało wiecie – westchnęłam. – Jak wy mało rozumiecie...
Żeby nie wiedziały, co ma maska do kochanka? A może tylko się maskowały. W końcu nie każda kobieta lubi rozmawiać o życiu intymnym uprawianym po ciemku. To jasne, prawda?
- Jest na to jedna rada: trzeba zmienić kierowcę.
- Albo pojazd – dodała Malwina lat 92. – Gdyby rozwozili mniejsze ilości, ale w autach sportowych, wtedy byśmy kupowały jeszcze świeższy chleb i jeszcze bardziej ciepłe bułeczki.
- Myślisz, że powinnam się postarać o posadę kierowcy w piekarni? – Kunia swoje pytanie skierowała bezpośrednio do mnie.
- Jeśli czujesz się na siłach....
- Z tęsknotą byśmy wypatrywały twojego przyjazdu – stwierdziła przymilnie Elwira lat 77.
- To dobra fucha na lato, ale jesienią, zimą i wiosną musiałabyś jeździć po ciemku. To bardzo niebezpieczne – ostrzegłam.
- Są światła latarni, pasy na jezdniach, kocie oczka... – Kunia nie za bardzo mi wierzyła.
- Z jazdą jest jak z seksem. Gmerasz po ciemku zupełnie bez wyczucia. Niby są dobre resory, chronią cię zderzaki, ale w końcu przed maską pojawia się osioł.
- Adela, czy ty mówisz o pijanych rowerzystach na drodze?
- Ostrzegam przed piramidą niebezpieczeństw.
- Jak to?
- Spałaś z osłami?
- Były wśród nich też koguty.
- Znam to. Lisy, cielaki i wierne psy.
- Zaraz, o czym wy mówicie? – pobożna Elwira rzadko nadążała za naszym tokiem myślenia. – Co ma cielak do wiatraka?
- Co ma Kunia do pieczywa? – wtrąciła swoje trzy grosze Getruda lat 59.
- Co ma maska do kochanka? – zdziwiła się Kunia.
- Oj, jak wy mało wiecie – westchnęłam. – Jak wy mało rozumiecie...
Żeby nie wiedziały, co ma maska do kochanka? A może tylko się maskowały. W końcu nie każda kobieta lubi rozmawiać o życiu intymnym uprawianym po ciemku. To jasne, prawda?
niedziela, 17 sierpnia 2014
SChaP.
Lucjan Kutaśko, główny doradca huncwota 2015, nadal pływa po mazurskich jeziorach, ale ostatnio mój krewniak postanowił się z nim połączyć telefonicznie. Przypadała druga rocznica prezydentury obecnej głowy państwa, więc zostały już tylko 3 lata, by przygotować się do pełnienia tej funkcji. I mózg przyszłej kampanii prezydenckiej, zarazem szef sztabu tomasz.ka 2015, przekazał telefonicznie, że należy stworzyć stowarzyszenie. Według słów Kutaśki powinniśmy działać w oparciu o realną, społeczną masę malkontencką, która przyniesie nam przewagę punktową w przyszłych sondażach. I z tego powodu zebraliśmy się w moim mieszkaniu, by w gronie tęgich umysłów i zahartowanych serc obgadać problem.
Upał był niemały, więc przed przyjściem prezydenta in spe 2015 pozwoliłam się Władkowi zdrzemnąć. Jednak gdy tylko tomasz.ka 2015 zjawił się w moich niskich progach, to zimną wodą chlusnęłam z dzbanka na rozgrzaną głowę AK-owca lat 96.
- O Jezu, potop! – krzyknął Anonimowy Kobieciarz i były żołnierz Armii Krajowej w jednym.
- Milcz, śpiochu – wycedziłam, po czym zwróciłam się do spokrewnionego ze mną hultaja, który z mojej inicjatywy miał zostać już za 3 lata prezydentem – Co proponuje Kutaśko?
- Jak mu w ogóle na wodzie? – wtrącił swoje niepotrzebne trzy grosze Władek.
- Lucjan wpadł na świetną myśl. – Prezydent in spe był podeskcytowany. – Chce byśmy kampanię przeprowadzili w oparciu o schaposzczaki.
- Schaposzczaki? – zdziwił się AK-owiec. – Schapane szczaki? Chyba szczyle...
- To coś od schabu? – domyśliłam się.
- Nie, od chama – odpowiedział poważnie huncwot. – Kutaśko wyszedł ze słusznego założenia, że prezydent musi być ponadpartyjny. Musi zatem zwabić do siebie ludzi o innym mianowniku niż polityczny. Wpadł na świetną myśl, opdnajdując polskiego chama.
- Jak to?
- Chama, ciociu, znajdziesz wszędzie: na prawicowym festynie, na lewicowej manifestacji, a centralny cham jest jak dworzec w stolicy przed remontem.
- Chamy mają na ciebie głosować? – oburzył się Władek. – Myślałem, że melomani, obrońcy ginących gatunków motyli, producenci kapeluszy borsalino. A tu chamy! Fuj!
- To niegłupi pomysł... – zastanawiałam się. – Jak nazwiesz partię?
- Ech! – warknął tomasz.ka. – Mówiłem: walczę o ponadpartyjność. Założę SChaP. Stowarzyszenie Chamów Polskich. Schaposzczaki staną się najsilniejszą siłą społeczną w kraju! Już wkrótce!
Władek wykrzywił głupio buzię, wzruszając z niedowierzaniem ramionami. Tymczasem do mnie powoli docierała głęboka myśl Lucjana Kutaśko, który niemal od tysiąca dni wpatrywał się w mazurską toń. Rzeczpospolita zawsze była chamska. Czemu nie nazwać tego po imieniu? Niech huncwot zostanie pierwszym w historii cham-pionem, a przeciwników może wysłać na Chamczatkę. A co? Nie będzie mógł?
Upał był niemały, więc przed przyjściem prezydenta in spe 2015 pozwoliłam się Władkowi zdrzemnąć. Jednak gdy tylko tomasz.ka 2015 zjawił się w moich niskich progach, to zimną wodą chlusnęłam z dzbanka na rozgrzaną głowę AK-owca lat 96.
- O Jezu, potop! – krzyknął Anonimowy Kobieciarz i były żołnierz Armii Krajowej w jednym.
- Milcz, śpiochu – wycedziłam, po czym zwróciłam się do spokrewnionego ze mną hultaja, który z mojej inicjatywy miał zostać już za 3 lata prezydentem – Co proponuje Kutaśko?
- Jak mu w ogóle na wodzie? – wtrącił swoje niepotrzebne trzy grosze Władek.
- Lucjan wpadł na świetną myśl. – Prezydent in spe był podeskcytowany. – Chce byśmy kampanię przeprowadzili w oparciu o schaposzczaki.
- Schaposzczaki? – zdziwił się AK-owiec. – Schapane szczaki? Chyba szczyle...
- To coś od schabu? – domyśliłam się.
- Nie, od chama – odpowiedział poważnie huncwot. – Kutaśko wyszedł ze słusznego założenia, że prezydent musi być ponadpartyjny. Musi zatem zwabić do siebie ludzi o innym mianowniku niż polityczny. Wpadł na świetną myśl, opdnajdując polskiego chama.
- Jak to?
- Chama, ciociu, znajdziesz wszędzie: na prawicowym festynie, na lewicowej manifestacji, a centralny cham jest jak dworzec w stolicy przed remontem.
- Chamy mają na ciebie głosować? – oburzył się Władek. – Myślałem, że melomani, obrońcy ginących gatunków motyli, producenci kapeluszy borsalino. A tu chamy! Fuj!
- To niegłupi pomysł... – zastanawiałam się. – Jak nazwiesz partię?
- Ech! – warknął tomasz.ka. – Mówiłem: walczę o ponadpartyjność. Założę SChaP. Stowarzyszenie Chamów Polskich. Schaposzczaki staną się najsilniejszą siłą społeczną w kraju! Już wkrótce!
Władek wykrzywił głupio buzię, wzruszając z niedowierzaniem ramionami. Tymczasem do mnie powoli docierała głęboka myśl Lucjana Kutaśko, który niemal od tysiąca dni wpatrywał się w mazurską toń. Rzeczpospolita zawsze była chamska. Czemu nie nazwać tego po imieniu? Niech huncwot zostanie pierwszym w historii cham-pionem, a przeciwników może wysłać na Chamczatkę. A co? Nie będzie mógł?
Subskrybuj:
Posty (Atom)