Ogólnie, ludzie lubią gmyrać. Najchętniej w przeszłości. Nie dają możliwości do zabliźnienia się ran, bo gmyrają, gmyrają, a rany nie chcą pokryć się strupem.
W społecznym stereotypie istnieje przekonanie, że to kobiety są największymi gmyraczkami, ale to kolejne zafałszowywanie rzeczywistości przez samczą propagandę. Że niby to my wypominamy grzechy z młodości, skupiając się na flirtach i mniej lub bardziej wyimaginowanych skokach w bok. Tymczasem to mężczyźni, chcąc przykryć swoje grzeszki i zarazem obawy, nam zarzucają to samo, do czego oni są zdolni. Takie psiajuchy. Takie kociekitki. Takie szczurzekiełki.
Ale największymi gmyraczami są spowiednicy. Spowiednicy zawsze są płci męskiej., Dziwne to, prawda? Różnej maści hochsztaplerzy prezentują się w różnych sutannach. Czasem jest to brunatny habit benedyktyna, innym razem biały kitel psychiatry, jeszcze innym razem zwykła czarna sukienka niby przystojnego wikariusza, który szeptem docieka, kiedy masz menstruację.
Ja już przekwitłam, dlatego bez skrępowania wchodzę do konfesjonału. Spowiadam się zwykle podczas mszy świętej, najczęściej jest to niedzielna suma, podczas której jest dość głośno, więc muszę się przebijać przez kakofoniczną ścianę. A że nie mam najlepszego słuchu, to podnoszę głos trochę ponad przeciętną. Kunia lat 88, moja najbliższa znajoma w dzielnicy, relacjonuje mi potem, że gdy ja wchodzę do konfesjonału, to mija skupienie modlitwą i ludzie nadstawiają uszu, co tam w konfesjonale. A ja klękam przed kratką ciągle z tym samym tekstem: „Ojcze (zwykle jest to chłop, który mógłby być moim synem lub wnukiem), ojcze, ja już nie miesiączkuję!”. „Ciociu, Adelo, ale o co chodzi?”, zwykle z taką odpowiedzią mam do czynienia. No to pomijam wątek, w którym ojca, czyli duchownego, łączy relacja z ciotką czyli córką, bo to zbyt skomplikowane. Trudno się w tym połapać. I mnie, która nazywana jest ciotką, choć zawsze na początku spowiedzi zarzekam się, że ciotki już nie miewam, też mąci się w głowie. Czasami nawet mam wrażenie jakiejś gnosis, która nawiedza mnie w konfesjonale, zacinam się, przestaję wyliczać nieliczne grzechy, tylko czekam aż buchnę, znowu stając się płodną. Dlatego nigdy nie będę atakować samej spowiedzi, jak robią to niektórzy chrześcijańscy (tfu!) reformatorzy.
Piszę o gmyraniu, więc muszę odkryć powtarzające się co spowiedź szczegóły moich wyznań i reakcje na nie. Spowiednicy gmyrają wszędzie gdzie mogą. No to przyznaję się. Do przekleństw, pieprznych myśli, popijania tego i owego, do myślenia, do zbijania bąków, do tego, owego i zboczonego, do nagości, do wściekłości, do naiwności, do zrzędzeń i ględzeń, do palenia, do walenia, do golenia, do chcenia, niechcenia i zobojętnienia. Do wszystkiego. A spowiednik? Gmyra! Gmyra i ciągle mu mało. Zagmyrał by się na śmierć, ale zawsze w pewnym momencie kończę spowiedź, by zdążyć na przyjęcie komunii świętej.
Gmyranie to wstrętna rzecz. Protestuję przeciw niej i gmyraczom. A wy?
środa, 8 lutego 2017
wtorek, 7 lutego 2017
Śmichu chichu, a czasy wymagają czynu!
Często jestem uchachana. Jeszcze częściej pochichrana. Szczerze szczerzę się, a mięśnie brzucha uczciwie pracują. Ale po co, skoro nie ma z tego pożytku dla ludzkości? Dokąd nas zaprowadzi sam śmiech? Donikąd! A życie do czynu wzywa, a nie do różnych pierdół.
Czyn definiuje się poprzez swoją odwrotność, czyli bezczyn. Bezczyn społeczny jest plagą naszych czasów. Obywatele tylko wykonują bezsensowne zadania, za które im płacą, by mieli na abonament telewizyjny. Przed odbiornikiem ćwiczą mięśnie brzucha, śmiejąc się, pijąc piwo i incydentalnie uprawiając seks, by po kilku godzinach snu, znów włączyć telewizor na kwadrans telewizji śniadaniowej i chwilę potem pójść zarobić pieniądze na kolejny seans wieczorny.
Co zatem robić, by objął nas czyn, a nie bezczyn? To proste, trzeba myśleć o kilometrach nie wybudowanych autostrad, o nie wystawionych dotąd spektaklach teatralnych, o bateriach łazienkowych, które trzeba na bieżąco produkować, o tysiącach kilometrów papieru toaletowego, jaki trzeba przygotować do sprzedaży i tak dalej, i tak dalej. Czyn wzywa nas do tego byśmy spojrzeli na sąsiada lub sąsiadkę i intuicyjnie wyczuli, co mu jeszcze brakuje. Czego potrzebuje. O czym marzy. Stąd już tylko krok do przełamania się i ruszenia do roboty, która uszczęśliwi bliźniego.
„To dla pana, drogi sąsiedzie Tadeuszu, tyrałam w fabryce, produkując płytę wiórową do pana meblościanki”, „Kochana Anielo, czy ty zdajesz sobie sprawę, że będzie tobie świecić, bo w mojej fabryce znów z taśmy zeszły żarówki?”, „Walenty, powiedz synowi, że z browaru zeszła nowa partia piwa”.
Osiągamy w ten sposób bardzo ważny efekt. Nie chachamy, nie chichramy się, nie łapiemy za brzuch, ani zwijamy się ze śmiechu, nie robimy nic, co byłoby rubaszne, niekulturalne, obciachowe. My się tylko z satysfakcją uśmiechamy. Nie ma histerycznego śmiechu, który jest najczęściej sposobem na odreagowanie stresu, jest tylko zadowolona mina pełna aprobaty dla tego co wokół nas i dla samych siebie oczywiście też.
Bezczyn nawołuje do bezrefleksyjnego chichotu, tarzania się po podłodze, natomiast czyn niesie wartości konstruktywne, które nadają naszej twarzy wyraz zadowolenia. A szczęśliwy obywatel tworzy szczęśliwą ojczyznę. I powstaje układanka, gdzie jeden zadowolony puzzle łączy z drugim.
Tylko komu chce się to układać?
Czyn definiuje się poprzez swoją odwrotność, czyli bezczyn. Bezczyn społeczny jest plagą naszych czasów. Obywatele tylko wykonują bezsensowne zadania, za które im płacą, by mieli na abonament telewizyjny. Przed odbiornikiem ćwiczą mięśnie brzucha, śmiejąc się, pijąc piwo i incydentalnie uprawiając seks, by po kilku godzinach snu, znów włączyć telewizor na kwadrans telewizji śniadaniowej i chwilę potem pójść zarobić pieniądze na kolejny seans wieczorny.
Co zatem robić, by objął nas czyn, a nie bezczyn? To proste, trzeba myśleć o kilometrach nie wybudowanych autostrad, o nie wystawionych dotąd spektaklach teatralnych, o bateriach łazienkowych, które trzeba na bieżąco produkować, o tysiącach kilometrów papieru toaletowego, jaki trzeba przygotować do sprzedaży i tak dalej, i tak dalej. Czyn wzywa nas do tego byśmy spojrzeli na sąsiada lub sąsiadkę i intuicyjnie wyczuli, co mu jeszcze brakuje. Czego potrzebuje. O czym marzy. Stąd już tylko krok do przełamania się i ruszenia do roboty, która uszczęśliwi bliźniego.
„To dla pana, drogi sąsiedzie Tadeuszu, tyrałam w fabryce, produkując płytę wiórową do pana meblościanki”, „Kochana Anielo, czy ty zdajesz sobie sprawę, że będzie tobie świecić, bo w mojej fabryce znów z taśmy zeszły żarówki?”, „Walenty, powiedz synowi, że z browaru zeszła nowa partia piwa”.
Osiągamy w ten sposób bardzo ważny efekt. Nie chachamy, nie chichramy się, nie łapiemy za brzuch, ani zwijamy się ze śmiechu, nie robimy nic, co byłoby rubaszne, niekulturalne, obciachowe. My się tylko z satysfakcją uśmiechamy. Nie ma histerycznego śmiechu, który jest najczęściej sposobem na odreagowanie stresu, jest tylko zadowolona mina pełna aprobaty dla tego co wokół nas i dla samych siebie oczywiście też.
Bezczyn nawołuje do bezrefleksyjnego chichotu, tarzania się po podłodze, natomiast czyn niesie wartości konstruktywne, które nadają naszej twarzy wyraz zadowolenia. A szczęśliwy obywatel tworzy szczęśliwą ojczyznę. I powstaje układanka, gdzie jeden zadowolony puzzle łączy z drugim.
Tylko komu chce się to układać?
poniedziałek, 6 lutego 2017
Wpuściłam pod dach Antychrysta! A niech mu tam. Tam tam
Johansson Mbelele lat 29 w niedzielę puścił się w miasto, by poszukać wybranki swego serca. Tymczasem zadzwonił do mnie krewniak z przestrogą, żebym uważała na drugi szwedzki Potop, gdy czarnoskórzy przybysze z Północy biorą w jasyr polską siłę rozrodczą, perfidnie osłabiając nasz system emerytalny. Porozmawialiśmy chwilę o współczesnych zagrożeniach cywilizacyjnych, a wkrótce potem poszłam się położyć. Mbelele wrócił późną nocą. Wszedł do mieszkania z wywieszonym jęzorem. Wpuściłam go do jego pokoju i zamknęłam szczelnie drzwi, bo uprzedził mnie wcześniej, że głośno chrapie. Zawiasy jednak wytrzymały i dziś z samego rana przy kubku gorącej herbaty zaczęłam wypytywać młodego Szweda o wczorajsze podboje miłosne.
– Spotkałeś ładne dziewczyny?
– Ma rozumieć. Główka Mbelele pracować.
– Byłeś w jakimś klubie?
– Zaczepić 4 kobieta pod Fara. Nie na raz.
– Pod kościołem farnym? – spytałam z niedowierzaniem.
– Ma rozumieć Mbelele siebie. Ciocia religijna duża?
– Szukasz bogobojnej żony? – dopytywałam się.
– Chcieć iść pod katedra, ale Fara być w porządku tu. Dobra audyt tam z wiela kobieta robić, bo 4 dała zgoda.
– Że co?
– Ja thetan.
– Niby kim jesteś?
– Ja lubić badać reakcja, moment, ja patrzeć słownik: skórno – galwaniczna, potem określanie emocje kandydatka, by być finale połowica Mbelele. In Szwecja, in Hollywood tu, być bardzo popularna sposoba.
– Mbelele, ale o co chodzi?
– Moja żona musieć trzymać czystość umysł reaktywna. Ja brać w metafora gumka myszka i czyścić rozum kobieta z aberracja. Ma rozumieć Mbelele siebie.
– Widzę, że jesteś zadowolony z siebie.
– W każda scjentolog główka pracować!
– Jesteś scjentologiem, Antychryście?!
– Ze Szwecja!
W pierwszym momencie chciałam zaprotestować przeciw pogańskiej wierze w rozum, ale machnęłam ręką, bo wiem, że zrobią to za mnie brukselscy urzędnicy. Tymczasem przytuliłam Mbelele do piersi, żywiąc nadzieję, że uda się dzieciakowi zaznać takiego żaru, jaki miał jego dziadek ze mną. Ale trochę się niepokoiłam, bo co to za mężczyzna, który na widok kościoła krzyczy „O, Fara!”.
– Spotkałeś ładne dziewczyny?
– Ma rozumieć. Główka Mbelele pracować.
– Byłeś w jakimś klubie?
– Zaczepić 4 kobieta pod Fara. Nie na raz.
– Pod kościołem farnym? – spytałam z niedowierzaniem.
– Ma rozumieć Mbelele siebie. Ciocia religijna duża?
– Szukasz bogobojnej żony? – dopytywałam się.
– Chcieć iść pod katedra, ale Fara być w porządku tu. Dobra audyt tam z wiela kobieta robić, bo 4 dała zgoda.
– Że co?
– Ja thetan.
– Niby kim jesteś?
– Ja lubić badać reakcja, moment, ja patrzeć słownik: skórno – galwaniczna, potem określanie emocje kandydatka, by być finale połowica Mbelele. In Szwecja, in Hollywood tu, być bardzo popularna sposoba.
– Mbelele, ale o co chodzi?
– Moja żona musieć trzymać czystość umysł reaktywna. Ja brać w metafora gumka myszka i czyścić rozum kobieta z aberracja. Ma rozumieć Mbelele siebie.
– Widzę, że jesteś zadowolony z siebie.
– W każda scjentolog główka pracować!
– Jesteś scjentologiem, Antychryście?!
– Ze Szwecja!
W pierwszym momencie chciałam zaprotestować przeciw pogańskiej wierze w rozum, ale machnęłam ręką, bo wiem, że zrobią to za mnie brukselscy urzędnicy. Tymczasem przytuliłam Mbelele do piersi, żywiąc nadzieję, że uda się dzieciakowi zaznać takiego żaru, jaki miał jego dziadek ze mną. Ale trochę się niepokoiłam, bo co to za mężczyzna, który na widok kościoła krzyczy „O, Fara!”.
niedziela, 5 lutego 2017
Szwedzkie gadanie
Dziadka Mbelele Johanssona poznałam pod koniec lat 50. Był lewicującym członkiem władz związku zawodowego stoczniowców z Malmö, który postanowił poszukać żony na Południu. Wylądował przez moment na poznańskiej Wildzie i powiadam wam, że było gorąco. Oj, jak bardzo. Ale Gudmund postanowił dalej szukać żaru i w końcu wylądował w Kenii, skąd przywiózł sobie do Szwecji żonę. Z Mombasy, bo Gudmund gustował w portowych dziewczynach. Tak oto począł się Nbone Johansson, który po 25 latach też spiknął się z dziewką portową, z tymże z Luandy w Angoli, która leży w przeciwieństwie do Mombasy po drugiej stronie afrykańskiego kontynentu. W ten oto sposób po dziewięciu miesiącach w Malmö zaczął kwilić mały Mbelelek.
Z Gudmundem prowadziłam żywą i gorącą korespondencję i wiem, że z tego powodu nasza bezpieka wysłała na kurs językowy dwóch swoich agentów. Poznali oni tam trzy czarodziejskie szwedzkie słowa: varsågod, tack i förlåt, czyli proszę, dziękuję i przepraszam. Gudmund wysyłał do mnie syna na wakacje, a że Nbone się podobało w mojej dzielnicy, to i Mbelelka, kiedy podrósł zaczął do mnie wysyłać. A Murzyn na Wildzie to nie byle kto! Szczególnie, gdy czarnoskóry piękniś jest hydraulikiem.
Mbele poprosił mnie, bym nie nazywała go już Mbelelkiem, bo ma 29 lat i jest poważnym mężczyzną, który chciałby sobie tutaj znaleźć żonę. Fascynowała go uroda słowiańskich panienek oraz fakt, że skóra jego dziecka będzie miała bliższy kolor do Michaela Jacksona, którego był gorącym fanem.
– Ciociu Adelo, a ciocia woli brunetki czy blondynki?
– Etam, szwedzkie gadanie. Jesienna róża powinna mieć kasztanowe włosy.
– Czy z wybranką powinienem pójść do kina czy na dyskotekę?
– Etam, szwedzkie problemy! Nie zaciemniaj sytuacji, tylko rozjaśnij dziewczęcą główkę światełkiem wiedzy. Jesteś w końcu hydraulikiem!
– A wie ciocia, że skrócenie pasma reklam w telewizji publicznej Szwecja zawdzięcza hydraulikom?
– Nie żartuj – zareagowałam zdziwiona.
– Zauważyliśmy, że w pewnych popołudniowych i wieczornych porach jest większe zużycie wody. Powiązaliśmy to z blokami reklam, podczas których ludzie się kąpią, spłukują kupę i nalewają wody do czajnika na herbatę.
– I takim szwedzkim gadaniem, Mbelele, zdobędziesz wdzięczne serce niewieście.
– Skoro tak mówisz, ciociu...
I Mbelele wyruszył w miasto ze światełkiem szwedzkiej wiedzy na murzyńskim języku. A ja w tym miejscu chciałam zaprotestować przeciw polskim hydraulikom, którzy są tylko piękni, ale z nauką są na bakier.
Nieładne, panowie od rur!
Z Gudmundem prowadziłam żywą i gorącą korespondencję i wiem, że z tego powodu nasza bezpieka wysłała na kurs językowy dwóch swoich agentów. Poznali oni tam trzy czarodziejskie szwedzkie słowa: varsågod, tack i förlåt, czyli proszę, dziękuję i przepraszam. Gudmund wysyłał do mnie syna na wakacje, a że Nbone się podobało w mojej dzielnicy, to i Mbelelka, kiedy podrósł zaczął do mnie wysyłać. A Murzyn na Wildzie to nie byle kto! Szczególnie, gdy czarnoskóry piękniś jest hydraulikiem.
Mbele poprosił mnie, bym nie nazywała go już Mbelelkiem, bo ma 29 lat i jest poważnym mężczyzną, który chciałby sobie tutaj znaleźć żonę. Fascynowała go uroda słowiańskich panienek oraz fakt, że skóra jego dziecka będzie miała bliższy kolor do Michaela Jacksona, którego był gorącym fanem.
– Ciociu Adelo, a ciocia woli brunetki czy blondynki?
– Etam, szwedzkie gadanie. Jesienna róża powinna mieć kasztanowe włosy.
– Czy z wybranką powinienem pójść do kina czy na dyskotekę?
– Etam, szwedzkie problemy! Nie zaciemniaj sytuacji, tylko rozjaśnij dziewczęcą główkę światełkiem wiedzy. Jesteś w końcu hydraulikiem!
– A wie ciocia, że skrócenie pasma reklam w telewizji publicznej Szwecja zawdzięcza hydraulikom?
– Nie żartuj – zareagowałam zdziwiona.
– Zauważyliśmy, że w pewnych popołudniowych i wieczornych porach jest większe zużycie wody. Powiązaliśmy to z blokami reklam, podczas których ludzie się kąpią, spłukują kupę i nalewają wody do czajnika na herbatę.
– I takim szwedzkim gadaniem, Mbelele, zdobędziesz wdzięczne serce niewieście.
– Skoro tak mówisz, ciociu...
I Mbelele wyruszył w miasto ze światełkiem szwedzkiej wiedzy na murzyńskim języku. A ja w tym miejscu chciałam zaprotestować przeciw polskim hydraulikom, którzy są tylko piękni, ale z nauką są na bakier.
Nieładne, panowie od rur!
sobota, 4 lutego 2017
Pogoda dla samobójców
Kto wymyślił, by zatrudnić do telewizyjnej prognozy pogody Kreta? Nie dość, że taki ślepy jest w dzień, to jeszcze wietrznie zadowolony z przechodzących frontów atmosferycznych. Przy tym wszystkim przesłodzony, jakby z nieba spadał ekstrakt z buraków cukrowych, a przypominam, że kampania cukrowa skończyła wraz z rokiem kalendarzowym. Krecia robota, mówię wam.
Dziś po mszy wróciliśmy z AK-owcem na naszą rytualną kawę. Mój druh usiadł nad filiżanką, mnie natomiast nosiło. Chciałam działać.
– Władek, rozwieś sznur na podwórku. Przy silnym wietrze szybko wysuszymy pranie.
– Nie boisz się srających gołębi?
– Nie wymyślaj przeszkód! Ptaki nie są głupie, nikt przy takim wietrze nie chce wyściubiać nosa na dwór. Gołębie robią dziś pod siebie.
– A mnie na dwór wyganiasz!
– Znowu się lenisz i to w dzień Pański!
– Nieprawda, boję się tylko tego sznura w mojej ręce.
– Znowu uwiążesz lasso, na które będziesz łapać dzierlatki? Nie obawiaj się, przy takiej pogodzie żadna gołąbeczka nie wyjdzie na dwór prowokować Anonimowego Kobieciarza.
– To nie to. Od kilku dni jest pogoda dla samobójców. Nie mogę ryzykować, biorąc śmiertelne narzędzie do ręki.
Spojrzałam na wychudzonego AK-owca, na jego podkrążone oczy, błędny wzrok i ciuchy, które nosił od kilku dni, bo inne czekały na przepierkę. Ważyłam w duchu jego racje, po czym szybko podjęłam decyzję.
– Masz rację, Władku, twoje życie cenniejsze jest od prania.
– Cieszę się, że zrozumiałaś powagę sytuacji – mój towarzysz uśmiechnął się z ulgą.
– Zrozumiałam – przytaknęłam. – Nawet więcej, bo nie tylko sznur jest zagrożeniem. Niebezpieczeństwo sprawiają noże, cążki do paznokci, wysokość ostatniego piętra, na którym mieszkam, zabójcy za kółkiem...
– Tak – Władek spojrzał na mnie czujnie.
Nie zdążył jednak zareagować. Zarzuciłam błyskawicznie pętlę na jego tułów, szybko okręciłam sznur wokół jego ciała, unieruchamiając go na amen. Na koniec wetknęłam knebel w usta niedoszłego nieszczęśnika, bo marudzący samobójca to największa kara za grzechy.
Kiedy już usiadłam, patrząc na związanego Władka lat ho ho ho i namyślając się jak ja poradzę sobie z jego potrzebami fizjologicznymi, to zaczęłam w duchu protestować przeciw kreciej robocie pogodynek i ich męskich odpowiedników. Czy oni nie wiedzą, jaki to kłopot trzymać AK-owca do pierwszych promieni słonecznych?
A przecież robię to po to, by było nas więcej. Nas Polaków. Więcej Polaków to większa siła w Narodzie, to Duch, który przepędza chmury agresorów, to Energia i pompowanie teizmu w obywatela. To patriotyzm i tradycja.
Tymczasem Władek po gwałtownej antypatriotycznej szamotaninie uspokoił się. Powoli docierała do niego racja stanu.
Dziś po mszy wróciliśmy z AK-owcem na naszą rytualną kawę. Mój druh usiadł nad filiżanką, mnie natomiast nosiło. Chciałam działać.
– Władek, rozwieś sznur na podwórku. Przy silnym wietrze szybko wysuszymy pranie.
– Nie boisz się srających gołębi?
– Nie wymyślaj przeszkód! Ptaki nie są głupie, nikt przy takim wietrze nie chce wyściubiać nosa na dwór. Gołębie robią dziś pod siebie.
– A mnie na dwór wyganiasz!
– Znowu się lenisz i to w dzień Pański!
– Nieprawda, boję się tylko tego sznura w mojej ręce.
– Znowu uwiążesz lasso, na które będziesz łapać dzierlatki? Nie obawiaj się, przy takiej pogodzie żadna gołąbeczka nie wyjdzie na dwór prowokować Anonimowego Kobieciarza.
– To nie to. Od kilku dni jest pogoda dla samobójców. Nie mogę ryzykować, biorąc śmiertelne narzędzie do ręki.
Spojrzałam na wychudzonego AK-owca, na jego podkrążone oczy, błędny wzrok i ciuchy, które nosił od kilku dni, bo inne czekały na przepierkę. Ważyłam w duchu jego racje, po czym szybko podjęłam decyzję.
– Masz rację, Władku, twoje życie cenniejsze jest od prania.
– Cieszę się, że zrozumiałaś powagę sytuacji – mój towarzysz uśmiechnął się z ulgą.
– Zrozumiałam – przytaknęłam. – Nawet więcej, bo nie tylko sznur jest zagrożeniem. Niebezpieczeństwo sprawiają noże, cążki do paznokci, wysokość ostatniego piętra, na którym mieszkam, zabójcy za kółkiem...
– Tak – Władek spojrzał na mnie czujnie.
Nie zdążył jednak zareagować. Zarzuciłam błyskawicznie pętlę na jego tułów, szybko okręciłam sznur wokół jego ciała, unieruchamiając go na amen. Na koniec wetknęłam knebel w usta niedoszłego nieszczęśnika, bo marudzący samobójca to największa kara za grzechy.
Kiedy już usiadłam, patrząc na związanego Władka lat ho ho ho i namyślając się jak ja poradzę sobie z jego potrzebami fizjologicznymi, to zaczęłam w duchu protestować przeciw kreciej robocie pogodynek i ich męskich odpowiedników. Czy oni nie wiedzą, jaki to kłopot trzymać AK-owca do pierwszych promieni słonecznych?
A przecież robię to po to, by było nas więcej. Nas Polaków. Więcej Polaków to większa siła w Narodzie, to Duch, który przepędza chmury agresorów, to Energia i pompowanie teizmu w obywatela. To patriotyzm i tradycja.
Tymczasem Władek po gwałtownej antypatriotycznej szamotaninie uspokoił się. Powoli docierała do niego racja stanu.
piątek, 3 lutego 2017
Mój poranny świstak
Nie uprzedzałam wczoraj nikogo, ale poranek 5 lutego traktuję jako osobisty Dzień Świstaka. Mój przebudzona soma zawsze wskazuje na to, co czeka nas w najbliższych miesiącach. W zeszłym roku był to huk z trzewi i smród o świcie, który wskazywał na katastrofę i jej polityczne reperkusje, choć nie interpretowałam tego, szybko wietrząc pokój. Dziś było inaczej. I o tym opowiedziałam Władkowi lat ho ho ho.
Władkowi mogę wszystko opowiedzieć, bo w powstańczych kanałach w niejednym się taplał i życie zna od podszewki każdej części ludzkiej garderoby. Piszę „ludzkiej”, bo podczas mrozów pieski też się przyodziewa, choć nie wiem, czy ich ubrania mają podszewkę...
– Swędzi mnie – zwierzyłam się.
– Idź się podmyj – odpowiedział AK-owiec.
– Nie, to nie tam. Swędzi mnie na kończynach, szyi, twarzy i dekolcie, czyli na wszystkich odsłoniętych częściach ciała.• – To ty nie śpisz nago? – zdziwił się Anonimowy Kobieciarz lat 95.
– Odkąd zrezygnowałam z nocnego towarzystwa mężczyzn muszę tulić się do koszuli nocnej.
– Nie ma jak brutalny uścisk męskiej dłoni na babskim cycu!
– Stary jesteś i głupi, Władku. Bawełniana tkanina muska mnie czule, bezpiecznie odprowadzając w ramiona Morfeusza. Czuję się bezpieczna.
– Pierdoły. Lepiej powiedz, co przewidujesz.
– Będzie plaga meszek. I to już wkrótce, bo od połowy kwietnia! Kąsać będą okrutnie i bez litości. Zaatakują nozdrza krów i bycze karki. Ciąć będą zakonnice pod habitami i bojówki kibiców na meczach piłkarskich. Rozdrapią skórę stoikom, rozwodnikom i urzędniczkom skarbowym. Na ulicach dźwięki klaksonów zagłuszać będą plaśnięcia otwartą dłonią. I nie będą to oklaski, lecz próby zamachu na uporczywego owada. Dłoń przechodnia, motorniczego i kierowcy padać będzie na osobiste czoło, policzek i udo panienki w mini spódniczce. Być może już na rocznicę katastrofy smoleńskiej ludzie będą rozdrapywać rany. A już na pewno będzie tak na 1 maja, w dzień beatyfikacji Jana Pawła II. Nikt nie utrzyma rąk złożonych do modlitwy.
– Cholerka, Adela. Szkoda, że nie spałaś w śpiworze!
Niestety, nikt nie wierzy w mojego świstaka. Mojego polskiego boberka. Jest mi przykro i nie mam sił protestować. Gdyby ludzie uwierzyli nie byłoby wtedy obciachu w święta państwowe.
A tak...
Władkowi mogę wszystko opowiedzieć, bo w powstańczych kanałach w niejednym się taplał i życie zna od podszewki każdej części ludzkiej garderoby. Piszę „ludzkiej”, bo podczas mrozów pieski też się przyodziewa, choć nie wiem, czy ich ubrania mają podszewkę...
– Swędzi mnie – zwierzyłam się.
– Idź się podmyj – odpowiedział AK-owiec.
– Nie, to nie tam. Swędzi mnie na kończynach, szyi, twarzy i dekolcie, czyli na wszystkich odsłoniętych częściach ciała.• – To ty nie śpisz nago? – zdziwił się Anonimowy Kobieciarz lat 95.
– Odkąd zrezygnowałam z nocnego towarzystwa mężczyzn muszę tulić się do koszuli nocnej.
– Nie ma jak brutalny uścisk męskiej dłoni na babskim cycu!
– Stary jesteś i głupi, Władku. Bawełniana tkanina muska mnie czule, bezpiecznie odprowadzając w ramiona Morfeusza. Czuję się bezpieczna.
– Pierdoły. Lepiej powiedz, co przewidujesz.
– Będzie plaga meszek. I to już wkrótce, bo od połowy kwietnia! Kąsać będą okrutnie i bez litości. Zaatakują nozdrza krów i bycze karki. Ciąć będą zakonnice pod habitami i bojówki kibiców na meczach piłkarskich. Rozdrapią skórę stoikom, rozwodnikom i urzędniczkom skarbowym. Na ulicach dźwięki klaksonów zagłuszać będą plaśnięcia otwartą dłonią. I nie będą to oklaski, lecz próby zamachu na uporczywego owada. Dłoń przechodnia, motorniczego i kierowcy padać będzie na osobiste czoło, policzek i udo panienki w mini spódniczce. Być może już na rocznicę katastrofy smoleńskiej ludzie będą rozdrapywać rany. A już na pewno będzie tak na 1 maja, w dzień beatyfikacji Jana Pawła II. Nikt nie utrzyma rąk złożonych do modlitwy.
– Cholerka, Adela. Szkoda, że nie spałaś w śpiworze!
Niestety, nikt nie wierzy w mojego świstaka. Mojego polskiego boberka. Jest mi przykro i nie mam sił protestować. Gdyby ludzie uwierzyli nie byłoby wtedy obciachu w święta państwowe.
A tak...
środa, 1 lutego 2017
Wąskie gesty
Nie wiem, co gorsze, marzyć czy być obiektem marzeń. Dopuszczam delikatną wersję tej alternatywy, gdy wielu mężczyzn z Wildy wzdychało do mnie smętnie, ilekroć przechodziłam mimo nich. To nawet podbudowywało kobiece ego, ale gdy już znajdzie się cichy śmiałek, który marzy i puści plotkę w ten sposób, by dotarła do twych uszu, to wtedy przestaje być miło. Bo być marzeniem to trudna robota. Nagle czujesz się obserwowana, tracisz na swobodzie w zachowaniu, gubisz luz i w końcu sama zaczynasz marzyć, by to już się skończyło. Dlatego bardzo ważne są odpowiednie gesty, które powstrzymają absztyfikantów przed zawieszaniem marzeń na wieszaku w twoim przedpokoju.
Problem naświetliłam koleżankom stojącym w ogonku do sklepu, do którego niedługo miał dojechać dostawczak ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku.
– Czy uważasz, Adela, że chłopu trzeba dużo pokazywać? – zainteresowała się Malwina lat 92.
– Tak. Samce nie słyszą, więc z założenia nie słuchają – odpowiedziałam. – Nos mają najczęściej zapchany ostrym zapachem kosmetyku, którym się oblali, by ukryć brud poprzedniego dnia, nigdy nie dotykają sensu, często myląc go ze swoim siusiakiem, więc pozostają im tylko oczy. Właśnie na nie musimy podziałać.
– Przypominam sobie jak zdobyłam Genka – rozmarzyła się Stefa lat 69. – Miałam pończochy ze szwem, który ciągle mi się okręcał wokół nogi. A Genek... No gały mu niemal nie wyskoczyły, cha cha cha.
– Wykonałaś antygest – wyjaśniłam. – Antygest działa na ich pierwotność, a my chcemy się odwołać nie do instynktu, lecz ich wybujałej samooceny. Przesadzonej ocenie dajemy kopa i potem mamy spokój. Malwina, przecież chyba masz już dość podszczypywań.
– No nie wiem, mam dopiero 92 lata.
– Jakie gesty proponujesz? – spytała rzeczowo Kunia lat 90.
– Przede wszystkim wąski gest. Niewąskie gesty stosują samce chcące zaimponować we wstępnej fazie znajomości ich przyszłej ofierze.
– Ale jaki gest jest wąski? – zainteresowała się Emilia lat 59.
– Właśnie! I o tym musimy porozmawiać.
Niestety, dziewczyny wykazały się małą inwencją. Propozycje ściskania do siebie piersi, spinania pośladków czy patrzenia zezem, by linie spojrzeń zbiegały się w jeden tunel były bardziej sposobami na antygest. Dlatego w końcu wyciągnęłam zza pazuchy lunetę. Przytknęłam ją do oka i podeszłam do pierwszego przechodnia, Ziutka lat 74.
Widziałyście esencję samca? Nie? Wystarczy wykonać gest z narzędziem optycznym i spojrzeć na okaz przez tak zwane długie oko. Każda kreatura będzie wić się pod takim czy innym mikroskopem. I wtedy przeciw robalowi możemy już zaprotestować stanowczo.
Problem naświetliłam koleżankom stojącym w ogonku do sklepu, do którego niedługo miał dojechać dostawczak ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku.
– Czy uważasz, Adela, że chłopu trzeba dużo pokazywać? – zainteresowała się Malwina lat 92.
– Tak. Samce nie słyszą, więc z założenia nie słuchają – odpowiedziałam. – Nos mają najczęściej zapchany ostrym zapachem kosmetyku, którym się oblali, by ukryć brud poprzedniego dnia, nigdy nie dotykają sensu, często myląc go ze swoim siusiakiem, więc pozostają im tylko oczy. Właśnie na nie musimy podziałać.
– Przypominam sobie jak zdobyłam Genka – rozmarzyła się Stefa lat 69. – Miałam pończochy ze szwem, który ciągle mi się okręcał wokół nogi. A Genek... No gały mu niemal nie wyskoczyły, cha cha cha.
– Wykonałaś antygest – wyjaśniłam. – Antygest działa na ich pierwotność, a my chcemy się odwołać nie do instynktu, lecz ich wybujałej samooceny. Przesadzonej ocenie dajemy kopa i potem mamy spokój. Malwina, przecież chyba masz już dość podszczypywań.
– No nie wiem, mam dopiero 92 lata.
– Jakie gesty proponujesz? – spytała rzeczowo Kunia lat 90.
– Przede wszystkim wąski gest. Niewąskie gesty stosują samce chcące zaimponować we wstępnej fazie znajomości ich przyszłej ofierze.
– Ale jaki gest jest wąski? – zainteresowała się Emilia lat 59.
– Właśnie! I o tym musimy porozmawiać.
Niestety, dziewczyny wykazały się małą inwencją. Propozycje ściskania do siebie piersi, spinania pośladków czy patrzenia zezem, by linie spojrzeń zbiegały się w jeden tunel były bardziej sposobami na antygest. Dlatego w końcu wyciągnęłam zza pazuchy lunetę. Przytknęłam ją do oka i podeszłam do pierwszego przechodnia, Ziutka lat 74.
Widziałyście esencję samca? Nie? Wystarczy wykonać gest z narzędziem optycznym i spojrzeć na okaz przez tak zwane długie oko. Każda kreatura będzie wić się pod takim czy innym mikroskopem. I wtedy przeciw robalowi możemy już zaprotestować stanowczo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)