– Nie boję się bezwstydności – stwierdziła Malwina lat 92. – Gdyby było inaczej, urodziłabym się w śpioszku.
– Albo chociaż w czepku. A ty, Trudzia? – spytała Kunia lat 90.
– Czuję się nieswojo obok wśród ciał – odpowiedziała Gertruda lat 77. – Byłam raz na plaży nudystów i omal nie zwymiotowałam.
Potem widziałam naszego księdza proboszcza, był tylko w slipkach. Na szczęście błyskawicznie zgasło światło.
– Jak to zgasło?
– Nie wiem, może ciemno zrobiło mi się przed oczami?
Zbliżała się wiosna i z radością kąpałyśmy się we wschodzącym słońcu, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Świeże pieczywo z nocnego wypieku było naszym stałym punktem w menu, lecz nie ono zaprzątało myśli. Dziś głowy zawładnął temat bezwstydności.
– Uważam, że najbardziej bezwstydni są ludzie ubrani – uznałam. – I to dobrze ubrani. Łobuzy pod krawatem i dziunie z broszkami w żakiecie.
– Wypraszam sobie! – krzyknęła Dziunia lat 59.
– To nie o tobie – zapewniłam Dziunię z naszego ogonka. – Idzie mi o te łajzy płci obojga, które robią ojczyźnie porutę poza granicami kraju.
– Nierząd paskudny! – poparła mnie Kunia. – Jak ja ma w głebokim poważaniu zakompleksionego Jarasa!
– Chyba rząd – poprawiła nas Lwinka.
– Co?
– Rząd, a nie nierząd.
– Nie rozmawiam o polityce – odezwała się dotąd milcząca Pela lat 83. – Zbyt wiele zmarszczek mi przyprawiła. Chcę opalać to gładkie, co zostało mi po nie-polityce. Po pasjach, po kulturze, po sztuce...
– Wypnij dupę – doradziła ordynarnie Kunia.
– No wiesz co!
– Dziewczyny, to był majstersztyk – oceniłam.
– Niby co?
– Polski rząd w bardzo krótkim czasie zapewnił jeden głos dla kandydata Saryusza-Wolskiego. Mistrzostwo Europy! A może nawet świata...
– Chyba Saryusz-Wolskiego? – żachnęła się Pela. – A wiecie, jaki jest wołacz?
– Spierdalaj! – wymknęło się Kuni.
Na szczęście żadna z nas nie rozwinęło wątku, bo nadjechał furgon z piekarni. Tak ocaliłyśmy pokój polsko-polski.
niedziela, 12 marca 2017
środa, 8 marca 2017
Gdzie te goździki z tamtych lat?
– Kobieta kiedyś była pewna, że przynajmniej 8 marca nie będzie musiała pokazywać się publicznie w antygwałtkach – narzekała Kunia lat 90.
– Albo skarpetach – marudziła Malwina lat 92.
– W moim zakładzie pracy obdarowywano nas rajstopami w kolorze cielistym – wspominałam.
– To były czasy – westchnęła sentymentalnie Pela lat 83.
Pogoda była śliczna, ale słońce nie wyróżniało nas kobiet, bo jego promienie padały także na łby urzędasów, rzemieślników, kucharzy, osłów i matołów, bęcwałów i starych pierników. Mimo tej jawnej niesprawiedliwości natury i tak wystawiałyśmy twarze do słońca. Czekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, chcąc nabyć świeże pieczywo z nocnego wypieku. Czas oczekiwania umilałyśmy wspomnieniami o lepszych czasach.
– Teraz kwiaty nie pachną – zauważyła Gertruda lat 77. – Często klękam przed samym ołtarzem, koło niego stoją przecież wazony pełne róż, gerber i frezji, ale żadna woń nie dociera do mojego nosa.
– Podać ci jednorazową chusteczkę? – zaproponowałam Trudzi, widząc , że ma gila pod nosem.
– Bóg zapłać.
– Ty się, Trudzia, nie wypłacisz – uznała złośliwie Kunia. – U wszystkich zaciągasz długi.
– Modlę się za was – odcięła się słabo Gertruda.
– Czy któras z was dostała od kogoś kwiatka? – spytała Lwinka.
– Dziś? – upewniała się Dziunia lat 59.
– A co, wczoraj też dostałaś?
– Ostatni bukiet otrzymałam w 99 roku – Pela zmarszczyła czoło. – Przechodziłam na emeryturę i dział socjalny wysupłał trochę grosza na pięć różyczek. Szybko zwiędły. Kilka miesięcy później kwaciarkę przyłapano na kradzieży kwiatów z pobliskiego cmentarza.
– Ach, żeby tak dostać choć jednego goździka... – rozmarzyła się Lwinka.
– Mnie by wystarczył tulipan – powiedziała Kunia. – Taki pan do tulenia. Tulipan.
– Ja dostałam dziś SMS-a – pochwaliłam się z dumą. AK-owiec przesłał mi wirtualnego kwiatka.
– Coś mi śmierdzi taka formuła – odezwała się niepewnie Kunia.
– A właśnie, że nic nie było czuć – wyraziłam z pewnością.
Potem jeszcze chwilę porozmawiałyśmy nad metodami przesłania mailem rajstop, po czym nadjechał furgon z piekarni i zajęłyśmy się prozą życia.
– Albo skarpetach – marudziła Malwina lat 92.
– W moim zakładzie pracy obdarowywano nas rajstopami w kolorze cielistym – wspominałam.
– To były czasy – westchnęła sentymentalnie Pela lat 83.
Pogoda była śliczna, ale słońce nie wyróżniało nas kobiet, bo jego promienie padały także na łby urzędasów, rzemieślników, kucharzy, osłów i matołów, bęcwałów i starych pierników. Mimo tej jawnej niesprawiedliwości natury i tak wystawiałyśmy twarze do słońca. Czekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, chcąc nabyć świeże pieczywo z nocnego wypieku. Czas oczekiwania umilałyśmy wspomnieniami o lepszych czasach.
– Teraz kwiaty nie pachną – zauważyła Gertruda lat 77. – Często klękam przed samym ołtarzem, koło niego stoją przecież wazony pełne róż, gerber i frezji, ale żadna woń nie dociera do mojego nosa.
– Podać ci jednorazową chusteczkę? – zaproponowałam Trudzi, widząc , że ma gila pod nosem.
– Bóg zapłać.
– Ty się, Trudzia, nie wypłacisz – uznała złośliwie Kunia. – U wszystkich zaciągasz długi.
– Modlę się za was – odcięła się słabo Gertruda.
– Czy któras z was dostała od kogoś kwiatka? – spytała Lwinka.
– Dziś? – upewniała się Dziunia lat 59.
– A co, wczoraj też dostałaś?
– Ostatni bukiet otrzymałam w 99 roku – Pela zmarszczyła czoło. – Przechodziłam na emeryturę i dział socjalny wysupłał trochę grosza na pięć różyczek. Szybko zwiędły. Kilka miesięcy później kwaciarkę przyłapano na kradzieży kwiatów z pobliskiego cmentarza.
– Ach, żeby tak dostać choć jednego goździka... – rozmarzyła się Lwinka.
– Mnie by wystarczył tulipan – powiedziała Kunia. – Taki pan do tulenia. Tulipan.
– Ja dostałam dziś SMS-a – pochwaliłam się z dumą. AK-owiec przesłał mi wirtualnego kwiatka.
– Coś mi śmierdzi taka formuła – odezwała się niepewnie Kunia.
– A właśnie, że nic nie było czuć – wyraziłam z pewnością.
Potem jeszcze chwilę porozmawiałyśmy nad metodami przesłania mailem rajstop, po czym nadjechał furgon z piekarni i zajęłyśmy się prozą życia.
piątek, 3 marca 2017
Aniołeczki
– Ojczyzna nasza skrzydlata jest – oznajmiła Kunia lat 90.
Kunegunda rzuciła myśl prosto w chmury kłębiaste, jakie zebrały się nad ogonkiem, w którym oczekiwałyśmy na na przyjazd dostawczaka dowożącego z piekarni świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Ja czuję się przyziemnie – żaliła się Malwina lat 92. – Wczoraj brałam udział w pogrzebie szwagra. Był ateistą i jego dusza na pewno nie uleciała do nieba.
– Dobrze, że ateiści odchodzą – ucieszyła się Gertruda lat 77, która w naszym gronie była uchem proboszcza.
– To jest bardzo niebezpieczna sytuacja – zauważyłam. – Smog powoduje zwiększoną umieralność. Dusze chcą ulecieć do nieba, ale tworzą korek, bo nie znajdują ujścia. Smog przez to się zwiększa, zgony stają się masowe, a diabeł się cieszy.
– Chodziło mi o coś innego – wtrąciła Kunia.
– O husarię! – domyśliła się Pela.
– Nie, o aniołeczki.
– Jakie aniołeczki?
– W Polsce są aniołeczki? – zdziwiła się Lwinka. – Jakich interesujących rzeczy może kobieta dowiedzieć się po 90-tce...
– Jakiej płci są polskie aniołeczki? – dociekałam.
– Anioły nie mają płci – tonem eksperckim zawyrokowała Trudzia.
– W ojczyźnie trwa dobra zmiana – zaczęła opowiadać Kunia. – Następują objawienia, cuda, błogosławieństwa. Rewolucja. Stąd przybywa w ojczyźnie aniołeczków, a sam kraj staje się skrzydlaty.
– I zasmożony – przytaknęła Pela.
– Zasmożony?
– Pełen smogu.
– Szeregi aniołeczków stają się coraz bardziej zwarte i gotowe do czynów. Tym faktem są uskrzydleni i biorą się za coraz bardziej poważne wyzwania.
– Walczą z szatanem? – zainteresowała się Trudzia.
– No właśnie – przytaknęła Kunia. – Walczą ze światem z diabelską siłą, a przy tym mają wsparcie egzorcystów z episkopatu oraz Torunia.
– Czuję się zrezygnowana...
– Ty Adela?
– Tak, ja. Przecież do ostatnich wyborów to my byłyśmy aniołeczkami. Przynajmniej na poznańskiej Wildzie. A teraz? Świat okrutnie się zmienił.
Zapadłyśmy w zadumę. Z niej wyrwał nas przyjazd furgonu z piekarni. Sięgnęłyśmy po portmonetki, choć miny nadal miałyśmy osowiałe.
Kunegunda rzuciła myśl prosto w chmury kłębiaste, jakie zebrały się nad ogonkiem, w którym oczekiwałyśmy na na przyjazd dostawczaka dowożącego z piekarni świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Ja czuję się przyziemnie – żaliła się Malwina lat 92. – Wczoraj brałam udział w pogrzebie szwagra. Był ateistą i jego dusza na pewno nie uleciała do nieba.
– Dobrze, że ateiści odchodzą – ucieszyła się Gertruda lat 77, która w naszym gronie była uchem proboszcza.
– To jest bardzo niebezpieczna sytuacja – zauważyłam. – Smog powoduje zwiększoną umieralność. Dusze chcą ulecieć do nieba, ale tworzą korek, bo nie znajdują ujścia. Smog przez to się zwiększa, zgony stają się masowe, a diabeł się cieszy.
– Chodziło mi o coś innego – wtrąciła Kunia.
– O husarię! – domyśliła się Pela.
– Nie, o aniołeczki.
– Jakie aniołeczki?
– W Polsce są aniołeczki? – zdziwiła się Lwinka. – Jakich interesujących rzeczy może kobieta dowiedzieć się po 90-tce...
– Jakiej płci są polskie aniołeczki? – dociekałam.
– Anioły nie mają płci – tonem eksperckim zawyrokowała Trudzia.
– W ojczyźnie trwa dobra zmiana – zaczęła opowiadać Kunia. – Następują objawienia, cuda, błogosławieństwa. Rewolucja. Stąd przybywa w ojczyźnie aniołeczków, a sam kraj staje się skrzydlaty.
– I zasmożony – przytaknęła Pela.
– Zasmożony?
– Pełen smogu.
– Szeregi aniołeczków stają się coraz bardziej zwarte i gotowe do czynów. Tym faktem są uskrzydleni i biorą się za coraz bardziej poważne wyzwania.
– Walczą z szatanem? – zainteresowała się Trudzia.
– No właśnie – przytaknęła Kunia. – Walczą ze światem z diabelską siłą, a przy tym mają wsparcie egzorcystów z episkopatu oraz Torunia.
– Czuję się zrezygnowana...
– Ty Adela?
– Tak, ja. Przecież do ostatnich wyborów to my byłyśmy aniołeczkami. Przynajmniej na poznańskiej Wildzie. A teraz? Świat okrutnie się zmienił.
Zapadłyśmy w zadumę. Z niej wyrwał nas przyjazd furgonu z piekarni. Sięgnęłyśmy po portmonetki, choć miny nadal miałyśmy osowiałe.
niedziela, 26 lutego 2017
Pod bryłą dobrego ego
– Jak, to, Adela? To się godzi?
– Nie wydolę – wystękałam.
– To niepojęte! – zagrzmiała Gertruda lat 77 i rozłączyła się.
Po chwili znów rozległ się dźwięk telefonu. Z wielkim trudem sięgnęłam po aparat, który przed chwilą odrzuciłam od siebie.
– Halo? – wyszeptałam słabym głosem.
– Niedzielna msza święta to obowiązek każdej katoliczki z poznańskiej Wildy – nudziła Trudzia.
– Każdej chrześcijanki – zgodziłam się przytomnie mimo że ledwie sylabizowałam słowa.
– Oddaję do telefonu Kunię.
Ucieszyłam się. Kunia lat 90 to moja najlepsza przyjaciółka, która dodatkowo nie grzeszy świętoszkowatymi pozami. Mogłam przypuszczać, że nie będzie dramatyzować, lecz za to pocieszy lub doradzi coś stosownego.
– Co z tobą? – spytała rzeczowo.
– Rozmowę powinnaś zacząć od „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Inaczej niczego w życiu nie osiągniesz – usłyszałam w tle głos Trudzi.
– Nie przepraszaj za tę małpę proboszcza – poprosiłam cicho.
– Masz to jak w banku – zapewniła Kunia.
– Bóg zapłać.
– Bóg zapłać?
– Przepraszam, wyrwało mi się.
– Co się stało?
– Przywaliło mnie dobre samopoczucie – wycharczałam boleśnie. – Prawie nie mogę się ruszyć.
– Twoje dobre nastroje zwykle cię unosiły.
– Ale moje własne. W nocy spadła na mnie bryła polskiego dobrego ego.
– Jeden kamlot czy cała lawina?
– Trudno mi się rozeznać. Czuję ciężar na klatce piersiowej. Nie mogę się podnieść. Rozmowa przez telefon to dziś dla mnie medal z brązu w skokach narciarskich. Nie cieszy jak złoto, za to jego ciężar koślawi kark i łamię łabędzią linię szyi.
– Przekaż jej, że się za nią pomodlimy – usłyszałam znów Trudzię.
– Przekaż jej, żeby się pomodliła za ofiary suszy w Sudanie – poprosiłam.
– Jeśli spod bryły dobrego polskiego ego nie wygrzebiesz się, to gdzie cię pogrzebać?
– Zostawcie mnie w łóżku. W końcu mam już pomnik. Tylko jakiś napis wygrawerujcie dla mnie na tej bryle.
I tak zakończyłam połączenie.
– Nie wydolę – wystękałam.
– To niepojęte! – zagrzmiała Gertruda lat 77 i rozłączyła się.
Po chwili znów rozległ się dźwięk telefonu. Z wielkim trudem sięgnęłam po aparat, który przed chwilą odrzuciłam od siebie.
– Halo? – wyszeptałam słabym głosem.
– Niedzielna msza święta to obowiązek każdej katoliczki z poznańskiej Wildy – nudziła Trudzia.
– Każdej chrześcijanki – zgodziłam się przytomnie mimo że ledwie sylabizowałam słowa.
– Oddaję do telefonu Kunię.
Ucieszyłam się. Kunia lat 90 to moja najlepsza przyjaciółka, która dodatkowo nie grzeszy świętoszkowatymi pozami. Mogłam przypuszczać, że nie będzie dramatyzować, lecz za to pocieszy lub doradzi coś stosownego.
– Co z tobą? – spytała rzeczowo.
– Rozmowę powinnaś zacząć od „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. Inaczej niczego w życiu nie osiągniesz – usłyszałam w tle głos Trudzi.
– Nie przepraszaj za tę małpę proboszcza – poprosiłam cicho.
– Masz to jak w banku – zapewniła Kunia.
– Bóg zapłać.
– Bóg zapłać?
– Przepraszam, wyrwało mi się.
– Co się stało?
– Przywaliło mnie dobre samopoczucie – wycharczałam boleśnie. – Prawie nie mogę się ruszyć.
– Twoje dobre nastroje zwykle cię unosiły.
– Ale moje własne. W nocy spadła na mnie bryła polskiego dobrego ego.
– Jeden kamlot czy cała lawina?
– Trudno mi się rozeznać. Czuję ciężar na klatce piersiowej. Nie mogę się podnieść. Rozmowa przez telefon to dziś dla mnie medal z brązu w skokach narciarskich. Nie cieszy jak złoto, za to jego ciężar koślawi kark i łamię łabędzią linię szyi.
– Przekaż jej, że się za nią pomodlimy – usłyszałam znów Trudzię.
– Przekaż jej, żeby się pomodliła za ofiary suszy w Sudanie – poprosiłam.
– Jeśli spod bryły dobrego polskiego ego nie wygrzebiesz się, to gdzie cię pogrzebać?
– Zostawcie mnie w łóżku. W końcu mam już pomnik. Tylko jakiś napis wygrawerujcie dla mnie na tej bryle.
I tak zakończyłam połączenie.
sobota, 25 lutego 2017
Zła szajba na dobre czasy
– Uwielbiam pastylki – stwierdziłam. – Jest w nich coś takiego, że najpierw od nich odpycha, ale potem chce się je brać. Tak, lubię prochy.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Nigdy nie brałam tabletek o czasie. Zawsze dzień po.
– Po terminie? – dopytywała się zausznica proboszcza, czyli Gertruda lat 77.
– Teraz bierze się przed – uznała Malwina lat 92. – A nawet zamiast, co też jest jakimś wyjściem.
– Bez tabletek nie ma życia – biadoliła Genia.
– Ustawodawca twierdzi inaczej – zaoponowała Kunia. – Bez tabletek to dopiero będzie życie! Za każdy pomyślny akt chcą wysupłać z budżetu 500 zyla.
– Prawi mężczyźni zaczynają myśleć tak samo – podzieliłam się plotką.
– Jak to?
– Zawsze mieli szajbę na punkcie seksu.
– To oczywiste – przyznała rację Pela lat 83.
– Wymogi współczesności wymagają od nich, by to była dobra szajba. A dobra szajba oznacza jedynie seks uprawiany dla prokreacji.
– A jak do tego mają się prochy? – dopytywała się Trudzia.
– Przekonasz się w najbliższą środę – odrzekła złośliwie Kunia.
– Że niby środa popielcowa?
– Ja nie wierzę, by chłopy zaczęły zajadać się tabletkami – nie dowierzała Balbina lat 59. – No chyba że wycofają z rynku prezerwatywy.
– Dajcie dokończyć mi plotkę – przerwałam bezsensowną wymiane zdań. – Nie zaauważyłyście, że w świecie istnieje dychotomia.
– Że co?
– Piękno nie może istnieć bez brzydoty, Yin bez Yang, czarne bez białego, a dobra szajba bez złej szajby.
– Nie kumam – odezwała się bezradnie Lwinka.
– Zabiorą chłopom gumki, zabiorą im też tabletki, a mimo to nie zwalczą złej szajby.
– Nie?
– Bo coraz większe branie mają babki po klimakterium. Czy teraz rozumiecie, że zła szajba oznacza dla nas dobre czasy?
Dziewczyny pojęły. Od razu zrobiło się nam weselej i jakoś tak z większym optymizmem patrzyłyśmy w przyszłość. Dobrą przyszłość.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Nigdy nie brałam tabletek o czasie. Zawsze dzień po.
– Po terminie? – dopytywała się zausznica proboszcza, czyli Gertruda lat 77.
– Teraz bierze się przed – uznała Malwina lat 92. – A nawet zamiast, co też jest jakimś wyjściem.
– Bez tabletek nie ma życia – biadoliła Genia.
– Ustawodawca twierdzi inaczej – zaoponowała Kunia. – Bez tabletek to dopiero będzie życie! Za każdy pomyślny akt chcą wysupłać z budżetu 500 zyla.
– Prawi mężczyźni zaczynają myśleć tak samo – podzieliłam się plotką.
– Jak to?
– Zawsze mieli szajbę na punkcie seksu.
– To oczywiste – przyznała rację Pela lat 83.
– Wymogi współczesności wymagają od nich, by to była dobra szajba. A dobra szajba oznacza jedynie seks uprawiany dla prokreacji.
– A jak do tego mają się prochy? – dopytywała się Trudzia.
– Przekonasz się w najbliższą środę – odrzekła złośliwie Kunia.
– Że niby środa popielcowa?
– Ja nie wierzę, by chłopy zaczęły zajadać się tabletkami – nie dowierzała Balbina lat 59. – No chyba że wycofają z rynku prezerwatywy.
– Dajcie dokończyć mi plotkę – przerwałam bezsensowną wymiane zdań. – Nie zaauważyłyście, że w świecie istnieje dychotomia.
– Że co?
– Piękno nie może istnieć bez brzydoty, Yin bez Yang, czarne bez białego, a dobra szajba bez złej szajby.
– Nie kumam – odezwała się bezradnie Lwinka.
– Zabiorą chłopom gumki, zabiorą im też tabletki, a mimo to nie zwalczą złej szajby.
– Nie?
– Bo coraz większe branie mają babki po klimakterium. Czy teraz rozumiecie, że zła szajba oznacza dla nas dobre czasy?
Dziewczyny pojęły. Od razu zrobiło się nam weselej i jakoś tak z większym optymizmem patrzyłyśmy w przyszłość. Dobrą przyszłość.
poniedziałek, 20 lutego 2017
Nie poznałam się
Od kilkunastu lat nie spojrzałam w lustro. Kiecki szyje mi Malwina lat 92, włoski z nosa wyrywa fryzjerka, a witryny sklepowe obklejone są reklamami – nie tak jak niegdyś. W odwiedziny raczej nie chodzę, więc od wielu wiosen jedynym moim zwierciadłem były oczy Władka lat że ho ho. I okazało się, że one mnie postarzały!
W jego spojrzeniu widziałam siebie tak na oko na lat 60. Być może umarłabym w takim przeświadczeniu, gdyby nie zadzwonił do moich drzwi akwizytor luster. Po otwarciu drzwi zobaczyłam przystojną 50-latkę, do której się uśmiechnęłam, a ona to odwzajemniła.
Chwyciłam się pod boki, ona przyjęła tę samą postawę. Potem kilkakrotnie powtórzyła za mną różne gesty i już zaczęło mnie to niecierpliwić, gdy nagle z boku wyłoniła się twarz cygańskiego akwizytora, który zaseplenił: „Pse pani, kupi pani. Dwie dyski” No to kupiłam. I mam w mieszkaniu dwie twarze.
Jestem jakby mniej samotna.
W jego spojrzeniu widziałam siebie tak na oko na lat 60. Być może umarłabym w takim przeświadczeniu, gdyby nie zadzwonił do moich drzwi akwizytor luster. Po otwarciu drzwi zobaczyłam przystojną 50-latkę, do której się uśmiechnęłam, a ona to odwzajemniła.
Chwyciłam się pod boki, ona przyjęła tę samą postawę. Potem kilkakrotnie powtórzyła za mną różne gesty i już zaczęło mnie to niecierpliwić, gdy nagle z boku wyłoniła się twarz cygańskiego akwizytora, który zaseplenił: „Pse pani, kupi pani. Dwie dyski” No to kupiłam. I mam w mieszkaniu dwie twarze.
Jestem jakby mniej samotna.
sobota, 18 lutego 2017
Genowefa, z domu Butla po mężu Smród
W ogonku przed sklepem na dole ustawiła się nowa dziewczyna. Stanęła grzecznie na końcu ogonka, który tworzyłyśmy, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Ile masz lat, dziecinko? – spytała Kunia lat 90, która dziś przybyła pierwsza i stanowiła czoło naszej kolejki.
– 43 wiosny obchodziłam hucznie w 2000 roku – odpowiedziała nowo przybyła. – Potem przestałam liczyć.
Od razu ją polubiłam, bo też od pewnego czasu nie liczę upływających dni.
– Mam lat 92 – przedstawiła się Malwina.
– Lat 90 – obwieściła Kunia.
– Lat 77 – poinformowała Gertruda.
– Byłam na zimowisku – wtrąciłam się w dyskusję, chcąc ją przesunąć na inne, bardziej wartościowe tory. – Fajna sprawa. Dużo śniegu, zaspy, puste butelki po małpkach i przystojni ratownicy górscy.
– A ja mam na imię Genowefa – rzekła kobieta z końca kolejki. – Za panny byłam Butlą, za męża Smrodem.
– Jak to? – zdziwiła się Pela, która nie zdążyła powiedzieć, że ma lat 83.
– A ja wiedziałam, żeby nie wiązać się z mężczyzną! – wyrwało się Trudzi. – Staropanieństwo chroni przed smrodem.
– To moja godność – dumnie oznajmiła nieznajoma.
– Masz na nazwisko Smród? – zdzwiła się Lwinka.
– Za panny byłam Butlą – odpowiedziała pani Smrodowa.
– Co chcesz wnieść do naszej kolejki? – spytałam konkretnie, bo didaskalia do niczego nigdy nie mogły zaprowadzić.
– Zapach świeżości – stwierdziła Genia. – Macie przestarzałe PESEL-e. Ja je odkurzę. Potrafię to robić.
– Kurwa mać – zaklęła pod nosem Kunia. – Kolejna nawiedzona dziunia.
– Tylko nie Dziunia – oburzyła się dotąd milcząca Dziunia lat 59, do której dotarł bluzg Kuni.
– Przeprowadziłam się tutaj z Berlina – kontynuowała Genia. – Denerwowała mnie tamta wielokulturowość. Syf w centrum, syf na Kreuzbergu. Syf!
– Na Wildzie nie syfi – uśmiechnęła się Trudzia.
W tym momencie przypomniałam sobie, że dziś była moja kolejka na rozdanie masek przeciw-smogowych. Na szczęście miałam kilka w zapasie, więc Genia Butla-Smród też mogła nałożyć jedną z nich na swoją mordkę.
– Ile masz lat, dziecinko? – spytała Kunia lat 90, która dziś przybyła pierwsza i stanowiła czoło naszej kolejki.
– 43 wiosny obchodziłam hucznie w 2000 roku – odpowiedziała nowo przybyła. – Potem przestałam liczyć.
Od razu ją polubiłam, bo też od pewnego czasu nie liczę upływających dni.
– Mam lat 92 – przedstawiła się Malwina.
– Lat 90 – obwieściła Kunia.
– Lat 77 – poinformowała Gertruda.
– Byłam na zimowisku – wtrąciłam się w dyskusję, chcąc ją przesunąć na inne, bardziej wartościowe tory. – Fajna sprawa. Dużo śniegu, zaspy, puste butelki po małpkach i przystojni ratownicy górscy.
– A ja mam na imię Genowefa – rzekła kobieta z końca kolejki. – Za panny byłam Butlą, za męża Smrodem.
– Jak to? – zdziwiła się Pela, która nie zdążyła powiedzieć, że ma lat 83.
– A ja wiedziałam, żeby nie wiązać się z mężczyzną! – wyrwało się Trudzi. – Staropanieństwo chroni przed smrodem.
– To moja godność – dumnie oznajmiła nieznajoma.
– Masz na nazwisko Smród? – zdzwiła się Lwinka.
– Za panny byłam Butlą – odpowiedziała pani Smrodowa.
– Co chcesz wnieść do naszej kolejki? – spytałam konkretnie, bo didaskalia do niczego nigdy nie mogły zaprowadzić.
– Zapach świeżości – stwierdziła Genia. – Macie przestarzałe PESEL-e. Ja je odkurzę. Potrafię to robić.
– Kurwa mać – zaklęła pod nosem Kunia. – Kolejna nawiedzona dziunia.
– Tylko nie Dziunia – oburzyła się dotąd milcząca Dziunia lat 59, do której dotarł bluzg Kuni.
– Przeprowadziłam się tutaj z Berlina – kontynuowała Genia. – Denerwowała mnie tamta wielokulturowość. Syf w centrum, syf na Kreuzbergu. Syf!
– Na Wildzie nie syfi – uśmiechnęła się Trudzia.
W tym momencie przypomniałam sobie, że dziś była moja kolejka na rozdanie masek przeciw-smogowych. Na szczęście miałam kilka w zapasie, więc Genia Butla-Smród też mogła nałożyć jedną z nich na swoją mordkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)