– Jaki to polityk! – stwierdziła entuzjastycznie Kunia lat 90.
– Jaki polityk? – zdziwiłam się. – Chyba nie polski?
– Jaki to polityk, tyle że z Platformy – przypomniała sobie Malwina lat 92.
– Oj, ja nie o Jakim – westchnęła Kunia.
– Jakim? – dopytywała niedosłysząca Pela.
– Jońca – oznajmiła Kunia.
– Jajco?
Znowu sterczałyśmy w ogonku przed spożywczakiem na poznańskiej Wildzie, wypatrując przyjazdu furgonu z piekarni. Chciałyśmy zakupić nieco świeżych bułek z nocnego wypieku i w oczekiwaniu na dostawę świeżego pieczywa umilałyśmy sobie czas rozmową na tematy wszelakie.
– Jaki Jońca? – zdziwiłam się.
– Ty też zrobisz na śniadanie jajecznicę? – indagowała Pela. – A może omlet?
– Joński – poprawiła się Kunia.
– Aha – mruknęłam pod nosem, co Pela przyjęła jako potwierdzenie jej przypuszczeń.
– No jaki jest ten Joński? – prychnęła Gertruda lat 77, która po indoktrynacji na lokalnej plebani za nic miała wyrazicieli polskiej myśli lewicowej.
– Ostatnio jest dość opalony – orzekła Lwinka.
– Jajco – mruknęła Pela.
– Mnie też się nie podoba – zgodziła się Trudzia. – Niby młody, a mały kajtek jak jego szef.
– Joński powinien być jak porządek – myślałam głośno. – Jak joński porządek.
– Od figury kolumny jońskiej do postury jajca już tylko jeden krok – uznała złośliwie Gertruda.
– Jajco – powtórzyła przygłucha Pela.
– Jego żona podobno brała łapówki w postaci kiełbasy – odezwała się dotąd milcząca Dziunia lat 60.
– Szynka – Pela znów wtrąciła trzy grosze. – I jajco!
– Inne wędliny też. Cztery wielkie kosze podobno otrzymała!
– Na tym polega wielkość mężczyzny – orzekła Kunia. – Musi najpierw dać kilka koszy, by w końcu posiąść przyszłą małżonkę.
– Że niby musi ją najpierw upokorzyć? Jajco! – nie zgodziłam.
– Jajco! – przytaknęła Pela.
W tym momencie zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni, więc z torebek wyciągnęłyśmy portmonetki, by przygotować drobne do zakupu świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
czwartek, 6 sierpnia 2015
wtorek, 4 sierpnia 2015
I jak Iwiński ALFABET CIOCI ADELI - Igiligiligili
– Ależ upał – sapnęła Gertruda lat 77. – Nawet zrobienie znaku krzyża powoduje u mnie strumień spod pach. Zresztą spod piersi też mi cieknie. Prosto do majtek!
Rzeczywiście, był taki skwar, że nawet modlitwa odbierała siły. To właśnie w taką pogodę chciało się leżeć krzyżem na chłodnej posadzce kościoła, ale my stałyśmy przed naszym sklepem spożywczym i oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Bardzo doceniam znój piekarzy – wyrzęziłam ostatkiem sił. – Efekty ich pracy są chrupkie mimo nieznośnej temperatury powietrza. Prawdziwi bohaterowie gorączki każdej nocy, nie tylko sobotniej.
Dzień dopiero rozpoczynał się, a my już byłyśmy nieżywe. Najbardziej kapało z Malwiny lat 92, ale to pewnie dlatego, że miała najwięcej soków życiowych. Słońce ja wysuszało, zresztą nas też. Czułyśmy się jak bułki wsadzone do pieca piekarniczego. Z tymże my po tej operacji nie miałyśmy być świeże, lecz wręcz odwrotnie.
– Najbardziej mrożą mnie sytuacje, w których stary i nieatrakcyjny chłop udaje lowelasa – stwierdziła Kunia lat 90, wycierając przy swej przemowie lnianą chusteczką pot z czoła. – Szczególnie staję się lodowata, gdy taki kochaś myśli o tym, jak mnie wymacać. – Kobieta to nie bułka – słusznie zauważyła Pela lat 83.
– Czy masz kogoś szczególnego na myśli? – skierowałam pytanie do Kuni.
– Wybrał się taki jeden poliglota w delegację.
– Krajową?
– Nie, wyjechał za granicę. I wziął ze sobą tłumaczkę.
– Poliglota? Z tłumaczką? – zdziwiła się Trudzia.
– Czy potem komuś się z tego wytłumaczył? – dociekała Pela.
– On miał swoją katedrę... – Kunia wyjawiła kolejny szczegół tej bulwersującej nas w upał sprawy.
– A r c y b i s k u p ??? – wycedziła Lwinka.
– Nie wierzę – zadeklarowała Trudzia.
– Jak to, Gertruda, ty jesteś niewierząca? – wtrąciła się Balbina lat 66.
– Wierzę!
– Powiedziałaś, że nie wierzysz!
– Nie wierzę, żeby jakikolwiek arcybiskup mógł macać tłumaczkę! – żachnęła się Trudzia. – Żaden książę kościoła nie potrzebuje tłumaczki! Arcybiskupi mają tylko arcytłumaczy!
– Oj, to był profesor – Kunia uspokoiła rozgrzaną koleżankę.
– Nie wierzę, jakikolwiek fesor może być pro – zaczęła majaczyć pod wpływem temperatury Lwinka.
– Igiligiligili – zakwiczała Kunia, po czym pogiglała Lwinkę.
Malwina zrobiła głupią minę, a potem wstrząsnęły nią dreszcze.
– Drżysz z podniecenia, z rozkoszy? – dopytywała się Balbina.
Lwinka zaczęła dygotać i szczękać zębami. Usta zrobiły się sine, a pośladki zaczęły drżeć z zimna.
– Pogimnastykuj się – doradziłam.
– Ja też chcę! – wykrzyknęła spragniona ochłody Gertruda.
– Ja też! Ja też!
Kunia szybko się uwinęła z ochładzaniem nas poprzez gilgotki, a my potem szczodrze jej się odwzajemniłyśmy. Nawet nie zauważyłyśmy jak podjechał furgon z piekarni. Zatrzymał się przy nas, a kierowca zastygł, rozdziawiając gębę.
Nie miałyśmy jednak zamiaru wytłumaczyć się z naszych zabiegów. On miał w samochodzie włączoną klimatyzację, więc nie musiał wiedzieć, co nami powodowało.
Rzeczywiście, był taki skwar, że nawet modlitwa odbierała siły. To właśnie w taką pogodę chciało się leżeć krzyżem na chłodnej posadzce kościoła, ale my stałyśmy przed naszym sklepem spożywczym i oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Bardzo doceniam znój piekarzy – wyrzęziłam ostatkiem sił. – Efekty ich pracy są chrupkie mimo nieznośnej temperatury powietrza. Prawdziwi bohaterowie gorączki każdej nocy, nie tylko sobotniej.
Dzień dopiero rozpoczynał się, a my już byłyśmy nieżywe. Najbardziej kapało z Malwiny lat 92, ale to pewnie dlatego, że miała najwięcej soków życiowych. Słońce ja wysuszało, zresztą nas też. Czułyśmy się jak bułki wsadzone do pieca piekarniczego. Z tymże my po tej operacji nie miałyśmy być świeże, lecz wręcz odwrotnie.
– Najbardziej mrożą mnie sytuacje, w których stary i nieatrakcyjny chłop udaje lowelasa – stwierdziła Kunia lat 90, wycierając przy swej przemowie lnianą chusteczką pot z czoła. – Szczególnie staję się lodowata, gdy taki kochaś myśli o tym, jak mnie wymacać. – Kobieta to nie bułka – słusznie zauważyła Pela lat 83.
– Czy masz kogoś szczególnego na myśli? – skierowałam pytanie do Kuni.
– Wybrał się taki jeden poliglota w delegację.
– Krajową?
– Nie, wyjechał za granicę. I wziął ze sobą tłumaczkę.
– Poliglota? Z tłumaczką? – zdziwiła się Trudzia.
– Czy potem komuś się z tego wytłumaczył? – dociekała Pela.
– On miał swoją katedrę... – Kunia wyjawiła kolejny szczegół tej bulwersującej nas w upał sprawy.
– A r c y b i s k u p ??? – wycedziła Lwinka.
– Nie wierzę – zadeklarowała Trudzia.
– Jak to, Gertruda, ty jesteś niewierząca? – wtrąciła się Balbina lat 66.
– Wierzę!
– Powiedziałaś, że nie wierzysz!
– Nie wierzę, żeby jakikolwiek arcybiskup mógł macać tłumaczkę! – żachnęła się Trudzia. – Żaden książę kościoła nie potrzebuje tłumaczki! Arcybiskupi mają tylko arcytłumaczy!
– Oj, to był profesor – Kunia uspokoiła rozgrzaną koleżankę.
– Nie wierzę, jakikolwiek fesor może być pro – zaczęła majaczyć pod wpływem temperatury Lwinka.
– Igiligiligili – zakwiczała Kunia, po czym pogiglała Lwinkę.
Malwina zrobiła głupią minę, a potem wstrząsnęły nią dreszcze.
– Drżysz z podniecenia, z rozkoszy? – dopytywała się Balbina.
Lwinka zaczęła dygotać i szczękać zębami. Usta zrobiły się sine, a pośladki zaczęły drżeć z zimna.
– Pogimnastykuj się – doradziłam.
– Ja też chcę! – wykrzyknęła spragniona ochłody Gertruda.
– Ja też! Ja też!
Kunia szybko się uwinęła z ochładzaniem nas poprzez gilgotki, a my potem szczodrze jej się odwzajemniłyśmy. Nawet nie zauważyłyśmy jak podjechał furgon z piekarni. Zatrzymał się przy nas, a kierowca zastygł, rozdziawiając gębę.
Nie miałyśmy jednak zamiaru wytłumaczyć się z naszych zabiegów. On miał w samochodzie włączoną klimatyzację, więc nie musiał wiedzieć, co nami powodowało.
czwartek, 30 lipca 2015
H jak Hofman ALFABET CIOCI ADELI - Hycel
– Nie lubię, gdy młode chłopy są wyszczekane – oznajmiła Kunia lat 90. – Bardziej przepadam za wyciszonymi kociakami.
– Tylko czy jedno można przenicować w drugie? – Pela lat 83 rzuciła w poranne powietrze filozoficzne pytanie.
Stałyśmy jak zwykle przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie. Skład był jeszcze zamknięty, choć już działał: w środku uwijały się dwie ekspedientki, a to przyjmując dostawę gazet, a to układając towar na półkach, a to podróżując z mopem po wszystkich zakątkach miejsca pracy. My z dziewczynami stałyśmy na zewnątrz. Czekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który przywoził codzienną dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Przenicować? – zdziwiłam się. – A nie oznacza to przekręcenia czyichś intencji?
– Albo myśli – zgodziła się Pela. – Po prostu pomyślałam o jednym wyszczekanym chłopie. Specjaliście od ujadania na inne pieski.
– Czyżby do głowy przyszedł ci hycel? – zainteresowała się Balbina lat 66.
– Tak, miałam kogoś konkretnego na myśli – odrzekła enigmatycznie Pela. – Z tymże niepolitycznie byłoby mówić o nim wprost.
– Co wy z rana od hycla – wykrzywiła się Gertuda lat 77, kręcąc w ręku różańcem. – Pomodlić się chciałabym. Jestem dopiero przy drugiej dziesiątce zdrowasiek.
– Czy ten ktoś rzeczywiście stał się kociakiem? – dopytywała się Malwina lat 92.
– Wibrysów wprawdzie nie zapuścił, ale przestał boleśnie gryźć. Dziś raczej skamle i macha przyjaźnie ogonkiem. Wydaje się, że wrócił do szczenięcego szczebla kariery politycznej – zdiagnozowała Pela.
– Czyli jednak nie jest kociakiem – westchnęła zawiedziona Lwinka. – Kociaki mruczą albo drapią.
– Ale nadal ten pieseczek chce coś przenicować? – domyśliłam się.
– Tak, myśli prezesa.
– Zaraz! – krzyknęła Kunia. – W Polsce mamy tylko jednego prezesa!
– Jak to? – zdziwiła się Balbina.
– No tylko jeden się liczy – poprawiła się Kunia. – To musiał być ktoś z jego sfory.
– Sfery? – myślałam na wysokich obrotach. – Ale chyba kiedyś wypadł poza zasieki partyjne?
– Zdarzyło się to niedawno – przytaknęła Pela.
– Nadal przeszkadzacie mi swoimi rebusami – Trudzia wystrzeliła słowa jak karabin maszynowy. – Już szybciej nie mogę się modlić! Choć jestem pod koniec czwartej dziesiątki zdrowasiek, to nie zdołam przyspieszyć tempa. Korzę się przed świętością na maksymalnych obrotach.
– Mam! – ucieszyła się Lwinka. – Czy to nie on łasił się do hiszpańskiego bruku?
– Miał życie jak w Madrycie – stwierdziła cicho Pela.
Po czym położyła palec na ustach, dając do zrozumienia, że nie chce mieszać się do dialogu Gertrudy z Matką Boską. Chyba miała rację: nie można sacrum mieszać z prozą życia hycla, który pracuje za psie pieniądze.
– Tylko czy jedno można przenicować w drugie? – Pela lat 83 rzuciła w poranne powietrze filozoficzne pytanie.
Stałyśmy jak zwykle przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie. Skład był jeszcze zamknięty, choć już działał: w środku uwijały się dwie ekspedientki, a to przyjmując dostawę gazet, a to układając towar na półkach, a to podróżując z mopem po wszystkich zakątkach miejsca pracy. My z dziewczynami stałyśmy na zewnątrz. Czekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, który przywoził codzienną dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Przenicować? – zdziwiłam się. – A nie oznacza to przekręcenia czyichś intencji?
– Albo myśli – zgodziła się Pela. – Po prostu pomyślałam o jednym wyszczekanym chłopie. Specjaliście od ujadania na inne pieski.
– Czyżby do głowy przyszedł ci hycel? – zainteresowała się Balbina lat 66.
– Tak, miałam kogoś konkretnego na myśli – odrzekła enigmatycznie Pela. – Z tymże niepolitycznie byłoby mówić o nim wprost.
– Co wy z rana od hycla – wykrzywiła się Gertuda lat 77, kręcąc w ręku różańcem. – Pomodlić się chciałabym. Jestem dopiero przy drugiej dziesiątce zdrowasiek.
– Czy ten ktoś rzeczywiście stał się kociakiem? – dopytywała się Malwina lat 92.
– Wibrysów wprawdzie nie zapuścił, ale przestał boleśnie gryźć. Dziś raczej skamle i macha przyjaźnie ogonkiem. Wydaje się, że wrócił do szczenięcego szczebla kariery politycznej – zdiagnozowała Pela.
– Czyli jednak nie jest kociakiem – westchnęła zawiedziona Lwinka. – Kociaki mruczą albo drapią.
– Ale nadal ten pieseczek chce coś przenicować? – domyśliłam się.
– Tak, myśli prezesa.
– Zaraz! – krzyknęła Kunia. – W Polsce mamy tylko jednego prezesa!
– Jak to? – zdziwiła się Balbina.
– No tylko jeden się liczy – poprawiła się Kunia. – To musiał być ktoś z jego sfory.
– Sfery? – myślałam na wysokich obrotach. – Ale chyba kiedyś wypadł poza zasieki partyjne?
– Zdarzyło się to niedawno – przytaknęła Pela.
– Nadal przeszkadzacie mi swoimi rebusami – Trudzia wystrzeliła słowa jak karabin maszynowy. – Już szybciej nie mogę się modlić! Choć jestem pod koniec czwartej dziesiątki zdrowasiek, to nie zdołam przyspieszyć tempa. Korzę się przed świętością na maksymalnych obrotach.
– Mam! – ucieszyła się Lwinka. – Czy to nie on łasił się do hiszpańskiego bruku?
– Miał życie jak w Madrycie – stwierdziła cicho Pela.
Po czym położyła palec na ustach, dając do zrozumienia, że nie chce mieszać się do dialogu Gertrudy z Matką Boską. Chyba miała rację: nie można sacrum mieszać z prozą życia hycla, który pracuje za psie pieniądze.
wtorek, 28 lipca 2015
G jak Giertych ALFABET CIOCI ADELI - Ginol
Polska jest krajem, w którym panuje duży deficyt słońca. Dlatego my, dziewczyny z poznańskiej Wildy, ustawiamy się o świcie w ogonku przed sklepem spożywczym, by nie tylko upolować świeże pieczywo z nocnego wypieku, ale też łapać pierwsze promienie słońca. Nie zawsze się to udaje. Dziś siąpił deszcz, niebo było zachmurzone i niestety dawka naturalnej witaminy D nas ominęła. Trudno, ale jutro również ustawimy się z nadzieją, że jedyna gwiazda układu planetarnego liźnie nas promienną erekcją.
Dziś jednak słońca nie było, przez co zaczęłyśmy dzień od marudzenia.
– Ostatnio podnieśli ceny w solarium przy 28 Czerwca – pożaliła się Lwinka lat 92. – Na każdym kroku obdzierają emerytki z uciułanych groszy. Stać mnie tylko na opalenie tyłu.
– Jak zmieni się pogoda możesz poopalać przód na moim balkonie – zaprosiłam koleżankę.
– Zdzisław z naprzeciwka już nie podgląda?
– Ten hultaj lat 71 na starość zrobił się dalekowidzem – wyjaśniłam. – Nawet jak cię zauważy, to tylko mgliście.
– Ale on jest tak wysoki, że może zasłonić słońce – obawiała się Malwina.
– Wstrętny ginol! – wtrąciła się Kunia lat 90.
– Tylko od 6.43 do 7.01 , potem słońce się przesuwa. W tym czasie wypijemy kawunię przygryzając świeże drożdżówki.
– Ginole są jak eskadra Messerschmittów, zawsze nadchodzą od strony słońca – zauważyła Pela lat 83.
– To samo robił minister edukacji – przypomniała sobie Kunia. – Ten od mundurków szkolnych. Pamiętacie ginola?
– Ginol lubi tworzyć krainę cieni – orzekła sentencjonalnie Gertruda lat 77. – Jednakże muszę przyznać, że podoba mi się lisi uśmieszek na końskiej twarzy pana mecenasa.
– Jaki tam mecenas – prychnęła pogardliwie Kunia. – Kauzyperda!
– Widziałam go kilkakrotnie w telewizji Trwam – przypomniała sobie Trudzia. – To nie może być zły człowiek. Tam do studia nie zapraszają ludzi podłych.
– Idzie o to, że swoimi centymetrami rzuca cień – stwierdziłam. – Nawet jeśli to będzie tylko skrawek ojczyzny, to nasz kraj i tak traci.
– To prawda – zgodziła się Lwinka. – To przez takich ginoli chodzę do coraz droższego solarium.
– I nawet dzieciom kazał nakładać mundurki – marudziła Kunia. – Przez to nasza edukacja wypada coraz bardziej blado.
– Najgorzej jak ginol jest adwokatem, bo nie będzie niczego tworzył tylko bronił, tego co przestarzałe.
– Ja na ten przykład nie kupuję dużych owoców – podzieliła się swoim zakupowym sposobem Pela. – Te mniejsze są słodsze i bardziej esencjonalne.
– No i cena za sztukę wychodzi taniej – oznajmiła Gertruda.
– Lwinka, z ciebie też jest niewielka sztuka. Może powinnaś negocjować w solarium? – Kunia podrzuciła pomysł.
Malwina zamyśliła się, a potem ładnie podsumowała dzisiejszą dyskusję:
– A wiecie, że od ginola do oszczędności niedaleka droga? Znaczy oszczędźmy sobie ginola.
Zgodziłyśmy się, skreślając z listy kandydatów w zbliżających się wyborach do parlamentu kolejnego osobnika.
Dziś jednak słońca nie było, przez co zaczęłyśmy dzień od marudzenia.
– Ostatnio podnieśli ceny w solarium przy 28 Czerwca – pożaliła się Lwinka lat 92. – Na każdym kroku obdzierają emerytki z uciułanych groszy. Stać mnie tylko na opalenie tyłu.
– Jak zmieni się pogoda możesz poopalać przód na moim balkonie – zaprosiłam koleżankę.
– Zdzisław z naprzeciwka już nie podgląda?
– Ten hultaj lat 71 na starość zrobił się dalekowidzem – wyjaśniłam. – Nawet jak cię zauważy, to tylko mgliście.
– Ale on jest tak wysoki, że może zasłonić słońce – obawiała się Malwina.
– Wstrętny ginol! – wtrąciła się Kunia lat 90.
– Tylko od 6.43 do 7.01 , potem słońce się przesuwa. W tym czasie wypijemy kawunię przygryzając świeże drożdżówki.
– Ginole są jak eskadra Messerschmittów, zawsze nadchodzą od strony słońca – zauważyła Pela lat 83.
– To samo robił minister edukacji – przypomniała sobie Kunia. – Ten od mundurków szkolnych. Pamiętacie ginola?
– Ginol lubi tworzyć krainę cieni – orzekła sentencjonalnie Gertruda lat 77. – Jednakże muszę przyznać, że podoba mi się lisi uśmieszek na końskiej twarzy pana mecenasa.
– Jaki tam mecenas – prychnęła pogardliwie Kunia. – Kauzyperda!
– Widziałam go kilkakrotnie w telewizji Trwam – przypomniała sobie Trudzia. – To nie może być zły człowiek. Tam do studia nie zapraszają ludzi podłych.
– Idzie o to, że swoimi centymetrami rzuca cień – stwierdziłam. – Nawet jeśli to będzie tylko skrawek ojczyzny, to nasz kraj i tak traci.
– To prawda – zgodziła się Lwinka. – To przez takich ginoli chodzę do coraz droższego solarium.
– I nawet dzieciom kazał nakładać mundurki – marudziła Kunia. – Przez to nasza edukacja wypada coraz bardziej blado.
– Najgorzej jak ginol jest adwokatem, bo nie będzie niczego tworzył tylko bronił, tego co przestarzałe.
– Ja na ten przykład nie kupuję dużych owoców – podzieliła się swoim zakupowym sposobem Pela. – Te mniejsze są słodsze i bardziej esencjonalne.
– No i cena za sztukę wychodzi taniej – oznajmiła Gertruda.
– Lwinka, z ciebie też jest niewielka sztuka. Może powinnaś negocjować w solarium? – Kunia podrzuciła pomysł.
Malwina zamyśliła się, a potem ładnie podsumowała dzisiejszą dyskusję:
– A wiecie, że od ginola do oszczędności niedaleka droga? Znaczy oszczędźmy sobie ginola.
Zgodziłyśmy się, skreślając z listy kandydatów w zbliżających się wyborach do parlamentu kolejnego osobnika.
niedziela, 26 lipca 2015
F jak Falenta ALFABET CIOCI ADELI - Fotygi szkoda
– Kelnerzy wszystko przynoszą na tacy – Kunia przeżegnała się starannie, potem podniosła się z kolan, sadowiąc swój 90-letni tyłek na kościelnej ławie i jednocześnie rzucając w naszą stronę mało odkrywczą myśl.
Znajdowałyśmy się w naszym kościółku na poznańskiej Wildzie, oczekując na niedzielną mszę dla dzieci. Parafia pw. Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła pochwalić się liczną latoroślą, więc zawsze starałyśmy się robić tłum. Niebagatelne znaczenie miał też fakt, że kazania dla bachorów były bardziej znośne, a już na pewno mniej polityczne, choć ostatnio wkurzały nas wtręty wikarego o in vitro. Wybaczałyśmy mu jednak, gdyż wiedziałyśmy od Gertrudy lat 77, jakim był w praktyce miłośnikiem naturalnych zachowań i odruchów.
W każdym razie msza jeszcze się nie zaczęła. Dzieciaki coraz głośniej szczebiotały, było dość gwarnie, więc mogłyśmy swobodnie prowadzić dyskusje – oczywiście szeptem. Nikt w końcu nie wie, gdzie kto ukryje pluskwę, by podsłuchać niewinne ciotki.
– Fotygi szkoda – uznała Pela lat 83, kornie chyląc kark przed kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej oraz wotami złożonymi z poświęconych medalików i różańców.
– Przecież za fatygę kelner dostaje napiwki – nie zgodziła się Balbina lat 66.
– O Fotygę idzie! – wyjaśniła Pela.
– Dlaczego szkoda? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– To przez Falentę – wydawało mi się, że zrozumiałam intencję Peli. – Kiedyś polegli bohaterowie wracali z boju na tarczy, dziś na tacy.
– Ale gdzie tu szkoda? – dopytywała się Lwinka.
– Po jednej partii musi spisać się inna – tłumaczyła Kunia. – To znana zasada demokracji. Elektorat nie daje napiwków, lecz wali prosto w pysk.
– Nie wyrażaj się – napomniała Trudzia. – W domu Pana Boga jesteś!
– Też jestem zameldowana na Wildzie... – bąknęła złośliwie Kunia.
– Fotyga ponownie dostanie robotę w MSZ – prorokowała Pela.
– Szkoda jej – zatroskała się Gertruda. – Zmówię za nią zdrowaśkę. Zdążę jeszcze przed rozpoczęciem mszy.
– Nie jej szkoda – poprawiałam Trudzię – tylko ona poczyni szkodę. Falenta nagraniami wpuści Fotygę w szkodę. Właściwie już wpuścił, bo wyniki jesiennych wyborów są wszystkim znane.
– ...łaskiś pełna... – modliła się Gertruda wraz z Balbiną, która też świeciła swoim pobożnym przykładem.
– Tu wcale nie idzie o chrześcijańską Gruzję! – wypowiedziała się Malwina, której oczy rozbłysły nagłym pojawienie się gnosis.
– A o co?
– O jaką Gruzję?
– Fotyga działać będzie w imieniu pana prezesa – kontynuowała Lwinka – a on chce nawiązać dobrosąsiedzkie stosunki z Turcją.
– Przecież nie mamy granicy z Osmanami!
Lwinka tylko wykrzywiła twarz z wyrazem kobiety, która odczuwa wyższość z powodu posiadanej większej i głębszej wiedzy.
Tymczasem wyszedł w zielonym ornacie wikary. Zbiegło się to z końcem wypowiadanej przez Balbinę i Gertrudę zdrowaśki. Nasz ksiądz nie zaczął jednak od razu odprawiać mszę. Miał w zwyczaju przywitać wiernych. Zrobił tak też i tym razem.
– Kochane dziatki – rzekł z uśmiechem – Bóg Ojciec kocha dzieci. Wszystkie, ale was szczególnie. Tu na poznańskiej Wildzie nie ma bowiem żadnej dziewczynki, żadnego chłopca, które by miało bruzdę dotykową. Sam sprawdzałem! Chwalmy Pana!
– Bóg zapłać – odpowiedziały chórem dzieci.
Dopiero wówczas wikary rozpoczął celebrację mszy świętej dla dzieci z naszej parafii.
Znajdowałyśmy się w naszym kościółku na poznańskiej Wildzie, oczekując na niedzielną mszę dla dzieci. Parafia pw. Zmartwychwstania Pańskiego nie mogła pochwalić się liczną latoroślą, więc zawsze starałyśmy się robić tłum. Niebagatelne znaczenie miał też fakt, że kazania dla bachorów były bardziej znośne, a już na pewno mniej polityczne, choć ostatnio wkurzały nas wtręty wikarego o in vitro. Wybaczałyśmy mu jednak, gdyż wiedziałyśmy od Gertrudy lat 77, jakim był w praktyce miłośnikiem naturalnych zachowań i odruchów.
W każdym razie msza jeszcze się nie zaczęła. Dzieciaki coraz głośniej szczebiotały, było dość gwarnie, więc mogłyśmy swobodnie prowadzić dyskusje – oczywiście szeptem. Nikt w końcu nie wie, gdzie kto ukryje pluskwę, by podsłuchać niewinne ciotki.
– Fotygi szkoda – uznała Pela lat 83, kornie chyląc kark przed kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej oraz wotami złożonymi z poświęconych medalików i różańców.
– Przecież za fatygę kelner dostaje napiwki – nie zgodziła się Balbina lat 66.
– O Fotygę idzie! – wyjaśniła Pela.
– Dlaczego szkoda? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– To przez Falentę – wydawało mi się, że zrozumiałam intencję Peli. – Kiedyś polegli bohaterowie wracali z boju na tarczy, dziś na tacy.
– Ale gdzie tu szkoda? – dopytywała się Lwinka.
– Po jednej partii musi spisać się inna – tłumaczyła Kunia. – To znana zasada demokracji. Elektorat nie daje napiwków, lecz wali prosto w pysk.
– Nie wyrażaj się – napomniała Trudzia. – W domu Pana Boga jesteś!
– Też jestem zameldowana na Wildzie... – bąknęła złośliwie Kunia.
– Fotyga ponownie dostanie robotę w MSZ – prorokowała Pela.
– Szkoda jej – zatroskała się Gertruda. – Zmówię za nią zdrowaśkę. Zdążę jeszcze przed rozpoczęciem mszy.
– Nie jej szkoda – poprawiałam Trudzię – tylko ona poczyni szkodę. Falenta nagraniami wpuści Fotygę w szkodę. Właściwie już wpuścił, bo wyniki jesiennych wyborów są wszystkim znane.
– ...łaskiś pełna... – modliła się Gertruda wraz z Balbiną, która też świeciła swoim pobożnym przykładem.
– Tu wcale nie idzie o chrześcijańską Gruzję! – wypowiedziała się Malwina, której oczy rozbłysły nagłym pojawienie się gnosis.
– A o co?
– O jaką Gruzję?
– Fotyga działać będzie w imieniu pana prezesa – kontynuowała Lwinka – a on chce nawiązać dobrosąsiedzkie stosunki z Turcją.
– Przecież nie mamy granicy z Osmanami!
Lwinka tylko wykrzywiła twarz z wyrazem kobiety, która odczuwa wyższość z powodu posiadanej większej i głębszej wiedzy.
Tymczasem wyszedł w zielonym ornacie wikary. Zbiegło się to z końcem wypowiadanej przez Balbinę i Gertrudę zdrowaśki. Nasz ksiądz nie zaczął jednak od razu odprawiać mszę. Miał w zwyczaju przywitać wiernych. Zrobił tak też i tym razem.
– Kochane dziatki – rzekł z uśmiechem – Bóg Ojciec kocha dzieci. Wszystkie, ale was szczególnie. Tu na poznańskiej Wildzie nie ma bowiem żadnej dziewczynki, żadnego chłopca, które by miało bruzdę dotykową. Sam sprawdzałem! Chwalmy Pana!
– Bóg zapłać – odpowiedziały chórem dzieci.
Dopiero wówczas wikary rozpoczął celebrację mszy świętej dla dzieci z naszej parafii.
piątek, 24 lipca 2015
E jak Elka ALFABET CIOCI ADELI - Sorry, że nie z nazwiska
– Polacy nie gady i swe pióra mają – Kunia lat 90 wygłosiła poranną sentencję, poprawiając lekko przekrzywioną perukę.
Żadna z nas nie odpowiedziała. Dopiero co świtało, a my już stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, czekając na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Jedna ziewała, druga miała zaropiałe oczy, inna zionęła wczorajszym oddechem. Byłyśmy na rozruchu, więc żadna nie paliła się do rozmowy. Malwina lat 92 operowała szminką, Gertruda lat 77 zmawiała szeptem poranny pacierz, ja przeżywałam jeszcze erotyczny sen. Dramaturgia tego co działo się pod moimi powiekami dekoncentrowała mnie.
– Polki muszą dbać o swoje pióra – ciągnęła niezrażona brakiem reakcji Kunia. – Nie masz odpowiedniej grzywki, tapira lub warkocza, to kariery nie zrobisz. Sorry, takie jest życie.
– Może za granicą – zaoponowałam. – Na Wildzie świat jeszcze się nie rozgościł.
– I dobrze – uznała Lwinka.
– Porządna katoliczka powinna mieć chustę na głowie – zawyrokowała Trudzia. –Kobieta w ten sposób demonstruje swoją skromność i dobre wychowanie.
– A dlaczego ty nie nosisz? – skontrowała Kunia.
– W taki upał?!
– Oprócz odpowiedniej fryzury kobieta powinna znać języki obce – stwierdziłam. – Sorry, ale bez tego kariera nie ruszy do przodu, bo nie będzie dla niej odpowiedniego klimatu.
– Good morning – przywitała się Pela lat 83, która do tej chwili stała milcząco, przypatrując się bezmyślnie swoim paznokciom. – Guten Tag. Buenos dias – dodała.
– Nie lubię, gdy za międzynarodową karierę biorą się Andżeliki, Sandry i inne Samanthy – zaczęłam biadolić. – Sorry, ale wolę, gdy za karierę weźmie się swojska Elka. I preferuję także, by miała na głowie trochę słomy z pól zasianych pszenicą i żytem niż ekstrawagancką fryzurę na pazia. Można tolerować homoseksualistów, ale nie ma obowiązku być lesbijką.
– Sorry, ale słoma leży blisko siana – Pela rzuciła myśl ni w pięć, ni w dziewięć.
– Idzie ci o słomę w butach czy siano we łbie? – starałam się sprecyzować wypowiedź Peli.
Ona jednak tylko wzruszyła ramionami, a potem powróciła do oglądania swoich paznokci.
– A czy kobieta robiąca karierę cos dodatkowo powinna potrafić? – Lwinka zadała naiwne pytanie.
– Niby po co? – zaśmiała się Kunia. – Sorry, wystarczy tylko siano.
Kiwnęłyśmy potakująco głowami, a potem zaczęłyśmy grzebać w portmonetkach w poszukiwaniu siana, bo zza zakrętu wyłonił się furgon z piekarni, który wiózł dla nas uśmiechnięte bułki i nieco naburmuszone chleby.
Sorry, ale taki jest nasz dzień powszedni.
Żadna z nas nie odpowiedziała. Dopiero co świtało, a my już stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, czekając na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku. Jedna ziewała, druga miała zaropiałe oczy, inna zionęła wczorajszym oddechem. Byłyśmy na rozruchu, więc żadna nie paliła się do rozmowy. Malwina lat 92 operowała szminką, Gertruda lat 77 zmawiała szeptem poranny pacierz, ja przeżywałam jeszcze erotyczny sen. Dramaturgia tego co działo się pod moimi powiekami dekoncentrowała mnie.
– Polki muszą dbać o swoje pióra – ciągnęła niezrażona brakiem reakcji Kunia. – Nie masz odpowiedniej grzywki, tapira lub warkocza, to kariery nie zrobisz. Sorry, takie jest życie.
– Może za granicą – zaoponowałam. – Na Wildzie świat jeszcze się nie rozgościł.
– I dobrze – uznała Lwinka.
– Porządna katoliczka powinna mieć chustę na głowie – zawyrokowała Trudzia. –Kobieta w ten sposób demonstruje swoją skromność i dobre wychowanie.
– A dlaczego ty nie nosisz? – skontrowała Kunia.
– W taki upał?!
– Oprócz odpowiedniej fryzury kobieta powinna znać języki obce – stwierdziłam. – Sorry, ale bez tego kariera nie ruszy do przodu, bo nie będzie dla niej odpowiedniego klimatu.
– Good morning – przywitała się Pela lat 83, która do tej chwili stała milcząco, przypatrując się bezmyślnie swoim paznokciom. – Guten Tag. Buenos dias – dodała.
– Nie lubię, gdy za międzynarodową karierę biorą się Andżeliki, Sandry i inne Samanthy – zaczęłam biadolić. – Sorry, ale wolę, gdy za karierę weźmie się swojska Elka. I preferuję także, by miała na głowie trochę słomy z pól zasianych pszenicą i żytem niż ekstrawagancką fryzurę na pazia. Można tolerować homoseksualistów, ale nie ma obowiązku być lesbijką.
– Sorry, ale słoma leży blisko siana – Pela rzuciła myśl ni w pięć, ni w dziewięć.
– Idzie ci o słomę w butach czy siano we łbie? – starałam się sprecyzować wypowiedź Peli.
Ona jednak tylko wzruszyła ramionami, a potem powróciła do oglądania swoich paznokci.
– A czy kobieta robiąca karierę cos dodatkowo powinna potrafić? – Lwinka zadała naiwne pytanie.
– Niby po co? – zaśmiała się Kunia. – Sorry, wystarczy tylko siano.
Kiwnęłyśmy potakująco głowami, a potem zaczęłyśmy grzebać w portmonetkach w poszukiwaniu siana, bo zza zakrętu wyłonił się furgon z piekarni, który wiózł dla nas uśmiechnięte bułki i nieco naburmuszone chleby.
Sorry, ale taki jest nasz dzień powszedni.
czwartek, 23 lipca 2015
D jak Duda ALFABET CIOCI ADELI - Dudajew
– Dudajew był siódmym dzieckiem z dziewięciorga rodzeństwa – grzmiał z ambony wikary. – Jestem pewien, że on także by łapał w locie hostię.
Przez nawy kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego przeszedł szmer uznania. Odbił się od witraży, wrócił pod ornat, podnosząc na duchu pasterza wildeckich owieczek. Słowa kapłana cieszyły się tu wielką estymą. Mieszkańcy ze skupieniem spijali ważne wieści z ust duchownych. Święte słowo miało tu ogromną wagę.
– Dudajew był bardzo lotny, gdyż dochrapał się stopnia generała majora w radzieckim lotnictwie. Potem jednak nawrócił się, więc jestem pewien, że grzech bombardowania afgańskich wiosek został mu odpuszczony, szczególnie w momencie, gdy dawni towarzysze jego zbombardowali.
– Jasny gwint – szepnęła siedząca koło mnie Gertruda lat 77 – ale dobre kazanie. Po prostu w punkt!
– Amen – potaknęła cicho Malwina lat 92.
– Dudajew chciał z Czeczeni zrobić drugi Kuwejt i udałoby mu się! Bo był lotny! Nasz prezydent Duda też jest utalentowany, wszystko łapie w lot! Nie pozwolimy, by Rosjanie przeszkodzili mu w misji! Będziemy się za niego modlić!
– Dobry Jezu, a nasz Pa... – zaczęła intonować Kunia lat 90, ale pod wpływem srogiego wzroku wikarego urwała w pół słowa.
– A teraz padnijcie na kolana, drodzy bracia i siostry!
Kazanie skończyło się i msza przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Wychodząc ze świątyni byłyśmy wypełnione mocą Ducha świętego, ale też pogrążone w zadumie. Dyskusja rozpoczęła się dopiero w parku przed kościołem.
– Wikary jest prorokiem – uznała zwykle sceptyczna Kunia.
– Ruskie nas zbombardują – zgodziła się Gertruda. – To jasne jak amen w pacierzu.
– Interesuje mnie, co powoduje zdolności profetyczne u naszego wikarego – zastanawiałam się. – Kochana, widziałam, że czasem wynosisz z domu parafialnego puste butelki. Czym oni się zaprawiają?
Trudzia rozejrzała się po bokach i konfidencjonalnym szeptem wymusiła na nas trzymanie języków za zębami.
– Mają dużo wina mszalnego, ale wieczorami piją wódkę koszerną. Sprowadzają ją specjalnie z Rosji.
– Co takiego?! – poniosła Kunia głos.
– Sieją zamęt po rusko-żydowskim alkoholu? – też nie potrafiłam opanować się.
– Podobno Dudajew też pił te trunki – dodała Gertruda. – Oni mają jego portret w jadalni domu parafialnego.
Byłyśmy zaskoczone. Od razu jednak zaczęłyśmy zastanawiać się, co pić będzie prezydent Duda, skoro łapie hostię w lot i ma tak dobre układy z klerem.
Przez nawy kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego przeszedł szmer uznania. Odbił się od witraży, wrócił pod ornat, podnosząc na duchu pasterza wildeckich owieczek. Słowa kapłana cieszyły się tu wielką estymą. Mieszkańcy ze skupieniem spijali ważne wieści z ust duchownych. Święte słowo miało tu ogromną wagę.
– Dudajew był bardzo lotny, gdyż dochrapał się stopnia generała majora w radzieckim lotnictwie. Potem jednak nawrócił się, więc jestem pewien, że grzech bombardowania afgańskich wiosek został mu odpuszczony, szczególnie w momencie, gdy dawni towarzysze jego zbombardowali.
– Jasny gwint – szepnęła siedząca koło mnie Gertruda lat 77 – ale dobre kazanie. Po prostu w punkt!
– Amen – potaknęła cicho Malwina lat 92.
– Dudajew chciał z Czeczeni zrobić drugi Kuwejt i udałoby mu się! Bo był lotny! Nasz prezydent Duda też jest utalentowany, wszystko łapie w lot! Nie pozwolimy, by Rosjanie przeszkodzili mu w misji! Będziemy się za niego modlić!
– Dobry Jezu, a nasz Pa... – zaczęła intonować Kunia lat 90, ale pod wpływem srogiego wzroku wikarego urwała w pół słowa.
– A teraz padnijcie na kolana, drodzy bracia i siostry!
Kazanie skończyło się i msza przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Wychodząc ze świątyni byłyśmy wypełnione mocą Ducha świętego, ale też pogrążone w zadumie. Dyskusja rozpoczęła się dopiero w parku przed kościołem.
– Wikary jest prorokiem – uznała zwykle sceptyczna Kunia.
– Ruskie nas zbombardują – zgodziła się Gertruda. – To jasne jak amen w pacierzu.
– Interesuje mnie, co powoduje zdolności profetyczne u naszego wikarego – zastanawiałam się. – Kochana, widziałam, że czasem wynosisz z domu parafialnego puste butelki. Czym oni się zaprawiają?
Trudzia rozejrzała się po bokach i konfidencjonalnym szeptem wymusiła na nas trzymanie języków za zębami.
– Mają dużo wina mszalnego, ale wieczorami piją wódkę koszerną. Sprowadzają ją specjalnie z Rosji.
– Co takiego?! – poniosła Kunia głos.
– Sieją zamęt po rusko-żydowskim alkoholu? – też nie potrafiłam opanować się.
– Podobno Dudajew też pił te trunki – dodała Gertruda. – Oni mają jego portret w jadalni domu parafialnego.
Byłyśmy zaskoczone. Od razu jednak zaczęłyśmy zastanawiać się, co pić będzie prezydent Duda, skoro łapie hostię w lot i ma tak dobre układy z klerem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
