– Adela, co robisz, gdy masz depresję? – spytała Kunia lat 90.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na dostawę z piekarni. Potrzeba nam było świeżego pieczywa z nocnego wypieku, by zrobić zapas na weekend. W gronie kilkunastu sąsiadek przestępowałyśmy z nogi na nogę, starając przebić wzrokiem nisko zawieszone chmury.
– Mówię do niej czule.
– Po co?
– Żeby się uśmiechnęła.
– To ona się uśmiecha?
– Depresia potrafi szeroko szczerzyć się.
– Depresia?
– Na początku na nią warczałam, a ona zmieniała minę na marsową, stając się groźną deprechą. Zrozumiałam, że muszę zastosować inną taktykę. Nazwałam ją depresią i najpierw zaczęłam traktować ją wyrozumiale, a potem nawet serdecznie.
– I czym się to skończyło? – zaciekawiła się Malwina lat 92.
– Przyzwyczaiła się do mnie, co zaczęło mi ciążyć.
– Depresia czasem pojawia się w ciąży – przypomniała sobie Pela lat 83 – ale po narodzinach dziecka nierzadko zmienia się w deprechę.
– Ale dlaczego się pytasz, Kunia?
– Bo mam deprechę. Nie mogę się pogodzić, że chcesz się wyprowadzić z Wildy.
– A ja mam depresię, bo się wszystko opóźnia, a ja już dziś chciałabym stać przed szczecińskim sklepem SPOŁEM. Przed swoimi urodzinami muszę tam jednak już być. A potem was po kolei ściągnę do siebie.
– Kiedy masz urodziny? – spytała rzeczowo Gertruda lat 77.
– Mój plus powiększa się pierwszego dnia wiosny. Wtedy niebo się przejaśnia,a gołębie z większą częstotliwością zaczynają obsrywać mi balkon.
– W Szczecinie srać będą na ciebie mewki – nieprzyjaźnie prorokowała Dziunia lat 59.
– Co masz na myśli?
Dziunia tylko wzruszyła ramionami, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni, który uchronił ją od udzielenia odpowiedzi. Ja jednak do tego tematu kiedyś wrócę.
sobota, 12 marca 2016
czwartek, 10 marca 2016
Trybunał wildecki
– Nie jesteśmy karlicami – zawyrokowała Kunia lat 90 – możemy debatować.
– Robimy to przecież codziennie – przypomniała Gertruda lat 77.
Rzeczywiście, każdego dnia ustawiałyśmy się w ogonku przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie, by czekać na przyjazd z piekarni furgonu ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku i w trakcie rozmawiałyśmy na tematy wszelakie. Dodam jeszcze, że żadna z nas nie była mikrej postury, nie miała zawężonych horyzontów myślowych oraz nikczemnego wzrostu, przez co nikt nie mógł pomylić którejkolwiek z nas z prezesem Polski Jarosławem Kaczyńskim.
– Obradujmy – zachęcała Malwina lat 92.
– Która chce być oskarżycielką? – spytałam.
– Ja – poprosiła Gertruda lat 77. – Chciałabym oskarżyć Tuska o forsowanie odsprzedaży Alaski Rosji. Jest to bezsprzecznie przeciwne żywotnym interesom Polski, która stoi na stanowisku braku bezpośredniej granicy między Kanadą a Rosja. Ruskie nie mogą wiedzieć, czym jest Kanda, podobnie jak Polacy nie mogą zapoznać się z austriackim gadaniem.
– Nasz trybunał zajmuje się tylko sprawami lokalnymi – oznajmiłam. – Niech zatem oskarżycielką zostanie Dziunia lat 59.
– Ale ja nie wiem, o co mam się skarżyć – biadoliła Dziunia. – Mężczyzn czaruję, do gara mam co włożyć, a ostatnio kupiłam fajne ciuchy w second handzie. Nie myślicie, że wyglądam szałowo?
– Ja chcę złożyć oficjalny donos – zaanonsowała Balbina lat 61.
– Dziunia, ale z ciebie dziunia! – zagwizdała z podziwem Kunia.
– Mój donos to zarazem oskarżenie. Oskarżam mianowicie mieszkańców Wenecji, że żaden z nich nie zainteresował się dotąd moim seksapilem. Żądam powołania komisji, która zweryfikuje moją atrakcyjność. Jestem w stanie nawet się rozebrać do naga.
– No nie – oburzyłam się – miałyśmy poruszać sprawy lokalne. Wybacz, Balbina, ale to twoje wystąpienie było deliktem prawnym. Jak ma być w postępowaniu nasza nizina, to nie wybrzeże Adriatyku!
– Co ty masz do słonych cieków wodnych?
– Czy warto z tobą rozmawiać? Nie warto! Mam dość – wybuchłam. – Ja przenoszę się z Warty nad Odrę!
– Ty się strasznie konstytuujesz – orzekła z troską Lwinka.
Wzruszyłam ramionami. Potem zrozumiałam, jak trudne są wymagania konstytucyjne, ale przecież nie można ich nie wypełniać. Przecież nie jesteśmy karlicami. No nie?
– Robimy to przecież codziennie – przypomniała Gertruda lat 77.
Rzeczywiście, każdego dnia ustawiałyśmy się w ogonku przed sklepem spożywczym na poznańskiej Wildzie, by czekać na przyjazd z piekarni furgonu ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku i w trakcie rozmawiałyśmy na tematy wszelakie. Dodam jeszcze, że żadna z nas nie była mikrej postury, nie miała zawężonych horyzontów myślowych oraz nikczemnego wzrostu, przez co nikt nie mógł pomylić którejkolwiek z nas z prezesem Polski Jarosławem Kaczyńskim.
– Obradujmy – zachęcała Malwina lat 92.
– Która chce być oskarżycielką? – spytałam.
– Ja – poprosiła Gertruda lat 77. – Chciałabym oskarżyć Tuska o forsowanie odsprzedaży Alaski Rosji. Jest to bezsprzecznie przeciwne żywotnym interesom Polski, która stoi na stanowisku braku bezpośredniej granicy między Kanadą a Rosja. Ruskie nie mogą wiedzieć, czym jest Kanda, podobnie jak Polacy nie mogą zapoznać się z austriackim gadaniem.
– Nasz trybunał zajmuje się tylko sprawami lokalnymi – oznajmiłam. – Niech zatem oskarżycielką zostanie Dziunia lat 59.
– Ale ja nie wiem, o co mam się skarżyć – biadoliła Dziunia. – Mężczyzn czaruję, do gara mam co włożyć, a ostatnio kupiłam fajne ciuchy w second handzie. Nie myślicie, że wyglądam szałowo?
– Ja chcę złożyć oficjalny donos – zaanonsowała Balbina lat 61.
– Dziunia, ale z ciebie dziunia! – zagwizdała z podziwem Kunia.
– Mój donos to zarazem oskarżenie. Oskarżam mianowicie mieszkańców Wenecji, że żaden z nich nie zainteresował się dotąd moim seksapilem. Żądam powołania komisji, która zweryfikuje moją atrakcyjność. Jestem w stanie nawet się rozebrać do naga.
– No nie – oburzyłam się – miałyśmy poruszać sprawy lokalne. Wybacz, Balbina, ale to twoje wystąpienie było deliktem prawnym. Jak ma być w postępowaniu nasza nizina, to nie wybrzeże Adriatyku!
– Co ty masz do słonych cieków wodnych?
– Czy warto z tobą rozmawiać? Nie warto! Mam dość – wybuchłam. – Ja przenoszę się z Warty nad Odrę!
– Ty się strasznie konstytuujesz – orzekła z troską Lwinka.
Wzruszyłam ramionami. Potem zrozumiałam, jak trudne są wymagania konstytucyjne, ale przecież nie można ich nie wypełniać. Przecież nie jesteśmy karlicami. No nie?
wtorek, 8 marca 2016
Wyszłam z siebie
Dziś był dzień kobiet, więc wyszłam z siebie. Robiłam tak co rok, by znalazł się ktoś, kto złożyłby mi życzenia. Kiedy wychodziłam z siebie i widziałam swoje opuszczone ciało, wówczas ogarniał mnie smutek i nostalgia. Tak się nad sobą żaliłam, że w końcu kupowałam dla siebie bukiet róż i kładłam obok swego opuszczonego fizycznego ja.
A ono tego roku ożyło. Pojawiła się niepowtarzalna okazja, by porozmawiać z samą sobą i zrozumieć własne potrzeby.
– Zimno – obwieściła ta ja, która została bez ducha. – Gdzie znajdę sens życia?
– Ciepło, ciepło – odpowiedziałam, bo ręka mojego opuszczonego ciała rozpoczęła myszkowanie wokół siebie w poszukiwaniu sensu egzystencji.
I tak działo się każdego roku. Zarówno duch, jak i ciało niezależnie szperało wokół siebie, by coś tam zrozumieć, coś wyjaśnić, coś rozjaśnić, ale 8 marca kończył się po 24 godzinach, czyli zbyt szybko. Okazało się, że podobnie miały inne dziewczyny z ogonka przed sklepem na dole.
– Mam w dupie dzień kobiet, bo to oznacza, że oprócz mnie są na tym świecie jeszcze inne baby – oznajmiła Kunia lat 90.
– Ja obchodzę tylko święta kościelne – Gertruda lat 77 również postawiła się w opozycji do dzisiejszego święta.
– Jeżeli kobieta jest puchem marnym, to czymże są minuty poświęcone czemuś tak ulotnemu? – filozofowała Malwina lat 92.
– Albo, albo – podałam zaliczkę alternatywy, którą po chwilowej pauzie rozwinęłam – Albo ja mam święto, albo wszystkie z nas i wtedy nie ma żadnego święta.
– Jeżeli każda z nas nosiłaby brylanty, wówczas rarytasem byłby kawałek koksu zawieszony na szyi na tasiemce – uznała Lwinka.
– Dlatego lubię tego dnia wychodzić z siebie.
– To może wyjdźmy wszystkie? – zaproponowała Kunia.
– Mamy tak zostawić nasze ciała na pastwę oczajduszów? – zatrwożyła się Pela lat 83. – A jeśli ktoś nas zechce obmacać przy święcie?
– Będziemy krążyć umysłami w pobliżu – uspokoiłam sąsiadkę. – W razie zagrożenia szybko wrócimy do ciał.
– Nie chcę dawać ciała na widoku publicznym – Trudzia stanęła okoniem. – To nie po bożemu.
– A idź w pyry! – wykrzyknęła Kunia.
I w tym momencie wydostałyśmy się z naszych ciał. Furgonu z piekarni, który miał przywieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku, nadal nie było, więc mogłyśmy spokojnie obserwować przechodniów, którzy w jednej ręce dzierżyli goździka, w drugiej zaś rajstopy i podążali w kierunku swych wybranek, bogdanek i koleżanek. My natomiast miałyśmy spokój.
Jak dobrze wyjść z siebie. Szczególnie 8 marca.
A ono tego roku ożyło. Pojawiła się niepowtarzalna okazja, by porozmawiać z samą sobą i zrozumieć własne potrzeby.
– Zimno – obwieściła ta ja, która została bez ducha. – Gdzie znajdę sens życia?
– Ciepło, ciepło – odpowiedziałam, bo ręka mojego opuszczonego ciała rozpoczęła myszkowanie wokół siebie w poszukiwaniu sensu egzystencji.
I tak działo się każdego roku. Zarówno duch, jak i ciało niezależnie szperało wokół siebie, by coś tam zrozumieć, coś wyjaśnić, coś rozjaśnić, ale 8 marca kończył się po 24 godzinach, czyli zbyt szybko. Okazało się, że podobnie miały inne dziewczyny z ogonka przed sklepem na dole.
– Mam w dupie dzień kobiet, bo to oznacza, że oprócz mnie są na tym świecie jeszcze inne baby – oznajmiła Kunia lat 90.
– Ja obchodzę tylko święta kościelne – Gertruda lat 77 również postawiła się w opozycji do dzisiejszego święta.
– Jeżeli kobieta jest puchem marnym, to czymże są minuty poświęcone czemuś tak ulotnemu? – filozofowała Malwina lat 92.
– Albo, albo – podałam zaliczkę alternatywy, którą po chwilowej pauzie rozwinęłam – Albo ja mam święto, albo wszystkie z nas i wtedy nie ma żadnego święta.
– Jeżeli każda z nas nosiłaby brylanty, wówczas rarytasem byłby kawałek koksu zawieszony na szyi na tasiemce – uznała Lwinka.
– Dlatego lubię tego dnia wychodzić z siebie.
– To może wyjdźmy wszystkie? – zaproponowała Kunia.
– Mamy tak zostawić nasze ciała na pastwę oczajduszów? – zatrwożyła się Pela lat 83. – A jeśli ktoś nas zechce obmacać przy święcie?
– Będziemy krążyć umysłami w pobliżu – uspokoiłam sąsiadkę. – W razie zagrożenia szybko wrócimy do ciał.
– Nie chcę dawać ciała na widoku publicznym – Trudzia stanęła okoniem. – To nie po bożemu.
– A idź w pyry! – wykrzyknęła Kunia.
I w tym momencie wydostałyśmy się z naszych ciał. Furgonu z piekarni, który miał przywieźć świeże pieczywo z nocnego wypieku, nadal nie było, więc mogłyśmy spokojnie obserwować przechodniów, którzy w jednej ręce dzierżyli goździka, w drugiej zaś rajstopy i podążali w kierunku swych wybranek, bogdanek i koleżanek. My natomiast miałyśmy spokój.
Jak dobrze wyjść z siebie. Szczególnie 8 marca.
piątek, 4 marca 2016
Nic bez pokrycia
– Wszystko, co jest bez pokrycia, jest do dupy – uznała sentencjonalnie Kunia lat 90.
– Słowa bez pokrycia takie są – podzieliła się banałem Malwina lat 92.
– Miłość bez pokrycia jest zaś uczuciem platońskim – wymądrzała się zausznica proboszcza parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie Gertruda lat 77, co natychmiast skontrowała nastawiona antyklerykalnie Kunia:
– Platon krył swoich uczniów! – wypaliła. – Kto wie, czy święty Tomasz z Akwinu, formułując swoje myśli na podstawie starożytnych pism, nie podejrzewał, że jego mistrz Arystoteles niejednokrotnie nie poczuł dogłębnie platońskiej idei?
Czekałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem na dole, wypatrując dostawczaka z piekarni, który przywoził świeże pieczywo z nocnego wypieku. Czas oczekiwania na jego przyjazd umilałyśmy sobie ważkimi dyskusjami.
– Dach bez pokrycia przecieka – stwierdziłam, starając zmienić wątek, by nie dopuścić do scysji Kuni z Trudzią.
– Czekiem bez pokrycia nie załatwisz transakcji – podała nowe uzasadnienie Pela lat 83.
– Adela, a jak z twoim wyjazdem do Szczecina? – spytała Lwinka. – Czy ten zamiar jest z pokryciem?
– Trudno wszystko przewidzieć – odpowiedziałam uczciwie. – Zamierzam zdzierać obcasy na szczecińskim bruku. Przeszkodzić mi mogłyby jedynie bardzo ważne okoliczności, ale nie chcę o nich myśleć, bo są zbyt straszne.
– Nie, teraz się nie wykpisz. Mów otwarcie – zażądała Kunia.
– Dawaj, Adela – zachęcały do wynurzeń inne dziewczęta.
Spojrzałam na nie z zadumą, po czym podzieliłam się niedobrymi wariantami, jakie mogłaby przynieść przyszłość.
– Na szczecińskich rondach nie chciałabym naokrągło widzieć np. pana Kaczyńskiego.
– To niezrozumiałe – zdziwiła się Trudzia. – Przecież pana Jarka chwali ojciec Tadeusz. A to wyjątkowy człowiek, z którego słowami należy się liczyć.
Postanowiłam nie reagować na tę uwagę. Tym bardziej, że nadjechał furgon z piekarni. Kierowca zaczął wyładowywać pieczywo, sąsiadki zaś przygotowywały drobne na zakupy, a ja cieszyłam się, że nie muszę dzielić się innymi zagrożeniami dotyczącymi moich przenosin. Za bardzo chciałam znaleźć się w porcie nad Odrą, by niepotrzebnie nie przyciągać do siebie niedobrych scenariuszy.
– Słowa bez pokrycia takie są – podzieliła się banałem Malwina lat 92.
– Miłość bez pokrycia jest zaś uczuciem platońskim – wymądrzała się zausznica proboszcza parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie Gertruda lat 77, co natychmiast skontrowała nastawiona antyklerykalnie Kunia:
– Platon krył swoich uczniów! – wypaliła. – Kto wie, czy święty Tomasz z Akwinu, formułując swoje myśli na podstawie starożytnych pism, nie podejrzewał, że jego mistrz Arystoteles niejednokrotnie nie poczuł dogłębnie platońskiej idei?
Czekałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem na dole, wypatrując dostawczaka z piekarni, który przywoził świeże pieczywo z nocnego wypieku. Czas oczekiwania na jego przyjazd umilałyśmy sobie ważkimi dyskusjami.
– Dach bez pokrycia przecieka – stwierdziłam, starając zmienić wątek, by nie dopuścić do scysji Kuni z Trudzią.
– Czekiem bez pokrycia nie załatwisz transakcji – podała nowe uzasadnienie Pela lat 83.
– Adela, a jak z twoim wyjazdem do Szczecina? – spytała Lwinka. – Czy ten zamiar jest z pokryciem?
– Trudno wszystko przewidzieć – odpowiedziałam uczciwie. – Zamierzam zdzierać obcasy na szczecińskim bruku. Przeszkodzić mi mogłyby jedynie bardzo ważne okoliczności, ale nie chcę o nich myśleć, bo są zbyt straszne.
– Nie, teraz się nie wykpisz. Mów otwarcie – zażądała Kunia.
– Dawaj, Adela – zachęcały do wynurzeń inne dziewczęta.
Spojrzałam na nie z zadumą, po czym podzieliłam się niedobrymi wariantami, jakie mogłaby przynieść przyszłość.
– Na szczecińskich rondach nie chciałabym naokrągło widzieć np. pana Kaczyńskiego.
– To niezrozumiałe – zdziwiła się Trudzia. – Przecież pana Jarka chwali ojciec Tadeusz. A to wyjątkowy człowiek, z którego słowami należy się liczyć.
Postanowiłam nie reagować na tę uwagę. Tym bardziej, że nadjechał furgon z piekarni. Kierowca zaczął wyładowywać pieczywo, sąsiadki zaś przygotowywały drobne na zakupy, a ja cieszyłam się, że nie muszę dzielić się innymi zagrożeniami dotyczącymi moich przenosin. Za bardzo chciałam znaleźć się w porcie nad Odrą, by niepotrzebnie nie przyciągać do siebie niedobrych scenariuszy.
wtorek, 1 marca 2016
Wasza Miłość
– Znacie Ksawerego Myszkina? – zadałam pytanie dziewczynom.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który codziennie dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Tego idiotę? – zareagowała Kunia lat 90. – Twierdzi, że pochodzi z krółewskiego rodu.
– Phi, żaden z niego książę – prychnęła z niesmakiem Malwina lat 92. – To ślusarz. Kiedyś naprawił mi zamek u drzwi.
– On pierwszy spowodował, że zaczęłam zastanawiać się nad przenosinami do Szczecina.
– Jak to? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
Dziewczyny utkwiły we mnie wzrok, chcąc poznać prawdziwy powód podjętej przeze mnie decyzji.
– Ksawery żądał bym zwracała się do niego w specyficzny sposób.
– Jak? – ponaglała Pela lat 83.
– Zmuszał cię do mówienia świństw? – dociekała Balbina lat 61.
– Chciał, abym zwracała się do niego per Wasza Miłość.
– Tupeciarz – orzekła Dziunia lat 59.
– Gnojek – uznała Kunia. – Naprawdę chciał żebyś mówiła do niego miłośnie? To prawda, że jest samotny, ale żeby prosić tak obcesowo?
– Nikomu nie powiem, że miłość jest jego – stwierdziłam. – Miłość jest moja i basta. Żaden Myszkin nie będzie mi odbierać miłości.
– I dlatego szukasz nowego ogonka w Szczecinie?
– Liczę, że trafię tam na bardzo świeże pieczywo. Ksawery uświadomił mi, że utraciłam chrupkość. Chcę spędzić resztę życia, dzierżąc dumnie w dłoniach apetyczne buły z Pomorza Zachodniego.
– Ksawery to idiota – powtórzyła się Kunia.
– W Szczecinie jest Zamek Książąt Pomorskich – wymądrzała się Pela. – Możesz się tam natknąć na wielu innych Myszkinów.
– Zostań z nami – poprosiła Lwinka.
– Gdzie będziesz miała lepiej jak na poznańskiej Wildzie? – zapytała retorycznie Kunia.
– Muszę zmienić piekarnię – upierałam się.
– Zostawisz nas z naszą miłością?
– Z Waszą Miłością – skorygowałam sąsiadkę.
I w tym momencie rozmowa się urwała, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i zaczęłyśmy sięgać po drobne na zakup świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni, który codziennie dowoził świeże pieczywo z nocnego wypieku.
– Tego idiotę? – zareagowała Kunia lat 90. – Twierdzi, że pochodzi z krółewskiego rodu.
– Phi, żaden z niego książę – prychnęła z niesmakiem Malwina lat 92. – To ślusarz. Kiedyś naprawił mi zamek u drzwi.
– On pierwszy spowodował, że zaczęłam zastanawiać się nad przenosinami do Szczecina.
– Jak to? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
Dziewczyny utkwiły we mnie wzrok, chcąc poznać prawdziwy powód podjętej przeze mnie decyzji.
– Ksawery żądał bym zwracała się do niego w specyficzny sposób.
– Jak? – ponaglała Pela lat 83.
– Zmuszał cię do mówienia świństw? – dociekała Balbina lat 61.
– Chciał, abym zwracała się do niego per Wasza Miłość.
– Tupeciarz – orzekła Dziunia lat 59.
– Gnojek – uznała Kunia. – Naprawdę chciał żebyś mówiła do niego miłośnie? To prawda, że jest samotny, ale żeby prosić tak obcesowo?
– Nikomu nie powiem, że miłość jest jego – stwierdziłam. – Miłość jest moja i basta. Żaden Myszkin nie będzie mi odbierać miłości.
– I dlatego szukasz nowego ogonka w Szczecinie?
– Liczę, że trafię tam na bardzo świeże pieczywo. Ksawery uświadomił mi, że utraciłam chrupkość. Chcę spędzić resztę życia, dzierżąc dumnie w dłoniach apetyczne buły z Pomorza Zachodniego.
– Ksawery to idiota – powtórzyła się Kunia.
– W Szczecinie jest Zamek Książąt Pomorskich – wymądrzała się Pela. – Możesz się tam natknąć na wielu innych Myszkinów.
– Zostań z nami – poprosiła Lwinka.
– Gdzie będziesz miała lepiej jak na poznańskiej Wildzie? – zapytała retorycznie Kunia.
– Muszę zmienić piekarnię – upierałam się.
– Zostawisz nas z naszą miłością?
– Z Waszą Miłością – skorygowałam sąsiadkę.
I w tym momencie rozmowa się urwała, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i zaczęłyśmy sięgać po drobne na zakup świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
niedziela, 28 lutego 2016
Msza w mojej intencji
Dziewczęta były słodkie. Myślały o mnie i czuwały nad dalszymi krokami. Teraz nawet zadbały o wstawiennictwo SiłyWyższej, bym nie poplątała własnej ścieżki życiowej i doszła w końcu do upragnionego celu, jakim jest własny grób. Bo co to niby za egzystencja, kiedy kończy się nie na swoim cmentarzu? W ciasnych żołądkach wychudzonych tubylców, jak to miało miejsce w przeszłości z wieloma podróżnikami? W lazaretach na drugim końcu świata? W bieliźnie własnej żony lub męża? Fuj! Każdy powinien znać miejsce swojego przeznaczenia. Na poznańskiej Wildzie nie było cmentarza. Był na sąsiednim Dębcu, ale tam mi nigdy się nie podobało.
Kiedy dowiedziały się, że wykupiłam kwaterę na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, wówczas wpadły w osłupienie. „Jak to, ty z poznańskiej Wildy chcesz się położyć na jakimś zadupiu?”, dziwiły się. „Jest tam zupełnie porządne towarzystwo, na przykład leży Leszek Szuman”, odpowiadałam. Oczywiście nie wiedziały, kim był pan Leszek, nie rozumiały też mojej motywacji, że najważniejsze jest towarzystwo, w którym człowiek chciałby się położyć. Pewnie dlatego zafundowały mszę świętą w mojej intencji.
Przed mszą świętą wziął mnie na bok proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego z poznańskiej Wildy.
– Adelo, naprawdę chcesz mi to zrobić? – spytał, trzymając kurczowo mój łokieć.
– Niby co?
– Córko, przecież wiesz, że utrzymujemy się przede wszystkim z pogrzebów. Młodzi rzadko biorą śluby, coraz rzadziej chrzczą dzieci, za to nie wypada im odmówić pochowania rodzica w poświęconej ziemi.
– Ale ja nie mam dzieci!
– Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga.
– Bóg nie mógłby być taki przyziemny...
Ksiądz proboszcz poczuł się urażony, wzruszył ramionami i uciekł do zakrystii, by przygotować się do mszy świętej. Do mnie natomiast przystąpiły sąsiadki i przyjaciółki.
– Nie mam z tym nic wspólnego – zarzekła się Kunia lat 90, która od zawsze deklarowała ateizm.
– Nie opuszczaj nas – poprosiła Gertruda lat 77 – zapomnijmy to, co dzieliło nas. Nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas.
– Przecież tu idzie o moje osobiste zdołowanie! – obruszyłam się. – Jak już przeprowadzę się do Szczecina, to przecież możemy rozmawiać przez Skype.
– Czyli msza w twojej intencji jest bezcelowa? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– A nie mówiłam? – ucieszyła się Kunia.
– Poklęczeć możemy – odezwałam się. – Czemu nie zrobić przyjemności mężczyznom? Choćby nawet nosili sutannę?
Kiedy dowiedziały się, że wykupiłam kwaterę na Cmentarzu Centralnym w Szczecinie, wówczas wpadły w osłupienie. „Jak to, ty z poznańskiej Wildy chcesz się położyć na jakimś zadupiu?”, dziwiły się. „Jest tam zupełnie porządne towarzystwo, na przykład leży Leszek Szuman”, odpowiadałam. Oczywiście nie wiedziały, kim był pan Leszek, nie rozumiały też mojej motywacji, że najważniejsze jest towarzystwo, w którym człowiek chciałby się położyć. Pewnie dlatego zafundowały mszę świętą w mojej intencji.
Przed mszą świętą wziął mnie na bok proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego z poznańskiej Wildy.
– Adelo, naprawdę chcesz mi to zrobić? – spytał, trzymając kurczowo mój łokieć.
– Niby co?
– Córko, przecież wiesz, że utrzymujemy się przede wszystkim z pogrzebów. Młodzi rzadko biorą śluby, coraz rzadziej chrzczą dzieci, za to nie wypada im odmówić pochowania rodzica w poświęconej ziemi.
– Ale ja nie mam dzieci!
– Wszyscy jesteśmy dziećmi Boga.
– Bóg nie mógłby być taki przyziemny...
Ksiądz proboszcz poczuł się urażony, wzruszył ramionami i uciekł do zakrystii, by przygotować się do mszy świętej. Do mnie natomiast przystąpiły sąsiadki i przyjaciółki.
– Nie mam z tym nic wspólnego – zarzekła się Kunia lat 90, która od zawsze deklarowała ateizm.
– Nie opuszczaj nas – poprosiła Gertruda lat 77 – zapomnijmy to, co dzieliło nas. Nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas, nie opuszczaj nas.
– Przecież tu idzie o moje osobiste zdołowanie! – obruszyłam się. – Jak już przeprowadzę się do Szczecina, to przecież możemy rozmawiać przez Skype.
– Czyli msza w twojej intencji jest bezcelowa? – zdziwiła się Malwina lat 92.
– A nie mówiłam? – ucieszyła się Kunia.
– Poklęczeć możemy – odezwałam się. – Czemu nie zrobić przyjemności mężczyznom? Choćby nawet nosili sutannę?
piątek, 26 lutego 2016
Lekcje gry w tenisa
Już niedługo o widnym świcie będziemy ustawiać się w ogonku przed sklepem spożywczym na dole. Na razie, gdy oczekujemy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku jeszcze dość ciemno, ale już kiełkuje w nas nadzieja na słoneczne poranki. Oznacza to ogólną poprawę nastroju, to z kolei skutkuje snuciem planów na przyszłość. Szczególnie wiedzie w tym prym Kunia lat 90.
– Na wiosnę sprawię sobie kochanka – zapowiedziała. – Musi być czysty, dobrze wychowany i dojrzały.
– Czyli w jakim wieku? – zaciekawiła się Malwina lat 92.
– Metryka nie jest naistotniejsza, może być nawet po trzydziestce. Dojrzałość mężczyzny rozpoznaje się po wiedzy, który moment jest odpowiedni do użycia bluzgu. Oczywiście mam na myśli stosowną sytuację tete a tete.
– A ja zapiszę się na lekcje tenisa – wyznałam.
– Dlaczego?
– Bo minęło 100 dni rządów premier Szydło.
– Ale o cho? – Gertruda lat 77 miała od kliku dni zwyczaj nie kończenia słów.
– Kiedy nowe elity wnoszą z pola, obór i stodół błoto na salony, po jakimś czasie on wysycha i odpada. To dlatego w pierwszych miesiącach panowania w urzędzie rady ministrów słychać przed wszystkim dźwięk włączonych odkurzaczy.
– Czy ministrowie sami odkurzają? – spytała naiwnie Wacia lat 83.
– Cham lubi wysługiwać się innymi.
– To prawda – przyznała rację Kunia – Minister może być pogięty, ale nie lubi być zgięty. A odkurzając, trudno zachować wyprostowaną sylwetkę.
– Nadal nie rozumiem, o co cho z tym tenisem?
– Po 100 dniach w salonach zaczyna ciążyć zaduch. Wtedy elity pragną się przewietrzyć. Za nic mają jednak spacery, bo na nich można spotkać zwyczajnych ludzi. Najczęściej wybierają korty tenisowe, unikają zaś pól golfowych, bo kojarzą im się z błockiem. Ponadto zbyt długo byli w dołku. Wolą zatem korty. No to wymyśliłam sobie, że jest okazja, by wkręcić się do elit.
– Ty? Taka zwyczajna dziewczyna, a pcha się do najwyższych sfer? – docięła mi Balbina lat 71.
– Właśnie zamierzam zaserwować takiego piskusa. Tfu, psikusa.
– Adela, masz łeb nie od parady – pochwaliła mnie Lwinka.
– Jesteś stworzona do forhandu – oceniła Kunia. – Z kim zagrasz pierwszy mecz?
– Myślę, że panu Macierewiczowi najbliżej jest do rakiety.
Nadjechał furgon z pieczywem i zaczęłyśmy przygotowywać drobne na zakupy. Szykowało się dobre śniadanie. Potem powinnam pomyśleć o pierwszym treningu.
– Na wiosnę sprawię sobie kochanka – zapowiedziała. – Musi być czysty, dobrze wychowany i dojrzały.
– Czyli w jakim wieku? – zaciekawiła się Malwina lat 92.
– Metryka nie jest naistotniejsza, może być nawet po trzydziestce. Dojrzałość mężczyzny rozpoznaje się po wiedzy, który moment jest odpowiedni do użycia bluzgu. Oczywiście mam na myśli stosowną sytuację tete a tete.
– A ja zapiszę się na lekcje tenisa – wyznałam.
– Dlaczego?
– Bo minęło 100 dni rządów premier Szydło.
– Ale o cho? – Gertruda lat 77 miała od kliku dni zwyczaj nie kończenia słów.
– Kiedy nowe elity wnoszą z pola, obór i stodół błoto na salony, po jakimś czasie on wysycha i odpada. To dlatego w pierwszych miesiącach panowania w urzędzie rady ministrów słychać przed wszystkim dźwięk włączonych odkurzaczy.
– Czy ministrowie sami odkurzają? – spytała naiwnie Wacia lat 83.
– Cham lubi wysługiwać się innymi.
– To prawda – przyznała rację Kunia – Minister może być pogięty, ale nie lubi być zgięty. A odkurzając, trudno zachować wyprostowaną sylwetkę.
– Nadal nie rozumiem, o co cho z tym tenisem?
– Po 100 dniach w salonach zaczyna ciążyć zaduch. Wtedy elity pragną się przewietrzyć. Za nic mają jednak spacery, bo na nich można spotkać zwyczajnych ludzi. Najczęściej wybierają korty tenisowe, unikają zaś pól golfowych, bo kojarzą im się z błockiem. Ponadto zbyt długo byli w dołku. Wolą zatem korty. No to wymyśliłam sobie, że jest okazja, by wkręcić się do elit.
– Ty? Taka zwyczajna dziewczyna, a pcha się do najwyższych sfer? – docięła mi Balbina lat 71.
– Właśnie zamierzam zaserwować takiego piskusa. Tfu, psikusa.
– Adela, masz łeb nie od parady – pochwaliła mnie Lwinka.
– Jesteś stworzona do forhandu – oceniła Kunia. – Z kim zagrasz pierwszy mecz?
– Myślę, że panu Macierewiczowi najbliżej jest do rakiety.
Nadjechał furgon z pieczywem i zaczęłyśmy przygotowywać drobne na zakupy. Szykowało się dobre śniadanie. Potem powinnam pomyśleć o pierwszym treningu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)