- Co za pierdoły głoszą w tych radiach! - żachnął się Władek lat 98. - No ja pierdolę!
- Ty się wyrażaj w moim towarzystwie! - pouczyłam kompana.
- A co ja niby robię?
Władek to podwójny AK-wiec, znaczy były żołnierz Armii Krajowej oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym. Wiele mu wybaczam, bo o jego gównianym szlaku w warszawskich kanałach z 19944 roku można wiele opowiedzieć. Ale nie godziłam się na to, że on ciągle będzie rzucać mięsem.
- Ale o co chodzi? - dopytywałam się.
- Nosisz zegarek na ręku?
- A po co, skoro mam godzinę w telefonie komórkowym?
- Masz w domu klepsydrę?
- Sam se klep cydra! - fuknęłam na pijaka.
- To po co w radio ogłaszają godzinę? - indagował powstaniec lat 98.
- Może ludzie słuchają?
- Godziny? Że niby lubią tik i tak? - drwił Władek. - Ludzie lubią gadziny, nie zaś godziny.
- Władku, wybierzesz się z nami na odwiedziny kandydatów na prezydenta Poznania?
- Znaczy z kim?
- Z Kunią lat 90, z Malwiną lat 92, z Elwirą lat 77 i ze wszystkimi dziewczynami z ogonka przed sklepem, które zechcą się przyłączyć. Ale stawiam warunke: żadnej z nas nie ożesz podszczypywać!
- Mam zostawić wasze dupy Grobelnemu?
- Dlaczego prezydentowi?
- Bo on wszystkich klepie po dupie.
- Ty jednak jesteś chory - stwierdziłam.
Owszem, odwiedzimy prezydenta Ryszarda, ale w jego domu będzie też żona prezydenta. Nie damy się mu poszczypać w jej towarzystwie. No chyba, że ktoś ją odciągnie do innego pomieszczenia, to wtedy wypniemy sią na prezydenta.
poniedziałek, 6 października 2014
sobota, 4 października 2014
Daj, Dziuba!
Postanowiłam wybrać się poza swój fyrtel. Opuściłam ukochaną poznańską Wildę i udałam się na Rynek Jeżycki. To targ z większą ilością straganów, choć nieco wyższymi cenami. Ja chciałam się tylko rozejrzeć. Nacieszyć oczy pełną paletą kolorów jabłek, śliwek węgierek i kabaczków.
Wsiadłam w tramwaj linii nr 2 i po pół godzinie dotarłam na skrzyżowanie ulic Dąbrowskiego i Kraszewskiego. Już miałam zagłębić się w plątaninie kramów, gdy podszedł do mnie postawny chłopiec o małych oczach szurka.
- Dziuba jestem - przedstawił się, wyciągając rękę na powitanie.
Nie odpowiedziałam tym samym gestem, bo unikam akwizytorów i nie daję sobie wcisnąć byle jakiego barachła.
- Nie całuję się z nieznajomymi - odrzekłam.
Chłopiec lat ok. 55 spłonił się.
- Chciałem tylko cmoknąć pani dłoń, madame.
- Fiu fiu - zagwizdałam pod nosem. - Szarmancki jesteś synku. Ale mimo to na dziubka nie licz.
- Poproszę o rękę - zażądał.
- Wykluczone. Nie zrobiłabym tego nawet z chiromantą.
To prawda, nigdy nie myślałam o zamążpójście.
- To poproszę chociaż o głos.
- Przecież cały czas z tobą rozmawiam, smyku.
- Chcę być prezydentem Poznania.
- Prezydent nie może żądać dziuba - stwierdziłam z przekonaniem - nawet od obywatelek na stałe zameldowanych w mieście.
Dostrzegłam rezygnację w szparkach oczu kandydata. Nagle znów pojawiła się w nich nadzieja. Nie byłam jednak jej powodem. Otó synek dostrzegł inną panią i ją zaczął molestować. Poczułam się jak porzucone skarpetki.
I przeciw temu protestuję. Nie wolno traktować obywatelki jak znoszoną poprzedniego dnia bieliznę!
Wsiadłam w tramwaj linii nr 2 i po pół godzinie dotarłam na skrzyżowanie ulic Dąbrowskiego i Kraszewskiego. Już miałam zagłębić się w plątaninie kramów, gdy podszedł do mnie postawny chłopiec o małych oczach szurka.
- Dziuba jestem - przedstawił się, wyciągając rękę na powitanie.
Nie odpowiedziałam tym samym gestem, bo unikam akwizytorów i nie daję sobie wcisnąć byle jakiego barachła.
- Nie całuję się z nieznajomymi - odrzekłam.
Chłopiec lat ok. 55 spłonił się.
- Chciałem tylko cmoknąć pani dłoń, madame.
- Fiu fiu - zagwizdałam pod nosem. - Szarmancki jesteś synku. Ale mimo to na dziubka nie licz.
- Poproszę o rękę - zażądał.
- Wykluczone. Nie zrobiłabym tego nawet z chiromantą.
To prawda, nigdy nie myślałam o zamążpójście.
- To poproszę chociaż o głos.
- Przecież cały czas z tobą rozmawiam, smyku.
- Chcę być prezydentem Poznania.
- Prezydent nie może żądać dziuba - stwierdziłam z przekonaniem - nawet od obywatelek na stałe zameldowanych w mieście.
Dostrzegłam rezygnację w szparkach oczu kandydata. Nagle znów pojawiła się w nich nadzieja. Nie byłam jednak jej powodem. Otó synek dostrzegł inną panią i ją zaczął molestować. Poczułam się jak porzucone skarpetki.
I przeciw temu protestuję. Nie wolno traktować obywatelki jak znoszoną poprzedniego dnia bieliznę!
piątek, 3 października 2014
Odwiedzajmy kandydatów na prezydenta w ich domach!
– To jest proste – uznała Kunia lat 88. – Musimy odwiedzić kandydatów w ich domach.
Stałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Chciałyśmy nabyć świeże i chrupiące pieczywo z nocnego wypieku i nie dać sobie wcisnąć chleba z wczoraj, który sprytny właściciel sklepu ogrzał przez moment w mikrofalówce ustawionej na zapleczu.
– Sprawdźmy, czy mają nad drzwiami powieszone krzyże, a w salonie portrety ojca świętego – przyłączyła się do inicjatywy Elwira lat 77, która lubiła kręcić się wokół zakrystii kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie.
– Nie lubię włazić zabłoconymi butami w progi domów zamieszkanych przez obcych mi ludzi – kręciłam głową z brakiem przekonania. – Jakoś nie wypada...
– Mam żylaki – obwieściła Malwina lat 92 – Nigdzie nie podreptam. Wystarczy, że pójdę na sumę, a już mi ból doskwiera.
– Pogadam z Tulibackim – obiecała Kunia. – On nam pomoże.
– A kto to jest? – zainteresowała się milcząca dotąd Pela lat 83.
– Szef MPK. Ostatnio miał stłuczkę i teraz zacznei jeździć służbowym tramwajem. Podrzuci nas, gdzie tylko zażądam.
– Znowu nie dojedziemy na Naramowice? – żachnęłam się. – Przecież jeszcze krótko nam panujący prezydent Grobelny mieszka z daleka od torów i pantografów.
– Tym bardziej go zaskoczymy – namawiała Kunia. – Może zastaniemy go w piżamie?
– A jak przeszkodzimy mu w pacierzu? – zatrwożyła się Elwira. – Nie chciałabym, by za szybko zrywał się z klęcznika...
– Mam to gdzieś – wtrąciłam się. – Nie chcę prezydenta na kolanach. A dla Lwinki załatwimy rikszę.
– Zgadzam się. Wybierzmy się rikszami – zapaliła się Kunia. – Przynajmniej nie wykorkujemy w korkach, bo rikszarze mogą ominąć samochody na chodniku.
– A jak wyminiemy municypalnych?
– Jedziemy z misją! Weźmiemy druki delegacji i w razie co okażemy je. Gdy zobaczą nasze papiery, to zrozumieją, że zdążamy do prezydenta. A przecież każdy kandydat może nim zostać, więc odstąpią od mandatu.
– Dokładnie, tu w Poznaniu ręka rękę myje – odezwała się Malwina, której pomysł z rikszami przypadł do gustu.
Tymczasem podjechał pod sklep furgon ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, więc szybko umówiłyśmy się na popołudnie, by wyruszyć do pierwszego ze smyków startujących na stolec prezydenta Poznania.
Potem każda z nas nabyła bułki i chleb i wróciła do domu, by ze smakiem spożyć śniadanie.
Stałyśmy jak zwykle w ogonku przed sklepem na dole, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Chciałyśmy nabyć świeże i chrupiące pieczywo z nocnego wypieku i nie dać sobie wcisnąć chleba z wczoraj, który sprytny właściciel sklepu ogrzał przez moment w mikrofalówce ustawionej na zapleczu.
– Sprawdźmy, czy mają nad drzwiami powieszone krzyże, a w salonie portrety ojca świętego – przyłączyła się do inicjatywy Elwira lat 77, która lubiła kręcić się wokół zakrystii kościoła pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie.
– Nie lubię włazić zabłoconymi butami w progi domów zamieszkanych przez obcych mi ludzi – kręciłam głową z brakiem przekonania. – Jakoś nie wypada...
– Mam żylaki – obwieściła Malwina lat 92 – Nigdzie nie podreptam. Wystarczy, że pójdę na sumę, a już mi ból doskwiera.
– Pogadam z Tulibackim – obiecała Kunia. – On nam pomoże.
– A kto to jest? – zainteresowała się milcząca dotąd Pela lat 83.
– Szef MPK. Ostatnio miał stłuczkę i teraz zacznei jeździć służbowym tramwajem. Podrzuci nas, gdzie tylko zażądam.
– Znowu nie dojedziemy na Naramowice? – żachnęłam się. – Przecież jeszcze krótko nam panujący prezydent Grobelny mieszka z daleka od torów i pantografów.
– Tym bardziej go zaskoczymy – namawiała Kunia. – Może zastaniemy go w piżamie?
– A jak przeszkodzimy mu w pacierzu? – zatrwożyła się Elwira. – Nie chciałabym, by za szybko zrywał się z klęcznika...
– Mam to gdzieś – wtrąciłam się. – Nie chcę prezydenta na kolanach. A dla Lwinki załatwimy rikszę.
– Zgadzam się. Wybierzmy się rikszami – zapaliła się Kunia. – Przynajmniej nie wykorkujemy w korkach, bo rikszarze mogą ominąć samochody na chodniku.
– A jak wyminiemy municypalnych?
– Jedziemy z misją! Weźmiemy druki delegacji i w razie co okażemy je. Gdy zobaczą nasze papiery, to zrozumieją, że zdążamy do prezydenta. A przecież każdy kandydat może nim zostać, więc odstąpią od mandatu.
– Dokładnie, tu w Poznaniu ręka rękę myje – odezwała się Malwina, której pomysł z rikszami przypadł do gustu.
Tymczasem podjechał pod sklep furgon ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, więc szybko umówiłyśmy się na popołudnie, by wyruszyć do pierwszego ze smyków startujących na stolec prezydenta Poznania.
Potem każda z nas nabyła bułki i chleb i wróciła do domu, by ze smakiem spożyć śniadanie.
środa, 17 września 2014
O tym, co przegapiliśmy
Przygotowywałam się długo do wyjazdu, z krórego niestety wyszły nici. Z tego też powodu nie pisałam bloga, bo byłam zaaferowana wyprawą - stąd dziś moje rozczarowanie jest tym większe.
Od lat na alkohol spozieram krzywo, a tu nagle dostałam zaproszenie na pijacką imprezę. Dlaczego nie? - pomyślałam. Na stare lata i to można zaliczyć. Gospodarzem miał być prezydent pewnego miasta w Wielkopolsce, który po upojeniu zwykł sikać w majtki. Ta atrakcja przemówiła do mojej wyobraźni. Nawet liczyłam na więcej, znaczy, że zesra się gacie.
Podobno prezydent liczył na reelekcję oraz możliwość dalszego taplania się w pijackiej rozpuście, a także osobistych płynach fizjologicznych, ale mnie już to nie obchodziło. Nie mogło obchodzić.
Co się stało? Aż wstyd się przyznać....
Otóż zgubiłam górną szufladkę. Nie, nie żenowało mnie mlaskanie czy seplenienie. Straciłam swój największy atut w postaci wrodzonej zgryźliwości. Szykowałam się, że dopadnę swymi kłami zsiuranej szyjki prezydenta i nikt mnie od niej nie oderwie. Że krytyka zmiażdży lokalnego celebrytę, że zbluzgam wymoczka, że zamanifestuję, że liczą się dla mnie tylko ludzie nie obawiający się monotlenku diwodoru.
No cóż, to wszystko mnie ominęło.
Dlatego już jutro wrócę do ogonka przed sklepem na dole...
Od lat na alkohol spozieram krzywo, a tu nagle dostałam zaproszenie na pijacką imprezę. Dlaczego nie? - pomyślałam. Na stare lata i to można zaliczyć. Gospodarzem miał być prezydent pewnego miasta w Wielkopolsce, który po upojeniu zwykł sikać w majtki. Ta atrakcja przemówiła do mojej wyobraźni. Nawet liczyłam na więcej, znaczy, że zesra się gacie.
Podobno prezydent liczył na reelekcję oraz możliwość dalszego taplania się w pijackiej rozpuście, a także osobistych płynach fizjologicznych, ale mnie już to nie obchodziło. Nie mogło obchodzić.
Co się stało? Aż wstyd się przyznać....
Otóż zgubiłam górną szufladkę. Nie, nie żenowało mnie mlaskanie czy seplenienie. Straciłam swój największy atut w postaci wrodzonej zgryźliwości. Szykowałam się, że dopadnę swymi kłami zsiuranej szyjki prezydenta i nikt mnie od niej nie oderwie. Że krytyka zmiażdży lokalnego celebrytę, że zbluzgam wymoczka, że zamanifestuję, że liczą się dla mnie tylko ludzie nie obawiający się monotlenku diwodoru.
No cóż, to wszystko mnie ominęło.
Dlatego już jutro wrócę do ogonka przed sklepem na dole...
wtorek, 16 września 2014
I Tusk wziął się na żebry i stworzył premierę
– Szczególnie w Polsce nie jest łatwo znaleźć premiera – stwierdziła Kunia lat 90. – Wszyscy w końcu poszli w las.
– Dokąd? – zdziwiła się Elwira lat 77.
– Na grzyby – poparła Kunię Lwinka lat 92.
– Albo na piwo, frytki lub czekoladki – dodałam.
– Co proszę? – zapytała Elwira.
– Mam na myśli tych, co wyjechali do Brukseli – wyjaśniłam. – Przez te czasowe migracje ludzi opóźnia się nie tylko wybór nowego rządu, ale też przyjazd furgonu ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku.
Jak zwykle stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Umilałyśmy czas komentarzami politycznymi, dając słońcu dotykać się po twarzy wyprężonymi promieniami.
– Boję się wyjdzie niezła klapa z tej premiery – obawiała się Pela lat 83.
– Kiedy szukasz w lesie dobrego grzyba, musisz mieć najpierw wiedzę o tym, co może wyrosnąć na ściółce, potem wytężyć wzrok, a następnie schylić się po smakowity okaz – tłumaczyła Malwina lat 92. – Tymczasem są grzybiarze, którym nie chce się pochylić. Wzrok też mają mętny. Nie ufam ludziom, którzy noszą okulary.
– Phi! – prychnęła nerwowo Kunia – Nie znam ministra przed którym chciałabym się pochylić.
– Ja też trzymam ich tylko przed sobą – odezwała się Dziunia z końca kolejki. – Nigdy do ministra nie dopuściłabym mieć z tyłu.
– Przecież oglądasz ich tylko w telewizji.
– Dlatego kiedy chcę wyjść do kuchni po herbatę, to najpierw zmieniam kanał. Nie dam się!
Spojrzałyśmy na siebie z powątpiewaniem, bo Dziunię łatwo było przekonać, do dawania, ale prawdą też było to, że nigdy nie miała okoliczności z jakimkolwiek ministrem. Owszem, były podejrzenia molestowania pewnego ministranta, ale to już zupełnie inna historia.
– Ale dlaczego od razu ma być klapa? – kręciłam z niedowierzaniem głową.
– Bo Tusk stworzył premierę z żebra – ogłosiła oficjalnie Kunia.
– Jak to?
– Bo bał się, że schetę po nim. Tfu, schedę – poprawiła się moja przyjaciółka lat 90. – Że tą schedę przejmie Schetyna. Pozostało mu pójść na żebry i ubłagać marszałkinię, by zrobiła coś ze śmierdzącym jajem.
– To prawda – zgodziłam się. To stanowisko dziś jest zbukiem.
Chwyciłyśmy się za nosy i zastygnęłyśmy jak posągi na Wyspie Wielkanocnej. Właśnie w takiej pozycji ujrzał nas kierowca furgonu z piekarni, który niedługo potem zahamował przy nas z piskiem opon.
– Dokąd? – zdziwiła się Elwira lat 77.
– Na grzyby – poparła Kunię Lwinka lat 92.
– Albo na piwo, frytki lub czekoladki – dodałam.
– Co proszę? – zapytała Elwira.
– Mam na myśli tych, co wyjechali do Brukseli – wyjaśniłam. – Przez te czasowe migracje ludzi opóźnia się nie tylko wybór nowego rządu, ale też przyjazd furgonu ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku.
Jak zwykle stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na przyjazd dostawczaka z piekarni. Umilałyśmy czas komentarzami politycznymi, dając słońcu dotykać się po twarzy wyprężonymi promieniami.
– Boję się wyjdzie niezła klapa z tej premiery – obawiała się Pela lat 83.
– Kiedy szukasz w lesie dobrego grzyba, musisz mieć najpierw wiedzę o tym, co może wyrosnąć na ściółce, potem wytężyć wzrok, a następnie schylić się po smakowity okaz – tłumaczyła Malwina lat 92. – Tymczasem są grzybiarze, którym nie chce się pochylić. Wzrok też mają mętny. Nie ufam ludziom, którzy noszą okulary.
– Phi! – prychnęła nerwowo Kunia – Nie znam ministra przed którym chciałabym się pochylić.
– Ja też trzymam ich tylko przed sobą – odezwała się Dziunia z końca kolejki. – Nigdy do ministra nie dopuściłabym mieć z tyłu.
– Przecież oglądasz ich tylko w telewizji.
– Dlatego kiedy chcę wyjść do kuchni po herbatę, to najpierw zmieniam kanał. Nie dam się!
Spojrzałyśmy na siebie z powątpiewaniem, bo Dziunię łatwo było przekonać, do dawania, ale prawdą też było to, że nigdy nie miała okoliczności z jakimkolwiek ministrem. Owszem, były podejrzenia molestowania pewnego ministranta, ale to już zupełnie inna historia.
– Ale dlaczego od razu ma być klapa? – kręciłam z niedowierzaniem głową.
– Bo Tusk stworzył premierę z żebra – ogłosiła oficjalnie Kunia.
– Jak to?
– Bo bał się, że schetę po nim. Tfu, schedę – poprawiła się moja przyjaciółka lat 90. – Że tą schedę przejmie Schetyna. Pozostało mu pójść na żebry i ubłagać marszałkinię, by zrobiła coś ze śmierdzącym jajem.
– To prawda – zgodziłam się. To stanowisko dziś jest zbukiem.
Chwyciłyśmy się za nosy i zastygnęłyśmy jak posągi na Wyspie Wielkanocnej. Właśnie w takiej pozycji ujrzał nas kierowca furgonu z piekarni, który niedługo potem zahamował przy nas z piskiem opon.
piątek, 12 września 2014
Wróż Ryszard
– Zadzwoniłam do Macieja – obwieściła Lwinka lat 92, przestępując nerwowo z nogi na nogę.
Stałyśmy jak zwykle przed sklepem na dole, wyglądając furgonu z piekarni, który jak zwykle się spóźniał. Wyczekując na świeże pieczywo nocnego wypieku, umilałyśmy czas rozmową i wymianą nowości z naszego fyrtla.
– Do kogo? – dopytywała się Pela lat 83.
– Do wróża Macieja.
– A po co? – zdziwiłam się. – Czyżby kręcił się wokół ciebie jakiś świeży absztyfikant i chcesz sprawdzić jego zdolność kredytową?
– Phi – Lwinka tylko wzruszyła ramionami.
– Chcesz sprawdzić osobistą DZ? – indagowała Kunia lat 90.
– DZ? – zdziwiła się Malwina.
– Datę zgonu – wyjaśniła Kunia.
– Żyję wyborami samorządowymi – odpowiedziała enigmatycznie Lwinka.
– Ale po co dzwoniłaś do wróża Macieja? – dociekała Pela lat 83.
– Korzystanie z usług wróżbitów jest grzechem śmiertelnym – ostrzegła Elwira lat 77, która była zausznicą proboszcza.
– Wikary odpuści grzechy – uspokajała Kunia – tylko będziesz o musiała zmówić o kilka więcej litanii.
– Niby skąd to wiesz? – prychnęła Elwira, jednocześnie wydymając pogardliwie usta.
– Chciałam dowiedzieć się, jaka kariera czeka prezydenta Poznania – obwieściła Lwinka. – Nie dbam o prywatę, idzie mi tylko o los lokalnej społeczności.
– Wiem, ale nie powiem – Kunia odniosła się do wypowiedzi Elwiry. – Mnie też obowiązuje tajemnica spowiedzi.
– Wróż Maciej coś wie o losie Ryszarda Grobelnego? – spytała Pela.
– On wie wszystko – szepnęła Dziunia z końca kolejki, po czym zarumieniła się. – Ale nie pytajcie mnie, bo o sprawach intymnych nie będę się zwierzała na ulicy.
– Czy wróż Maciej dotknął też intymności naszego lokalnego dostojnika?
– Tak – odpowiedziała Lwinka.
– Czy nie będziemy zgorszone, jeśli tym podzielisz się? – zatrwożyła się Elwira.
– Nie.
– No to gadaj – zażądałam.
– Grobelny nie będzie już prezydentem.
– Tego akurat się domyślamy – odezwała się Kunia.
– Grobelny zostanie wieszczem – obwieściła Malwina. – Ma być lepszym wróżem niż Maciej.
Rozdziawiłyśmy ze zdziwienia buzie. Wszystkiego mogłyśmy się spodziewać po bladym Ryszardzie, ale nie tego, że dostąpi do takiego zaszczytu. W końcu nie każdy ma szansę zetknąć się z tajemną gnosis.
Stałyśmy jak zwykle przed sklepem na dole, wyglądając furgonu z piekarni, który jak zwykle się spóźniał. Wyczekując na świeże pieczywo nocnego wypieku, umilałyśmy czas rozmową i wymianą nowości z naszego fyrtla.
– Do kogo? – dopytywała się Pela lat 83.
– Do wróża Macieja.
– A po co? – zdziwiłam się. – Czyżby kręcił się wokół ciebie jakiś świeży absztyfikant i chcesz sprawdzić jego zdolność kredytową?
– Phi – Lwinka tylko wzruszyła ramionami.
– Chcesz sprawdzić osobistą DZ? – indagowała Kunia lat 90.
– DZ? – zdziwiła się Malwina.
– Datę zgonu – wyjaśniła Kunia.
– Żyję wyborami samorządowymi – odpowiedziała enigmatycznie Lwinka.
– Ale po co dzwoniłaś do wróża Macieja? – dociekała Pela lat 83.
– Korzystanie z usług wróżbitów jest grzechem śmiertelnym – ostrzegła Elwira lat 77, która była zausznicą proboszcza.
– Wikary odpuści grzechy – uspokajała Kunia – tylko będziesz o musiała zmówić o kilka więcej litanii.
– Niby skąd to wiesz? – prychnęła Elwira, jednocześnie wydymając pogardliwie usta.
– Chciałam dowiedzieć się, jaka kariera czeka prezydenta Poznania – obwieściła Lwinka. – Nie dbam o prywatę, idzie mi tylko o los lokalnej społeczności.
– Wiem, ale nie powiem – Kunia odniosła się do wypowiedzi Elwiry. – Mnie też obowiązuje tajemnica spowiedzi.
– Wróż Maciej coś wie o losie Ryszarda Grobelnego? – spytała Pela.
– On wie wszystko – szepnęła Dziunia z końca kolejki, po czym zarumieniła się. – Ale nie pytajcie mnie, bo o sprawach intymnych nie będę się zwierzała na ulicy.
– Czy wróż Maciej dotknął też intymności naszego lokalnego dostojnika?
– Tak – odpowiedziała Lwinka.
– Czy nie będziemy zgorszone, jeśli tym podzielisz się? – zatrwożyła się Elwira.
– Nie.
– No to gadaj – zażądałam.
– Grobelny nie będzie już prezydentem.
– Tego akurat się domyślamy – odezwała się Kunia.
– Grobelny zostanie wieszczem – obwieściła Malwina. – Ma być lepszym wróżem niż Maciej.
Rozdziawiłyśmy ze zdziwienia buzie. Wszystkiego mogłyśmy się spodziewać po bladym Ryszardzie, ale nie tego, że dostąpi do takiego zaszczytu. W końcu nie każdy ma szansę zetknąć się z tajemną gnosis.
czwartek, 11 września 2014
Fajna dupa z ryja
O 9 rano wyłożyłam swoją szkarłatną poduszeczkę na parapecik i obserwowałam życie na ulicy z perspektywy czwartego piętra. Szybko wypatrzyłam Władka lat 98, który kuśtykał do domu z porannej mszy.
- Co za wspaniały dzionek! - krzyknęłam do niego. - Nareszcie można wygrzać nasze stare kosteczki!
- Nie pierdol zdrobnieniami! - odkrzyknął tubalnym głosem Władek. Był w AK, więc teraz mógł robić za twardziela. - A w krypcie wiało Syberią!
- Chyba w kościółku?
- Nie pierdol zdrobnieniami! - powtórzył na całą ulicę Władek.
- Wejdziesz na kawkę?
- Zrób mi szatana. I nie pierdol zdrobnieniami!
Podeszłam do domofonu, otworzyłam drzwi Władkowi, następnie pokrzątałam się w kuchni, pozmywałam naczynia, potem włączyłam elektryczny czajnik. Władek lat 98 miał przed sobą 127 stopni, licząc z podestem przed klatką schodową, więc zdążyłam jeszcze pójść zrobić siusiu, potem zaparzyłam kawę, wyjęłam placek i nasłuchiwałam tupania na klatce schodowej. W końcu Władek dotarł. Wysapał się dokładnie po 7 minutach. Zrobił grymas uśmiechu i padł na fotel. Po chwili sięgnął po kawę.
- Adela, robisz najlepszego mrożonego szatana!
Odebrałam to jako wyrzut, ale niesprawiedliwy.
- Sam kiedyś byłeś szatanem, ale teraz marnie przebierasz swoimi nóżkami.
- Nie pierdol zdrobnieniami!
- Powtarzasz się!
- Puść pornola.
- Że co?
- Nie masz żadnego filmu pornograficznego?
Demencja starcza ogarnęła Władka lat 94 na całego. Co za zachcianki! Jaki brak etykiety! Popatrzyłam na Władzia z troską.
- O co ci chodzi?
- Masz dostęp do interenetu?
- Tak.
- To wejdź na Naszą Klasę.
- Władziu, uspokój się. My nie chodziliśmy do tej samej klasy. Nawet w innych szkołach się uczyliśmy.
Władek lat 98 wstał energicznie, przynajmniej na tyle na ile pozwalała mu metryka, odsunął mnie od komputera, coś tam poklikał trzęsącymi się rękami, po chwili pokazał stronę www.
- To moja prawnuczka - powiedział z dumą. - Zuzia.
Przyjrzałam się. Na fotografii stała odwrócona tyłem młoda dziewczyna. Wypinała tyłek, obok obróciła twarz w stronę obiektywu, wykrzywiając ją dziwnym grymasem. Pod zdjęciem był podpis: FAJNA DUPA Z RYJA.
- Po co mi to pokazujesz?
- Zuzia robi sondę. Pyta się koleżanek o rodzaj fryzury.
- Niech idzie do fryzjera! - parsknęłam.
- Idzie o włosy na piździe!
- Ty chamie! - wrzasnęłam. - A won mi stąd, ty stary zboczeńcu!
Co za sprośne bydlę, pomyślałam po wyjściu Władka. Potem wróciłam do komputera. Zuzia dała kilka opcji fryzur łonowych:
1. czytnik,
2. pęknięty jeż,
3. brazylijka,
4. karakuły,
5. wiedźma ple ple.
Rozdziawiłam gębę. Potem poszperałam w zbiorze filmów i puściłam pornola.
A potem zaprotestowałam. Jak można nie mieć karakuł! Kobiety se robią czytniki? A może kody kreskowe? Co za upadek obyczajów! Co za karakułowa nędza!
- Co za wspaniały dzionek! - krzyknęłam do niego. - Nareszcie można wygrzać nasze stare kosteczki!
- Nie pierdol zdrobnieniami! - odkrzyknął tubalnym głosem Władek. Był w AK, więc teraz mógł robić za twardziela. - A w krypcie wiało Syberią!
- Chyba w kościółku?
- Nie pierdol zdrobnieniami! - powtórzył na całą ulicę Władek.
- Wejdziesz na kawkę?
- Zrób mi szatana. I nie pierdol zdrobnieniami!
Podeszłam do domofonu, otworzyłam drzwi Władkowi, następnie pokrzątałam się w kuchni, pozmywałam naczynia, potem włączyłam elektryczny czajnik. Władek lat 98 miał przed sobą 127 stopni, licząc z podestem przed klatką schodową, więc zdążyłam jeszcze pójść zrobić siusiu, potem zaparzyłam kawę, wyjęłam placek i nasłuchiwałam tupania na klatce schodowej. W końcu Władek dotarł. Wysapał się dokładnie po 7 minutach. Zrobił grymas uśmiechu i padł na fotel. Po chwili sięgnął po kawę.
- Adela, robisz najlepszego mrożonego szatana!
Odebrałam to jako wyrzut, ale niesprawiedliwy.
- Sam kiedyś byłeś szatanem, ale teraz marnie przebierasz swoimi nóżkami.
- Nie pierdol zdrobnieniami!
- Powtarzasz się!
- Puść pornola.
- Że co?
- Nie masz żadnego filmu pornograficznego?
Demencja starcza ogarnęła Władka lat 94 na całego. Co za zachcianki! Jaki brak etykiety! Popatrzyłam na Władzia z troską.
- O co ci chodzi?
- Masz dostęp do interenetu?
- Tak.
- To wejdź na Naszą Klasę.
- Władziu, uspokój się. My nie chodziliśmy do tej samej klasy. Nawet w innych szkołach się uczyliśmy.
Władek lat 98 wstał energicznie, przynajmniej na tyle na ile pozwalała mu metryka, odsunął mnie od komputera, coś tam poklikał trzęsącymi się rękami, po chwili pokazał stronę www.
- To moja prawnuczka - powiedział z dumą. - Zuzia.
Przyjrzałam się. Na fotografii stała odwrócona tyłem młoda dziewczyna. Wypinała tyłek, obok obróciła twarz w stronę obiektywu, wykrzywiając ją dziwnym grymasem. Pod zdjęciem był podpis: FAJNA DUPA Z RYJA.
- Po co mi to pokazujesz?
- Zuzia robi sondę. Pyta się koleżanek o rodzaj fryzury.
- Niech idzie do fryzjera! - parsknęłam.
- Idzie o włosy na piździe!
- Ty chamie! - wrzasnęłam. - A won mi stąd, ty stary zboczeńcu!
Co za sprośne bydlę, pomyślałam po wyjściu Władka. Potem wróciłam do komputera. Zuzia dała kilka opcji fryzur łonowych:
1. czytnik,
2. pęknięty jeż,
3. brazylijka,
4. karakuły,
5. wiedźma ple ple.
Rozdziawiłam gębę. Potem poszperałam w zbiorze filmów i puściłam pornola.
A potem zaprotestowałam. Jak można nie mieć karakuł! Kobiety se robią czytniki? A może kody kreskowe? Co za upadek obyczajów! Co za karakułowa nędza!
Subskrybuj:
Posty (Atom)