To, co chodziło mi po głowie od kilku dni, miało wymiar uniwersalny. Było jak wysłanie katolickich misjonarzy w podróż do czasów przedembrionalnych. Jak otwarcie pizzy na wynos po 4 latach i odkrycie, że wewnątrz opakowania znajdowały się cytaty z dzieł Nerona. Jak szczytowanie po 13 latach permanentnej masturbacji.
– Czy jesteście przygotowane na na przedefiniowanie własnego ja?
Pytanie zadałam dziewczynom, które przywitały mnie przed chwilą, stojąc w ogonku przed sklepem spożywczym. Czekałyśmy w tym miejscu na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził na poznańską Wildę świeże pieczywo z nocnego wypieku. W XIX wieku już nikomu nie chciało się wyczekiwać o świcie na dostawy, ale my byłyśmy ulepione z innej gliny. Mianowicie zasidliłyśmy szczególny zakątek w Polsce. Otóż w pewnym momencie dostały tu przydział mieszkaniowy osoby urodzone in vitro. Tak, to prawda, wszystkie byłyśmy z probówki.
– Ale o co chodzi? – spytała Malwina lat 60, choć jeszcze 10 dni temu była 92 roku życia.
– Znowu jakiś kataklizm? – zatrwożyła się zwykle odważna Kunia lat 60.
– Prawica nie chce mieć wśród elektoratu obywateli z in vitro – obwieściłam najnowszą wieść. – Podobno minister Ziobro szykuje w swoim resorcie akcję pod hasłem: TA PANI JUŻ NIGDY WIĘCEJ NIE BĘDZIE Z IN VITRO!
– Cholera! – zaklęła bogobojna Gertruda lat 60, co było zjawiskiem niespotykanym.
– Musimy znaleźć kogoś, kto nas zaadoptuje – uznała pomysłowo Wacia lat 60. – Komu w PiS-ie najbardziej zależy na dzietności?
– Profesor Pawłowicz?
– Ona jest zbyt zdziecinniała, by móc zosatć matką – powątpiewała Dziunia lat 60.
– Stachu się nada – stwierdziła Kunia.
– Jaki Stachu?
– Karczewski. Marszałek senatu ostatnio zaapelował o większą dzietność – przypomniała sobie Balbina to 60. – Przyznam, że dałabym się tatusiowi utulać do snu. Nie wygląda na pedofila.
– A Ziobro? – spytałam.
– Co Ziobro?
– Czy nie chciałby wziąć odpowiedzialności za swoje hasło i przygarnąć chociażby jedną z nas?
– To zero – prychnęła wzgardliwie Kunia.
– No to co?
– Z zerem w mianowniku nic nie wyjdzie.
Dziewczyny zgodziły się z Kunią, więc nie dyskutowałam już na ten temat. Ale ojca musiałyśmy znaleźć. Mamusię najlepiej też, więc prezes Jarosław raczej nie wchodził w grę...
czwartek, 3 grudnia 2015
niedziela, 29 listopada 2015
Bogu się nie przelewa
W dni Pańskie zwykle staramy się pojednać z Bogiem. Dzisiaj oddelegowałyśmy reprezentację Emerycji Przepolskiej, by wzięła udział w niedzielnej mszy świętej w kościele pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie. W skład silnej forpoczty weszłam ja, Kunia, Malwina oraz Gertruda. Wszystkie miałyśmy po 60 lat, choć dopiero od tygodnia przyzwyczajałyśmy się do nowych metryk. Natomiast proboszcz tkwił beznadziejnie przy swoim wieku, więc nie emanował radością. Ponadto po wydarzeniu sprzed tygodnia, gdy odmówiłyśmy w głównej nawie modlitwę za profesora Glińskiego, patrzył na nas z rezerwą i podejrzliwością. Bolało to zwłaszcza Trudzię.
– Jezu, ja chyba wpadłam w złe towarzystwo – cierpiała.
– Ubożuchny ten nasz kościół – zauważyła Lwinka, która nie przejmowała się cierpieniami młodej Gertrudy.
– Bogu się nie przelewa – uznałam.
– Czy my mamy ambicje? – spytała Kunia.
– Ale o co chodzi?
– Czy naszym celem jest przejęcie władzy w tym kraju? Na przykład w wieku 63 lat?
– Nie lubię długich perspektyw, bo kojarzą mi się z planami pięcioletnimi – marudziła Lwinka. – Ja mogłabym zostać marszałkinią senatu już za pół roku.
– Ach, jak ja chciałabym nawiązać stosunki z prymasem – zapaliła się Trudzia.
Siedziałyśmy w kościelnej ławce, czekjąc na rozpoczęcie mszy. Rozmowę zaś prowadziłyśmy szeptem, by uświęcić miejsce oraz – co w tej chwili było dla nas ważniejsze – nie dopuścić do ujawnienia naszej taktyki na najbliższe dni.
– Andy Warhol miał telefon, przez który rozmawiał z Bogiem – przypomniałam sobie.
– Ciekawe, w jakiej był sieci – rzekła z przekąsem Kunia. – I ile kosztowało go połączenie.
– Prymas Polski to prawdziwy Polak – zachwycała się Gertruda.
– Jest zatem szansa, że dogada się z Emerycją Przepolską – Lwinka wyraziła się z nadzieją.
– Hitler walczył na jednym froncie za dużo – zastanawiałam się ze złożonymi rękami do modlitwy nad strategią Emerycji Przepolskiej. – My musimy zapewnić sobie spokój od strony krzyża.
– Kościół nasz ubożuchny – powtórzyła Lwinka.
– Bogu się nie przelewa – również powtórzyłam myśl, kręcąc zarazem głową z dezaprobatą.
– Ale kościołowi można coś przelać – obruszyła się Trudzia.
W tym momencie rozgrzmiały organy i ksiądz proboszcz przystąpił do celebracji mszy. Ja jednak nie mogłam się skupić. „Ja PIN...”, chciałam zakląć pod nosem, ale w porę ugryzłam się w język i żadne moje pinkolenie nie wyfrunęło w stronę ołtarza.
– Jezu, ja chyba wpadłam w złe towarzystwo – cierpiała.
– Ubożuchny ten nasz kościół – zauważyła Lwinka, która nie przejmowała się cierpieniami młodej Gertrudy.
– Bogu się nie przelewa – uznałam.
– Czy my mamy ambicje? – spytała Kunia.
– Ale o co chodzi?
– Czy naszym celem jest przejęcie władzy w tym kraju? Na przykład w wieku 63 lat?
– Nie lubię długich perspektyw, bo kojarzą mi się z planami pięcioletnimi – marudziła Lwinka. – Ja mogłabym zostać marszałkinią senatu już za pół roku.
– Ach, jak ja chciałabym nawiązać stosunki z prymasem – zapaliła się Trudzia.
Siedziałyśmy w kościelnej ławce, czekjąc na rozpoczęcie mszy. Rozmowę zaś prowadziłyśmy szeptem, by uświęcić miejsce oraz – co w tej chwili było dla nas ważniejsze – nie dopuścić do ujawnienia naszej taktyki na najbliższe dni.
– Andy Warhol miał telefon, przez który rozmawiał z Bogiem – przypomniałam sobie.
– Ciekawe, w jakiej był sieci – rzekła z przekąsem Kunia. – I ile kosztowało go połączenie.
– Prymas Polski to prawdziwy Polak – zachwycała się Gertruda.
– Jest zatem szansa, że dogada się z Emerycją Przepolską – Lwinka wyraziła się z nadzieją.
– Hitler walczył na jednym froncie za dużo – zastanawiałam się ze złożonymi rękami do modlitwy nad strategią Emerycji Przepolskiej. – My musimy zapewnić sobie spokój od strony krzyża.
– Kościół nasz ubożuchny – powtórzyła Lwinka.
– Bogu się nie przelewa – również powtórzyłam myśl, kręcąc zarazem głową z dezaprobatą.
– Ale kościołowi można coś przelać – obruszyła się Trudzia.
W tym momencie rozgrzmiały organy i ksiądz proboszcz przystąpił do celebracji mszy. Ja jednak nie mogłam się skupić. „Ja PIN...”, chciałam zakląć pod nosem, ale w porę ugryzłam się w język i żadne moje pinkolenie nie wyfrunęło w stronę ołtarza.
wtorek, 24 listopada 2015
Łaski bez!
Dziewczyny lat 60 mają prawo do odwagi cywilnej, dlatego tym bardziej zasługują na ubezpieczenie od nagłych wypadków. Sąsiadki solidarnie zaangażowały się w inicjatywę Emerycji Przepolskiej, więc musiałam zadbać o ich bezpieczeństwo. W końcu przed nami manifestacje, uliczne burdy i strajki głodowe. Gwizdy, ciosy i podkładanie nóg. W rękach łomy, bejsbole i straszne dla rodaków szczoteczki do zębów.
– Adela, masz już nowe akty chrztu? – zapytała Malwina lat 60, która jeszcze tydzień temu miała 92 wiosny.
Kiedy koleżanki zgodziły się na postulat o zrównaniu naszego wieku do lat 60, to automatycznie zmieniła się średnia wiekowa naszej kolejki, w której codziennie oczekiwałyśmy na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Metryki nie są takie ważne – odrzekłam. – Ponadto nie chcę wchodzić w układy z kościelnym archiwum. To zbyt kosztowne.
– Postaram się załatwić bezpłatne błogosławieństwo od proboszcza – obiecała Gertruda lat również 60, bo i ona zgodziła się na naszą ogonkową urodzinową uchwałę. – Mam nadzieję, że po znajomości zrobi dla nas wyjątek.
– Bóg mu zapłać akonto – Pela lat 60 wzniosła oczy ku niebu.
– Najważniejsze, by nie trafić do ciupy – stwierdziłam. – Nie możemy dopuścić, by właścicielowi sklepu spadły obroty. Gdyby zamknął interes, to gdzie byśmy się spotykały po zwolnieniu z pierdla?
– To mogą nas spałować? – przestraszyła się Balbina lat 60.
– A może załatwmy siedzibę? – zaproponowała Wacia lat 60. – Może być u mnie, bo melina jest po sąsiedzku i w razie stresu można się zdopingować.
– Mam coś lepszego – uśmiechnęłam się tajemniczo. – Uderzyłam w Dudę!
– Chyba w dudy? – poprawiła mnie Kunia.
– W Dudę. To najłaskawszy prezydent wszechczasów. Załatwiłam plik takich dokumentów na okaziciela.
Następnie sięgnęłam do sejfu, wyciągając ze stanika przykładowe ułaskawienia. Szczególnie Kunia zrobiła szerokie oczy.
– Dziewczyny, szukacie może ochroniarza? Słyszałem, że coś kombinujecie.
Akurat mimo nas przechodził Władek lat 99, znany w dzielnicy podwójny AK-owiec, były żołnierz AK oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym.
– Łaski bez! – odrzekłam.
Członkinie naszej inicjatywy tylko roześmiały się ochoczo, radując się zaliczkową bezkarnością, jakie zapewniały nam świstki od prezydenta. W końcu datę na dokumencie mogłyśmy wpisać same.
– Adela, masz już nowe akty chrztu? – zapytała Malwina lat 60, która jeszcze tydzień temu miała 92 wiosny.
Kiedy koleżanki zgodziły się na postulat o zrównaniu naszego wieku do lat 60, to automatycznie zmieniła się średnia wiekowa naszej kolejki, w której codziennie oczekiwałyśmy na dostawę z piekarni świeżego pieczywa z nocnego wypieku.
– Metryki nie są takie ważne – odrzekłam. – Ponadto nie chcę wchodzić w układy z kościelnym archiwum. To zbyt kosztowne.
– Postaram się załatwić bezpłatne błogosławieństwo od proboszcza – obiecała Gertruda lat również 60, bo i ona zgodziła się na naszą ogonkową urodzinową uchwałę. – Mam nadzieję, że po znajomości zrobi dla nas wyjątek.
– Bóg mu zapłać akonto – Pela lat 60 wzniosła oczy ku niebu.
– Najważniejsze, by nie trafić do ciupy – stwierdziłam. – Nie możemy dopuścić, by właścicielowi sklepu spadły obroty. Gdyby zamknął interes, to gdzie byśmy się spotykały po zwolnieniu z pierdla?
– To mogą nas spałować? – przestraszyła się Balbina lat 60.
– A może załatwmy siedzibę? – zaproponowała Wacia lat 60. – Może być u mnie, bo melina jest po sąsiedzku i w razie stresu można się zdopingować.
– Mam coś lepszego – uśmiechnęłam się tajemniczo. – Uderzyłam w Dudę!
– Chyba w dudy? – poprawiła mnie Kunia.
– W Dudę. To najłaskawszy prezydent wszechczasów. Załatwiłam plik takich dokumentów na okaziciela.
Następnie sięgnęłam do sejfu, wyciągając ze stanika przykładowe ułaskawienia. Szczególnie Kunia zrobiła szerokie oczy.
– Dziewczyny, szukacie może ochroniarza? Słyszałem, że coś kombinujecie.
Akurat mimo nas przechodził Władek lat 99, znany w dzielnicy podwójny AK-owiec, były żołnierz AK oraz Anonimowy Kobieciarz w jednym.
– Łaski bez! – odrzekłam.
Członkinie naszej inicjatywy tylko roześmiały się ochoczo, radując się zaliczkową bezkarnością, jakie zapewniały nam świstki od prezydenta. W końcu datę na dokumencie mogłyśmy wpisać same.
poniedziałek, 23 listopada 2015
Emerycja przepolska
Poniedziałek przywitał nas mrozem bezlitośnie szczypiącym w policzki i uszy. Sroga aura niby oczyściła niebo z chmur, ale niekoniecznie zwiastowała przejaśnienie w naszych sercach. Dlatego też spoglądałyśmy na siebie z niepewnością, przytupując nogami dla dodania sobie animuszu. Miny miałyśmy jednak nietęgie. Dziewczyny wydawały się być zagubione. Niby stałyśmy w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, czyli powtarzałyśmy rutynową czynność, ale mimo tego towarzyszący nam nastrój nie stanowił dobrego omenu jak na początek tygodnia.
– Musimy sprostać wyzwaniom dnia dzisiejszego – oznajmiłam.
– Też nie lubię poniedziałków – ziewnęła Malwina lat 60.
– Od wczoraj wszystkie jesteśmy z tego samego rocznika – przypomniałam – ale jeszcze ciut nam brakuje do monolitu.
– Jeżeli idzie o zmianę miesiąca urodzenia, to zgodzę się tylko na grudzień, bo właśnie wtedy przyszłam na świat – stwierdziła Gertruda lat 60. – Zamówiłam już mszę świętą w swojej intencji i nie będę przesuwała terminu, bo ksiądz proboszcz ma swoje kartoteki. Będzie mnie potem dociskać w konfesjonale, a podczas spowiedzi świętej tym bardziej nie będę mijała się z prawdą.
– Prawda – przytaknęłam. – Nie będziemy mijać się z prawdą. Objawimy się jako świeża inicjatywa społeczna – wyjaśniłam. – Dotychczasowe ruchy już się zdążyły zestarzeć, więc nic nowego nie urodzą.
– Jak się nazwiemy? – Kunia lat 60 przeszła do konkretów. – Może Sześćdziesiąt Minet na Godzinę?
– To już było – wyrwało się Peli lat 60. – Znaczy nic nie pamiętam – poprawiła się.
– Choć jesteśmy z poznańskiej Wildy, to jednak ciągle legitymujemy się polskimi dowodami osobistymi – zauważyła Wacia lat 60.
– Przepolkami – wtrąciła Kunia. – Wilda zobowiązuje!
– Mnie wnuczek schował dowód – poskarżyła się Trudzia.
– Idzie o słuszność naszych argumentów. Jak już zarejestrujemy nasze stowarzyszenie, to pojawią się oponenci. Musimy ich kłuć po oczach nagą prawdą – powiedziałam, miotając ogień z oczu.
– My emerytki? – powątpiewała Balbina lat 60.
– Po śniadaniu zamówiłam fotografa. Będziemy mieć dziś sesję. W trakcie zastanowimy się nad nazwą naszej organizacji.
I tak się stało. Chwilę jeszcze poczekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, potem kupiłyśmy pieczywo, rozeszłyśmy się do domów, by później znów się spotkać. Wszystkimi zdjęciami z sesji na pewno się nie pochwalimy, ale plakatem już dziś warto!
– Musimy sprostać wyzwaniom dnia dzisiejszego – oznajmiłam.
– Też nie lubię poniedziałków – ziewnęła Malwina lat 60.
– Od wczoraj wszystkie jesteśmy z tego samego rocznika – przypomniałam – ale jeszcze ciut nam brakuje do monolitu.
– Jeżeli idzie o zmianę miesiąca urodzenia, to zgodzę się tylko na grudzień, bo właśnie wtedy przyszłam na świat – stwierdziła Gertruda lat 60. – Zamówiłam już mszę świętą w swojej intencji i nie będę przesuwała terminu, bo ksiądz proboszcz ma swoje kartoteki. Będzie mnie potem dociskać w konfesjonale, a podczas spowiedzi świętej tym bardziej nie będę mijała się z prawdą.
– Prawda – przytaknęłam. – Nie będziemy mijać się z prawdą. Objawimy się jako świeża inicjatywa społeczna – wyjaśniłam. – Dotychczasowe ruchy już się zdążyły zestarzeć, więc nic nowego nie urodzą.
– Jak się nazwiemy? – Kunia lat 60 przeszła do konkretów. – Może Sześćdziesiąt Minet na Godzinę?
– To już było – wyrwało się Peli lat 60. – Znaczy nic nie pamiętam – poprawiła się.
– Choć jesteśmy z poznańskiej Wildy, to jednak ciągle legitymujemy się polskimi dowodami osobistymi – zauważyła Wacia lat 60.
– Przepolkami – wtrąciła Kunia. – Wilda zobowiązuje!
– Mnie wnuczek schował dowód – poskarżyła się Trudzia.
– Idzie o słuszność naszych argumentów. Jak już zarejestrujemy nasze stowarzyszenie, to pojawią się oponenci. Musimy ich kłuć po oczach nagą prawdą – powiedziałam, miotając ogień z oczu.
– My emerytki? – powątpiewała Balbina lat 60.
– Po śniadaniu zamówiłam fotografa. Będziemy mieć dziś sesję. W trakcie zastanowimy się nad nazwą naszej organizacji.
I tak się stało. Chwilę jeszcze poczekałyśmy na przyjazd furgonu z piekarni, potem kupiłyśmy pieczywo, rozeszłyśmy się do domów, by później znów się spotkać. Wszystkimi zdjęciami z sesji na pewno się nie pochwalimy, ale plakatem już dziś warto!
niedziela, 22 listopada 2015
Spieszę na ratunek
Skończyłam niniejszym swój osobisty alfabet polityczny, bo dossier bohaterów będzie pęczniało, a ja wolę działanie od spisywania grzeszków nicponi. Postanowiłam przystąpić do akcji i na początek postawiłam przed sobą odważne zadanie walki z pornografią tkwiącą w głowach świętoszkowatych imbecyli.
Największe sukcesy odnosi się w grupie, więc skrzyknęłam dziewczyny z sąsiedztwa, byśmy spotkały się przed kosciołem. Potem w zależności od rezultatów naszych ustaleń miałyśmy wejść do kościoła i albo się pomodlić, albo zrobić jakiś happening.
– Och, z jakiej to gliny ulepiony jest ten profesorek Gliński? – prychnęła na powitanie Kunia lat 90. – Czy jako socjolog ma w głowie uśrednione IQ rodaków? Oczywiście tych ciołków, którzy jeszcze stąd nie wyjechali.
– No i takich starych bab jak my – odezwała się Malwina lat 92. – W naszym wieku ciężko migrować zasiedziały tyłek.
– Chciałabym rozpocząć od postulatu organizacyjnego – oznajmiłam, kiwnąwszy dziewczynom głową na powitanie. – Chcę uratować świat. Zamierzam zrobić to z wami. Siła zaś tkwi w monolicie. Uważam, że dla osób spoza poznańskiej Wildy wszystkie powinnyśmy mieć ten sam wiek. Proponuję okrągłą 70-tkę.
– Nie! – Balbina lat 59 stanęła okoniem. – Mogę pójść na kompromis, czyli 60-tkę.
– Nie mam nic przeciw tej propozycji – uznała Pela lat 82.
– Niech tak się stanie, Pelagio lat 60 – stwierdziłam uroczyście. – Profesor Gliński urodził się w roku 1954, więc pewnie też nie miałby nic przeciw temu uogólnieniu, chociaż w sumie jestem pełna obaw, czego można spodziewać się po tym gzubie.
– Czuję się lekko bez tych trzech dych na karku – ucieszyła się Kunia lat 60.
– Przejdźmy do meritum – postanowiłam wprowadzić dyscyplinę w naszej dyskusji przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego – Co zrobić z chłopem, który widzi pornografię zanim ona w ogóle jeszcze się nie obnażyła?
– Idzie o ten spektakl we Wrocławiu? – spytała Gertruda lat 60, która jeszcze nie wiedziała o swojej nowej metryce, bo dopiero do nas doszła. – A tak w ogóle, to niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
– Jako, że mój wiek stał się mniej nobliwy – rozpoczęła wywód Lwinka lat 60 – to mogę bez ogródek stwierdzić, że osobiście ucięłabym mu chuja.
– Niech będzie – odrzekła Kunia, jednak nie zauważyłyśmy, czy odpowiedziała Malwinie, czy Trudzi.
– Nie ma lepszego sposobu niż modlitwa – uznała Getruda lat 60, która była blisko z proboszczem lat 60 oraz wikarym w tym samym wieku.
– Też tak myślę – zaskoczyłam towarzyszki swoją zgodą na oręż katolicki. – Pójdziemy teraz przed ołtarz w formie falangi. Jak upadnie któraś z pierwszego szeregu natychmiast zastępuje ją dziewczyna z drugiego.
W naszych oczach zagościł błysk, miny pokryły się Marsem, a prężne uda gotowe były do obnażenia. Szturmem zdobyłyśmy główną nawę. Organista tak się zdziwił, że przestał grać na klawiszach. Mogłyśmy w ciszy zadeklamować naszą modlitwę:
– Dobry Jezu, a nasz Panie, niech Glińskiemu wreszcie stanie.
Proboszcz był osłupiały. Trudzi lat 60 zależało na dobrych z nim stosunkach, więc cicho dopowiedziała.
– Znaczy niech stanie do bardziej sensownych działań.
Zrobiłyśmy w tył zwrot, a stukot obcasów odbijał się od licznych wotów zawieszonych w kościele w intencjach wszelakich.
Największe sukcesy odnosi się w grupie, więc skrzyknęłam dziewczyny z sąsiedztwa, byśmy spotkały się przed kosciołem. Potem w zależności od rezultatów naszych ustaleń miałyśmy wejść do kościoła i albo się pomodlić, albo zrobić jakiś happening.
– Och, z jakiej to gliny ulepiony jest ten profesorek Gliński? – prychnęła na powitanie Kunia lat 90. – Czy jako socjolog ma w głowie uśrednione IQ rodaków? Oczywiście tych ciołków, którzy jeszcze stąd nie wyjechali.
– No i takich starych bab jak my – odezwała się Malwina lat 92. – W naszym wieku ciężko migrować zasiedziały tyłek.
– Chciałabym rozpocząć od postulatu organizacyjnego – oznajmiłam, kiwnąwszy dziewczynom głową na powitanie. – Chcę uratować świat. Zamierzam zrobić to z wami. Siła zaś tkwi w monolicie. Uważam, że dla osób spoza poznańskiej Wildy wszystkie powinnyśmy mieć ten sam wiek. Proponuję okrągłą 70-tkę.
– Nie! – Balbina lat 59 stanęła okoniem. – Mogę pójść na kompromis, czyli 60-tkę.
– Nie mam nic przeciw tej propozycji – uznała Pela lat 82.
– Niech tak się stanie, Pelagio lat 60 – stwierdziłam uroczyście. – Profesor Gliński urodził się w roku 1954, więc pewnie też nie miałby nic przeciw temu uogólnieniu, chociaż w sumie jestem pełna obaw, czego można spodziewać się po tym gzubie.
– Czuję się lekko bez tych trzech dych na karku – ucieszyła się Kunia lat 60.
– Przejdźmy do meritum – postanowiłam wprowadzić dyscyplinę w naszej dyskusji przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego – Co zrobić z chłopem, który widzi pornografię zanim ona w ogóle jeszcze się nie obnażyła?
– Idzie o ten spektakl we Wrocławiu? – spytała Gertruda lat 60, która jeszcze nie wiedziała o swojej nowej metryce, bo dopiero do nas doszła. – A tak w ogóle, to niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
– Jako, że mój wiek stał się mniej nobliwy – rozpoczęła wywód Lwinka lat 60 – to mogę bez ogródek stwierdzić, że osobiście ucięłabym mu chuja.
– Niech będzie – odrzekła Kunia, jednak nie zauważyłyśmy, czy odpowiedziała Malwinie, czy Trudzi.
– Nie ma lepszego sposobu niż modlitwa – uznała Getruda lat 60, która była blisko z proboszczem lat 60 oraz wikarym w tym samym wieku.
– Też tak myślę – zaskoczyłam towarzyszki swoją zgodą na oręż katolicki. – Pójdziemy teraz przed ołtarz w formie falangi. Jak upadnie któraś z pierwszego szeregu natychmiast zastępuje ją dziewczyna z drugiego.
W naszych oczach zagościł błysk, miny pokryły się Marsem, a prężne uda gotowe były do obnażenia. Szturmem zdobyłyśmy główną nawę. Organista tak się zdziwił, że przestał grać na klawiszach. Mogłyśmy w ciszy zadeklamować naszą modlitwę:
– Dobry Jezu, a nasz Panie, niech Glińskiemu wreszcie stanie.
Proboszcz był osłupiały. Trudzi lat 60 zależało na dobrych z nim stosunkach, więc cicho dopowiedziała.
– Znaczy niech stanie do bardziej sensownych działań.
Zrobiłyśmy w tył zwrot, a stukot obcasów odbijał się od licznych wotów zawieszonych w kościele w intencjach wszelakich.
poniedziałek, 19 października 2015
Ś jak Śledzińska-Katarasińska ALFABET CIOCI ADELI - Śledzik
Było ciemno, zacinał deszcz, a zimne podmuchy silnego wiatru wdzierały się pod poły spódnic. Jesień rozpanoszyła się na poznańskiej Wildzie, ale my nadal byłyśmy gorące. Stałyśmy o świcie na dworze, a niespokojne umysły ciągle rozgrzewały wspomnienia o jędrności naszych ciał.
– Sporo kiedyś chlałam – wspomniała Kunia lat 90. – Łatwiej było mi wtedy wskoczyć do wyra z nieznajomym.
– Ja wszystkich znam, choć niektórzy udają, że mnie nie znają – ubolewała Malwina lat 92.
– Skoczyłabym do zakrystii po wino mszalne – konstruktywnie pomyślała Gertruda lat 77 – ale ono rozgrzewa mnie tylko w towarzystwie księdza proboszcza. Ponadto nie lubię pić wina z gwinta.
– Zawsze mam coś pod ręką – Dziunia lat 60 zaczęła grzebać w przepastnej torebce. – Na działce wyrosły mi dorodne pigwy, to zrobiłam nalewkę.
– Katarasińska też nie gardzi pigwówką – zauważyłam – ale jeszcze bardziej przepada za śledzikiem, a on pasuje do czystej.
– Widziałam, jak posłankę kiedyś zamroczyło – przypomniała sobie Wacia lat 81.
– Słaniała się?
– Prawie. Koledzy partyjni nie dali jej upatrzonego miejsca na liście wyborczej. Poczuła. że straciła grunt pod nogami.
– Czyli ona nie upija się szczęściem... – westchnęłam.
– Jak my wszystkie... – pożaliła się Dziunia lat 60, stawiając prywatne troski do wspólnego mianownika wszystkich dziewczyn.
– Jest na to jedna rada – uznała Trudzia – trzeba się modlić. Dała nam przykład pani Szydło, która wczoraj wymodliła w najbliższym domu Pana wszystkie łaski.
– Trzymajmy się faktów – wtrąciła się Kunia. – Ona się modliła. Czy wymodliła nam kiełbasę wyborczą, to się dopiero okaże.
– Ja w ogóle bym nie deprecjonowała roli ryby w życiu kobiety – poparłam przyjaciółkę. – Z tymże nie tej od Chrystusa, gdyż osobiście wolę sandacza od modlitwy. Ale ostatnio ślinka leci mi na śledzia.
– A lubisz paprykarz?
– Szczeciński? Ba! – odpowiedziałam.
A gdy w końcu nadjechał furgon z piekarni, to do świeżego chleba z nocnego wypieku dokupiłam śledzia. Sprzedawczyni zawinęła mi rybę w gazetę. Widziałam, że na ostatniej stronie było zdjęcie pani Katarasińskiej.
– Sporo kiedyś chlałam – wspomniała Kunia lat 90. – Łatwiej było mi wtedy wskoczyć do wyra z nieznajomym.
– Ja wszystkich znam, choć niektórzy udają, że mnie nie znają – ubolewała Malwina lat 92.
– Skoczyłabym do zakrystii po wino mszalne – konstruktywnie pomyślała Gertruda lat 77 – ale ono rozgrzewa mnie tylko w towarzystwie księdza proboszcza. Ponadto nie lubię pić wina z gwinta.
– Zawsze mam coś pod ręką – Dziunia lat 60 zaczęła grzebać w przepastnej torebce. – Na działce wyrosły mi dorodne pigwy, to zrobiłam nalewkę.
– Katarasińska też nie gardzi pigwówką – zauważyłam – ale jeszcze bardziej przepada za śledzikiem, a on pasuje do czystej.
– Widziałam, jak posłankę kiedyś zamroczyło – przypomniała sobie Wacia lat 81.
– Słaniała się?
– Prawie. Koledzy partyjni nie dali jej upatrzonego miejsca na liście wyborczej. Poczuła. że straciła grunt pod nogami.
– Czyli ona nie upija się szczęściem... – westchnęłam.
– Jak my wszystkie... – pożaliła się Dziunia lat 60, stawiając prywatne troski do wspólnego mianownika wszystkich dziewczyn.
– Jest na to jedna rada – uznała Trudzia – trzeba się modlić. Dała nam przykład pani Szydło, która wczoraj wymodliła w najbliższym domu Pana wszystkie łaski.
– Trzymajmy się faktów – wtrąciła się Kunia. – Ona się modliła. Czy wymodliła nam kiełbasę wyborczą, to się dopiero okaże.
– Ja w ogóle bym nie deprecjonowała roli ryby w życiu kobiety – poparłam przyjaciółkę. – Z tymże nie tej od Chrystusa, gdyż osobiście wolę sandacza od modlitwy. Ale ostatnio ślinka leci mi na śledzia.
– A lubisz paprykarz?
– Szczeciński? Ba! – odpowiedziałam.
A gdy w końcu nadjechał furgon z piekarni, to do świeżego chleba z nocnego wypieku dokupiłam śledzia. Sprzedawczyni zawinęła mi rybę w gazetę. Widziałam, że na ostatniej stronie było zdjęcie pani Katarasińskiej.
niedziela, 18 października 2015
S jak Szydło ALFABET CIOCI ADELI - Sacrum
To była ostatnia przedwyborcza niedziela, ale mimo to nie oczekiwałyśmy, że spotka nas taka niespodzianka. Ba, wyróżnienie! Dar od Losu i Boga! Nie spodziewałyśmy się, że Opatrzność uśmiechnie się szeroko, pokazując społeczeństwu zdrowe zęby, znaczy podprowadzi pod kościół pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego samą panią premier in spe.
Od razu postanowiłyśmy ustąpić jej miejsca w ławie znajdującej się naprzeciw ołtarza, którą miałyśmy zarezerwowaną u proboszcza. Najpierw jednak, stojąc przed wejściem do świątyni, wdałyśmy się w rozmowę z panią Szydło. Od reszty tłumu oddzielił nas mur ochroniarzy, przez co mogłyśmy wejść na bardziej poufały ton.
– Oglądałam telewizję Trwam – pochwaliła się Gertruda lat 77. – Zaproszeni byli senatorowie z PIS, panowie Pupa i Kogut. Ten drugi podziękował telewidzom za płomienne modlitwy w intencji wygranej kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę.
– To ten polityk, co rzucał chujami na sędziego podczas meczu piłkarskiego? – palnęła Kunia lat 90.
– Bóg zapłać wszystkim za modlitwy – odrzekła poważnie pani Beata. – Na skrzydłach ich żarliwości mnożyły się głosy w urnach wyborczych. Mam nadzieję, że za tydzień będzie podobnie.
– Nie chciałaby się pani już dziś odwdzięczyć? – zasugerowałam.
– Co proszę?
– Czy mogłaby pani swoim modlitewnym sprawstwem wnieść na ołtarz wildeckiego kościółka nasze osobiste kiełbasy wyborcze? – uściśliła Kunia. – Ja bym potrzebowała asystenta. Może jakiś chłopiec od was mógłby wyrobić się przy mnie politycznie?
– Ja bym chciała nową pralkę – wyznała Malwina lat 92. – Z emerytury mnie nie stać, ale po pani modlitwie może bank udzieli mi pożyczki bez żyranta.
– Ale ja nie rozumiem...
– Przecież w budżecie nie ma kasy – stwierdziła przytomnie Wacia lat 81. – Wymogi chwili musiały sprowadzić panią na kolana.
– Dokładnie – wsparłam Wacławę. – A jak już pani klęczy, szanowna Beato, to czemu nie ulżyć bliźnim? I nie mam tu na myśli mężczyzn, którzy sprowadzają nas na kolana w innych celach.
– W jakich celach? – zdziwiła się Trudzia.
– Bycie premierą – odezwała się dotąd milcząca Pela lat 82 – to więzienie.
– Chyba pani przesadza – przestraszyła się Szydło.
– Czyli po wyborach nie wsadzicie Kopacz? – dociekała Kunia. – Ale Donalda Tuska chyba tak?
– A co pani sobie życzy? – premiera in spe zwróciła się bezpośrednio do mnie.
– Mi wystarczy jedna Zdrowaśka.
– Ale w jakiej intencji?
– Chcę po wyborach wyprowadzić się jak najdalej od stolicy. Może nad granicą niemiecką będzie bezpieczniej?
Szydło skinęła głową, weszła do świątyni, a potem padła na kolana. Ochroniarze stanęli za nią murem.
Od razu postanowiłyśmy ustąpić jej miejsca w ławie znajdującej się naprzeciw ołtarza, którą miałyśmy zarezerwowaną u proboszcza. Najpierw jednak, stojąc przed wejściem do świątyni, wdałyśmy się w rozmowę z panią Szydło. Od reszty tłumu oddzielił nas mur ochroniarzy, przez co mogłyśmy wejść na bardziej poufały ton.
– Oglądałam telewizję Trwam – pochwaliła się Gertruda lat 77. – Zaproszeni byli senatorowie z PIS, panowie Pupa i Kogut. Ten drugi podziękował telewidzom za płomienne modlitwy w intencji wygranej kampanii prezydenckiej przez Andrzeja Dudę.
– To ten polityk, co rzucał chujami na sędziego podczas meczu piłkarskiego? – palnęła Kunia lat 90.
– Bóg zapłać wszystkim za modlitwy – odrzekła poważnie pani Beata. – Na skrzydłach ich żarliwości mnożyły się głosy w urnach wyborczych. Mam nadzieję, że za tydzień będzie podobnie.
– Nie chciałaby się pani już dziś odwdzięczyć? – zasugerowałam.
– Co proszę?
– Czy mogłaby pani swoim modlitewnym sprawstwem wnieść na ołtarz wildeckiego kościółka nasze osobiste kiełbasy wyborcze? – uściśliła Kunia. – Ja bym potrzebowała asystenta. Może jakiś chłopiec od was mógłby wyrobić się przy mnie politycznie?
– Ja bym chciała nową pralkę – wyznała Malwina lat 92. – Z emerytury mnie nie stać, ale po pani modlitwie może bank udzieli mi pożyczki bez żyranta.
– Ale ja nie rozumiem...
– Przecież w budżecie nie ma kasy – stwierdziła przytomnie Wacia lat 81. – Wymogi chwili musiały sprowadzić panią na kolana.
– Dokładnie – wsparłam Wacławę. – A jak już pani klęczy, szanowna Beato, to czemu nie ulżyć bliźnim? I nie mam tu na myśli mężczyzn, którzy sprowadzają nas na kolana w innych celach.
– W jakich celach? – zdziwiła się Trudzia.
– Bycie premierą – odezwała się dotąd milcząca Pela lat 82 – to więzienie.
– Chyba pani przesadza – przestraszyła się Szydło.
– Czyli po wyborach nie wsadzicie Kopacz? – dociekała Kunia. – Ale Donalda Tuska chyba tak?
– A co pani sobie życzy? – premiera in spe zwróciła się bezpośrednio do mnie.
– Mi wystarczy jedna Zdrowaśka.
– Ale w jakiej intencji?
– Chcę po wyborach wyprowadzić się jak najdalej od stolicy. Może nad granicą niemiecką będzie bezpieczniej?
Szydło skinęła głową, weszła do świątyni, a potem padła na kolana. Ochroniarze stanęli za nią murem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





