Miałam dziś śpiewać na nutkę „re”, ale przyszła sąsiadka i poprosiła bym darła się tylko w niedziele, bo wnuczek trafia wtedy do innej babci i nikogo nie obudzę. Tak to gama przegrywa z gamoniami. I o tym dziś będą moje rozważania.
Pierwszym terrorystą w historii świata był biblijny Abel. To on doprowadził do likwidacji raju. Wygnani rodzice zamieszkali w pobliżu Edenu i jeszcze jakoś im się wiodło. W długim cieniu rajskich palm spłodzili Kaina, a potem Abla. Obu w dość przyjemnych okolicznościach. Cykały świerszcze, komary nie rypały (plagi były dopiero przed ludzkością), żaden lubieżnik ich nie podglądał.
Gdy młodsze dziecię przyszło na świat, wtedy malec dostał kolek. Darł się tak, że wszystkie zwierzęta czmychnęły z Edenu. Nawet głuchy jak pień wąż odpełzał z Edenu, wkraczając na teren zamieszkały przez upadłych ludzi. I nie spodobały się krzyki Kainowi, który wyprowadził Abla w pole uczyniwszy mu bruzdy na czole, brzuchu i sercu. Karetka nie dojechała na czas i Abel umarł.
Potem w dziejach świata kolki chwyciły niejednego. Jezus najwięcej ludzi zraził sobie w okresie niemowlęcym, gdy wyrzynały mu się ząbki. Choć faryzeusze wymiękli przy wyrzynających się zębach mądrości, ale wtedy Jezus miał już kilkanaście lat i darł się donośniej. Mahomet zaś ciężko przechodził odrę i świnkę, niejeden sąsiad wówczas burknął w niezadowoleniu na płacz bachora. Ich żony były sprytniejsze, chowając sąsiedzkie grymasy za burkami. Budda z kolei w dzieciństwie był zaniedbywany. Przewijano go tylko raz dziennie i zawsze pod pupą miał mokro. Piekła go skóra na pośladkach, dlatego nie dziwię się jego krzykom. Wyciszył się dopiero, gdy jako dorosły już człowiek przytył i ustatkował się. Wówczas z radości, że pod sobą ma sucho siadał w słynnej pozycji i kontemplował życie.
Dlatego ja zmieniam miejsce zamieszkania co najmniej raz na 10 lat. Wyszukuję sąsiadów koło 40-tki. Oni dzieciaki mają zwykle już odchowane, ale jeszcze nie są w wieku prokreacyjnym. I w ich sąsiedztwie się osiedlam. Władka lat 94 również namawiam do przenosin. Żyjemy trochę jak koczownicy, ale piękne to życie, choć nie tak kolorowe jak w cygańskich taborach.
Dlatego protestuję przeciw sąsiedzkiemu cyganieniu. Przeciw zakazom śpiewania..
poniedziałek, 16 sierpnia 2010
niedziela, 15 sierpnia 2010
Gama (cz.1, czyli „do”)
Postanowiłam rozpocząć cykl muzyczny dla początkujących. Naukę zaczynam od klucza wiolinowego oraz gamy „do, re, mi, fa, sol, la, si, (do)”. Polegać to będzie na wygrywaniu melodii na jednej nutce.
Voila.
Nutka „do”:
Dominująca donna Dorota dobudzała donżuana Donalda dozą dopingu. Dormitorium dogorywało dodekafonią dobrodusznego dobosza dokapitalizowanego dolarami donny. Dojmujący dobosz dolegał domowi dotychczas dość dogodnemu. Donośność doprowadzała dogmatycznych domowników do doznań dotkliwych. „Dorobkiewicz!”, domyślnie dogryzali donnie Dorocie doradzający domownikom dobroczyńcy. Dopomaganie dopomaganiem – dopóki dorobkiewicze dorzynają dom dodekafonią, dopóty dopust dosięgnie dostatnich domowników.
Donna Dorota dociskała. Donald dochrapywał. Doberman dojadał. Dobosz dowalał. Domownicy dopiero dojrzewali do dowołania dozorcy. Do dosadnego dokopania doboszowi. Do dosolenia Donaldowi. Do dopieprzenia Dorocie.
Dotychczas donna Dorota dopieszczała Donalda. Dotuczała, dotleniała, dotykała. Doznania donny Doroty dominowało dosiadywanie donżuana. Domyślnie: dociążenie, dorżnięcie, dopchanie. Donald doraźnie dopełzał do Doroty, donikąd doprowadzając donnę. Donald dosięgał doodbytniczo, Dorota dosładzała doustnie. Donna doszukiwała dojścia do dosercowego doświadczenia, donżuan dowcipkował dolędźwiowo.
– Dość! – Domownicy dojrzeli do dobitnego DOBRANOC. – Dogaście doznania! Doczłapcie do dojścia. Dojedzcie dokładkę! Dograjcie dogrywkę! Dokarmcie dojutrkowość! DOBRANOC!
Donna i donżuan dokumentalnie dołączyli do domowników. Dobranoc.
Zabawa słowami zabawą. Ja natomiast muszę zaprotestować. Protestuję przeciw zbyt głośnemu uprawianiu seksu po godzinie 22. Spać nie można przez te kwiki. I proszę również nie kochać się przy kaloryferach. Te „łup, łup, łup” w całym pionie słychać!
Voila.
Nutka „do”:
Dominująca donna Dorota dobudzała donżuana Donalda dozą dopingu. Dormitorium dogorywało dodekafonią dobrodusznego dobosza dokapitalizowanego dolarami donny. Dojmujący dobosz dolegał domowi dotychczas dość dogodnemu. Donośność doprowadzała dogmatycznych domowników do doznań dotkliwych. „Dorobkiewicz!”, domyślnie dogryzali donnie Dorocie doradzający domownikom dobroczyńcy. Dopomaganie dopomaganiem – dopóki dorobkiewicze dorzynają dom dodekafonią, dopóty dopust dosięgnie dostatnich domowników.
Donna Dorota dociskała. Donald dochrapywał. Doberman dojadał. Dobosz dowalał. Domownicy dopiero dojrzewali do dowołania dozorcy. Do dosadnego dokopania doboszowi. Do dosolenia Donaldowi. Do dopieprzenia Dorocie.
Dotychczas donna Dorota dopieszczała Donalda. Dotuczała, dotleniała, dotykała. Doznania donny Doroty dominowało dosiadywanie donżuana. Domyślnie: dociążenie, dorżnięcie, dopchanie. Donald doraźnie dopełzał do Doroty, donikąd doprowadzając donnę. Donald dosięgał doodbytniczo, Dorota dosładzała doustnie. Donna doszukiwała dojścia do dosercowego doświadczenia, donżuan dowcipkował dolędźwiowo.
– Dość! – Domownicy dojrzeli do dobitnego DOBRANOC. – Dogaście doznania! Doczłapcie do dojścia. Dojedzcie dokładkę! Dograjcie dogrywkę! Dokarmcie dojutrkowość! DOBRANOC!
Donna i donżuan dokumentalnie dołączyli do domowników. Dobranoc.
Zabawa słowami zabawą. Ja natomiast muszę zaprotestować. Protestuję przeciw zbyt głośnemu uprawianiu seksu po godzinie 22. Spać nie można przez te kwiki. I proszę również nie kochać się przy kaloryferach. Te „łup, łup, łup” w całym pionie słychać!
sobota, 14 sierpnia 2010
Narzekania.
Po wielekroć możemy i mogłybyśmy położyć się na trawie. Spojrzeć w niebo, oczy przymrużyć, unieść rękę i silnym, wytrwałym kobiecym ramieniem odsunąć chmury. Albo choćby je poszarpać. Jednak przestało nam się chcieć. Żeby teraz spojrzeć w niebo musicie mieć leżak, zapach grillowanej kiełbasy krążący między prawą a lewą dziurką od nosa oraz lampkę wina pod ręką. A chmury w międzyczasie ukradkiem zbierają się. Gdy jest już za późno, to korzystacie ze schronienia z zainstalowanym piorunochronem. Ale nie macie pojęcia, że w środku już czekają na was grzmoty wypełnione testosteronem.
– Władku, dlaczego uważasz się za Trutnia lat 94?
– Bo moja matka nie była królową. W rodzinnym ulu była kurwą.
– Stop! Czy nie wiesz, że mój blog czytają osoby niewinne i duchowo czyste?
– A nie możesz tego wykropkować? Zresztą królowa ula wydaje na świat potomstwo zróżnicowane charakterologicznie. Ktoś maniakalnie żądli, inny bzyka. Ot, życie.
– Mam dość wybielania ciebie! Co za bzdury! Jesteś kanałowym popaprańcem!
– Zjełczała suka.
– Cham i prostak.
Władek lat 94 jest afiszem męskich stereotypów, na którym wywyższa się dziewice, a poniża kobiety zdobyte. Zwłaszcza te, które sami zdeflorowali. Nie znaczy to, że Władek jest nieludzkim batmanem, który zdeflorowałby swoją matkę po to, by później przyjść na świat. Taki utalentowany to on nie jest. Ale jak każdy samiec, a pokażcie mi takiego, który nie jest prymitywny, kieruje się bezwstydną chucią i nieposkromioną żądzą zainfekowania każdej napotkanej kobiety. A gdy mu się to nie udaje, to staje się mizoginem.
Władek lat 94 myśli, że jestem afirmacją kobiecych stereotypów, które polują uśmiechem i kręceniem bioder na przystojnego reproduktora, by potem poniżyć go do roli posługiwacza i potakiewicza. Że niby posiadając majtka w bezpiecznym porcie wyglądamy wysokich fal, by spotkać surfujących przystojniaków. Ale każdego kolejnego lata surferów interesują bardziej fale, niż my same. I tak popadamy w mizoandrię.
Dlatego protestuję przeciw patologiom. A do nich prowadzą narzekania. I nie myślcie, że protest jest formą narzekań. Nie, to sprzeciw!
– Władku, dlaczego uważasz się za Trutnia lat 94?
– Bo moja matka nie była królową. W rodzinnym ulu była kurwą.
– Stop! Czy nie wiesz, że mój blog czytają osoby niewinne i duchowo czyste?
– A nie możesz tego wykropkować? Zresztą królowa ula wydaje na świat potomstwo zróżnicowane charakterologicznie. Ktoś maniakalnie żądli, inny bzyka. Ot, życie.
– Mam dość wybielania ciebie! Co za bzdury! Jesteś kanałowym popaprańcem!
– Zjełczała suka.
– Cham i prostak.
Władek lat 94 jest afiszem męskich stereotypów, na którym wywyższa się dziewice, a poniża kobiety zdobyte. Zwłaszcza te, które sami zdeflorowali. Nie znaczy to, że Władek jest nieludzkim batmanem, który zdeflorowałby swoją matkę po to, by później przyjść na świat. Taki utalentowany to on nie jest. Ale jak każdy samiec, a pokażcie mi takiego, który nie jest prymitywny, kieruje się bezwstydną chucią i nieposkromioną żądzą zainfekowania każdej napotkanej kobiety. A gdy mu się to nie udaje, to staje się mizoginem.
Władek lat 94 myśli, że jestem afirmacją kobiecych stereotypów, które polują uśmiechem i kręceniem bioder na przystojnego reproduktora, by potem poniżyć go do roli posługiwacza i potakiewicza. Że niby posiadając majtka w bezpiecznym porcie wyglądamy wysokich fal, by spotkać surfujących przystojniaków. Ale każdego kolejnego lata surferów interesują bardziej fale, niż my same. I tak popadamy w mizoandrię.
Dlatego protestuję przeciw patologiom. A do nich prowadzą narzekania. I nie myślcie, że protest jest formą narzekań. Nie, to sprzeciw!
piątek, 13 sierpnia 2010
Patent.
Jak wiemy, patenty pojawiły się z momentem budowania siedzib przez naszych przodków. Antenaci wychodząc z szałasów do trwałej (drewnianej lub murowanej) budowli mówili z angielska: „pa, tent”, czyli „żegnaj, namiocie”. W ten sposób z przewiewnego tipi wtargnęli do wigwamów, jaskiń, czy kamiennych konstrukcji. A każda z nich miała w sobie coś niepowtarzalnego, co zasługiwało na rejestrację w urzędzie patentowym.
Władek lat 94 od kilku dni ponownie zaczął narzekać na dolegliwości związane z wysoką temperaturą. „Adela, ja już nie wytrzymuję!”, krzyczał do słuchawki. „Zaczynam już wypacać ciała jamiste!”. Powiedziałam, by zmroził sobie rozgorączkowaną głowę, bo w jego wieku to raczej człowiek jeszcze bardziej się opatula i żadne słońce mu nie straszne. Władek zamilkł, ale nie czułam, by tym razem moja uwaga go obraziła. Milczał, a ja nie odkładałam słuchawkę, czekając na reakcję. Stało się. Ale usłyszałam o tym dopiero po kilku dniach.
Władek lat 94 zaprosił mnie na spacer. Czekał na mnie przy Dolnej Wildzie w Poznaniu, tuż przy wejściu do Parku im. Jana Pawła II. Już z daleka wydał mi się wyższy. I jakiś taki nieproporcjonalny. Wzrok mam dobry, ale teraz nie chciałam wierzyć oczom. Buty Władka lat 94 były monstrualnie wielkie. Wyglądał przedziwnie. Przeszłam przez przejście na światłach i przybliżyłam się do mego przyjaciela.
– Adela – krzyknął, gdy jeszcze podskakiwałam radośnie na zebrze. – To nie problem rozgorączkowanej głowy! To sprawa stóp!!
– Nie martw się, kochasiu. Zabrałam białą parasolkę. Już rozkładam.
– Adela, nie wymądrzaj się. Posłuchaj tym razem mnie.
– Taa?
– Wkładałem głowę do zamrażarki, ale nogi nadal się pociły. Potem włożyłem tam stopy i mimo że stałem na głowie, to głowa drżała z zimna.
– No co ty! Chodź, przytulę cię.
– Milcz, głupia. Skonstruowałem buty, które są przenośnymi lodówkami. Jest mi wyjątkowo dobrze, ale czuję że nie mogę stepować. To jednak trudność poboczna.
Poszliśmy pod krzyż papieski upamiętniający pielgrzymkę Jana Pawła II do Poznania. Władek stał w lodówkach, a ja miałam nad sobą białą parasolkę. Nie tańczyliśmy...
Władek lat 94 od kilku dni ponownie zaczął narzekać na dolegliwości związane z wysoką temperaturą. „Adela, ja już nie wytrzymuję!”, krzyczał do słuchawki. „Zaczynam już wypacać ciała jamiste!”. Powiedziałam, by zmroził sobie rozgorączkowaną głowę, bo w jego wieku to raczej człowiek jeszcze bardziej się opatula i żadne słońce mu nie straszne. Władek zamilkł, ale nie czułam, by tym razem moja uwaga go obraziła. Milczał, a ja nie odkładałam słuchawkę, czekając na reakcję. Stało się. Ale usłyszałam o tym dopiero po kilku dniach.
Władek lat 94 zaprosił mnie na spacer. Czekał na mnie przy Dolnej Wildzie w Poznaniu, tuż przy wejściu do Parku im. Jana Pawła II. Już z daleka wydał mi się wyższy. I jakiś taki nieproporcjonalny. Wzrok mam dobry, ale teraz nie chciałam wierzyć oczom. Buty Władka lat 94 były monstrualnie wielkie. Wyglądał przedziwnie. Przeszłam przez przejście na światłach i przybliżyłam się do mego przyjaciela.
– Adela – krzyknął, gdy jeszcze podskakiwałam radośnie na zebrze. – To nie problem rozgorączkowanej głowy! To sprawa stóp!!
– Nie martw się, kochasiu. Zabrałam białą parasolkę. Już rozkładam.
– Adela, nie wymądrzaj się. Posłuchaj tym razem mnie.
– Taa?
– Wkładałem głowę do zamrażarki, ale nogi nadal się pociły. Potem włożyłem tam stopy i mimo że stałem na głowie, to głowa drżała z zimna.
– No co ty! Chodź, przytulę cię.
– Milcz, głupia. Skonstruowałem buty, które są przenośnymi lodówkami. Jest mi wyjątkowo dobrze, ale czuję że nie mogę stepować. To jednak trudność poboczna.
Poszliśmy pod krzyż papieski upamiętniający pielgrzymkę Jana Pawła II do Poznania. Władek stał w lodówkach, a ja miałam nad sobą białą parasolkę. Nie tańczyliśmy...
czwartek, 12 sierpnia 2010
Martwe dusze.
– Władku, czy ty doświadczasz pełni swojego istnienia?
W słuchawce usłyszałam zgrzytanie zębami. Potem nastąpiła cisza. Władek lat 94 zastanawiał się dłuższą chwilę, po czym spróbował wywinąć się od odpowiedzi. Jak to on.
– Adela, jak każdy człowiek. Jem, sram, śpię, chrapię, dłubię w nosie, modlę się, za dużo wydaję, za mało oszczędzam, pierdzę, dostaję łupnia, innym razem prezenty. Żyję.
– Udajesz, że nie rozumiesz – powiedziałam z wyrzutem. – Idzie mi o ekspansję świadomości.
– Że co?
– Człowiek musi walczyć. Zgodzisz się z tym?
– Oczywiście – przytaknął weteran powstania warszawskiego.
– Właśnie ta codzienna walka wtedy gdy jest w pełni przeżyta obdarza głębokim zrozumieniem siebie, a to zawsze skutkuje ekspansją świadomości.
– Adela, co to za pierdoły! Myślisz, że sram bez świadomości srania?! Że podcieram dupę bez świadomości? Jam mam dopiero 94 lata i ty mi nic nie insynuuj!
Wiadomo, że jeśli energia naszej psychiki nie znajduje ujścia na jednym polu, wtedy pojawia się na innym obszarze ze zdwojoną siłą. Na zasadzie kompensacji. I tak, gdy mężczyzna ma problemy z potencją wówczas najczęściej zaczyna brać aktywny udział w życiu politycznym. Próbuje zostać samorządowcem, posłem lub nawet senatorem. Nie ma władzy nad swoimi członkami, to próbuje przejąć kontrolę nad członkami swojej partii. Zasada członkowstwa jest znanym w psychologii prawem kompensacyjnym
Zaprosiłam na podwieczorek tomaszka 2015. Chciałam przeprowadzić poważną dyskusję na temat istoty oświeconej władzy, która nie polega na przejmowaniu kontroli nad innymi, lecz na stanowieniu prawa. Nie zdążyłam jednak zacząć rozmowy.
– Ciociu, spotkałem się z przyjaciółką na obiedzie. Rozmawialiśmy o pewnej książce Tokarczuk. Niestety, podpatrywał nas jej mąż.
– To ona jest mężatką?
– Tak, ale jest prawa. W sumie jej mąż też, bo tylko podpatrywał.
– Mylisz się. On bał się podejść, bo unika doświadczania swego istnienia. A ty, hultaju, może gdybyś dostał po twarzy, to może doznałbyś ekspansji świadomości.
I tu protestuję przeciw tym, co unikają ekspresji swoich emocji. Nie można ich tłumić! Walmy polityków w twarz!
W słuchawce usłyszałam zgrzytanie zębami. Potem nastąpiła cisza. Władek lat 94 zastanawiał się dłuższą chwilę, po czym spróbował wywinąć się od odpowiedzi. Jak to on.
– Adela, jak każdy człowiek. Jem, sram, śpię, chrapię, dłubię w nosie, modlę się, za dużo wydaję, za mało oszczędzam, pierdzę, dostaję łupnia, innym razem prezenty. Żyję.
– Udajesz, że nie rozumiesz – powiedziałam z wyrzutem. – Idzie mi o ekspansję świadomości.
– Że co?
– Człowiek musi walczyć. Zgodzisz się z tym?
– Oczywiście – przytaknął weteran powstania warszawskiego.
– Właśnie ta codzienna walka wtedy gdy jest w pełni przeżyta obdarza głębokim zrozumieniem siebie, a to zawsze skutkuje ekspansją świadomości.
– Adela, co to za pierdoły! Myślisz, że sram bez świadomości srania?! Że podcieram dupę bez świadomości? Jam mam dopiero 94 lata i ty mi nic nie insynuuj!
Wiadomo, że jeśli energia naszej psychiki nie znajduje ujścia na jednym polu, wtedy pojawia się na innym obszarze ze zdwojoną siłą. Na zasadzie kompensacji. I tak, gdy mężczyzna ma problemy z potencją wówczas najczęściej zaczyna brać aktywny udział w życiu politycznym. Próbuje zostać samorządowcem, posłem lub nawet senatorem. Nie ma władzy nad swoimi członkami, to próbuje przejąć kontrolę nad członkami swojej partii. Zasada członkowstwa jest znanym w psychologii prawem kompensacyjnym
Zaprosiłam na podwieczorek tomaszka 2015. Chciałam przeprowadzić poważną dyskusję na temat istoty oświeconej władzy, która nie polega na przejmowaniu kontroli nad innymi, lecz na stanowieniu prawa. Nie zdążyłam jednak zacząć rozmowy.
– Ciociu, spotkałem się z przyjaciółką na obiedzie. Rozmawialiśmy o pewnej książce Tokarczuk. Niestety, podpatrywał nas jej mąż.
– To ona jest mężatką?
– Tak, ale jest prawa. W sumie jej mąż też, bo tylko podpatrywał.
– Mylisz się. On bał się podejść, bo unika doświadczania swego istnienia. A ty, hultaju, może gdybyś dostał po twarzy, to może doznałbyś ekspansji świadomości.
I tu protestuję przeciw tym, co unikają ekspresji swoich emocji. Nie można ich tłumić! Walmy polityków w twarz!
środa, 11 sierpnia 2010
Złudzenia, czyli życie po życiu.
Pływałam bez umiaru. Na grzbiecie, motylkiem i żabką. Bez zmartwień, bez głodu, beztrosko. Skoki na główkę, ciosy i kopniaki w brzuch, często z kciukiem w buzi. To był mój najlepszy okres w życiu. Brakowało mi jednak wtedy refleksji, która skłoniłaby mnie do oporu przed wyrzuceniem z raju. A tak dałam się wypchnąć. Paskudne rozwarcie, okropne kleszcze, dzika cesarka. Takie są matki, fatalne uczucie macierzyńskie każe im wypchnąć pociechę na mróz, zacinający deszcz i kłopoty wszelakie.
Ludzkie wyobrażenia o życiu po życiu są infantylne. Fantazje o wiecznej uczcie w gronie przystojnych brunetów i barczystych blondynów o niebieskich oczach jest złudą i oszukiwaniem samej siebie. O wizjach mężczyzn widzących roznegliżowane anioły podające kolejne niebiańskie drinki lepiej w ogóle nie wspominać. Prymitywne myślenie. Uświadomił mi to Lucjan Kutaśko.
Do szefa kampanii wyborczej tomaszka 2015 zadzwoniłam wczoraj wieczorem. Odebrał niemal natychmiast, od razu dzieląc się nowinami.
– Pani Adelu, coś wielkiego złapało mnie na wędkę!
– Zaraz, myślałam, że jesteś wędkarzem, a nie przynętą.
– Ja też tak myślałem. Wie pani doskonale, że moje przemyślenia są głębokie jak toń w jeziorze Czarna Hańcza.
– Właśnie, kochany panie Lucjanie, niech pan wpuści trochę światła.
– Nie o to chodzi. Było tak: zarzuciłem spinning z myślą o węgorzach i czekałem aż zaczną brać. Tymczasem przy spławiku coś się zakotłowało, żyłka się naprężyła i po chwili już byłem na głębokości 3 metrów. Metr niżej zakrztusiłem się wodą, by na kolejnym metrze puścić kija. Byłem przerażony.
– No i szczęśliwie wypłynąłeś – zakończyłam historię, by Lucjan Kutaśko szybciej dobił do brzegu. Kuzynka pracowała w centrali rybnej i tego typu opowieści mnie nużyły.
– Niestety. Nie zrozumie tego pani. Poczułem się jak w łonie matki. Poddałem się wodzie, włożyłem kciuk do buzi , po prostu zrobiło mi się błogo. Byłem znowu embrionem.
– Niech pan wraca. Samotność panu nie służy. – Rozłączyłam się, protestując przeciw czczej i pustej gadaninie.
Potem pomyślałam, że Kutaśko miał objawienie. Że przekazał nam obraz życia w raju. Z kciukiem w buzi i na pępowinie, którą symbolizowała boska żyłka. Ach, Czarna Hańcza...
Ludzkie wyobrażenia o życiu po życiu są infantylne. Fantazje o wiecznej uczcie w gronie przystojnych brunetów i barczystych blondynów o niebieskich oczach jest złudą i oszukiwaniem samej siebie. O wizjach mężczyzn widzących roznegliżowane anioły podające kolejne niebiańskie drinki lepiej w ogóle nie wspominać. Prymitywne myślenie. Uświadomił mi to Lucjan Kutaśko.
Do szefa kampanii wyborczej tomaszka 2015 zadzwoniłam wczoraj wieczorem. Odebrał niemal natychmiast, od razu dzieląc się nowinami.
– Pani Adelu, coś wielkiego złapało mnie na wędkę!
– Zaraz, myślałam, że jesteś wędkarzem, a nie przynętą.
– Ja też tak myślałem. Wie pani doskonale, że moje przemyślenia są głębokie jak toń w jeziorze Czarna Hańcza.
– Właśnie, kochany panie Lucjanie, niech pan wpuści trochę światła.
– Nie o to chodzi. Było tak: zarzuciłem spinning z myślą o węgorzach i czekałem aż zaczną brać. Tymczasem przy spławiku coś się zakotłowało, żyłka się naprężyła i po chwili już byłem na głębokości 3 metrów. Metr niżej zakrztusiłem się wodą, by na kolejnym metrze puścić kija. Byłem przerażony.
– No i szczęśliwie wypłynąłeś – zakończyłam historię, by Lucjan Kutaśko szybciej dobił do brzegu. Kuzynka pracowała w centrali rybnej i tego typu opowieści mnie nużyły.
– Niestety. Nie zrozumie tego pani. Poczułem się jak w łonie matki. Poddałem się wodzie, włożyłem kciuk do buzi , po prostu zrobiło mi się błogo. Byłem znowu embrionem.
– Niech pan wraca. Samotność panu nie służy. – Rozłączyłam się, protestując przeciw czczej i pustej gadaninie.
Potem pomyślałam, że Kutaśko miał objawienie. Że przekazał nam obraz życia w raju. Z kciukiem w buzi i na pępowinie, którą symbolizowała boska żyłka. Ach, Czarna Hańcza...
wtorek, 10 sierpnia 2010
O tym dlaczego na t-shirt’ach nie ma twarzy Ghandiego.
Mamy lewą i prawą rękę, jesteśmy twarde i słabe, nosimy w sobie dobro i zło. I przez ten dualizm mamy skłonność do zawierania kompromisów. Mieszamy zimną wodę z gorącą i pluskamy się w letniej. Zdobywamy uznanie i akceptację ludzi naokoło nas, bo przecież wykazałyśmy się umiejętnościami adaptacyjnymi. Świetnie odnalazłyśmy się w grupie radosnych i uśmiechniętych, lecz letnich ludzi. Bez większych pasji, wygórowanych ambicji, za to w nieustającej pogoni za adrenaliną i endorfinami.
Wyciągnęłam Władka lat 94 na zakupy. Powiedziałam, że ubiera się w wypłowiałe, bawełniane koszule, które musi prasować i że trzeba ten stan rzeczy zmienić.
– Kupię ci t-shirt’a – zapewniłam. – Nigdy nie mają zabrudzonych kołnierzyków, po praniu powiesisz je z wodą i nie będziesz prasować, no i odmłodniejesz. Zobaczysz, ubędzie ci co najmniej 5 lat.
– To kupmy w kolorze czerwonym. Może ubędzie mi 8 lat.
– Może być, kochasiu.
Poszliśmy na targowisko przy ulicy Dolna Wilda. Powstaniec warszawski już myślał o t-shirt’cie, więc szliśmy tempem Władka lat 87. Słoneczko z wysoka się uśmiechało, ja także byłam podekscytowana zakupem. Dotarliśmy do stoiska z koszulkami. Zaczęliśmy oglądać. Od razu odłożyliśmy te z głupimi napisami. Władka chciałam odmłodzić o 8 lat, nie o 80.
– Szukamy czerwonej koszulki, najlepiej z wizerunkiem znanego człowieka.
– Proszę – sprzedawczyni podała kilka t-shirt’ów.
– A kto to jest? – spytał zasępiony Władek jeszcze lat 94.
– Nie wiem – odpowiedziała obsługująca nas pani.
– Che Guevarra – pospieszyłam z pomocą. – Morderca, gwałciciel, rzezimieszek.
– Bamber – powiedział zdegustowany Władek. – On chyba nigdy beretu nie ściągał.
– Ma pani kogoś z mniej tłustymi włosami? – spytałam. – Może być ktoś święty.
– Słyszałam, że na plebani można kupić koszulki z ojcem Kolbe.
– Z tym antysemitą? – krzyknęłam oburzona. – Szukamy koszulki z Gandhim.
– A kto to jest?!
Wróciliśmy z pustymi rękami, lecz bogatsi o protest. Ale jak tu protestować, skoro sił brak? Jeśli ludzie nie wiedzą nic o najświętszym człowieku XX wieku, to trzeba się zbierać.
Wyciągnęłam Władka lat 94 na zakupy. Powiedziałam, że ubiera się w wypłowiałe, bawełniane koszule, które musi prasować i że trzeba ten stan rzeczy zmienić.
– Kupię ci t-shirt’a – zapewniłam. – Nigdy nie mają zabrudzonych kołnierzyków, po praniu powiesisz je z wodą i nie będziesz prasować, no i odmłodniejesz. Zobaczysz, ubędzie ci co najmniej 5 lat.
– To kupmy w kolorze czerwonym. Może ubędzie mi 8 lat.
– Może być, kochasiu.
Poszliśmy na targowisko przy ulicy Dolna Wilda. Powstaniec warszawski już myślał o t-shirt’cie, więc szliśmy tempem Władka lat 87. Słoneczko z wysoka się uśmiechało, ja także byłam podekscytowana zakupem. Dotarliśmy do stoiska z koszulkami. Zaczęliśmy oglądać. Od razu odłożyliśmy te z głupimi napisami. Władka chciałam odmłodzić o 8 lat, nie o 80.
– Szukamy czerwonej koszulki, najlepiej z wizerunkiem znanego człowieka.
– Proszę – sprzedawczyni podała kilka t-shirt’ów.
– A kto to jest? – spytał zasępiony Władek jeszcze lat 94.
– Nie wiem – odpowiedziała obsługująca nas pani.
– Che Guevarra – pospieszyłam z pomocą. – Morderca, gwałciciel, rzezimieszek.
– Bamber – powiedział zdegustowany Władek. – On chyba nigdy beretu nie ściągał.
– Ma pani kogoś z mniej tłustymi włosami? – spytałam. – Może być ktoś święty.
– Słyszałam, że na plebani można kupić koszulki z ojcem Kolbe.
– Z tym antysemitą? – krzyknęłam oburzona. – Szukamy koszulki z Gandhim.
– A kto to jest?!
Wróciliśmy z pustymi rękami, lecz bogatsi o protest. Ale jak tu protestować, skoro sił brak? Jeśli ludzie nie wiedzą nic o najświętszym człowieku XX wieku, to trzeba się zbierać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)