Czasami wystarczy jedynie stać w ogonku przed sklepem, by życie przewijało przed oczami kolejkowiczów wszystkie swoje kadry. A że kadrów na poznańskiej Wildzie nie brakuje, to i obrazki są bardzo kolorowe. Wczoraj przemknął przed nami lubieżny Franciszek lat 78, dziś natomiast pojawił się cichy i sprawiający wrażenie zahukanego Ireneusz lat 66.
Ireneusz podszedł do nas, stawiając stopy do środka. Sylwetkę miał zgarbioną, czoło poorane zmarszczkami, wydawało się, że frasunek wylewa mu się nawet spod pach. Ireneusz nie był trunkowy, dlatego trudno było znaleźć remedium na jego smutek. Rozweselał się tylko przy grze w warcaby, ale jego żona Apolonia lat 62 chowała przed nim gry planszowe, zaganiając go do wycierania kurzów, cerowania skarpetek oraz mycia naczyń.
– Dziewczyny, pomóżcie, ja już dłużej nie wytrzymam – wystękał jękliwie Ireneusz.
– Chodź, przytulę cię, chłopaku – Kunia lat 82 miała dobre serce i wygodny biust, czego żadnemu potrzebującemu nie skąpiła.
Ireneusz ułożył głowę na piersiach Kunegundy i rzęsiście się rozpłakał. Pozwoliłyśmy mu się wyszlochać, bo kreacja Kuni była z krempliny i po niej to spływało. Natomiast Ireneusz był w tym momencie niekomunikatywny, połykając co chwila nowe partie płynnej treści z płuc, a nawet z nosa.
Kiedy się uspokoił pod wpływem spokojnego oddechu Kuni, wtedy przystąpiłyśmy do rzeczowej indagacji.
– Co się stało, Ireneuszu? – spytałam.
– Apolonia mnie bije.
– To się zdarza.
– Zawsze podobały mi się męskie kobiety, ale od momentu kiedy Apolonia zrezygnowała ze służby w Żandarmerii Wojskowej i przeszła na emeryturę, to nie mogę grać w damkę.
– Chyba w warcaby – zauważyła Waleria lat niespełna 90.
– Zbliża się 35 rocznica naszego ślubu i Apolonia zażądała żebym wyhaftował chustę, dokładnie taką jaką kiedyś przygotowywała rezerwa. A ja mam pokłute od igieł i drutów palce. Mam tego dość!
– Budowanie związku to trud. Chciałbyś tylko konsumować, łajdaku? – oburzyła się Halina lat 57.
– Ale ja... Ja przyszedłem po pociechę. Po pomoc. Ja w ciemię jestem bity!
Popatrzyłyśmy na siebie porozumiewawczo. Nie można przecież chłopa bić w ciemię, bo zidiocieje do końca. Wyznaczyłyśmy Walerkę, która poszła do Apoloni przeprowadzić z nią rozmowę.
Walerka spisała się. Wymogła na Apolonii, by ta jedynie ciągnęła Ireneusza za uszy, zaś tyłek mogła lać bez ograniczeń. W zamian zgodziła się, by Ireneusz mógł od czasu do czasu pograć w warcaby.
Chłopu trzeba od czasu do czasu pozwolić pobawić się damką.
wtorek, 28 czerwca 2011
poniedziałek, 27 czerwca 2011
Nie jestem gotowa na nic.
Stałyśmy z sąsiadkami w kolejce do sklepu, oczekując jak zwykle na transport świeżego pieczywa. Nie chciało nam się rozmawiać, co nie jest niczym dziwnym w poniedziałkowy poranek. Zajęte byłyśmy wspomnieniami z weekendu, kacem, wczorajszym kazaniem, kursem franka na giełdzie i podobnymi sprawami. Oglądałyśmy z uwagą swoje palce, niektóre z nas przeglądały się w lusterku, kontemplując makijaż, inne poprawiały na sobie letnie sukienki. I w takiej właśnie chwili wyszedł zza załomu kamienicy lubieżny Franciszek.
Franek lat 78 miał ponoć epizod gry w zespole Buena Vista Social Club. W latach 70 przebywał w Hawanie, gdzie odłączył się od polskiej delegacji spotykającej się z zaprzyjaźnionymi zakładami produkcji obuwniczej, i trafił do lokalu, gdzie mógł pograć na bałałajce. Jego talent został zauważony, a chętne kubańskie dziewczyny nauczyły go zawijania cygar na opalonych udach. I po powrocie do Polski tę sztukę już od 40 lat chciał potrenować w naszej dzielnicy. Jednak żadna z nas nie miała opalonych ud, co zaowocowało u Franka zachowaniami lubieżnymi. I tkwi w tym rozpasaniu do dziś.
– Dziewczęta! – krzyknął na powitanie lubieżnik lat 78. – Jakie wy jesteście opalone!
– Nie uda ci się do niczego nas namówić! – odkrzyknęła Kunia 82.
– Skoro już jesteśmy przy udach... – ciągnął Franek.
– Nie nawijaj – przerwałam lubieżnikowi.
– Nie zawijaj – poparła mnie Walerka lat niespełna 90.
– Zawijaj? – spytałam.
– Cygaro.
– Słyszysz, lubieżniku?! – wrzasnęła Kunia.
Franek wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki cygaro i uśmiechnął się koślawo.
– Dziś chcę tylko zapalić. Adelo, chciałbym byś dzisiaj ty mi towarzyszyła.
– Adela, nigdzie nie idź z tym antychrystem! – ostrzegła mnie Walerka.
– Nie jestem gotowa na nic – odpowiedziałam grzecznie Frankowi.
– Wciągnie cię do bramy i zgwałci! – wtórowała Walerce Kunia.
– To może my go zgwałcimy? – zaproponowała milcząca do tej pory Halina lat 57.
Ogonek się zdeformował i już po chwili Franek znajdował się w zacieśniającym się z każdą chwilą kole utworzonym przez stojące przed chwilą kolejce kobiety.
– Ale ja mam tylko dwa cygara! Jedno dla mnie, drugie dla Adeli!
Dzielnicowy lubieżnik przeraził się dopiero z chwilą, gdy dotarły do niego pierwsze kuksańce. Z dzikim krzykiem przedarł się przez najsłabsze ogniwo, czyli chuderlawą Manię lat 83 i uciekł z dzikim krzykiem.
Franek miał dużo szczęścia. Gdybyśmy były opalonymi Kubankami, to tak łatwo by nie uciekł przed naszym napaleniem.
Franek lat 78 miał ponoć epizod gry w zespole Buena Vista Social Club. W latach 70 przebywał w Hawanie, gdzie odłączył się od polskiej delegacji spotykającej się z zaprzyjaźnionymi zakładami produkcji obuwniczej, i trafił do lokalu, gdzie mógł pograć na bałałajce. Jego talent został zauważony, a chętne kubańskie dziewczyny nauczyły go zawijania cygar na opalonych udach. I po powrocie do Polski tę sztukę już od 40 lat chciał potrenować w naszej dzielnicy. Jednak żadna z nas nie miała opalonych ud, co zaowocowało u Franka zachowaniami lubieżnymi. I tkwi w tym rozpasaniu do dziś.
– Dziewczęta! – krzyknął na powitanie lubieżnik lat 78. – Jakie wy jesteście opalone!
– Nie uda ci się do niczego nas namówić! – odkrzyknęła Kunia 82.
– Skoro już jesteśmy przy udach... – ciągnął Franek.
– Nie nawijaj – przerwałam lubieżnikowi.
– Nie zawijaj – poparła mnie Walerka lat niespełna 90.
– Zawijaj? – spytałam.
– Cygaro.
– Słyszysz, lubieżniku?! – wrzasnęła Kunia.
Franek wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki cygaro i uśmiechnął się koślawo.
– Dziś chcę tylko zapalić. Adelo, chciałbym byś dzisiaj ty mi towarzyszyła.
– Adela, nigdzie nie idź z tym antychrystem! – ostrzegła mnie Walerka.
– Nie jestem gotowa na nic – odpowiedziałam grzecznie Frankowi.
– Wciągnie cię do bramy i zgwałci! – wtórowała Walerce Kunia.
– To może my go zgwałcimy? – zaproponowała milcząca do tej pory Halina lat 57.
Ogonek się zdeformował i już po chwili Franek znajdował się w zacieśniającym się z każdą chwilą kole utworzonym przez stojące przed chwilą kolejce kobiety.
– Ale ja mam tylko dwa cygara! Jedno dla mnie, drugie dla Adeli!
Dzielnicowy lubieżnik przeraził się dopiero z chwilą, gdy dotarły do niego pierwsze kuksańce. Z dzikim krzykiem przedarł się przez najsłabsze ogniwo, czyli chuderlawą Manię lat 83 i uciekł z dzikim krzykiem.
Franek miał dużo szczęścia. Gdybyśmy były opalonymi Kubankami, to tak łatwo by nie uciekł przed naszym napaleniem.
niedziela, 26 czerwca 2011
Zdzicho lat 48 i Maryś lat 53 nie ubrali kobiet z Wildy.
Bezdomni Zdzicho lat 48 oraz Maryś lat 53 tym razem wpadli na bardziej sensowny pomysł niż dotychczas. Odeszli od formuły widowisk przy ulicy Dolna Wilda w Poznaniu i już nie tylko oni mieli wziąć udział w wymyślonych przez siebie konkursach – postanowili zaanagażować także wildeckie kobiety. Tym samym przyłączyli się do ogólnoświatowego trendu, w którym ci, którym wydaje się, że coś potrafią dzielą się rzekomą wiedzą z tymi, którym wydaje się, że jej nie posiadają.
Wywieszone afisze na bramch kamienic znów odciągnęły wiernych od sumy w kościele parafialnym. Kobiety udały się na działki przy Dolnej Wildzie, bo chciały poznać nowe trendy w modzie i kreacje w wykonaniu światowo ukierunkowanych bezdomnych kreatorów mody, mężczyźni zaś wyszli z założenia, że żeby się ubrać, to trzeba najpierw się rozebrać, a nic ich tak nie przyciąga ich uwagi jak kawał odsłoniętego kobiecego ciała.
Gdy dotarłam na działki wraz z Władkiem lat 95, który zawsze towarzyszył mi w widowiskach organizowanych przez bezdomnych, to na dwóch krzesłach już siedziały kobiety, wokół których uwijali się bezdomni. Poznałam je. Było to Matylda lat 58 oraz zawsze wypindrzona Stefcia lat 62.
– Proszę pań! – krzyczał Zdzicho. – Współczesnym kobietom brak soczystości. A już Nietzsche mawiał: „Tako porzeczka jako Zara...” Zara, Maryś, jak to było?
– Zaramonstra – odpowiedział Maryś. – Idzie o to, by panie nie wybierały byle zielonej porzeczki, bo możecie się zrobić na potworę, czyli monstrum.
Matylda i Stefcia były upstrzone świętojankami, jak po poznańsku nazywa się porzeczki, które bezdomni wpletli im we włosy oraz przyozdobili nimi dekolty wildeckich modelek.
– Ważna jest biżuteria. Wyrzućmy sztuczne Jablonexy, dobre jest tylko czeskie kino – pouczał Zdzisiek. – A dlaczego?
– Bo jest naturalne! – odpowiedział Maryś.
– Właśnie – przytaknął Zdzisiek. – Dlatego na uszy zakładamy czereśnie. Zaś młodzieży dorastającej do lat 16 proponujemy niedojrzałe jeszcze wisienki.
– Bezdomni, ale nie pedofile – pochwalił towarzyszący mi powstaniec lat 95.
– Szypułki! – obwieścił Maryś. – Szyk tkwi w szypułkach! Truskawki szybko gniją, ale wykorzystajmy szypułki i utkajmy z nich bikini.
– Ja się nie rozbiorę! – powiedziała Matylda, rozczarowując męską część publiki.
– A pani, pani Stefciu? – zapytał Zdzicho.
– Mam duże miseczki – odpowiedziała Stefa. – Czy morska fala nie zmyje szypułek z mego biustu?
– Zrobimy próbę szlauchem - zaproponował
– Dośc z tą bezbożnością! – za naszymi plecami pojawił się kościelny lat 75. – Na mszę! – krzyknął groźnie. – Ale jazda! Bo zawołam proboszcza!
Kobiety karnie się odwróciły, odciągając od pokazu swoje brzydsze połowy zaintrygowane próbą szypułkowo – szlauchową. Niczym pielgrzymka na Jasną Górę dotarliśmy tłumnie do kościoła. Na twarzy proboszcza zakwitł uśmiech. W kościele unosił się duch skupienia.
Baby rozważały możliwość użycia wieczoram szlaucha, dziady myślały o zdzieraniu szypułek z co dorodniejszych truskaweczek, a proboszcz wznosił modlitwy do Boga. W tym samym czasie bezdomni pobierali opłatę za pokaz.
Wypindrzona Stefa okazała się być kobietą hojną.
Wywieszone afisze na bramch kamienic znów odciągnęły wiernych od sumy w kościele parafialnym. Kobiety udały się na działki przy Dolnej Wildzie, bo chciały poznać nowe trendy w modzie i kreacje w wykonaniu światowo ukierunkowanych bezdomnych kreatorów mody, mężczyźni zaś wyszli z założenia, że żeby się ubrać, to trzeba najpierw się rozebrać, a nic ich tak nie przyciąga ich uwagi jak kawał odsłoniętego kobiecego ciała.
Gdy dotarłam na działki wraz z Władkiem lat 95, który zawsze towarzyszył mi w widowiskach organizowanych przez bezdomnych, to na dwóch krzesłach już siedziały kobiety, wokół których uwijali się bezdomni. Poznałam je. Było to Matylda lat 58 oraz zawsze wypindrzona Stefcia lat 62.
– Proszę pań! – krzyczał Zdzicho. – Współczesnym kobietom brak soczystości. A już Nietzsche mawiał: „Tako porzeczka jako Zara...” Zara, Maryś, jak to było?
– Zaramonstra – odpowiedział Maryś. – Idzie o to, by panie nie wybierały byle zielonej porzeczki, bo możecie się zrobić na potworę, czyli monstrum.
Matylda i Stefcia były upstrzone świętojankami, jak po poznańsku nazywa się porzeczki, które bezdomni wpletli im we włosy oraz przyozdobili nimi dekolty wildeckich modelek.
– Ważna jest biżuteria. Wyrzućmy sztuczne Jablonexy, dobre jest tylko czeskie kino – pouczał Zdzisiek. – A dlaczego?
– Bo jest naturalne! – odpowiedział Maryś.
– Właśnie – przytaknął Zdzisiek. – Dlatego na uszy zakładamy czereśnie. Zaś młodzieży dorastającej do lat 16 proponujemy niedojrzałe jeszcze wisienki.
– Bezdomni, ale nie pedofile – pochwalił towarzyszący mi powstaniec lat 95.
– Szypułki! – obwieścił Maryś. – Szyk tkwi w szypułkach! Truskawki szybko gniją, ale wykorzystajmy szypułki i utkajmy z nich bikini.
– Ja się nie rozbiorę! – powiedziała Matylda, rozczarowując męską część publiki.
– A pani, pani Stefciu? – zapytał Zdzicho.
– Mam duże miseczki – odpowiedziała Stefa. – Czy morska fala nie zmyje szypułek z mego biustu?
– Zrobimy próbę szlauchem - zaproponował
– Dośc z tą bezbożnością! – za naszymi plecami pojawił się kościelny lat 75. – Na mszę! – krzyknął groźnie. – Ale jazda! Bo zawołam proboszcza!
Kobiety karnie się odwróciły, odciągając od pokazu swoje brzydsze połowy zaintrygowane próbą szypułkowo – szlauchową. Niczym pielgrzymka na Jasną Górę dotarliśmy tłumnie do kościoła. Na twarzy proboszcza zakwitł uśmiech. W kościele unosił się duch skupienia.
Baby rozważały możliwość użycia wieczoram szlaucha, dziady myślały o zdzieraniu szypułek z co dorodniejszych truskaweczek, a proboszcz wznosił modlitwy do Boga. W tym samym czasie bezdomni pobierali opłatę za pokaz.
Wypindrzona Stefa okazała się być kobietą hojną.
sobota, 25 czerwca 2011
Sołtys z Chęchów.
Zjawił się nie wiadomo skąd i nie wiadomo jak. Pojawił się o 5.59 przed sklepem spożywczym. Ogonek czekający na dostawę świeżego pieczywa już przed kwadransem zdążył się uformować. Stało nas 14 dziewczyn i wszystkie byłyśmy po 60-tce, lecz żadna z nas nie przekroczyła jeszcze 90-tki. Przybysz wyglądał na lat 45, choć jego spracowane, czerstwe dłonie mogły mylnie podpowiedzieć, że lada moment osiągnie wiek emerytalny.
– Dzień dobry – przywitał się.
– Pochwalony – odpowiedziała Walerka lat niespełna 90.
– Jezus Chrystus – dopowiedziały pozostałe katoliczki.
Ja i Kunia lat 82 milczałyśmy, bo jesteśmy niewierzące.
– Na wieki wieków. Jestem Bernard – przedstawił się Bernard
– Śliczne imię. Miałam chyba kiedyś takiego psa... – Walerka przywołała mgliste wspomnienia.
– Ale wszyscy mówią na mnie Benio. Urodziłem się 46 lat temu.
– Benio, jak to pozory mylą. Wyglądasz na lat 45 – skomplementowałam młody wygląd Bernarda.
– Masz ładny garnitur – zauważyła Kunia.
– To sztuczne szczęki – pochwalił się Bernard.
– Ja mówię o spodniach, marynarce, mankietach... Bardzo szykowny krawat...
– Żona Genowefa wszystko mi uprasowała. Robotna kobieta i mimo, że ma już lat 43, to jeszcze nie chrapie! Ale ja nie o tym chciałem... – Bernard podrapał się po głowie, potem za lewym uchem. W końcu potarł nos i zadał pytanie.
– Dziewczyny, macie może prawo jazdy?
Dziewczynom w kolejce i mnie samej również zaświeciły się oczy. Wszystkie po cichu marzyłyśmy jeszcze o romantycznej przejażdżce, ale jakoś nie było okazji. A tu taki elegant się pojawił... I musiał być niepijący, bo z rana pachniał tylko wodą kolońską.
– A może ktoś z rodziny? – ciągnął Bernard. – Bo wiecie ja jestem sołtysem.
– Przeczuwałam, Benio, że z ciebie jest figura! – skonstatowała Kunia.
– Tu z Poznania wszyscy wyjeżdżają autostradą – kontynuował sołtys. – A ona w polu przecież się kończy. To nie można podróżować przez Chęchy? Wygodnie, bezpiecznie, a i biesiadna zagroda u nas jest. Karczma jak ta lala!
– Sołtysie, ty nas nie kuś – odrzekła filuternie Walerka.
– To jak, kochane, macie autka? Jeździcie nimi?
Bernard zmiarkował po naszym wyrazie twarzy, że musi reklamować Chęchy gdzie indziej. Dziewczyny podpowiedziały mu drogę na Stary Rynek w Poznaniu, ja zaś straciłam zainteresowanie sołtysem. Co to niby za figura, która myśli o autkach? Nie ten sznyt. No cóż, może niedługo ktoś przyjedzie z innych Chęchów, poszukując posiadaczy limuzyn.
Wtedy może kiedyś zjadę z autostrady.
– Dzień dobry – przywitał się.
– Pochwalony – odpowiedziała Walerka lat niespełna 90.
– Jezus Chrystus – dopowiedziały pozostałe katoliczki.
Ja i Kunia lat 82 milczałyśmy, bo jesteśmy niewierzące.
– Na wieki wieków. Jestem Bernard – przedstawił się Bernard
– Śliczne imię. Miałam chyba kiedyś takiego psa... – Walerka przywołała mgliste wspomnienia.
– Ale wszyscy mówią na mnie Benio. Urodziłem się 46 lat temu.
– Benio, jak to pozory mylą. Wyglądasz na lat 45 – skomplementowałam młody wygląd Bernarda.
– Masz ładny garnitur – zauważyła Kunia.
– To sztuczne szczęki – pochwalił się Bernard.
– Ja mówię o spodniach, marynarce, mankietach... Bardzo szykowny krawat...
– Żona Genowefa wszystko mi uprasowała. Robotna kobieta i mimo, że ma już lat 43, to jeszcze nie chrapie! Ale ja nie o tym chciałem... – Bernard podrapał się po głowie, potem za lewym uchem. W końcu potarł nos i zadał pytanie.
– Dziewczyny, macie może prawo jazdy?
Dziewczynom w kolejce i mnie samej również zaświeciły się oczy. Wszystkie po cichu marzyłyśmy jeszcze o romantycznej przejażdżce, ale jakoś nie było okazji. A tu taki elegant się pojawił... I musiał być niepijący, bo z rana pachniał tylko wodą kolońską.
– A może ktoś z rodziny? – ciągnął Bernard. – Bo wiecie ja jestem sołtysem.
– Przeczuwałam, Benio, że z ciebie jest figura! – skonstatowała Kunia.
– Tu z Poznania wszyscy wyjeżdżają autostradą – kontynuował sołtys. – A ona w polu przecież się kończy. To nie można podróżować przez Chęchy? Wygodnie, bezpiecznie, a i biesiadna zagroda u nas jest. Karczma jak ta lala!
– Sołtysie, ty nas nie kuś – odrzekła filuternie Walerka.
– To jak, kochane, macie autka? Jeździcie nimi?
Bernard zmiarkował po naszym wyrazie twarzy, że musi reklamować Chęchy gdzie indziej. Dziewczyny podpowiedziały mu drogę na Stary Rynek w Poznaniu, ja zaś straciłam zainteresowanie sołtysem. Co to niby za figura, która myśli o autkach? Nie ten sznyt. No cóż, może niedługo ktoś przyjedzie z innych Chęchów, poszukując posiadaczy limuzyn.
Wtedy może kiedyś zjadę z autostrady.
piątek, 24 czerwca 2011
Fraternite, egalite, merde.
Stałam z kilkoma sąsiadkami przed sklepem i rozmowa jakoś sama zeszła na Wielką Rewolucję Francuską. Zaczęło się od francuskiego pieczywa, potem cięcia wydatków, a skończyło na gilotynie. Zresztą podobnie było już nieraz. Zaczynałyśmy na przykład rozmawiać o pogodzie, chmurach, zasępionym obliczu, dąsaniu się, by przejść do kar cielesnych, jakich mógł doświadczać w dzieciństwie Jan Suzin lub Irena Dziedzic. Innym razem dyskutowałyśmy o kwiatach balkonowych, potem jedna z nas użyła sformułowania „largo”, które przecież mieści się w pelargoniach, a potem to już rozmowa szybko zeszła z muzyki poważnej na klasyczny kształt nosa, jakim mógł się pochwalić dozorca spod ósemki, Lesio lat 55. Tak często się dzieje, gdy kobiety beztrosko plotą.
– Kiedy mój stary jeszcze żył, to mówił, że nadawałabym się na babę dla Dantona. Zresztą do Robespierre’a też bym pasowała – powiedziała Zyta lat 67.
– Dlaczego? – dociekała Kunia lat 82.
– Mawiał, że jako kobieta nie zrozumiem braterstwa i właśnie dlatego pyskuję, gdy on z kolegami wyskakuje na wódkę. Natomiast chwalił mnie za froternite, które wychodziło mi nieźle, bo podłogi pięknie się świeciły – wyjaśniła Zyta.
– Dziś ze świecą trzeba szukać mężczyzny, który skomplementuje cię za porządek w domu – stwierdziła Waleria lat niespełna 90.
– A ja uważam, że egalitaryzm zaczyna się od ścierania kurzów – skontrowałam straroświecką wypowiedź Walerci. – Także od wynoszenia śmieci, repasacji pończoch i gotowania mleka na gazowej kuchence. Mężczyźni nie powinni się wstydzić wykonywania tych czynności.
– Ja bardzo lubię trzymać w ręku pilota – pochwaliła się Kunia.
– Nie zgadzam się – zaoponowała Zyta. – Nikt tak nie zetnie głowy jak mężczyzna. Kobieta by się wahała, chciałaby zrobić to delikatnie i na pewno odpowiednio nie naostrzyłaby gilotyny.
– Bywałam kiedyś ostra – wyznała Waleria. – To małżeństwo mnie tak stępiło.
– Merde! – zaklęłam. – Te wszystkie hasła to merde!
– Hę? – Zyta nie zrozumiała.
– Fraternite to merde! Poimy się egalite i pochłaniamy łakomie liberte! A co wychodzi na końcu? Merde, merde, merde!
– Adela, przestań merdać – ostudziła moje emocje Waleria. – Chleb przywieźli.
No to przestałam, ale co zaprotestowałam to moje! Kupiłam 6 bułek. Pachniały ładnie. I co z tego, skoro na koniec i tak będzie merde?
– Kiedy mój stary jeszcze żył, to mówił, że nadawałabym się na babę dla Dantona. Zresztą do Robespierre’a też bym pasowała – powiedziała Zyta lat 67.
– Dlaczego? – dociekała Kunia lat 82.
– Mawiał, że jako kobieta nie zrozumiem braterstwa i właśnie dlatego pyskuję, gdy on z kolegami wyskakuje na wódkę. Natomiast chwalił mnie za froternite, które wychodziło mi nieźle, bo podłogi pięknie się świeciły – wyjaśniła Zyta.
– Dziś ze świecą trzeba szukać mężczyzny, który skomplementuje cię za porządek w domu – stwierdziła Waleria lat niespełna 90.
– A ja uważam, że egalitaryzm zaczyna się od ścierania kurzów – skontrowałam straroświecką wypowiedź Walerci. – Także od wynoszenia śmieci, repasacji pończoch i gotowania mleka na gazowej kuchence. Mężczyźni nie powinni się wstydzić wykonywania tych czynności.
– Ja bardzo lubię trzymać w ręku pilota – pochwaliła się Kunia.
– Nie zgadzam się – zaoponowała Zyta. – Nikt tak nie zetnie głowy jak mężczyzna. Kobieta by się wahała, chciałaby zrobić to delikatnie i na pewno odpowiednio nie naostrzyłaby gilotyny.
– Bywałam kiedyś ostra – wyznała Waleria. – To małżeństwo mnie tak stępiło.
– Merde! – zaklęłam. – Te wszystkie hasła to merde!
– Hę? – Zyta nie zrozumiała.
– Fraternite to merde! Poimy się egalite i pochłaniamy łakomie liberte! A co wychodzi na końcu? Merde, merde, merde!
– Adela, przestań merdać – ostudziła moje emocje Waleria. – Chleb przywieźli.
No to przestałam, ale co zaprotestowałam to moje! Kupiłam 6 bułek. Pachniały ładnie. I co z tego, skoro na koniec i tak będzie merde?
czwartek, 23 czerwca 2011
Misiurko.
Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Lucjan Kutaśko, który jak co roku wypłynął w marcu na mazurskie jeziora, spędzając odtąd czas nad egzystencjalnym spławikiem oraz refleksjami nad sytuacją polityczną w kraju i na świecie. Lucjan jest szefem sztabu wyborczego tomasz.ka 2015, bo huncwota, czyli mojego krewniaka, wyznaczyłam na kolejnego prezydenta. Kutaśko w znakach nieuporządkowanej mazurskiej przyrody szuka wskazówek, które pomogą w prowadzeniu przyszłej kampanii wyborczej. Śledzi ślady stóp Opatrzności, niucha zapachy przeszłych wieków, dotyka granicy między ruchomym a nieruchomym, cokolwiek miałoby to oznaczać.
Kutaśko zadzwonił z poważną sprawą. On nie odzywa się z powodu byle błahostek, dlatego tak bardzo go cenię. Rozgadanych samców gamma (tzw. gamoni) wokół są tłumy, a tylko nieliczni odzywają się z rzadka, wiedząc, że wystarczy być.
Lucjan opowiedział o zaskakującym spotkaniu. Nacisnęło go na środku jeziora, a wokół były same trzciny. Kutaśko już chciał spuścić spodnie, ale zauważył zbliżającą się do brzegu głośną wycieczkę emerytów z byłego NRD, więc jako przyszły dyplomata z powrotem zaciągnął rozporek. Na szczęście ma on krzepę w rękach, więc udało mu się szybko dowiosłować do małej zatoki po drugiej stronie jeziora. Przybił do brzegu i szybko wskoczył w zarośla bukowego lasu. Spodziewał się co najwyżej kilku kleszczy, ale natknął się na bartnika. Na początku myślał, że ów człowiek lasu do niego się klei, ale to przez miód na rękach. Kutaśko się przedstawił, przeprosił na moment i udał się za gruby pień. Gdy załatwiał potrzebę dowiedział się, że ma przyjemność z Wincentym Misiurko. Potrzeba Lucjana okazała się nie być błahą, więc Misiurko zdążył mu opowiedzieć o swym drzewie genealogicznym. Że pochodzi ze Żmudzi, że jego przodek został na dworze Władka Jagiełły pasowany na rycerza, że jego antenaci dorobili się na krzyżackich gadzinach najlepszej w Koronie misiurki. Była tak gęsta jak sitko od baterii nad zlewozmywakiem, a wytrzymała jak materiał, z którego zbudowany jest najnowszy Boening 787. I kiedy szczęśliwy Kutaśko wyszedł już zza drzewa wtedy od Misiurki usłyszał coś, co skłoniło go do szybkiego kontaktu ze mną.
Przekazana wiadomość wstrząsnęła mną. W takich sytuacjach liczy się szybkość. Od razu skontaktowałam się z huncwotem 2015.
– tomasz.ka! – krzyknęłam do słuchawki, a potem urywanym, rozemocjonowanym głosem opowiedziałam historię Lucjana, okraszając ją w odpowiednich momentach kluczowymi hasłami: – Kutaśko! Miód! Misiurko! Dziupla!
Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu krewniak chłodno wycedził:
– Niech Kutaśko zostawi mi siurka w spokoju. To żadne miodzio dla elektoratu. Oni mają inne potrzeby! Na Mazurach chyba za mocno wieje. Niech się Lucjan Zerwikaptur schroni w jakiejś muszli, tfu, dziupli.
I prezydent rozłączył się.
Nie miałam przed kim zaprotestować. Wiem jednak, że do tematu wrócę. Wyborcy szukają miodu. Mają taką potrzebę, by sięgnąć do dziupli. Uważam, że to dobry kierunek na kampanię wyborczą. Przynajmniej ideologicznie nie będzie wyblakła.
Kutaśko zadzwonił z poważną sprawą. On nie odzywa się z powodu byle błahostek, dlatego tak bardzo go cenię. Rozgadanych samców gamma (tzw. gamoni) wokół są tłumy, a tylko nieliczni odzywają się z rzadka, wiedząc, że wystarczy być.
Lucjan opowiedział o zaskakującym spotkaniu. Nacisnęło go na środku jeziora, a wokół były same trzciny. Kutaśko już chciał spuścić spodnie, ale zauważył zbliżającą się do brzegu głośną wycieczkę emerytów z byłego NRD, więc jako przyszły dyplomata z powrotem zaciągnął rozporek. Na szczęście ma on krzepę w rękach, więc udało mu się szybko dowiosłować do małej zatoki po drugiej stronie jeziora. Przybił do brzegu i szybko wskoczył w zarośla bukowego lasu. Spodziewał się co najwyżej kilku kleszczy, ale natknął się na bartnika. Na początku myślał, że ów człowiek lasu do niego się klei, ale to przez miód na rękach. Kutaśko się przedstawił, przeprosił na moment i udał się za gruby pień. Gdy załatwiał potrzebę dowiedział się, że ma przyjemność z Wincentym Misiurko. Potrzeba Lucjana okazała się nie być błahą, więc Misiurko zdążył mu opowiedzieć o swym drzewie genealogicznym. Że pochodzi ze Żmudzi, że jego przodek został na dworze Władka Jagiełły pasowany na rycerza, że jego antenaci dorobili się na krzyżackich gadzinach najlepszej w Koronie misiurki. Była tak gęsta jak sitko od baterii nad zlewozmywakiem, a wytrzymała jak materiał, z którego zbudowany jest najnowszy Boening 787. I kiedy szczęśliwy Kutaśko wyszedł już zza drzewa wtedy od Misiurki usłyszał coś, co skłoniło go do szybkiego kontaktu ze mną.
Przekazana wiadomość wstrząsnęła mną. W takich sytuacjach liczy się szybkość. Od razu skontaktowałam się z huncwotem 2015.
– tomasz.ka! – krzyknęłam do słuchawki, a potem urywanym, rozemocjonowanym głosem opowiedziałam historię Lucjana, okraszając ją w odpowiednich momentach kluczowymi hasłami: – Kutaśko! Miód! Misiurko! Dziupla!
Po drugiej stronie zapadła cisza. W końcu krewniak chłodno wycedził:
– Niech Kutaśko zostawi mi siurka w spokoju. To żadne miodzio dla elektoratu. Oni mają inne potrzeby! Na Mazurach chyba za mocno wieje. Niech się Lucjan Zerwikaptur schroni w jakiejś muszli, tfu, dziupli.
I prezydent rozłączył się.
Nie miałam przed kim zaprotestować. Wiem jednak, że do tematu wrócę. Wyborcy szukają miodu. Mają taką potrzebę, by sięgnąć do dziupli. Uważam, że to dobry kierunek na kampanię wyborczą. Przynajmniej ideologicznie nie będzie wyblakła.
środa, 22 czerwca 2011
Świadectwo.
Wyszłyśmy na ulice we cztery. Kunia lat 82, Balbina lat 70, Ziuta lat 64 oraz ja, czyli Adela lat 73+. Wszystkie miałyśmy w ręku czerwone paski, a w oczach groźbę wykonania nieuchronnej kary. Czujnie przypatrywałyśmy się pełnoletnim przechodniom rodzaju męskiego. Chciałyśmy z tłumu pędzącego do roboty wyłuskać tych drani, którzy na co dzień zwracali uwagę na młodociane uczennice, zaniedbując tym samym kobiety dojrzałe i w pełni życia. Postanowiłyśmy naszą zniewalającą kobiecością oraz muskularnymi ramionami wyćwiczonymi na noszeniu siatek pełnych zakupów dać świadectwo czerwonym paskiem. Pierwszy napatoczył się Zygmunt lat 43.
Kunia wraz z Ziutą chwyciły pod ramiona niepodziewającego się porannego ataku Zygmunta, a ja stanęłam uroczyście przed delikwentem.
– W imieniu wyższych racji, urażonej kobiecej dumy oraz w obronie świeżych biustów i jędrnych tyłeczków uczennic szkół państwowych oraz prywatnych wymierzamy tobie, Zygmuncie lat 43, 18 razów za notoryczne obrzucanie obleśnym wzrokiem nieletnich słodyczy.
– Że co? – jęknął Zygmunt.
– Balbina, czyń swoją powinność.
Balbina wzięła zamach i uderzyła, a Zygmunt zareagował niemęsko, czyli rozdzierającym poranny szmer wildeckiej ulicy wrzaskiem. Potem zaczął się wyrywać, ale Kunia wraz z Ziutą trzmały skazanego w stalowym imadle ich spracowanych kończyn górnych. Natomiast zadyszana z wysiłku Balbina po 10 razie zrobiła sobie krótką przerwę.
– Jak się zmęczyłaś z forhandu, to wal teraz z backhandu – doradziłam.
– Ale potem zamienimy się rolami?
– Tak jak ustaliłyśmy – zapewniłam naszą obecną katową.
Zygmunt od 12 uderzenia skruszał. Po wyroku tylko smętnie zwiesił wzrokiem, szukając pociechy jedynie w dziwnym wzorze płyt chodnikowych. My zaś nie zasypywałyśmy gruszek w popiele. Kunia wypatrzyła Stefana lat 51 i teraz to ja z Ziutą trzymałyśmy obwiesia za ręce, wykręcając mu je boleśnie, by poczuł przedsmak wyroku.
– W imieniu wyższych racji, urażonej kobiecej dumy oraz w obronie świeżych biustów i jędrnych tyłeczków uczennic szkół państwowych oraz prywatnych – Balbina płynnie wyrecytowała uzgodnioną formułkę – wymierzamy tobie, Stefanie lat 51, 14 razów za notoryczne ślinienie się na widok nieletnich słodyczy.
Stefan też krzyczał. Natomiast Bolesław lat 48 rozpłakał się, a Kazik lat 63 jako jedyny dzielnie milczał. Najdziwniej było zaś z Wacławem lat 62, bo on prosił o więcej, uśmiechając się przy tym z wyraźną przyjemnością. W każdym razie jak co roku dałyśmy świadectwo, chowając potem do szaf nasze czerwone paski. Wykorzystujemy je częściej, bo także na Sylwestra czy w karnawale, gdy wbijamy się w nasze balowe kreacje.
Tylko jedni mnie zastanawia: czy my kobiety czasem zbyt rzadko nie dajemy takiego świadectwa?
Kunia wraz z Ziutą chwyciły pod ramiona niepodziewającego się porannego ataku Zygmunta, a ja stanęłam uroczyście przed delikwentem.
– W imieniu wyższych racji, urażonej kobiecej dumy oraz w obronie świeżych biustów i jędrnych tyłeczków uczennic szkół państwowych oraz prywatnych wymierzamy tobie, Zygmuncie lat 43, 18 razów za notoryczne obrzucanie obleśnym wzrokiem nieletnich słodyczy.
– Że co? – jęknął Zygmunt.
– Balbina, czyń swoją powinność.
Balbina wzięła zamach i uderzyła, a Zygmunt zareagował niemęsko, czyli rozdzierającym poranny szmer wildeckiej ulicy wrzaskiem. Potem zaczął się wyrywać, ale Kunia wraz z Ziutą trzmały skazanego w stalowym imadle ich spracowanych kończyn górnych. Natomiast zadyszana z wysiłku Balbina po 10 razie zrobiła sobie krótką przerwę.
– Jak się zmęczyłaś z forhandu, to wal teraz z backhandu – doradziłam.
– Ale potem zamienimy się rolami?
– Tak jak ustaliłyśmy – zapewniłam naszą obecną katową.
Zygmunt od 12 uderzenia skruszał. Po wyroku tylko smętnie zwiesił wzrokiem, szukając pociechy jedynie w dziwnym wzorze płyt chodnikowych. My zaś nie zasypywałyśmy gruszek w popiele. Kunia wypatrzyła Stefana lat 51 i teraz to ja z Ziutą trzymałyśmy obwiesia za ręce, wykręcając mu je boleśnie, by poczuł przedsmak wyroku.
– W imieniu wyższych racji, urażonej kobiecej dumy oraz w obronie świeżych biustów i jędrnych tyłeczków uczennic szkół państwowych oraz prywatnych – Balbina płynnie wyrecytowała uzgodnioną formułkę – wymierzamy tobie, Stefanie lat 51, 14 razów za notoryczne ślinienie się na widok nieletnich słodyczy.
Stefan też krzyczał. Natomiast Bolesław lat 48 rozpłakał się, a Kazik lat 63 jako jedyny dzielnie milczał. Najdziwniej było zaś z Wacławem lat 62, bo on prosił o więcej, uśmiechając się przy tym z wyraźną przyjemnością. W każdym razie jak co roku dałyśmy świadectwo, chowając potem do szaf nasze czerwone paski. Wykorzystujemy je częściej, bo także na Sylwestra czy w karnawale, gdy wbijamy się w nasze balowe kreacje.
Tylko jedni mnie zastanawia: czy my kobiety czasem zbyt rzadko nie dajemy takiego świadectwa?
Subskrybuj:
Posty (Atom)