poniedziałek, 14 grudnia 2015

Braterstwo narodowe

Tegoroczny grudzień przyniósł Polakom wiele dobrego. Zwykle leniwie gnuśniejący przed telewizorami obywatele tym razem wywlekli blade powłoki na świeże powietrze okraszone subtelnymi nutkami smogu. Wrzeszcząc donośnie hasła na ulicach dużych miast, dokonali solidnej wentylacji układów oddechowych. Rodacy pozbyli się śmierdzących siarkowodorem zaległości z dolnych partii płuc i poczuli heroizm, oddychając pełną patriotyczną piersią. Człowiek jednak z natury jest wygodny i szybko wraca do magazynowania smrodu w płucach. Można było przewidzieć, że już niedługo prawdziwi Polacy oraz pozostali prawdziwi Polacy przeniosą się do hipermarketów, by warczeć na siebie pod dachem, wydzierając sobie z rąk prezenty pod choinkę. A że okazyjne ceny mogą w efekcie przynieść zbyt duże koszty, dlatego przed owczym pędem do sklepów wczeniej należało pomysleć o zakopaniu topora wojennego. My – dziewczęta z Emerycji Przepolskiej – długo nad tym debatowałyśmy w mieszkaniu jednej z zasłużonych członkiń Peli lat 60, ale z konkretnymi postulatami wyprzedzili nas aktywiści z poznańskiego MPK.

– Tamci są zadziorni, a ci czupurni – zdiagnozowała Kunia lat 60.
– Dziś wieczorem pomodlę się o pokój na polskiej ziemi – obiecała Gertruda lat 60.
– Zwaśnione strony można pogodzić tylko w jeden sposób – orzeklam po zastanowieniu.
– W jaki?
– Wprowadzić do gry trzecią stronę. Obcy element zawsze jednoczy.
I ledwo wypowiedzialam te słowa z nowymi wieściami przybiegla do nas Malwina lat 60.
– Jest rozwiązanie! – krzyknęła od progu.
– To prawda – zgodziła się Kunia lat. – Gdy mieszkania na mojej klatce zaatakowały poprzez kanały wentylacyjne szczury, wówczas najbardziej pokłóceni sąsiedzi zaczęli sobie pomagać.
– Rozwiązanie? – ocknęła się z półsnu Brygida lat 60. – Czyżby Samanta lat 24 szczęśliwie powiła dziecię? Jakiej płci? - po czym nie czekając na odpowiedź znów zaczęła kimać.
– Rozwiązaniem jest braterstwo! I na to wpadli w MPK!
– Na co?
– Znaleźli spoiwo dla konserwatystów oraz narodowców z liberałami i lewakami. Stanowić go mają Syryjczycy pracujący w charakterze kontrolerów biletów.
– Syryjczycy mają być kanarami?
– Lewacy jeżdżący na gapę zaczną ich podejrzliwie traktować i z większym zrozumieniem podejdą do kiboli, chcących spuścić wpierdol imigrantom. Takie to mózgi pracują Zarządzie Transportu Miejskiego!
– Zatem zgoda polega na wspólnym stanięciu na głowie – uznałam.
– A czyż można inaczej traktować naszą ojczyznę? – westchnęła Kunia.

Potem przymknęłyśmy oczy, chcąc sobie wyobrazić widok z perspektywy stania na głowie. Następnie po krótkiej chwili po kolei dołączałyśmy do chrapiącej Brygidy.

piątek, 11 grudnia 2015

KIWi, czyli Klub Inteligencji Wildeckiej

Każda dzielnica może pochwalić się swoją elitą. Na poznańskiej Wildzie forpoczta miejscowych geniuszy spotyka się cyklicznie, by przy dyskretnie popijanym alkoholu toczyć dyskusje na tematy ważne, a czasem bardzo ważne. Również i ja wraz z Kunią wybrałam się, by współuczestniczyć w podejmowaniu decyzji najbardziej istotnych. Akurat gdy weszłam do siedziby stowarzyszenia, jeden z członków organizacji udawał flamandzką pchłę, a reszta nad nim się pastwiła. „Za bardzo podskakujesz pod kulturę, gnojku”, „ach, nie myślałam, że tyle krwi pan mi upuści”, „sia-ba-da-ba-ba, sia-ba-da-ba-ba” – biadolili, wrzeszczeli, nucili. Nie wiedziałam, jak w tym się znaleźć, więc tylko rzekłam zwyczajne „dzień dobry”.

– Słyszałam, że dziś ma odwiedzić państwa ktoś bardzo ważny z Warszawy – bąknęłam nieśmiało, do jednego z bardziej przytomnych aktywistów – dlatego odważyłyśmy się tu przyjść.
– Jasny gwint, ale burdel – zdiagnozowała Kunia.
– To prawda, ktoś tu się zjawi – odrzekł lokalny geniusz, który odłączył się od rozbawionej czeredy towarzyszy. – Ponoć ktoś bardzo ważny, ale to się dopiero okaże – szepnął konfidencjonalnie.
– Czy zatem nie jest u was zbyt głośno?
– Myślę, że to cisza przed burzą – ocenił filozoficznie.

Pomieszczenie było spore, złożone m.in. ze sceny, na której aktualnie pląsali członkowie KIWi. Usiadłam skromnie w pierwszym rzędzie, zagłębiając się w program na miesiąc grudzień. Niestety, nie było tam awizowanego na dziś spotkania z kimś bardzo ważnym ze stolicy.
– Ponoć ma zjawić się sam pan Kaczyński – oznajmił jeden ze staych bywalców.
– Dobrze, że szuka kontaktu z inteligencją – ucieszyła się Kunia – ale dlaczego tutaj?
– Dlaczego nazywacie się KIWi, a nie zwyczajnie KIW? – zainteresowałam się.
– Musimy udawać nieloty, inaczej nikt z obecnej władzy by nas nie odwiedził – usłyszałyśmy wyjaśnienie.

W tym momencie poczułam, że rzeczywiście znalazłyśmy się wśród lokalnych geniuszy. Emerycji Przepolskiej, którą reprezentowałyśmy, zależało na zdobyciu choćby cichego poparcia takich środowisk. I wtedy doszedł do nas inny lokalny aktywista, cicho oznajmując, że za chwilę wprowadzą gościa z Warszawy.
– To może chociaż zapowiedzcie go – poprosiłam.

I mój głos stał się jakby obwieszczeniem tego, co się stało. Otóż wszedł jakiś młokos w niezłym garniturze, może to był nawet doradca ministra Macierewicza, i ustawił przed nami Alika.
– Co to za kot? – prychnęła Kunia.
– Kot pana Kaczyńskiego – usłyszałyśmy odpowiedź.
Tak rozpoczęło się właściwe spotkanie członków KIWi. Dyskusji nie było. Była za to kontemplacja.

środa, 9 grudnia 2015

Paciorki dla Komanczów

Wybrałam się wczoraj wieczorem na spacer po mieście. Rozumiecie, wysoka jak na grudzień temperatura, zmrok, który ukrywał niedostatki urody, wyborowe towarzystwo ucieleśnione powłoką Kuni lat 60 oraz cieniem Gertrudy lat podobnie, no i moja ciekawość ludzi z centrum, którzy nieciekawi byli secesji wildeckiej, ale za to mieli sznyt i odłożone drobne na szota z pigwówki lub wiśniówki. Drobiłyśmy kroczkami, omijając kwiat młodzieży polskiej w rynsztoku aż w końcu dotarłyśmy na poznański Stary Rynek. Stało tu dużo drewnianych budek, bo zaczął się kiermasz świąteczny. Na straganach przeważały błyskotki, chłam i tandeta. Czuć było tę atmosferę polskości, która sprawia, że nie jesteśmy gęsi, bo mamy swój jęzor.
– Dużo ludzi – zauważyła Kunia. – Musimy iść gęsiego.
– A może lepiej pójdźmy pomodlić się do fary? – zaproponowała po raz kolejny Trudzia.
– Kurdemol! – zaklęłam. – Co to jest?

Między poznańską Wagą a Odwachem ujrzałyśmy przed sobą plastikowe groty skalne oraz rząd choinek, które błyskały niebieskim światłem.
– Dyskoteka – uznała Kunia, podchodząc tanecznym krokiem do dziwa na Starówce.
Szłyśmy jedna za drugą, więc Trudzia musiała dostosować się do pląsów Kuni. Nie miałam wyjścia, więc zrobiłam to samo. I wtedy na swoich czterech literach poczułam sążnistego klapsa. Znaczy poczułam ból i nadal odczuwałam obce pięć palców na swoich pośladkach.
– Panie! – wrzasnęłam. – Weź pan te grabie, bo bez litości strzelę na odlew!
– Co się dzieje?
Kunia szybko zorientowała się, że znalazłam się w opresji. Trudzia zaś zaszła faceta od tyłu i była gotowa do stanowczej interwencji.
– Coś pan za jeden? – Kunia rozpoczęła przesłuchanie.
– Z Komańczy tu przyjechałem – wyjaśniał typek z Bieszczad. – U nas tylko owce, a mnie pani dupa zauroczyła – wyjaśniał pokrętnie.
– Paciorek zmówisz, grzeszniku – groźnie odezwała się Trudzia.
– Wejdziesz pan w ten las i tam nas zgubisz z oczu – zażądałam.

Odprowadziłyśmy górala do poznańskiego lasu choinek. Niebieskie światełka odbiły się w jego szalonych oczach, a potem nikczemnik znikł w gąszczu świecidełek. My zaś ruszyłyśmy w stronę domów, mijając kwiat młodzieży polskiej w poznańskich rynsztokach.

niedziela, 6 grudnia 2015

Na kolana, determiniści!

Niedziela rozpoczęła się kłótnią w kościele. Mianowicie proboszcz parafii pw. Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie postanowił wygłosić na dzisiejszej porannej mszy świętej kazanie o wolnej woli. Ględził i ględził z własnej samowoli, aż w końcu przerwała mu jedna z najważniejszych działaczek Emerycji Przepolskiej, czyli Kunia od niedawna lat 60.

– A ja dostaję cyklicznie listy od Zarządu Transportu Miejskiego!
Przerwała wywód kapłana wpół zdania, co go zdezorientowało i wprowadziło w osłupienie. Zrobił tylko głupią minę, natomiast Kunia pojęła to jako zachętę do rozwinięcia myśli.
– Wysyłają mi horoskopy.

W świątyni zapanowała cisza, bo wszyscy wierni wiedzieli, że proboszcz alergicznie traktuje wszelkiej maści wróżbiarstwo. Tylko Kunia niezrażona relacjonowała dalej.
– Piszą mi, że mimo iż kanary będą w najbliższym tygodniu sprawdzać bilety na linii 71 czy 4, to i tak mnie złapią na jeździe bez biletu. A ja mimo ostrzeżenia i tak podróżuję. Niby wszystko wiem i mam wolną wolę, ale kieruje mną determinizm, który nie pozwala mi się uchylić przed mackami kontrolerów.
– Córko, masz wolną wolę, tylko jakąś skoślawioną – zdiagnozował kapłan. – A może ty lałaś wosk w Andrzejki?
– Ona nie jest satanistką – Gertruda lat 60 wykazała się odwagą cywilną, biorąc w obronę naszą aktywistkę.
– Nami wszystkimi kieruje determinizm.
– To nieprawda! – oburzył się proboszcz.
– Przecież pan Jarosław Kaczyński z wolnej woli nie zmuszałby prezydenta do działań niezgodnych z konstytucją. On ma taką karmę.
– Jaką karmę?! – szef naszej katolickiej parafii zaczął się pienić.
– Jeśli tuli kota, to przecież nie z własnej woli wykazuje, że toleruje jedynie organizmy niższe w rozwoju – upierała się Kunia.
– Na kolana! – wrzasnął duchowny.
– A Unia wymusi na nim, by przyjął rzesze obcych wyznaniowo kolesi. Myśli ksiądz, że to będzie wolna wola? To determinizm, że on jest jaki jest.
– Na kolana, determiniści!
– Pan Kaczyński też?

Cisza była jak makiem zasiał. Na szczęście organista miał refleks i zaczął naciskać na klawisze. I choć z organów wypłynęły początkowo pierwsze nutki nuty kankana, to szybko się poprawił i zgrabnie zaintonował „Barkę”.

piątek, 4 grudnia 2015

Mistrzyni Polski

Zaczęło się od tego, że Wacia lat 60 przyniosła ze sobą do kolejki przed sklepem spożywczym składane krzesełko wędkarskie. Ostentacyjnie rozłożyła siedzisko, a potem wygodnie sobie cupnęła, wyglądając z ciekawością na drogę, czy aby za moment nie wyłoni się zza zakrętu furgon z piekarni. My też oczekiwałyśmy na dostawę świeżego pieczywa z nocnego wypieku, ale obecnie naszą uwagę przyciągał widok Wacławy dumnie siedzącej na ogonkowym tronie.

– Wyglądasz jak królowa – orzekła z podziwem Lwinka lat 60.
– Jest tylko jedna królowa Polski – skontrowała Trudzia lat 60. – To Matka Boska Częstochowska.
– Siedzisz dostojnie na dupie jak prezes Polski w Sejmie – skomplementowała Wacię Kunia lat 60.
– Zaraz... – namyślałam się – To może być nasza szansa. Wacia mogłaby być antytezą Jarosława. Tylko jak ją nazwać? Antyprezeską Polski? To chyba nie byłoby właściwe...
– Od prezesa nie jest lepsza ani pani premier, ani pan prezydent – zdiagnozowała Kunia. – Może powinna być Mistrzynią Polski?
– Jeden drugiego gniecie, wychodzi trzecie – orzekła sentencjonalnie Malwina.
– Jak Tusk wyjechał do Brukseli, to prezesa nikt już nie gniecie – zgodziła się Balbina lat 60. – Masz rację, tylko Mistrzyni Polski może być dla niego odpowiednią przeciwwagą.
– Waciu – zwróciłam się do siedzącej sąsiadki – byłabyś gotowa dla dobra SPRAWY pognieść prezesa Polski?
– Ostatnio, czyli jakieś 2 lata temu deptałam kapustę – wspomniała Wacia. – Przyłożyłam się i ładnie puściły soki. Przypomniałam sobie wówczas, kiedy moja szparka po raz ostatni została odwiedzona.
– Przecież nie do seksu cię namawiamy!
– Ale ja z każdym porodem traciłam jeden ząb – obruszyła się Wacia.
– Prezesowi Polski stan osobistych zębów też ciąży. Pomodlę się za wasz zgryz – obiecała Trudzia.
– Za zgryz Ojczyzny! – rozszerzyła intencję Kunia.

I zaczęłyśmy się modlić. Skutków jeszcze nie znamy, ale jesteśmy dobrej myśli.

czwartek, 3 grudnia 2015

Musimy wygasić przeszłość

To, co chodziło mi po głowie od kilku dni, miało wymiar uniwersalny. Było jak wysłanie katolickich misjonarzy w podróż do czasów przedembrionalnych. Jak otwarcie pizzy na wynos po 4 latach i odkrycie, że wewnątrz opakowania znajdowały się cytaty z dzieł Nerona. Jak szczytowanie po 13 latach permanentnej masturbacji.
– Czy jesteście przygotowane na na przedefiniowanie własnego ja?

Pytanie zadałam dziewczynom, które przywitały mnie przed chwilą, stojąc w ogonku przed sklepem spożywczym. Czekałyśmy w tym miejscu na przyjazd furgonu z piekarni, który dowoził na poznańską Wildę świeże pieczywo z nocnego wypieku. W XIX wieku już nikomu nie chciało się wyczekiwać o świcie na dostawy, ale my byłyśmy ulepione z innej gliny. Mianowicie zasidliłyśmy szczególny zakątek w Polsce. Otóż w pewnym momencie dostały tu przydział mieszkaniowy osoby urodzone in vitro. Tak, to prawda, wszystkie byłyśmy z probówki.

– Ale o co chodzi? – spytała Malwina lat 60, choć jeszcze 10 dni temu była 92 roku życia.
– Znowu jakiś kataklizm? – zatrwożyła się zwykle odważna Kunia lat 60.
– Prawica nie chce mieć wśród elektoratu obywateli z in vitro – obwieściłam najnowszą wieść. – Podobno minister Ziobro szykuje w swoim resorcie akcję pod hasłem: TA PANI JUŻ NIGDY WIĘCEJ NIE BĘDZIE Z IN VITRO!
– Cholera! – zaklęła bogobojna Gertruda lat 60, co było zjawiskiem niespotykanym.
– Musimy znaleźć kogoś, kto nas zaadoptuje – uznała pomysłowo Wacia lat 60. – Komu w PiS-ie najbardziej zależy na dzietności?
– Profesor Pawłowicz?
– Ona jest zbyt zdziecinniała, by móc zosatć matką – powątpiewała Dziunia lat 60.
– Stachu się nada – stwierdziła Kunia.
– Jaki Stachu?
– Karczewski. Marszałek senatu ostatnio zaapelował o większą dzietność – przypomniała sobie Balbina to 60. – Przyznam, że dałabym się tatusiowi utulać do snu. Nie wygląda na pedofila.
– A Ziobro? – spytałam.
– Co Ziobro?
– Czy nie chciałby wziąć odpowiedzialności za swoje hasło i przygarnąć chociażby jedną z nas?
– To zero – prychnęła wzgardliwie Kunia.
– No to co?
– Z zerem w mianowniku nic nie wyjdzie.

Dziewczyny zgodziły się z Kunią, więc nie dyskutowałam już na ten temat. Ale ojca musiałyśmy znaleźć. Mamusię najlepiej też, więc prezes Jarosław raczej nie wchodził w grę...

niedziela, 29 listopada 2015

Bogu się nie przelewa

W dni Pańskie zwykle staramy się pojednać z Bogiem. Dzisiaj oddelegowałyśmy reprezentację Emerycji Przepolskiej, by wzięła udział w niedzielnej mszy świętej w kościele pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie. W skład silnej forpoczty weszłam ja, Kunia, Malwina oraz Gertruda. Wszystkie miałyśmy po 60 lat, choć dopiero od tygodnia przyzwyczajałyśmy się do nowych metryk. Natomiast proboszcz tkwił beznadziejnie przy swoim wieku, więc nie emanował radością. Ponadto po wydarzeniu sprzed tygodnia, gdy odmówiłyśmy w głównej nawie modlitwę za profesora Glińskiego, patrzył na nas z rezerwą i podejrzliwością. Bolało to zwłaszcza Trudzię.

– Jezu, ja chyba wpadłam w złe towarzystwo – cierpiała.
– Ubożuchny ten nasz kościół – zauważyła Lwinka, która nie przejmowała się cierpieniami młodej Gertrudy.
– Bogu się nie przelewa – uznałam.
– Czy my mamy ambicje? – spytała Kunia.
– Ale o co chodzi?
– Czy naszym celem jest przejęcie władzy w tym kraju? Na przykład w wieku 63 lat?
– Nie lubię długich perspektyw, bo kojarzą mi się z planami pięcioletnimi – marudziła Lwinka. – Ja mogłabym zostać marszałkinią senatu już za pół roku.
– Ach, jak ja chciałabym nawiązać stosunki z prymasem – zapaliła się Trudzia.

Siedziałyśmy w kościelnej ławce, czekjąc na rozpoczęcie mszy. Rozmowę zaś prowadziłyśmy szeptem, by uświęcić miejsce oraz – co w tej chwili było dla nas ważniejsze – nie dopuścić do ujawnienia naszej taktyki na najbliższe dni.

– Andy Warhol miał telefon, przez który rozmawiał z Bogiem – przypomniałam sobie.
– Ciekawe, w jakiej był sieci – rzekła z przekąsem Kunia. – I ile kosztowało go połączenie.
– Prymas Polski to prawdziwy Polak – zachwycała się Gertruda.
– Jest zatem szansa, że dogada się z Emerycją Przepolską – Lwinka wyraziła się z nadzieją.
– Hitler walczył na jednym froncie za dużo – zastanawiałam się ze złożonymi rękami do modlitwy nad strategią Emerycji Przepolskiej. – My musimy zapewnić sobie spokój od strony krzyża.
– Kościół nasz ubożuchny – powtórzyła Lwinka.
– Bogu się nie przelewa – również powtórzyłam myśl, kręcąc zarazem głową z dezaprobatą.
– Ale kościołowi można coś przelać – obruszyła się Trudzia.

W tym momencie rozgrzmiały organy i ksiądz proboszcz przystąpił do celebracji mszy. Ja jednak nie mogłam się skupić. „Ja PIN...”, chciałam zakląć pod nosem, ale w porę ugryzłam się w język i żadne moje pinkolenie nie wyfrunęło w stronę ołtarza.