Stałyśmy w ogonku przed sklepem na dole i rozmyślałyśmy o świeżym pieczywie z nocnego wypieku. Dziewczyny śliniły się, pielęgnując przed oczami wizję chrupiącej bułki obłożonej liściem sałaty, pomidorem, plasterkami rzodkiewki i kroplą majonezu. Niepokoiły mnie te marzenia oraz szczękanie sztucznymi zębami.
– Nowalijki są jak miłość w pierwszym stadium, ale na dłuższy czas nie można uczuć chować pod szklarnią! – stwierdziłam stanowczo. – Ale nie życie na kocią łapę jest najgorsze.
– Bo co? – monosylabami odezwało się młode pokolenie, czyli Dziunia lat 59.
– Adeli pewnie idzie o nieudawaną świeżość – domyśliła się Kunia lat 90.
– Bardziej o skrobię. To ona sprawia, że częściej przeglądamy się w kuwecie niż w lustrze.
– Jak to?
– Uczucie między dwojgiem ludzi prędzej czy później staje się chlebem powszednim. Skrobia dostaje się do dwóch zakochanych gęb i zaczyna pustoszyć dotąd urocze ryjki. W końcu miłość kończy się próchnicą Czy wiecie, że Jan III Sobieski i Marysieńka byli szczerbaci?
– Fiu, fiu. Nie może być – gwizdnęła Malwina lat 92.
– Dlaczego niby Leonardo da Vinci namalował Giocondę czy damę z łasiczką z zaciśniętymi ustami? Przecież nie dlatego, że nie potrafił malować ząbków jak perełki.
– To są jakieś tendencyjne przykłady – Gertruda lat 77 weszła dziś w szaty niedowiarka. – Matka Boska też nie jest malowana z rozdziawioną buzią. I co? Niby dlatego, że nie miała zębów? Nonsens!
– Maria tylko zapłodniona była anielsko – wtrąciła Kunia – potem Jezuska wydała na świat naturalnie. Po porodzie, jak pokazuje praktyka, przynajmniej jeden ząb musiała stracić.
– Słyszałyście o Haraldzie Sinozębym, który w X wieku zjednoczył Danię z Norwegią? To od tego połączenia i jego ubytków w jamie ustnej wzięła się nazwa bluetooth. Narzędzie, które zdalnie łączy. Prawdziwe uczucie trzyma się daleko od zbóż, w których zawarta jest skrobia.
– To jak wytłumaczysz ten żar między Marysieńką a Jasiem trzecim? – chytrze spytała Lwinka.
– Od dziś ze „świeżego pieczywa” wykreślam skrobię – zarzekłam się. – Pozostawię sobie świeżość. Resztę wam zostawiam.
– Co?! – oburzyła się Dziunia. – Dla nas zostawiasz ochłapy?
– Ja chyba też chcę się zakochać – powiedziała z namysłem dotąd milcząca Pela lat 83. – Tak, dziś nie kupię bułek. Jutro też nie.
– A ja opłatków się nie wyrzeknę! – krzyknęła Trudzia.
Tak oto zasiałam w dziewczętach ziarno niepokoju, bo prawdziwe uczucie niesie ze sobą zmiany, a tych każdy się boi.
środa, 10 maja 2017
wtorek, 9 maja 2017
Zracjonalizowana kompulsywność
– Rzeczywiście, jestem kompulsywna – przyznałam się. – Niestety, zauważyłam w tym czarną dziurę logiki.
– To do dupy – stwierdziła Kunia lat 90.
– Ty, kochana, zawsze łapiesz w lot, o co mi chodzi.
Stałyśmy przed sklepem na dole w oczekiwaniu na przyjazd furgonu z piekarni. Jeszcze nie dotarł do nas aromat świeżego pieczywa z nocnego wypieku, więc zdecydowałam się kontynuować opowieść o egzystencjalnych rozterkach.
– Jak pamiętacie, podjęłam życiową decyzję, by stać się masochistką – przypomniałam dziewczętom, które otwartymi buziami łapały wyjątkowo zimny maj wraz ze spalinami. – Oczywiście nie chciałam być mizerotą, lecz wypasioną fanką dręczeń. Przygotowałam się na razy, plucia i kłucia, nawet na chłostę. Na to akurat już jestem przygotowana.
– Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej lekkie biczowanie – pomodliła się Gertruda lat 77.
– Masochistka nie istnieje bez sadysty – ciągnęłam opowieść. – A sadysta to ho ho ho, a nie zwykły brutal. On nie kończy na jednym spoliczkowaniu. I wcale nie musi używać siły fizycznej.
– To prawda, może zaaplikować ci na przykład Clostridium – do rozmowy włączyła się Malwina lat 92.
– O? – zdziwiłam się. – Znasz te beztlenowe bakterie? Groźne łajzy. Najgorzej jak tylko one zdominują florę bakteryjną. Stają się wtedy oporne na wszelkie leki, nawet na antybiotyki ostatniej szansy, na przykład wankomycynę.
– I co wtedy? – Pela lat 83 złapała się za głowę.
– Sadystami są zwykle ludzie inteligentni. Tacy są leniwi. Gdzie takiemu sadyście przyjdzie do głowy szukać nowej masochistki, skoro swoją może utrzymać przy życiu. Dlatego też myśli o rekolonizacji przewodu pokarmowego masochistki przez zespół bakterii występujących u osoby zdrowej.
– To chyba szlachetne… - uznała Lwinka.
– Rekolonizację dokonuje się poprzez podanie masochistce kału zdrowej osoby. I tu widzę tę czarną dziurę tej logiki.
– Chyba się porzygam – Trudzia zaczęła powstrzymywać torsje.
– Sadysta, człowiek zły do szpiku kości i jelita grubego, nie może mieć dobrej kupy. Po prostu. To logiczna sprzeczność. Dlatego nieomal padła moja kompulsywność. Na całe szczęście mam jeszcze odrobinę rozumku, dlatego zracjonalizowałam ją.
– Do czego doszłaś?
– Zaczęłam wierzyć jedynie w przejawy sadyzmu, podobnie jak w przejawy masochizmu. Nie można zbierać sadystów w złą kupę. Oczywiście są wyjątki, ale ja nastawiam się na pięknego sadystę. Taki nie zakaże mnie Clostridium. Podrapie, fuknie, zbeszta – to tak. Ale przecież nawet siniaki znikają po czasie. Z takim sadystą da się żyć.
I jeszcze trochę bym poopowiadała dziewczynom o mojej zracjonalizowanej kompulsywności, ale nadjechał dostawczak. Kiedy kierowca wyładował towar i już weszłyśmy do środka, to sklepowa zdziwiła się, że dziewczęta nabyły po butelce wody. Tylko ja nie omieszkałam kupić czterech bułek i pół bochenka chleba o wspaniałym aromacie.
– To do dupy – stwierdziła Kunia lat 90.
– Ty, kochana, zawsze łapiesz w lot, o co mi chodzi.
Stałyśmy przed sklepem na dole w oczekiwaniu na przyjazd furgonu z piekarni. Jeszcze nie dotarł do nas aromat świeżego pieczywa z nocnego wypieku, więc zdecydowałam się kontynuować opowieść o egzystencjalnych rozterkach.
– Jak pamiętacie, podjęłam życiową decyzję, by stać się masochistką – przypomniałam dziewczętom, które otwartymi buziami łapały wyjątkowo zimny maj wraz ze spalinami. – Oczywiście nie chciałam być mizerotą, lecz wypasioną fanką dręczeń. Przygotowałam się na razy, plucia i kłucia, nawet na chłostę. Na to akurat już jestem przygotowana.
– Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej lekkie biczowanie – pomodliła się Gertruda lat 77.
– Masochistka nie istnieje bez sadysty – ciągnęłam opowieść. – A sadysta to ho ho ho, a nie zwykły brutal. On nie kończy na jednym spoliczkowaniu. I wcale nie musi używać siły fizycznej.
– To prawda, może zaaplikować ci na przykład Clostridium – do rozmowy włączyła się Malwina lat 92.
– O? – zdziwiłam się. – Znasz te beztlenowe bakterie? Groźne łajzy. Najgorzej jak tylko one zdominują florę bakteryjną. Stają się wtedy oporne na wszelkie leki, nawet na antybiotyki ostatniej szansy, na przykład wankomycynę.
– I co wtedy? – Pela lat 83 złapała się za głowę.
– Sadystami są zwykle ludzie inteligentni. Tacy są leniwi. Gdzie takiemu sadyście przyjdzie do głowy szukać nowej masochistki, skoro swoją może utrzymać przy życiu. Dlatego też myśli o rekolonizacji przewodu pokarmowego masochistki przez zespół bakterii występujących u osoby zdrowej.
– To chyba szlachetne… - uznała Lwinka.
– Rekolonizację dokonuje się poprzez podanie masochistce kału zdrowej osoby. I tu widzę tę czarną dziurę tej logiki.
– Chyba się porzygam – Trudzia zaczęła powstrzymywać torsje.
– Sadysta, człowiek zły do szpiku kości i jelita grubego, nie może mieć dobrej kupy. Po prostu. To logiczna sprzeczność. Dlatego nieomal padła moja kompulsywność. Na całe szczęście mam jeszcze odrobinę rozumku, dlatego zracjonalizowałam ją.
– Do czego doszłaś?
– Zaczęłam wierzyć jedynie w przejawy sadyzmu, podobnie jak w przejawy masochizmu. Nie można zbierać sadystów w złą kupę. Oczywiście są wyjątki, ale ja nastawiam się na pięknego sadystę. Taki nie zakaże mnie Clostridium. Podrapie, fuknie, zbeszta – to tak. Ale przecież nawet siniaki znikają po czasie. Z takim sadystą da się żyć.
I jeszcze trochę bym poopowiadała dziewczynom o mojej zracjonalizowanej kompulsywności, ale nadjechał dostawczak. Kiedy kierowca wyładował towar i już weszłyśmy do środka, to sklepowa zdziwiła się, że dziewczęta nabyły po butelce wody. Tylko ja nie omieszkałam kupić czterech bułek i pół bochenka chleba o wspaniałym aromacie.
sobota, 6 maja 2017
Dokonuję metamorfozy
– To prawda, człowiek nie zmieni się, o ile na początku swojej transformacji nie skoryguje nawykow żywieniowych – przytaknęłam.
Siedziałyśmy w mojej kuchni. Zaprosiłam grono najbliższych przyjaciółek, by zaserwować im nową dietę. Miała ona dokonać rewolucyjnych zmian w mojej mentalności, sprawić, że zaczną ziszczać się marzenia oraz udowodnić, że najważniejszy jest hart ducha, konsekwencja w działaniu oraz trud, jaki jesteśmy gotowe podjąć, by stało się to, co nieuniknione.
– Bardzo smaczny tatar – pochwaliła Kunia lat 90.
– Jakieś 9,5 tysiąca lat temu dokonała się największa rewolucja w historii człowieczeństwa. Otóż zaczęłyśmy uprawiać dziką pszenicę, zmieniając tryb życia z koczowniczego na osiadły. Zamiast łowczyniami mamutów i zbieraczakami owoców oraz roślin, stałyśmy się rolniczkami, wprowadzając do pełnej gęby chłopki gluten. Stałyśmy się bardziej nasycone, ale mniej zdrowe.
– Świetnie przyprawione. To mięso wołowe czy wieprzowe? – spytała Malwina lat 92.
– W 2% DNA każdej współczesnej kobiety znajduje się neandertalczyk. Wiele tysięcy lat temu dochodziło do krzyżówek hominidów. Jest to fakt znany każdemu biologowi ewolucyjnemu. Archeologów zdziwiło to, że neandertalczycy byli czuli, bo chowali swoich bliskich z miłością. W każdym razie znaleźli w ich grobach resztki kwiatów. Jednocześnie dla obcych sobie neandertalczyków byli okrutni, zjadając ich bez pardonu.
– To jajeczko musi być przepiórcze – zachwycała się Gertruda lat 77. – Ślicznie się do mnie uśmiecha.
– Nie wiem, czy słyszałyście o plemieniu Anasazi. Byli oni twórcami jednej z najwspanialszych kultur prekolumbijskich. Około 1150 roku z nieznanych przyczyn nagle opuścili swoje puebla. Prawdopodobnie ogarnęła ich panika, bo zostawili wszystko: gary, kołyski, żarna. W jednym pomieszczeniu znajdowała się kupka kości z ludzkich szkieletów, natomiast w garnku znaleziono mioglobinę.
– Już prawie zjadłam. Mogłabym dostać dokładkę? – poprosiła Kunia.
– Naukowcy znaleźli też resztki koprolitu. W składzie pradawnej kupy również znajdowała się mioglobina, czyli białko zaopatrujące mięśnie w tlen. Znalezione w kupce kości, garnku i ekskrementach świadczyło o tym, że Anasazi byli kanibalami.
– Kani co? – Lwinka wycierała chusteczką usta. – Powiedz lepiej, Adela, co to za metamorfoza?
– Sadyzm do niczego mnie nie zaprowadził – odpowiedziałam. – Straciłam z oczu sens życia. Postanowiłam zostać masochistką, dlatego pozbywam się zapasów. Smakowało?
– A jakże – oblizała usta Trudzia.
Dziewczyny poklepały się po brzuszkach, a ja rozmyślałam nad kolejnymi krokami mojej mentalnej przemiany.
cdn.
Siedziałyśmy w mojej kuchni. Zaprosiłam grono najbliższych przyjaciółek, by zaserwować im nową dietę. Miała ona dokonać rewolucyjnych zmian w mojej mentalności, sprawić, że zaczną ziszczać się marzenia oraz udowodnić, że najważniejszy jest hart ducha, konsekwencja w działaniu oraz trud, jaki jesteśmy gotowe podjąć, by stało się to, co nieuniknione.
– Bardzo smaczny tatar – pochwaliła Kunia lat 90.
– Jakieś 9,5 tysiąca lat temu dokonała się największa rewolucja w historii człowieczeństwa. Otóż zaczęłyśmy uprawiać dziką pszenicę, zmieniając tryb życia z koczowniczego na osiadły. Zamiast łowczyniami mamutów i zbieraczakami owoców oraz roślin, stałyśmy się rolniczkami, wprowadzając do pełnej gęby chłopki gluten. Stałyśmy się bardziej nasycone, ale mniej zdrowe.
– Świetnie przyprawione. To mięso wołowe czy wieprzowe? – spytała Malwina lat 92.
– W 2% DNA każdej współczesnej kobiety znajduje się neandertalczyk. Wiele tysięcy lat temu dochodziło do krzyżówek hominidów. Jest to fakt znany każdemu biologowi ewolucyjnemu. Archeologów zdziwiło to, że neandertalczycy byli czuli, bo chowali swoich bliskich z miłością. W każdym razie znaleźli w ich grobach resztki kwiatów. Jednocześnie dla obcych sobie neandertalczyków byli okrutni, zjadając ich bez pardonu.
– To jajeczko musi być przepiórcze – zachwycała się Gertruda lat 77. – Ślicznie się do mnie uśmiecha.
– Nie wiem, czy słyszałyście o plemieniu Anasazi. Byli oni twórcami jednej z najwspanialszych kultur prekolumbijskich. Około 1150 roku z nieznanych przyczyn nagle opuścili swoje puebla. Prawdopodobnie ogarnęła ich panika, bo zostawili wszystko: gary, kołyski, żarna. W jednym pomieszczeniu znajdowała się kupka kości z ludzkich szkieletów, natomiast w garnku znaleziono mioglobinę.
– Już prawie zjadłam. Mogłabym dostać dokładkę? – poprosiła Kunia.
– Naukowcy znaleźli też resztki koprolitu. W składzie pradawnej kupy również znajdowała się mioglobina, czyli białko zaopatrujące mięśnie w tlen. Znalezione w kupce kości, garnku i ekskrementach świadczyło o tym, że Anasazi byli kanibalami.
– Kani co? – Lwinka wycierała chusteczką usta. – Powiedz lepiej, Adela, co to za metamorfoza?
– Sadyzm do niczego mnie nie zaprowadził – odpowiedziałam. – Straciłam z oczu sens życia. Postanowiłam zostać masochistką, dlatego pozbywam się zapasów. Smakowało?
– A jakże – oblizała usta Trudzia.
Dziewczyny poklepały się po brzuszkach, a ja rozmyślałam nad kolejnymi krokami mojej mentalnej przemiany.
cdn.
czwartek, 27 kwietnia 2017
Wilda leży na obrzeżku
Posterunkowy Marcin Maciuś patrolował dziś ulice w towarzystwie Marleny Picuś lat 36. Zobaczyłyśmy ich z daleka, jak schodzili z nocnej służby, kierując się do komisariatu na ulicy Chłapowskiego w Poznaniu. Stałyśmy akurat w ogonku przed sklepem spożywczym, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, gdy para przystojnych młodych ludzi w mundurach przechodziła mimo nas.
– Dlaczego te cholery tak się drapią? – zdziwiła się Kunia lat 90.
– Chodzą też jakoś pokracznie – dodała Malwina lat 92.
– Synku, podejdź do nas! – zażądałam.
Krawężnicy przystanęli na moment, kierując na nas swoje spojrzenia.
– Lepiej nie, bo mamy pluskwy – odparł Marcin Maciuś.
– Kogo tej nocy podsłuchiwaliście? – zaciekawiła się Dziunia lat 59.
– Takie pluskwy to mają kryminalni – odrzekła, drapiąc się zawzięcie na szyi, Marlena Picuś. – My możemy co najwyżej liczyć na te prawdziwe.
– To nie podchodźcie – zgodziłam się z posterunkowym.
– Myślałam, że tylko w dzień chodzicie na patrole… – spostrzegła Pela lat 83.
– Połowę naszych zaczęło swędzieć, więc zrobili nam dezynfekcję nie tylko w komisariacie – wyjaśniał krawężnik – ale też w wozach patrolowych, a nawet w osobistych mieszkaniach. Co mieliśmy robić? Gdzie mieliśmy się tułać? Okazało się, że komendant to gość o złotym sercu, który zgodził się na nadgodziny.
– Ale pluskwy najczęściej spotkasz w siennikach – zastanawiała się Kunia. – Macie na komendzie jakieś materace? Łóżka? Baldachimy?
– Nie.
– Jesteście pewni, że to pluskwy was zaatakowały?
– Nasza dochodzeniówka znana jest ze skuteczności w całym kraju – pochwaliła się Picuś, czochrając tym razem włosy łonowe. – Oni uznali, że to pluskwy. My im wierzymy.
W tym momencie przeleciała nad patrolem parka gołębi, pstrząc mundur Marcina Maciusia. I właśnie w tym momencie coś mi zaświtało.
– Zagraj po służby w totolotka, he he he – zaśmiały się dziewczęta.
– A macie na strychu gołębie? – spytałam. – Te latające obsrajmury są groźne.
– Groźne? – prychnął Marcin Maciuś, drapiąc się pod pachą. – Józek, ten co na dołek zaprasza, lubi wyjść na górę i wtedy dokarmia je.
– Znaczy Wilda leży na obrzeżku – zdiagnozowałam sytuację.
– Jak to?
I zaczęłam gorączkowo wyjaśniać policjantom, gdzie leży obrzeżek pogrzebany, jednocześnie w pośpiechu szukając w portmonetce drobnych, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i trzeba było uszykować bejmy na zakup chleba.
– Dlaczego te cholery tak się drapią? – zdziwiła się Kunia lat 90.
– Chodzą też jakoś pokracznie – dodała Malwina lat 92.
– Synku, podejdź do nas! – zażądałam.
Krawężnicy przystanęli na moment, kierując na nas swoje spojrzenia.
– Lepiej nie, bo mamy pluskwy – odparł Marcin Maciuś.
– Kogo tej nocy podsłuchiwaliście? – zaciekawiła się Dziunia lat 59.
– Takie pluskwy to mają kryminalni – odrzekła, drapiąc się zawzięcie na szyi, Marlena Picuś. – My możemy co najwyżej liczyć na te prawdziwe.
– To nie podchodźcie – zgodziłam się z posterunkowym.
– Myślałam, że tylko w dzień chodzicie na patrole… – spostrzegła Pela lat 83.
– Połowę naszych zaczęło swędzieć, więc zrobili nam dezynfekcję nie tylko w komisariacie – wyjaśniał krawężnik – ale też w wozach patrolowych, a nawet w osobistych mieszkaniach. Co mieliśmy robić? Gdzie mieliśmy się tułać? Okazało się, że komendant to gość o złotym sercu, który zgodził się na nadgodziny.
– Ale pluskwy najczęściej spotkasz w siennikach – zastanawiała się Kunia. – Macie na komendzie jakieś materace? Łóżka? Baldachimy?
– Nie.
– Jesteście pewni, że to pluskwy was zaatakowały?
– Nasza dochodzeniówka znana jest ze skuteczności w całym kraju – pochwaliła się Picuś, czochrając tym razem włosy łonowe. – Oni uznali, że to pluskwy. My im wierzymy.
W tym momencie przeleciała nad patrolem parka gołębi, pstrząc mundur Marcina Maciusia. I właśnie w tym momencie coś mi zaświtało.
– Zagraj po służby w totolotka, he he he – zaśmiały się dziewczęta.
– A macie na strychu gołębie? – spytałam. – Te latające obsrajmury są groźne.
– Groźne? – prychnął Marcin Maciuś, drapiąc się pod pachą. – Józek, ten co na dołek zaprasza, lubi wyjść na górę i wtedy dokarmia je.
– Znaczy Wilda leży na obrzeżku – zdiagnozowałam sytuację.
– Jak to?
I zaczęłam gorączkowo wyjaśniać policjantom, gdzie leży obrzeżek pogrzebany, jednocześnie w pośpiechu szukając w portmonetce drobnych, bo zza zakrętu wyłonił się dostawczak z piekarni i trzeba było uszykować bejmy na zakup chleba.
niedziela, 23 kwietnia 2017
Kunia przyznaje się do nałogów
– Chlałam wszystko co popadnie. Politurę, sztamajzę, wodę brzozową, bełty, ale też markowe alkohole – rzuciła w powietrze nasza przyjaciółka lat 90. – Whisky, wina wytrawne, piwa rzemieślnicze, szampany francuskie, włoskie proseco, azjatycki kumys, greckie ouzo, japońską sake…
Siedziałyśmy na ławeczce przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, nie kwapiąc się zanadto, by wejść do środka świątyni.
– Miałaś czas na przerwę? Na sen? – wtrąciłam.
– Nie za bardzo, bo jeszcze paliłam. Ćmiki, cygaretki, tytoń z niedopałków zebranych na ulicy, kubańskie cygara, marihuanę z Meksyku, nawet tabakę z Kaszub wciągałam!
– Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej zaraz głodowanie – pomodliła się Gertruda lat 77.
– To nie wszystko, bo byłam też lekomanką. Brałam Pyralginę, kokainę, czopki na dobre samopoczucie, wcierałam maści na lepsze wypróżnianie, robiłam zastrzyki z wyciągu kataru orangutanów, które miały pomóc poczuć się lepszą…
– Byłaś zalatana – współczuła Malwina lat 92. – Ja jestem zmęczona po obcięciu dwóch paznokci u stóp, dlatego podziwiam cię. Ile w tobie jest energii!
– Ale to nie są prawdziwe nałogi – skwitowała Kunia.
– Jak to? – zdziwiłam się. – Jest coś groźniejszego od chlania politury?
– Tak.
– No gadaj! – zażądała Pela lat 83. – Nie daj się ciągnąć za język.
– Byłam trzy razy zakochana – przyznała się Kunia. – Ten ostatni raz trzyma mnie do teraz.
– Dlatego chodzisz taka niewyspana – domyśliła się Dziunia lat 59.
– Ja kocham Pana Jezusa – Trudzia skierowała oczy ku niebu.
– Nałogowo? – zakpiła Kunia.
– Pinkolisz – uznałam. – Faceci to są tylko narzędzia. Instrumenty do zarabiania kasy, odprowadzenia bachorów do przedszkola oraz wbicia gwoździ w ścianę. Oni co najwyżej przegonią listonosza i natrętnego sąsiada, a co najważniejsze – szybko kipną.
– Stop! Mówisz o małżeństwie – osadziła mnie w pochopnym sądzie Kunia. – Ja zaś mówię o zakochaniu. Zakochanie trzyma w szponach jak imadło dechę. Więzi cię i nie daje możliwości ruchów. A uczucie przykręca śrubę.
– Jak długo jesteś w nałogu? – spytała konkretnie Lwinka.
– Jestem zakochana od dwóch lat, ale obawiam się, że to tylko zajawka otępienia.
Spojrzałyśmy w zadumie na kościół. Dziś miało być kazanie o przykazaniach miłości. Jakoś nie chciało nam się wejść do środka.
Siedziałyśmy na ławeczce przed kościołem pod wezwaniem Zmartwychwstania Pańskiego na poznańskiej Wildzie, nie kwapiąc się zanadto, by wejść do środka świątyni.
– Miałaś czas na przerwę? Na sen? – wtrąciłam.
– Nie za bardzo, bo jeszcze paliłam. Ćmiki, cygaretki, tytoń z niedopałków zebranych na ulicy, kubańskie cygara, marihuanę z Meksyku, nawet tabakę z Kaszub wciągałam!
– Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej zaraz głodowanie – pomodliła się Gertruda lat 77.
– To nie wszystko, bo byłam też lekomanką. Brałam Pyralginę, kokainę, czopki na dobre samopoczucie, wcierałam maści na lepsze wypróżnianie, robiłam zastrzyki z wyciągu kataru orangutanów, które miały pomóc poczuć się lepszą…
– Byłaś zalatana – współczuła Malwina lat 92. – Ja jestem zmęczona po obcięciu dwóch paznokci u stóp, dlatego podziwiam cię. Ile w tobie jest energii!
– Ale to nie są prawdziwe nałogi – skwitowała Kunia.
– Jak to? – zdziwiłam się. – Jest coś groźniejszego od chlania politury?
– Tak.
– No gadaj! – zażądała Pela lat 83. – Nie daj się ciągnąć za język.
– Byłam trzy razy zakochana – przyznała się Kunia. – Ten ostatni raz trzyma mnie do teraz.
– Dlatego chodzisz taka niewyspana – domyśliła się Dziunia lat 59.
– Ja kocham Pana Jezusa – Trudzia skierowała oczy ku niebu.
– Nałogowo? – zakpiła Kunia.
– Pinkolisz – uznałam. – Faceci to są tylko narzędzia. Instrumenty do zarabiania kasy, odprowadzenia bachorów do przedszkola oraz wbicia gwoździ w ścianę. Oni co najwyżej przegonią listonosza i natrętnego sąsiada, a co najważniejsze – szybko kipną.
– Stop! Mówisz o małżeństwie – osadziła mnie w pochopnym sądzie Kunia. – Ja zaś mówię o zakochaniu. Zakochanie trzyma w szponach jak imadło dechę. Więzi cię i nie daje możliwości ruchów. A uczucie przykręca śrubę.
– Jak długo jesteś w nałogu? – spytała konkretnie Lwinka.
– Jestem zakochana od dwóch lat, ale obawiam się, że to tylko zajawka otępienia.
Spojrzałyśmy w zadumie na kościół. Dziś miało być kazanie o przykazaniach miłości. Jakoś nie chciało nam się wejść do środka.
piątek, 21 kwietnia 2017
Nie bierz jeńców
– Czy odwiedzicie mnie na cmentarzu? – zaskoczyła nas Malwina lat 92.
Spojrzałyśmy na siebie z konsternacją. Taki temat jeszcze nie pojawił się w naszych kolejkowych gaworzeniach. Albowiem, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, witałyśmy poranek ze wszystkimi jego darami, a przede wszystkim z nadzieją na mile spędzony dzień. Czułyśmy się jak noworodki ze smółką w gatkach, który to zapach nikomu nie przeszkadzał. Miałyśmy też w sobie tę radosną chęć poznawania smaku glutenu, przecierając oczy zalane matczyną siarą. Patrzyłyśmy ufnie na słońce albo wystawiałyśmy twarze na łagodne głaski powiewów znad Warty. Żadna z nas nie myślała o dole, piachu i żmudnej robocie grabarzy.
– To nie mieszkasz już na Wildzie? – spytała jeszcze lekko zaspana Pela lat 83.
– Poznania nie opuszczę – odrzekła Lwinka – ale kiedyś będę musiała się przeprowadzić. Myślałam o cmentarzu na Dębcu. Jest taki kameralny… Kolosy na Junikowie czy Miłostowie są zbyt gwarne.
– Ale do tego czasu jeszcze kilku facetów przelecisz? – dociekała Kunia lat 90.
– Poproszę proboszcza, by to on odprowadził ciebie do Pana – obiecała Gertruda lat 77, która trzymała sztamę z szefem naszej parafii.
– Chyba do dołu – parsknęła Dziunia lat 59.
– Nie dołuj jej naprędce! – Klotylda lat 83 fuknęła na naszą młodocianą koleżankę.
– Musisz zadbać o marketing – odezwałam się.
– Już to zrobiłam. Wybrałam tę sukienkę w groszki, w której wyglądam szałowo. Mam też czarne szpilki, kupione specjalnie na tę okazję – chwaliła się Lwinka. – Chcę na ostatniej imprezie wypaść okazale.
– No nie no, heloł Dolly. Co to za piki-riki? – zaśmiała się szyderczo Kunia. – Przecież wieko trumny nie będzie wiecznie otwarte. Nasza pamięć nie jest doskonała. Musisz iść w inny rodzaj reklamy.
– Proszę, nie dołujcie jej o poranku – powtórzyła Klotka.
– Najpierw musisz wybrać odpowiedni kamień na pomnik – doradzałam. – Zapomnij o rzeźbach, to jest pretensjonalne. Idzie bardziej o to, żebyś zostawiła jakąś myśl po sobie, która sprawi, że wizytująca cmentarz gościówa zaduma się, weźmie do serca i wyjdzie na ulicę jako nowa baba.
– OSZCZĘDZAJ PALEC, MĘŻCZYZNA LEPSZY – zaproponowała Dziunia.
– Co za obscena – przeżegnała się Trudzia.
– NIE BIERZ JEŃCÓW – podsunęłam Lwince. – To ludzi zatrzyma przy twoim grobie.
– Podoba mi się. Chcę, by ludzie się przy mnie zatrzymywali – ucieszyła się nestorka naszego sklepowego ogonka. – A co ty, Adela, zamierzasz mieć na swoim pomniku?
– NADAL PROTESTUJĘ – stwierdziłam.
I na tym nasza rozmowa się skończyła, bo podjechał dostawczak z piekarni, więc sięgnęłyśmy po portmonetki, by wysupłać nieco grosza na zakupy.
Spojrzałyśmy na siebie z konsternacją. Taki temat jeszcze nie pojawił się w naszych kolejkowych gaworzeniach. Albowiem, oczekując na przyjazd furgonu z piekarni ze świeżym pieczywem z nocnego wypieku, witałyśmy poranek ze wszystkimi jego darami, a przede wszystkim z nadzieją na mile spędzony dzień. Czułyśmy się jak noworodki ze smółką w gatkach, który to zapach nikomu nie przeszkadzał. Miałyśmy też w sobie tę radosną chęć poznawania smaku glutenu, przecierając oczy zalane matczyną siarą. Patrzyłyśmy ufnie na słońce albo wystawiałyśmy twarze na łagodne głaski powiewów znad Warty. Żadna z nas nie myślała o dole, piachu i żmudnej robocie grabarzy.
– To nie mieszkasz już na Wildzie? – spytała jeszcze lekko zaspana Pela lat 83.
– Poznania nie opuszczę – odrzekła Lwinka – ale kiedyś będę musiała się przeprowadzić. Myślałam o cmentarzu na Dębcu. Jest taki kameralny… Kolosy na Junikowie czy Miłostowie są zbyt gwarne.
– Ale do tego czasu jeszcze kilku facetów przelecisz? – dociekała Kunia lat 90.
– Poproszę proboszcza, by to on odprowadził ciebie do Pana – obiecała Gertruda lat 77, która trzymała sztamę z szefem naszej parafii.
– Chyba do dołu – parsknęła Dziunia lat 59.
– Nie dołuj jej naprędce! – Klotylda lat 83 fuknęła na naszą młodocianą koleżankę.
– Musisz zadbać o marketing – odezwałam się.
– Już to zrobiłam. Wybrałam tę sukienkę w groszki, w której wyglądam szałowo. Mam też czarne szpilki, kupione specjalnie na tę okazję – chwaliła się Lwinka. – Chcę na ostatniej imprezie wypaść okazale.
– No nie no, heloł Dolly. Co to za piki-riki? – zaśmiała się szyderczo Kunia. – Przecież wieko trumny nie będzie wiecznie otwarte. Nasza pamięć nie jest doskonała. Musisz iść w inny rodzaj reklamy.
– Proszę, nie dołujcie jej o poranku – powtórzyła Klotka.
– Najpierw musisz wybrać odpowiedni kamień na pomnik – doradzałam. – Zapomnij o rzeźbach, to jest pretensjonalne. Idzie bardziej o to, żebyś zostawiła jakąś myśl po sobie, która sprawi, że wizytująca cmentarz gościówa zaduma się, weźmie do serca i wyjdzie na ulicę jako nowa baba.
– OSZCZĘDZAJ PALEC, MĘŻCZYZNA LEPSZY – zaproponowała Dziunia.
– Co za obscena – przeżegnała się Trudzia.
– NIE BIERZ JEŃCÓW – podsunęłam Lwince. – To ludzi zatrzyma przy twoim grobie.
– Podoba mi się. Chcę, by ludzie się przy mnie zatrzymywali – ucieszyła się nestorka naszego sklepowego ogonka. – A co ty, Adela, zamierzasz mieć na swoim pomniku?
– NADAL PROTESTUJĘ – stwierdziłam.
I na tym nasza rozmowa się skończyła, bo podjechał dostawczak z piekarni, więc sięgnęłyśmy po portmonetki, by wysupłać nieco grosza na zakupy.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Sikawki muszą być na miejscu
– Polewanie i sikanie wodą w śmigusa dyngusa było oznaką i sygałem dla płodności ofiar tego zwyczaju – tłumaczyłam dziewczynom, które razem ze mną stały w ogonku przed sklepem na dole. – Dziewica oblana na polu, ulicy, bądź klatce schodowej w zamierzeniu miała dostać wilgotny sumpt do ponownego zaistnienia w dzień Kupały.
– Ale wtedy ze skutkiem ostatecznym? – dopytywała się Pela lat 83.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Osesek po trzech kwartałach przypinał się do cycka mamuśki na przednówku, a ona nie traciła nic z żywotności, bo już z gruntu wybijaly się nowalijki.
– Dlatego zatrwożyli mnie ci strażacy.
Odezwałam się ponuro, wypatrując czy aby furgon z piekarni, który codziennie dowozi świeże pieczywo z nocnego wypieku, nie wyłoni się zza zakrętu.
– Jacy strażacy? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
– Ale o co cho? – leniwie sepleniła Malwina lat 92.
– Widziałam w telewizji, jak grupa strażaków wzajemnie oblewała się z sikawek. Niby było dużo wody, jeszcze więcej śmiechów, ale nie pasowały mi te gejzery do oddziałów złożonych z samych samców.
– Ojczyzna robi się tak bezwstydna – biadoliła Trudzia.
– Wszystko się pokiełbasiło – marudziłam. – Same białe parówy.
– Jak to?
– Święta cieszą przede wszystkim dzieci. Jak nie masz bachorów, to kto będzie szukał czekoladowych zajączków w trawie?
– Strażak oblewający z sikawki kolegę nie zapewni ci tego – westchnęła ciężko Lwinka.
– Może oni nie jedzą jajek? Białek? Żółtek? – zastanawiała się Trudzia. – Może przez to tracą przypisaną im przez naturę męską jurność?
– Jurni to oni są, inaczej nie bawiliby się sikawkami. Idzie o to, że tryskają nie tam, gdzie trzeba – wyrokowałam.
– Tak objawia się koniec świata – przepowiadała Trudzia. – W jednej książce nawiedzonej Hermenegildy brzmiało to tak: „Mężczyźni nie będą męscy, kobiety zapomną o kobiecości, a pieczywa będzie brakować.”
– No właśnie, gdzie ten przeklęty dostawczak?
Ale półciężarówka właśnie w tym momencie ukazała się naszym oczom. Smutno pogrzebałam w portmonetce, cały czas dziwiąc się męskiej indolencji strażaków i materialnej nieudaczności huncwotów, którzy byliby w stanie sprawdzić się po męsku, ale w nie mieliby kasy na nowalijki. I tu pies był pogrzebany.
– Ale wtedy ze skutkiem ostatecznym? – dopytywała się Pela lat 83.
– Dokładnie – potwierdziła Kunia lat 90. – Osesek po trzech kwartałach przypinał się do cycka mamuśki na przednówku, a ona nie traciła nic z żywotności, bo już z gruntu wybijaly się nowalijki.
– Dlatego zatrwożyli mnie ci strażacy.
Odezwałam się ponuro, wypatrując czy aby furgon z piekarni, który codziennie dowozi świeże pieczywo z nocnego wypieku, nie wyłoni się zza zakrętu.
– Jacy strażacy? – zdziwiła się Gertruda lat 77.
– Ale o co cho? – leniwie sepleniła Malwina lat 92.
– Widziałam w telewizji, jak grupa strażaków wzajemnie oblewała się z sikawek. Niby było dużo wody, jeszcze więcej śmiechów, ale nie pasowały mi te gejzery do oddziałów złożonych z samych samców.
– Ojczyzna robi się tak bezwstydna – biadoliła Trudzia.
– Wszystko się pokiełbasiło – marudziłam. – Same białe parówy.
– Jak to?
– Święta cieszą przede wszystkim dzieci. Jak nie masz bachorów, to kto będzie szukał czekoladowych zajączków w trawie?
– Strażak oblewający z sikawki kolegę nie zapewni ci tego – westchnęła ciężko Lwinka.
– Może oni nie jedzą jajek? Białek? Żółtek? – zastanawiała się Trudzia. – Może przez to tracą przypisaną im przez naturę męską jurność?
– Jurni to oni są, inaczej nie bawiliby się sikawkami. Idzie o to, że tryskają nie tam, gdzie trzeba – wyrokowałam.
– Tak objawia się koniec świata – przepowiadała Trudzia. – W jednej książce nawiedzonej Hermenegildy brzmiało to tak: „Mężczyźni nie będą męscy, kobiety zapomną o kobiecości, a pieczywa będzie brakować.”
– No właśnie, gdzie ten przeklęty dostawczak?
Ale półciężarówka właśnie w tym momencie ukazała się naszym oczom. Smutno pogrzebałam w portmonetce, cały czas dziwiąc się męskiej indolencji strażaków i materialnej nieudaczności huncwotów, którzy byliby w stanie sprawdzić się po męsku, ale w nie mieliby kasy na nowalijki. I tu pies był pogrzebany.
Subskrybuj:
Posty (Atom)