- Obywatelki, poproszę o dowód!
- Niech się pan ulituje, panie sierżancie - odezwałam się błagalnym tonem. - Niby gdzie miałyśmy schować dokumenty?
- A w tych stanikach nie leżą? - drugi z milicjantów wskazał ręką na odrzucone dalej stroje bikini.
- Nie, zostały w domu wczasowym "Świeża bryza" - odpowiedziała Halinka.
- Czy panie nie za blisko siebie się opalają?
- Jesteśmy ściśnięte, bo na tym skrawku piachu słońce najszybciej opala - mętnie wytłumaczyłam.
- Niech obywatelki nie zapominają o zasadzie parytetu.
- Że co?
- Macie już przecież opalone przody! Nasza socjalistyczna ojczyzna stawia na równość! Połóżcie się na brzuchach i poopalajcie tyły!
- Tak jest! - radośnie odkrzyknęłyśmy, ciesząc się, że spotkanie z milicją skończyło się bez żadnych przykrości.
Parytet jest bardzo ważną sprawą, istotną także dla losów naszego Narodu. W jakiejś mierze jest on już respektowany w polskim parlamencie. Jeszcze bezrefleksyjnie, podświadomie, ale jednak ta zasada działa. Gdy jakiś parlamentarzysta wybija się z grupy, bo ma IQ na poziomie 130 punktów, to dla przeciwwagi siedzi obok niego w ławie poselskiej kolega, który ma 70 pkt IQ. Albo, gdy na mównicy staje poseł żywo gestykulujący to dla równowagi jego kolega przysypia. A gdy zdarzy się, że jakiegoś posła stać na trzeźwe spojrzenie, to wiadomo, że inny poseł jeszcze nie przetrawił wczoraj wypitego alkoholu.
Parytet istnieje także w sferze płci. I mam tu na myśli aktualne wybory prezydenckie. Dziś rano, dosłownie przed chwilą, Państwowa Komisja Wyborcza odkryła u połowy kandydatów inną płeć. Tym samym wszelkie postulaty feministek zostały niespodziewanie spełnione. Szybciej, niż ktokolwiek by się spodziewał!Cieszę się z tego bardzo. Chciałabym jednak jako pierwsza przedstawić bliżej panie, które mają szansę wprowadzić do Pałacu Namiestnikowskiego nie tylko siebie, ale i Pierwszego Męża.

Kandydatka nr 1
Aleksandra Kaczyńska
Kobieta wyjątkowa. Ma ostry język i ostre podeszwy, lecz wewnątrz jest łagodna jak owieczka. Przez życie się ślizga, dlatego na starość chce osiąść w pałacu. Lubi zupę jarzynową i czytać Heideggera. Nie ma konta w banku, oszczędności wypychają jej stanik. Ma wyćwiczone mięśnie ud i kształtne łydki, które wytrenowała dając kopy na lewo oraz centralnie. Lubi śpiewać Bogurodzicę, zaś z tańców preferuje lawonichę. Ma szczery uśmiech i wyleczone zęby. Będzie dobrą panią prezydent, bo tak sama twierdzi. Jedyną przeszkodą jest to, że preferuje spódniczki mini. W przyszłości chce nawiązać dobrosąsiedzkie stosunki z Turcją.
Kandydatka nr 2
Bronisława Komorowska
Kobieta robotna - żadnego sprzątania się nie boi. Lubi szpinak, ale nie przepada za zmywaniem. Woli odkurzać, niż prasować. Wieczorami rysuje drzewa genealogiczne, lecz rumieni się przy korzeniach. Lubi szybkie samochody i muskularnych harleyowców. Towarzysko tańczy tylko z miotłą, bo sama lubi prowadzić. Czasami siada pisać haiku, ale po wymyśleniu natychmiast je zapomina, nie zdążając ich uwiecznić. Przeszła świnkę, odrę, była też w Berlinie. Wierzy, że zostanie panią prezydent, bo jest wierząca. Jedynym mankamentem są jej trampki. Tak bardzo je lubi, że ostatni raz ściągnęła je w lipcu. Poza tym goli włosy pod pachami i namiętnie układa pasjansa. Rzuca też papierosy, nazywając je petami.
Kandydatka nr 3
Andrea Lepper
Ziemianka. Przy tym ślicznotka. Dba o cerę, a paznokcie u stóp maluje na kolor zielony. Ubiera tzw. "antygwałtki", bo jak twierdzi "zbyt dużo jurnych chłopów wokół mnie". Bardzo dużo czyta. Przede wszystkim komiksy i bajki braci Grimm. Choć nigdy braciom nie wierzyła, to szukała u nich morału. Lubi szydełkować i puszczać oczka. Dumna jest ze swego biustu oraz nowo zakupionych pantofelków. Lubi patrzeć się w pralkę, gdy ta wiruje. Jak mówi: "jest oblatana w świecie". Najbardziej troska ją los emerytów z Kambodży. Boga się nie boi, więc ma siłę by być panią prezydent. Wadą jest puszczanie cichych bąków, ale teraz zmienia dietę.
Kandydatka nr 4
Georgina Napieralska
Kobieta żywioł. Lubi błysk kolorowych świateł oraz nie słyszeć swego głosu. W rytm mongolskiego disco ściera obcasy. Dumna z bioder. Ma tasiemca, ale dba o cerę. Chciałaby lewitować. Lubi piłować paznokcie i zostawiać szminkę na lustrach w publicznych toaletach. Marzy o wycieczce dookoła Ciechocinka oraz spływie kajakowym Baryczą. Chrupie orzeszki i panów po 50. Ulubiona książka - Biografia Chruszczowa. Ulubiony film - Pancernik Potiomkin. Ulubiona posada - prezydentura. Plany na przyszłość - inicjatywa ustawodawcza o rewaloryzacji prezydenckich emerytur. Ta kandydatka nie ma wad. W tym upatruje swój sukces.
Kandydatka nr 5
Marianna Olechowska
Kobieta egzotyczna. Pół Polka, pół Pigmejka. Jej babcia, hrabina Rozalia Estera Jeblewska, miała słabość do mężczyzn małych, acz żywych. Marianna też jest temperamentna. Maryśka nigdy nie paliła jointów, tylko się zaciągała - to spowodowało, że dziś jest szalikowcem i kibicuje Zniczowi Pruszków. Pracowała jako łowca głów. Nie lubi stresu, ale ruskie pierogi jak najbardziej. Pod małymi piersiami ukrywa równie nieduże płuca, jednak nie ma problemu z oddychaniem. Lubi czytać w ludzkich myślach. Najczęściej słucha śpiewu ptaków. Ma czarne pięty, ale nie ma płaskostopia. Twierdzi, że gdy zostanie panią prezydent, to pałac wyposaży w tam tamy. Jest bogobojna - wierzy w panteizm. Jedyną wadą jest trudność oderwania jej od telewizora. Najbardziej kocha "Złotopolskich".
Dziś chciałam zaprotestować przeciw krytyce parytetów. Na całe szczęście dziś rano Państwowa Komisja Wyborcza dopatrzyła się piękna aż w połowie kandydatów! Bardzo się cieszę z tej płciowej korekty, bo kobiety są piękne, a dla bezpłciowych panów-kandydatów nie warto poświęcać miejsca w tym poście.
Nieprawdaż?




